Secrets of London
[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6491)



[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.10.2026

Nie byłem typem chłystka, który szczególnie źle znosił cudze niechciane towarzystwo, przynajmniej nie na tyle, żeby regularnie rozważać ucieczkę przez okno, chociaż po dzisiejszym wieczorze musiałem przyznać, że istniały okoliczności, przy których nawet przesłuchanie w sprawie nielegalnego handlu przeklętymi artefaktami wydawało się spotkaniem przy herbacie - przeżyłem momenty, w których nawet najbardziej nieprzyjemny obrót spraw miał nad kolacją i Bletchleyów tę przewagę, że gdy wszystko się spieprzyło, otoczenie przynajmniej nie udawało, iż wszystko w dalszym ciągu przebiegało zgodnie z planem. Może i wychowałem się pośród prawdziwych specjalistów w dziedzinie hipokryzji, ludzi noszących liczne maski, byleby tylko nie pokazać prawdziwej twarzy, więc niezupełnie znikąd rozumiałem, że dla niektórych rodzin święta stanowiły coś więcej niż okazję do wspólnego posiłku - były częścią porządku, który należało podtrzymywać, nawet jeśli połowa zgromadzonych przy stole wolałaby w tym czasie znaleźć się gdziekolwiek indziej - nie zamierzałem zatem oceniać rodziców bliźniaków za ich przywiązanie do tradycji, po prostu miałem wrażenie, że gdyby ktoś postawił przed Johnem wybór pomiędzy przyjęciem do wiadomości, że ich córka dorosła i potrafiła samodzielnie decydować o swoim życiu, a zachowaniem dotychczasowego porządku rzeczy, pan domu musiałby przynajmniej przez kilka godzin poważnie rozważać obie możliwości, zanim wreszcie z trudem zaakceptowałby tę pierwszą i miałby do niej setki „ale”.
A przecież nie robiliśmy niczego szczególnie skandalicznego… No, przynajmniej nie według standardów, które znałem, chociaż zdążyłem się już przekonać, że niektórzy ludzie potrafili traktować zwyczajną obecność „niewłaściwego” w ich ocenie człowieka w niewłaściwym mu miejscu jako osobistą zniewagę, nawet jeśli ów człowiek przez cały wieczór starał się być uprzejmy, nie rozlał wina, nie skrytykował jedzenia i nie wspomniał ani słowem o tym, że w jego pracy zdarzały się przypadki, w których ludzie kończyli w znacznie gorszym stanie niż potrawy pozostawione zbyt długo w piecu. To ostatnie uznałem zresztą za osobisty sukces, ponieważ przy słowach Johna odnośnie „poważnego oddziału, na którym pracował jako poważny uzdrowiciel o poważnej specjalizacji w poważnym zawodzie” przynajmniej kilkakrotnie miałem ochotę odezwać się w sposób, który z pewnością nie poprawiłby atmosfery, a jedynie dostarczyłby wszystkim obecnym kolejnego powodu, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Prudence przyprowadziła ze sobą mężczyznę, którego należało obserwować z należytą dozą dezaprobaty. Ostatecznie trzymałem język za zębami, co wymagało ode mnie znacznie większego wysiłku, niż byłem gotów przyznać, toteż teraz, kiedy chłodne wieczorne powietrze wypełniło moje płuca, zaś napięcie powoli zaczęło ustępować miejsca zwyczajnemu zmęczeniu, nie potrafiłem zdecydować, czy powinienem był być z siebie dumny, czy raczej uznać, że właśnie zmarnowałem doskonałą okazję do dorzucenia przynajmniej kilku celnych uwag do kotła zgryzoty.
Poprawiłem kołnierz mojego najbardziej wyjściowego płaszcza, po czym zerknąłem na Prue, która wyszła ze mną na zewnątrz, przez chwilę przyglądając jej się w milczeniu i próbując zrozumieć, co właściwie działo się w jej głowie - nie chciałem zakładać, że tej wieczór był dla niej równie męczący, jak dla mnie, bo chociaż niezręczność panującą przy stole trudno było przeoczyć, nie miałem pojęcia, ile z tego wynikało z mojej obecności, ile z charakteru jej ojca, a ile z rzeczy, o których nie wiedziałem i których być może nie powinienem był wyciągać na światło dzienne - czy tam nocne - w pierwszych minutach po opuszczeniu ich domu rodzinnego. Była moją dziewczyną, nie przewodnikiem po wszystkich tych animozjach, które przez lata zdążyły obrosnąć w zasady, przyzwyczajenia i starannie pielęgnowane urazy, i chociaż chciałem zrozumieć niektóre sprawy, nie zamierzałem wymagać od niej, żeby zaraz po wyjściu zaczęła tłumaczyć mi każdy gest, każde spojrzenie i każde zdanie, które podczas kolacji zabrzmiało odrobinę mniej przyjaźnie, niż powinno. Wystarczyło, że sama musiała przez to przechodzić…
Przesunąłem dłonią po karku, czując pod palcami sztywność mięśni, które przez ostatnie godziny nie miały łatwego życia, gdyż siedzenie prosto na niewygodnym krześle o stanowczo zbyt niskim oparciu i zachowywanie kamiennej twarzy stanowiło dla mnie pewną formę pracy fizycznej, bo niestety nie nad sobą, jakby to z pewnością powiedział pan domu, po czym odwróciłem się w stronę drogi prowadzącej w dół brukowanej ulicy. Niebo nad nami przybrało głęboki odcień granatu, pomiędzy coraz bardziej nagimi gałęziami drzew pojawiały się pierwsze gwiazdy, ledwie widoczne w świetle padającym z okien domu, który właśnie opuściliśmy, z oddali dochodził szelest liści przesuwanych po chodniku przez wiatr, gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, a ja poczułem, że z każdą minutą spędzoną na zewnątrz dużo łatwiej było mi złapać oddech. Wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza, po czym wyciągnąłem jedną z nich, unosząc ją lekko, jakbym zamierzał coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko podrapałem się po brodzie - nie chciałem zamieniać całej sytuacji w kpiący żart, chociaż humor był dla mnie najprostszym sposobem na rozładowanie napięcia, szczególnie kiedy nie wiedziałem, co właściwie powinienem był zrobić z własnym zakłopotaniem - nie miałem doświadczenia w podobnych oficjalnych spotkaniach, no, przynajmniej nie w takich, podczas których zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść. Zwykle nie przejmowałem się szczególnie cudzymi opiniami, ponieważ nie miałem takiej potrzeby, poza tym moja praca nauczyła mnie, że ludzie potrafili oceniać innych na podstawie najdziwniejszych przesłanek, niekiedy nawet na podstawie tego, czy dany ktoś przeżył coś, co ich zdaniem powinno było załatwić go na dobre - tym razem sprawa wyglądała jednak inaczej, bo nie chodziło wyłącznie o mnie i nie do końca wiedziałem, co dalej - na razie wolałem więc nie analizować, czy przy deserze popełniłem jakąś towarzyską zbrodnię, bo miałem niepokojące podejrzenie, że lista zarzutów mogłaby okazać się dłuższa niż menu, mimo moich najszczerszych starań.


RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.10.2026

Przez ostatnie kilka lat nie przyprowadziła nikogo do swojego domu. Było więc to dla niej dosyć sporym wydarzeniem, nie sądziła jednak, że może to potoczyć się w podobny sposób. Jasne, pierwsze spotkania bywały niezręczne, nieco przesadnie oficjalne, mimo wszystko nawet ona wyczuła jak bardzo napięta atmosfera panowała w salonie. To uświadomiło jej, że ojciec musiał połączyć kropki. Zajęło mu to najwyraźniej mniej czasu niż jej, ona przecież potrzebowała do tego trzech spotkań.

Nie skomentowała tego w żaden sposób, nie wyjaśniała niczego, nie wydawało jej się, aby miała do tego prawo. Chciała spędzić ten wieczór całkiem zwyczajnie, właśnie dlatego zaprosiła Benjy'ego do swojej rodziny, wydawało jej się to jeszcze dzisiaj rano całkiem dobrym pomysłem. Najwyraźniej jednak wyjątkowo nietrafnie oceniła sytuację. Nie miała pojęcia, że jej ojciec się czegoś domyśli. Była niemalże pewna, że rozgryzł kim naprawdę był jej chłopak - inaczej nie zareagowałby w ten sposób. Nie zachowywał się tak, kiedy poznawał nowych ludzi. Miała wrażenie, że podczas kolacji mogliby zawiesić w powietrzu siekierę, tak bardzo gęsto tam było.

Żałowała, że wydawało jej się to dobrym pomysłem, nie chciała, żeby Benjy czuł się niekomfortowo w jej rodzinnym domu, wręcz przeciwnie liczyła na to, że ten kawałek normalności dobrze mu zrobi, tyle, że dzisiaj było tam naprawdę daleko od normalności. Sama czuła ogromny dyskomfort, to jak dopiero on się musiał tam czuć. Była rozczarowana, zawiedziona, nie podobało jej się to jak zachował się ojciec, a przecież nie widziała wszystkiego. Nie była w stanie ocenić wszystkich szkód, jakie mogły wyniknąć z jego zachowania. Była na siebie zła, że nie przemyślała tego zbytnio, że ryzykowała tym, że tożsamość Fenwicka mogła zostać rozpoznana. Czuła do siebie żal, że nie do końca rozważyła to, jak się to może skończyć.

