![]() |
|
[30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue (/showthread.php?tid=6486) |
[30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 27.09.2026 Samhain zbliżało się wielkimi krokami. Udekorowali już z Benjym dom, wyglądał naprawdę fantastycznie, prawie tak jak sobie to zwizualizowała we własnej głowie, co wydawało jej się sporym sukcesem. Mieli jednak jeszcze sporo punktów do odhaczenia z jej listy, którą przygotowała specjalnie na tegoroczne Samhain. Prue uwielbiała listy, a że był to ich pierwszy, wspólny sabat we własnym domu to bardzo długo pracowała nad tą. Wszystko musiało być dopracowane, zależało jej na tym, aby nie pominęli żadnego punktu. Siedziała przy stole, trzymając w dłoni kubek z kawą i analizowała to, co miała zapisane. Większość punktów była już przekreślona - co oznaczało, że zadanie zostało zrealizowane. Pozostały jednak te związane z kadzeniem domu i zasłonięciem luster. Powinni się tym zająć teraz. Nasłuchiwała uważnie próbując zorientować się w której części domu był jej mąż. Miała dla niego bojowe zadanie. Jak na złość jednak nie słyszała żadnych dźwięków. Dziwne - być może zajmował się czymś na zewnątrz. Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę najbliższego okna, żeby sprawdzić, czy tam go znajdzie. Nie zauważyła jednak znajomej sylwetki, uśmiechnęła się za to sama do siebie widząc kościotrupa, który bujał się na huśtawce. Udało im się go tam całkiem elegancko usadzić, nie wydawał się być nawet z tego powodu niezadowolony, nie uciekł - więc było całkiem nieźle. Upiła łyk kawy, po czym zmrużyła oczy, nadal nasłuchiwała, jak na złość jednak dom milczał, akurat teraz, kiedy zamierzała poprosić Benjy'ego o wsparcie. Dopiła zawartość swojego kubka, po czym postanowiła wyruszyć na poszukiwania. Nie wychodził do pracy, a przynajmniej tak się jej wydawało, nie wspominał o tym, że musiał być gdzieś wcześnie, nie było więc innej opcji jak to, że właśnie rozrabiał w którymś pomieszczeniu, bo jak wiadomo, gdy jest zbyt cicho to znaczy, że ktoś właśnie zajmuje się czymś nieodpowiednim, była to całkiem prosta logika. Odstawiła pusty kubek na blat, po czym wyszła z kuchni i ruszyła na piętro. [a]Przypomniała sobie jeszcze o tym, że kupili konar, który wypadało wsadzić do kominka, to znaczy nie zapomniała o tym oczywiście, bo Prue pamiętała o wszystkim z racji na swoją doskonałą pamięć, tyle, że nieco przesunęła to na liście zadań do realizacji, ale może to też był odpowiedni moment na to, aby go rozpalić. RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Benjy Fenwick - 28.09.2026 Nie miałem pojęcia, jakim cudem dom potrafił być jednocześnie tak pełny rzeczy i tak podejrzanie cichy, ale najwyraźniej osiągnęliśmy właśnie ten etap przygotowań do Samhain, w którym każdy przedmiot zaczynał mieć własne miejsce, znaczenie i potencjalnie rytualne zastosowanie, a ja coraz częściej zastanawiałem się, czy przypadkiem nie powinienem zacząć oznaczać niektórych szafek, aby później wiedzieć, co do nich wcisnąłem w przedsabatowym amoku. Siedziałem w pokoju na piętrze, pochylony nad jednym z rytualnych sztyletów, które postanowiłem jeszcze raz przetrzeć, chociaż sam nie byłem już pewien, czy faktycznie było na nim coś do wyczyszczenia, czy po prostu znalazłem sobie zajęcie, żeby przez najbliższe pół godziny nie dostać kolejnego punktu z listy Prue - lista była bowiem rzeczą poważną, niemal świętą, o czym zdążyłem się już doskonale przekonać w przeszłości, lecz doświadczałem tego szczególnie teraz, w ostatnich dniach, bo przecież to Samhain miało być naszym pierwszym wspólnym sabatem we własnym domu - zdążyłem już zauważyć, że wykreślanie kolejnych zadań sprawiało jej niemal tyle satysfakcji, co samo ich wykonywanie, nie zamierzałem więc przeszkadzać jej w tej radości, tylko ukradkiem wymknąłem się poza zasięg, chociaż istniało ryzyko, że jeśli zostawię ją samą na zbyt długo, dopisze do listy kolejne obowiązki wyłącznie po to, żebyśmy mieli co wykreślać. Usłyszałem w końcu kroki na schodach i od razu domyśliłem się, że moje ukrywanie się dobiegło końca, więc odłożyłem szmatkę, spojrzałem na przygotowany obok pakunek z rzeczami do kadzenia i westchnąłem pod nosem, bo najwyraźniej nawet w moim własnym szczęśliwym domu nie mogłem liczyć na skuteczne znikanie - cóż - wstałem zatem z miejscami i wychyliłem się na korytarz, a kiedy tylko zobaczyłem Prue uniosłem ręce w geście niewinności. - Zanim coś powiesz… - Zacząłem, nie za bardzo wiedząc, co zamierzałem powiedzieć dalej… RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 28.09.2026 Wiedziała, że gdzieś się zaszył. Nie podejrzewała go broń Merlinie o to, że się obijał, a jednak musiała sprawdzić, czym dokładnie się zajmował, zwłaszcza, że na jej magicznej liście pozostało jeszcze trochę punktów do odhaczenia. Im szybciej się nimi zajmą, tym szybciej będą mogli odpoczywać, jej zdaniem był to całkiem niezły argument za tym, aby kontynuowali realizowanie zadań. Kolejnym argumentem było to, że czuła dziwną satysfakcję, kiedy wykreślała kolejne ukończone przez nich czynności. To nie tak, że coś by się stało, gdyby coś pominęli, lub zostało niedokończone, jednak Prue naprawdę wyjątkowo dobrze czuła się, gdy wszystko szło według planu. Nie skradała się, zresztą nie potrafiła pojawiać się nagle, zupełnie znikąd jak jej mąż. Zdecydowanie miał szansę usłyszeć, że się zbliżał, miał czas na to, aby się przygotować do spotkania z nią. Tak właściwie to humor jej dopisywał, bo prace szły im wyjątkowo sprawnie, okazało się, że bardzo dobrze im się współpracowało, dzielili się zadaniami, dzięki czemu wszystko było bardzo proste. Gdy znalazła się na piętrze wychylił się z jednego z pokoi, nie musiała nawet go szukać, sam postanowił się pokazać. To był dobry znak - nie chował się przed nią, mimo tego, że miała drobną obsesję związaną z odhaczaniem punktów z ich listy obowiązków. Uniósł ręce w geście niewinności, przez co przystanęła w miejscu, zmrużyła oczy i zaczęła lustrować go wzrokiem. Coś przeskrobał? Dlatego był tak cicho? Nie, to niemożliwie, chociaż każdemu mogła powinąć się noga. - Tak naprawdę to nie chciałam nic mówić, ale teraz… - Sam zachęcił ją do tego, aby kontynuowała. Przyszła tutaj tylko sprawdzić, co właściwie się z nim działo. - Czy powinnam coś powiedzieć? Coś się stało? Było tutaj dziwnie cicho. - Postanowiła wytłumaczyć skąd wynikały jej obawy. RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Benjy Fenwick - 28.09.2026 Przez moment patrzyłem na nią z rękami wciąż w górze, zastanawiając się, czy właśnie własnymi słowami nie wykopałem sobie całkiem przyzwoitego dołu, jak na kogoś, kto przecież absolutnie nie miał niczego na sumieniu i przede wszystkim nie zamierzał dać się sprowokować do składania żadnych przedwczesnych zeznań. Z dużym prawdopodobieństwem odrobinę zbyt mocno zdawałem sobie sprawę z tego, iż w aktualnych okolicznościach nawet samo moje siedzenie w jednym miejscu, w prawie całkowitej ciszy, z niemal przesadnie wyczyszczonym ostrym narzędziem w dłoni mogło wyglądać znacznie bardziej podejrzanie, niż rzeczywiście powinno było się jawić, szczególnie jeśli wzięłoby się pod uwagę, iż miałem obok siebie bardzo zorientowaną na wyniki żonę o doskonałej pamięci i wybitnej orientacji w tym, które punkty z jej listy zostały już wykreślone. Nie zrobiłem jednak nic, czego powinienem był się wstydzić, przynajmniej nie w ciągu ostatnich kilku godzin, co w okresie naszych jakże poważnych przygotowań do Samhain należało chyba uznać za całkiem przyzwoity wynik, opuściłem więc w końcu ręce i wzruszyłem ramionami, przybierając minę człowieka, który został niesłusznie oskarżony o jakieś nieokreślone przestępstwo, chociaż sama Prue nie powiedziała przecież jeszcze, że cokolwiek zrobiłem - lub też nie - sam fakt, że dom był cichy, nie oznaczał przecież od razu, że działo się w nim coś nieodpowiedniego, chociaż musiałem przyznać, że w naszym przypadku cisza rzeczywiście potrafiła być sygnałem ostrzegawczym, szczególnie kiedy znajdowaliśmy się poza zasięgiem swojego wzajemnego radaru. - Nie, nic się nie stało. Plasowałem. - Odpowiedziałem z przekonaniem, które uznałem za całkowicie wystarczające. - Szlifowałem… Hmmm… Ostatnie detale. - Spojrzałem przez ramię w stronę pokoju, z którego właśnie wyszedłem, jakbym chciał upewnić się, że rytualny sztylet, szmatka i przygotowany pakunek do kadzenia nadal znajdowały się dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Brzmiało to wystarczająco niewinnie, przynajmniej w moim przekonaniu, więc odsunąłem się nieco od wejścia, dając jej możliwość zajrzenia do środka, chociaż jednocześnie nie zamierzałem urządzać prezentacji pod tytułem „oto wszystkie rzeczy, których dotykałem podczas swojej nieobecności” - wszystko było na swoim miejscu, przynajmniej według standardów, które uznawałem za wystarczająco wysokie, więc wskazałem dłonią w stronę stołu. - Moszesz to wykleśliś. - Ostatnie słowa wypowiedziałem z pewną ostrożnością, bo doskonale wiedziałem, że właśnie podałem jej kolejny powód, żeby sięgnęła po swoją listę, na której z dużym prawdopodobieństwem nie zawierały się żadne informacje o dopieszczaniu stanu wizualnego broni, a jednak uznałem, że było to ryzyko warte podjęcia - przynajmniej nie mogła powiedzieć, że niczego nie robiłem. RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 29.09.2026 Prue nie przestawała się wpatrywać w swojego męża. Wyglądał jakby przyłapała go właśnie na gorącym uczynku, tylko jeszcze nie wiedziała co właściwie knuł. Wpatrywała się w niego mrużąc oczy, próbowała zrozumieć, co właściwie się działo, skąd ta obronna poza? Na pewno miał coś na sumieniu. Musiała tylko jeszcze rozgryźć co, ta postawa nieco ją niepokoiła. - Jakoś Ci nie wierzę. - Sam to sobie zrobił, sam spowodował, że Prue zaczęła zastanawiać się nad tym co tutaj robił, mógł nie zachowywać się tak dziwnie. Czyżby postanowił ukryć się na piętrze przed resztą punkcików, które trzeba było odhaczyć z ich przedsabatowej listy? Nieładnie. Bardzo nieładnie. To by wyjaśniało tę ciszę panującą w domu. Nie chciał rzucać się jej w oczy, więc postanowił się schować. Wszystko zaczęło jej się całkiem jasno klarować. Uniosła pytająco brew. Szlifował ostatnie detale. To było całkiem jasne, tylko, skoro na liście było jeszcze trochę punktów do odhaczenia, to jak mógł szlifować ostatnie detale, to nieco jej się nie zgadzało. Najgorsze było to, że wcale nie musiała mieć przy sobie fizycznego papierka, wszystko bowiem znajdowało się w jej głowie, idealnie zapamiętane. Zawiesiła się na moment, a jakże. Przed jej oczami pojawiła się ostatnia wersja listy, z tym co było wykreślone oraz czekało na realizację. Tak jak jej się wydawało nie było tam nic o prasowaniu, coś jej się nie zgadzało. Prasował? Plasował? Pracował? Co właściwie robił. Coraz większe niezrozumienie malowało się na jej twarzy. Mrugnęła. Trochę głupio, że nie zrozumiała tego, co mówił do niej własny mąż, ale jeszcze zdarzały jej się momenty, kiedy nie do końca rozumiała każde wypowiedziane przez niego słowo, była to właśnie jedna z takich chwil. Odsunął się od drzwi, dzięki czemu po prostu mogła zajrzeć do środka i zobaczyć czym właściwie się zajmował, to pozwoliło jej uniknąć dalszego zastanawiania się nad tym, co właściwie robił przez ostatnie kilkadziesiąt minut. - Zastanawiam się, jak można szlifować ostatnie detale, kiedy jest jeszcze sporo rzeczy do zrobienia? - Widziała w tym jakiś błąd, coś jej się nie zgadzało. Postanowiła w końcu zajrzeć do środka. Otaksowała wzrokiem pomieszczenie, nie wchodziła do środka, po prostu tam zaglądnęła. Dostrzegła rytualny sztylet, który dość mocno się błyszczał, szmatkę no i pakunek do kadzenia. Odwróciła się na pięcie i na niego spojrzała. - Polerowałeś ten sztylet tyle czasu? - Zapytała jeszcze bardzo spokojnie, najwyraźniej to było szlifowanie detali, tylko, czy właściwie mieli czas, aby skupiać się tak bardzo na każdym, najdrobniejszym szczególe? RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Benjy Fenwick - 29.09.2026 Wcale nie ukrywałem niczego przed Prudence, po prostu uznałem, że skoro i tak musiałem przygotować cały zestaw do rytuału, to mogłem przy okazji doprowadzić wszystko do błysku, zamiast później przeklinać własne lenistwo, kiedy okazałoby się, że zostawiłem na ostrzu ślady krwi lub wosku. No, może także potrzebowałem zrobić sobie przerwę od bycia perfekcyjną panią domu, ponieważ nikt nigdy nie uprzedził mnie, ile prozaicznych prac wykonywało się na posesji z okazji nadchodzącego sabatu. Nie przewidziałem tylko, że moja żona potraktuje moje zniknięcie na piętro jako początek śledztwa kryminalnego, a powinienem był - oj - powinienem, była w końcu antropologiem… Przez chwilę patrzyłem na nią w zupełnej ciszy, mając przy tym bardzo nieprzyjemne wrażenie, że właśnie obserwowałem, jak w głowie Prudence odbywał się proces dochodzeniowy, którego wynik został już właściwie przesądzony, brakowało tylko znalezienia odpowiedniego paragrafu, pod który można było podciągnąć moje niewinne siedzenie na piętrze ze szmatką w ręku. Najgorsze było to, iż nie mogłem nawet powiedzieć, że sobie na tę podejrzliwość nie zasłużyłem, bo najwyraźniej moja próba zachowania się naturalnie polegała na tym, że stałem przy drzwiach z miną człowieka spod ciemnej gwiazdy, który właśnie został przyłapany na przemycaniu smoka przez granicę, chociaż w rzeczywistości od dobrych kilkudziesięciu minut zajmowałem się przedmiotem, który miał być użyty podczas sabatu i który, według mojej zawodowej oceny, zdecydowanie zasługiwał na to, żeby przed użyciem nie mieć na sobie połowy krwi, sadzy i Merlin wiedział, czego jeszcze. Problem polegał na tym, że Prudence najwyraźniej nie zamierzała przyjąć tej wersji wydarzeń bezsprzecznie, znałem ten wzrok wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że każde kolejne słowo mogło tylko pogorszyć moją wątpliwą sytuację. Spojrzałem przy tym przelotnie w stronę pomieszczenia, gdzie na stole leżał nieszczęsny przedmiot, błyszczący teraz tak, że przy odpowiednim kącie światła można było się w nim niemal dokładnie przejrzeć. Miałem przed sobą listę rzeczy, które trzeba było przygotować przed Samhain, część była już zrobiona, część czekała, ale z jej perspektywy zamiast rozsądnie przejść do kolejnego punktu siedziałem nad kawałkiem metalu i traktowałem go z takim zaangażowaniem, jakbym przygotowywał artefakt mający uratować pół Anglii przed nadchodzącą apokalipsą. W mojej obronie nie była to zwykła przesadna pedanteria, rytualne przedmioty miały swoje wymagania, powierzchnia ostrza potrafiła mieć znaczenie przy określonych zaklęciach, a pozostałości po wcześniejszych zastosowaniach nie zawsze były czymś, co chciało się przenosić do kolejnego obrzędu, tyle że tłumaczenie tego Prudence w tej chwili mogło zabrzmieć mniej więcej tak, jakbym właśnie próbował uzasadnić spędzenie godziny na pucowaniu widelca przed obiadem. - Nie? Tak? Byś mosze? - Odparłem, wybiórczo ignorując zasłyszane zwątpienie w „szlifowanie”, nawet jeśli sam usłyszałem, jak mało przekonująco to zabrzmiało, więc westchnąłem i oparłem dłoń o framugę. Miałem wrażenie, że właśnie tym jednym zdaniem dostarczyłem jej kolejnego dowodu przeciwko sobie, chociaż tak naprawdę wkopałem się już na samym początku, bo normalny człowiek nie zaczynał przecież rozmowy od zapewnienia, że czegoś nie zrobił, zanim ktokolwiek zdążył go o to oskarżyć. Widocznie jednak mój mózg uznał, że najlepszą metodą wyjścia z sytuacji będzie dobrowolne ujawnienie wszystkiego, czego moja żona jeszcze nie zdążyła zauważyć. Była to strategia niezwykle głupia, ale konsekwentnie stosowana przeze mnie przez lata, kiedy byliśmy jeszcze przyjaciółmi, więc przynajmniej nie można było powiedzieć, że nie trzymałem się własnych tradycji. Problem polegał na tym, że dla mnie przygotowanie narzędzia nigdy nie kończyło się na sprawdzeniu, czy coś było ostre i czyste, bo przekonałem się zbyt wiele razy, że magia potrafiła wykorzystać najmniejszą niedoróbkę dokładnie wtedy, kiedy jej użytkownikowi wydawało się, że wszystko zrobił należycie - przy rytuałach było to szczególnie irytujące, ponieważ przedmioty miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale również symboliczne, i jeśli chciało się przeprowadzić coś porządnie, należało zadbać o oba aspekty, nie zamierzałem więc używać podczas Samhain sztyletu, który wyglądał, jakby ostatnie pół wieku spędził pod podłogą jakiejś zapomnianej przez Merlina krypty, nawet jeśli przeciętny obserwator prawdopodobnie uznałby, że właśnie taki wygląd „dodawał mu charakteru”. Charakter był dobry w opowieściach dla uczniów Hogwartu, przy narzędziach wolałem sprawność. - No… Mosze nie tyle „polelowałem”, co splawdzałem. Polelowanie było pszy okazji. Ostsze miało nalot pszy nasadzie, a lękojeść była lepka od czegoś, czego wolałem nie pszenieść dalej, musiałem to najpielw zidentyfikowaś, więc sklobałem ją, dopóki nie miałem pewności, sze nie jest to pozostałość po jakiejś stalej mieszance lytualnej… Poza tym chciałem splawdziś, czy nie ma miklopęknięć. Jeśli mamy nim placowaś pszy szeszach, pszy któlych ostsze mosze mieś kontakt s klwią, popiołem albo substancjami leaktywnymi, wolałem wiedzieś wcześniej, czy nie lospadnie mi się w lęce dokładnie wtedy, kiedy będzie najmniej odpowiedni moment na lospadanie się czegokolwiek… - Spojrzałem na nią spod brwi, choć zaraz sam poczułem, że to wyjaśnienie również zabrzmiało wyjątkowo niefortunnie, szczególnie w świetle faktu, że rzeczywiście przez ostatnie kilkadziesiąt minut siedziałem na piętrze, za zamkniętymi drzwiami, zamiast kręcić się po domu i odhaczać kolejne punkty z listy, i polerowałem kawałek metalu, aby świecił się jak psu jajca… RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 29.09.2026 Prudence miała pewne doświadczenie, wręcz spore doświadczenie zawodowe. Od razu wyczuła w jego zachowaniu coś niepokojącego, coś jej nie pasowało. Przez to też zaczęła już w swojej głowie wszystko, ale to wszystko bardzo dokładnie analizować. Powinien się tego spodziewać, to nie było żadnym zaskoczeniem. Oj nie. Zniknięcie na piętrze było naprawdę podejrzane, zwłaszcza, że z dołu nie słyszała żadnych dźwięków. Nic nie zostało przesuwane, jego kroków mogła nie słyszeć - bo przecież potrafił poruszać się niczym duch, jednak swojej aktywności związanej z przygotowaniami do sabatu raczej nie mógł ukryć. Tyle, że właśnie, ona jakby nie istniała przez ostatnie kilkadziesiąt minut. Czyżby postanowił dyskretnie wykręcić się od realizacji kolejnych zadań? Zamknął się w pokoju i odpoczywał, czy naprawdę mógł tak postąpić? Aktualnie była skłonna w to uwierzyć. Niedobrze, bardzo niedobrze, mogło to się bowiem równać marnowaniu wolnego czasu, a tego nie mieli przecież zbyt wiele. Sabat zbliżał się wielkimi krokami, a oni, oni nie byli jeszcze na niego idealnie przygotowani. -Szlifowanie ostatnich detali to końcowy etap pracy nad jakimś projektem, dziełem lub zadaniem, polegający na eliminowaniu drobnych błędów i nadawaniu całości ostatecznego, perfekcyjnego kształtu. - Wyrecytowała jeszcze bardzo sucho z pamięci, musiała sięgnąć po jakiś słownikowy opis, który znajdował się w jej głowie, na moment się przy tym oczywiście zawiesiła, ale powiedziała, co wiedziała. Skoro on odpowiedział tak, nie, być może - to zamierzała mu nieco ułatwić znalezienie sensu, jego słowa bowiem nie były klarowne. To mogło mu nieco rozjaśnić sytuację. Nie wydawało się jej, aby znaleźli się już na takim etapie. Mieli przed sobą jeszcze trochę zadań z listy, do szlifów było zdecydowanie daleko, a on teraz zaszył się tutaj i szlifował ostatnie detale, interesujące, naprawdę interesujące, już ona miała w swojej głowie wizję tego, czym naprawdę się tutaj zajmował. - Sprawdzałeś? - Ponownie uniosła brwi. Sprawdzał, to brzmiało lepiej od polerowania, tylko, czy w tym przypadku nie było poniekąd tym samym. Na jej logikę to siedział tu przez ostatnie kilkadziesiąt minut i oglądał sztylet… czy naprawdę jeden nóż potrzebował, aż takiego zaangażowania? Niekoniecznie jej się tak wydawało, ale słuchała tego co do niej mówił, bardzo uważnie, musiała w końcu pozwolić na to, aby uargumentował swoje zachowanie. - Nie mogłeś tego po prostu wrzucić do wody i umyć, byłoby szybciej? - Zapytała jeszcze. Skrobanie, identyfikacja, chuje, muje dzikie węże, czy nie można było tego ugryźć nieco prościej? Zadała to pytanie, bo przecież sama nie zajmowała się takimi rzeczami, ale wydawało jej się to nieco łatwiejszą drogą, mniej czasochłonną. - Jeśli dobrze rozumiem, siedziałeś sobie tutaj przez ten czas i sprawdzałeś, czy sztylet będzie współpracował? - Wolała mieć pewność, że na pewno wszystko dobrze odebrała, nie wyglądało to najlepiej w jej oczach. RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Benjy Fenwick - 29.09.2026 Kiedy wyrecytowała mi definicję „szlifowania ostatnich detali”, zamrugałem powoli i przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, próbując zdecydować, czy powinienem był kolejny raz być pod wrażeniem jej wybitnej pamięci, czy raczej poczuć się osobiście zaatakowany przez słownik, którego treść miała okazję przyswoić - ostatecznie wybrałem trzecią możliwość, czyli westchnienie - najgorsze było to, że miała pod tym względem całkiem sporo racji, przynajmniej jeśli patrzyło się na sprawę z boku, ponieważ rzeczywiście nie byłem na żadnym końcowym etapie przygotowań do sabatu, a określenie „szlifowanie ostatnich detali” odnosiło się wyłącznie do tego konkretnego kawałka roboty, nie do całego naszego przedsięwzięcia, czego oczywiście nie powiedziałem od razu, bo zamiast tego zacząłem się tłumaczyć w sposób, który brzmiał coraz bardziej zagmatwanie z każdym kolejnym zdaniem. Znałem ją jednak wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jeśli zaczęła sobie układać w głowie ciąg przyczynowo-skutkowy, nie wystarczyło mi powiedzieć, że niczego nie ukrywałem, bo w jej głowie właśnie powstawał już cały raport z mojego zachowania, zapewne wraz z godzinami, miejscami i hipotetycznym motywem przestępstwa. Nie mogłem nawet specjalnie protestować, bo wiedziałem, że sam sobie na to zapracowałem, znikając na piętrze bez słowa i zamykając się w pokoju, ale jednocześnie coraz trudniej było mi zachować neutralny wyraz twarzy, kiedy słyszałem, jak poważnie traktowała możliwość, że przez kilkadziesiąt minut po prostu siedziałem tutaj i nic nie robiłem - to ostatnie było zresztą wyjątkowo obraźliwe, biorąc pod uwagę, że miałem w życiu na koncie rzeczy, przy których niewłaściwe użycie jednego rytualnego narzędzia mogło skończyć się znacznie gorzej niż przesunięciem terminu przygotowania krochmalu do obrusów, a ona właśnie rozważała, czy przypadkiem nie urządziłem sobie na górze małego urlopu od rzeczywistości. - Tak, splawdzałem. - Potwierdziłem, kiedy ponownie podniosła brwi. - Splawdzałem klawęś, nasadę, stan metalu, leakcję na magię i to, czy nie zostały na nim szadne niepotszebne pozostałości po popszednim uszyciu. To nie jest to samo, co patszenie pszes czteldzieści minut i zastanawianie się, czy ładnie błyszczy, m’kay. - Przerwałem na moment, bo dokładnie w tym momencie padło pytanie o wodę… O wodę! Woda. Zwykła woda. Do rytualnego sztyletu. Przez chwilę byłem prawie pewien, że się przesłyszałem, ale jej twarz pozostawała zupełnie spokojna, nieprzenikniona i niewzruszona, więc najwyraźniej naprawdę to powiedziała, podczas gdy ja poczułem, jak coś we mnie - to coś pomiędzy zawodową dumą klątwołamacza a zwykłym szacunkiem do dobrze wykonanej broni - bardzo powoli umiera, charcząc wspomnianą wodą. Nie święconą. Nie błogosławioną. Wodą z kranu. Może jeszcze z octem. Albo sokiem z cytryny. Z sodą. - Do wody? - Zaczerpnąłem powietrza z autentycznym niedowierzaniem, które musiałem przez moment przełknąć, żeby nie zabrzmieć tak, jakbym właśnie usłyszał propozycję umycia głowy w zupie. Moja intonacja była znacznie bardziej pełna bólu niż czegokolwiek innego, ponieważ naprawdę nie chciałem jej tłumaczyć, dlaczego sugestia wrzucenia rytualnego athamé do wody była dla mnie czymś z pogranicza herezji i wandalizmu. - Sainte melde, chèle, t'es donc ben folle… - Zrobiłem mimowolny krok w kierunku wnętrza pomieszczenia. - Do wody, Plue? - A potem kolejny, równie nieświadomy, gdyż moje myśli galopowały właśnie w zupełnie inną stronę niż nogi. - Pludence Madison Fenwick, niech cię Matka bloni, to nie jest zwykły nósz kuchenny. - Spojrzałem na sztylet, potem na nią i znowu na sztylet, jakbym właśnie próbował ustalić, czy powinienem go przed nią schować dla jego własnego bezpieczeństwa, aby obronić fundamentalną zasadę swojego fachu przed kimś, kto najwyraźniej był gotów zastosować wobec niej metodę „a może jednak wrzucić do wiadra”. Broń miała swoje wymagania, a rytualna broń miała ich jeszcze więcej - to nie był widelec, który można było wrzucić do zlewu i potraktować płynem do naczyń, licząc, że Fairy Liquid sam rozwiąże problem - metal chłonął zaklęcia, reagował na substancje, przechowywał ślady poprzednich zastosowań, w przypadku narzędzi rytualnych znaczenie miało również to, w jaki sposób były czyszczone, przechowywane i przygotowywane do kolejnego użycia. - Nie wszuca się bloni do wody. - Powiedziałem w końcu, znacznie spokojniej, choć chyba właśnie ta spokojność najlepiej pokazywała, jak bardzo jej pomysł mnie poruszył, a nawet wręcz dogłębnie zabolał w samym środku duszy - woda była wspaniała do mycia naczyń, kąpieli, gaszenia pożarów i szeregu innych czynności, które nie wymagały ode mnie późniejszego ratowania przedmiotu przed korozją albo destabilizacją magicznej struktury. - Właściwie… - Urwałem, sięgnąłem po szmatkę i zacząłem składać ją spokojnie, by zająć czymś ręce, nie spuszczając z niej wzroku. - Co ty lobisz ze swoim zalęczynowym athamé? - To pytanie zadałem już zdecydowanie bardziej podejrzliwie niż wszystkie wcześniejsze, bo nagle poczułem bardzo silną potrzebę poznania odpowiedzi, zanim Prudence zacznie mi tłumaczyć, że jej własny rytualny nóż „przecież tylko czasem” leżał gdzieś w wodzie, olejku, soli, albo, Merlin uchowaj, w occie. Jeśli przez cały ten czas dbała o niego w sposób podobny do tego, jaki właśnie proponowała mnie, to miałem przed sobą znacznie większy problem niż własne rzekome ukrywanie się przed listą obowiązków - miałem problem z nieświadomie demoniczną żoną i rytualnym narzędziem, które według wszelkich prawideł powinno być traktowane z większym szacunkiem niż połowa ludzi, których znałem. RE: [30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 30.09.2026 Prudence robiła się coraz bardziej zmieszana, tym razem nie byli po jednej stronie, każdy miał swoją własną wizję tego, czym przed chwilą zajmował się jej mąż. Ona patrzyła na ogół, on najwyraźniej podchodził do każdego zadania osobno, co nieco kompikowało wizję Prudence. Lista przecież była ważna, to z niej należało wykreślać każdy, kolejny punkt, a nie rozdrabniać go jeszcze na kilka części, bo tak to na pewno nie uda im się jej zrealizować do końca. Niedobrze, bardzo niedobrze. Im bardziej tłumaczył jej czym się zajmował, tym bardziej była w tym wszystkim zagubiona, jej logika gdzieś się w tym pogubiła. Nie przestawała mu się przyglądać, kiedy po raz kolejny zaczął tłumaczyć jej, co dokładnie robił z tym swoim nożem. Czy naprawdę to było potrzebne? Nie dało się nie zauważyć konsternacji malującej się na twarzy Prudence, przecież to był tylko nóż, jeden niewinny nożyk, czy naprawdę trzeba było robić wokół niego tyle zamieszania? - Niczego nie ominąłeś, prawda? - Skoro było to takie ważne, to na pewno podszedł do sprawy z odpowiednią dokładnością. - Tak właściwie to, czy dużo masz takich noży? - Być może powinna je również wyszczególnić na liście zadań do realizacji, zwłaszcza, że zajęcie się jednym zajmowało jak widać dużo czasu, najwyraźniej źle oszacowała ich punkty do realizacji przed sabatem, przez co mogli położyć całe przygotowania. Niedobrze, bardzo niedobrze, zmartwiło ją to nieco, bo wydawało jej się, że odpowiednio podeszła do tego całego przedsięwzięcia. Zabrakło jej jednak najwyraźniej pewnych danych, przez co teraz mogli polec, a tego bardzo, ale to bardzo by nie chciała, nie przy ich pierwszym, wspólnym sabacie. - No tak, do wody, to byłoby szybsze. - Nie wiedziała, czy nie dosłyszał, czy co właściwie się stało, że powtórzył jej słowa jak pytanie. Mówiła chyba całkiem wyraźnie. Nie spodziewała się tego, że to, co powiedziała doprowadzi go do palpitacji serca. Zauważyła zmianę w jego postawie, dostrzegła minę swojego męża. Najwyraźniej musiała powiedzieć coś bardzo nieodpowiedniego. Ups. Później, później nazwał ją w ten sposób i wiedziała, że zrobiła coś bardzo, ale to bardzo złego. Chciała tylko podejść do sprawy praktycznie, czy to naprawdę była, aż taka różnica? Woda przecież nie mogła popsuć noża, nawet rytualnego? Prawda? Nie mogła tego zrobić. Najwyraźniej jednak miała jakieś drobne braki w wiedzy, powinna być może wcześniej, nim się odezwała przejrzeć w swojej głowie jakieś informacje na ten temat. Nie zrobiła tego jednak, przez co Benjy najwyraźniej zamierzał jej teraz przeprowadzić bardzo szybką lekcją na temat tego jak dbać o narzędzia rytualne. Fantastycznie, kolejne zmarnowane minuty, które mogliby poświęcić na wykreślanie zadań z listy i sama się w to wpakowała. - Dlaczego się jej nie wrzuca do wody? Przecież nie mówię o moczeniu jej godzinami, a po prostu o krótkiej kąpieli. - Pokręciła jeszcze głową. Czy naprawdę woda mogła zaszkodzić takiej potężnej, rytualnej broni, która radziła sobie z różnymi nieczystymi siłami? Woda mogłaby ją w jakiś sposó naruszyć? To była tylko woda… Założyła sobie ręce na piersiach, kiedy zapytał o jej zaręczynowe athamé. Sprawa zaczęła się odrobinę bardziej komplikować. - Czy to takie ważne co z nim robię, skoro jak zauważyłeś to moje, zaręczynowe athamé? - Nie mogła się powstrzymać od zadania tego pytania, poczuła się tak, jakby przyłapał ją na robieniu czegoś nieodpowiedniego, co nie do końca jej się podobało. - Noszę je w torebce, co niby mam z nim robić? - Jak przystało na prawdziwą kobietę, miała w swojej torebce wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. |