Dotychczasowe doświadczenie Prudence z przyprowadzeniem swoich wybranków na rodzinne kolacje wyglądało nieco inaczej, nie żeby było dość spore, bo zdarzyło jej się zjawiać w domu rodziców wyłącznie ze swoim martwym narzeczonym, jednak robili to całkiem często i jednak nigdy nie towarzyszyła im, aż taka niezręczność. Zaskoczyło ją to i spowodowało, że zaczęła myśleć, że coś jest na rzeczy, że jej ojciec wiedział. Nie chodziło przecież wyłącznie o aparycję jej chłopaka, nie chciało jej się w to wierzyć, John nie był, aż tak bezmyślny, chyba? Kto wie, czego mogła się po nim spodziewać, po tym wieczorze wydawało jej się, że zobaczyła nową stronę swojego ojca.

Była dorosła, nigdy nie spowodowała, aby rodzice mogli wątpić w jej osąd, zawsze podchodziła do wszystkiego z rozsądkiem, nie dała im powodu, by jej nie ufali. Tym razem poczuła się jednak w ich towarzystwie jak głupia nastolatka, chociaż przecież w głos nie padły nawet żadne konkretne słowa, nie musiały - atmosfera panująca w domu mówiła sama za siebie.

Nim znaleźli się na zewnątrz pożegnała się ze wszystkimi, zrobiła to dosyć szybko jak na siebie, nie pozwoliła nawet Penny wepchnąć sobie pozostałości deseru. Czuła, że potrzebuje świeżego powietrza i nie wydawało jej się, że była w tym osamotniona. Drzwi się zamknęły, oni mogli ruszyć przed siebie, zostawić za sobą tę nieszczęsną kolację.

Nie do końca wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć, brakowało jej słów, a to nie działo się przecież zbyt często. Było jej trochę głupio, że zabrała go do tego miejsca, miała nadzieję na to, że przywitają go ciepło, a wyszło zupełnie inaczej, no gdyby nie ojciec pewnie byłoby dużo lepiej, ale ten siedział przy tym stole i spoglądał na nich oceniającym wzrokiem, jakby zrobili mu jakąś krzywdę samą swoją obecnością. Westchnęła ciężko, aż w końcu się odezwała.

- Przepraszam. - Nie mogło być inaczej, bo czuła się winna za to, jak potoczyła się ta sytuacja.

[b] - Zazwyczaj nie zachowuje się w ten sposób, nie wiem co w niego wstąpiło. - Nie miała nawet pomysłu w jaki sposób mogłaby usprawiedliwić ojca, w sumie to nawet nie wiedziała, czy powinna go usprawiedliwiać. Zachował się jak buc. - Obawiam się, że mógł się czegoś domyślić, wiesz. - Wolała podzielić się z Benjym swoją obawą.[/a]


RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.10.2026

Przez chwilę szedłem obok niej w milczeniu, z rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza i wzrokiem utkwionym to w drodze w dół ulicy, to w nierównej nawierzchni chodnika, po której przesuwały się suche liście, niesione chłodnym podmuchem jesiennego wiatru. Nie spodziewałem się, że kolacja u Bletchleyów okaże się szczególnie łatwa, bo zdążyłem już nabrać przekonania, że rodzinne spotkania rzadko przebiegały zgodnie z optymistycznymi założeniami osób, które je organizowały, ale nawet ja nie zakładałem, że wieczór przybierze taki obrót. Nawet moje doświadczenie w pakowaniu się w sytuacje, z których rozsądniej byłoby zawczasu się wycofać, nie przygotowało mnie na to, co zastałem, chociaż właściwie powinienem był przewidzieć przynajmniej część problemów, zważywszy na to, że nazwisko Rookwood od lat stanowiło dla Johna Bletchleya wystarczający powód do podniesienia ciśnienia, a więc moja obecność przy stole, po tylu latach błogiej nieobecności w życiu jego dzieci, mogła zostać potraktowana jako osobista zniewaga i byłaby nią niechybnie nawet wtedy, gdybym przyszedł tam w worku pokutnym, z bukietem kwiatów i z własnoręcznie upieczonym ciastem. No, poniekąd co nieco z tego ze sobą zabrałem, najwyraźniej jednak nie zadziałało, bo nie byłem tego godzien. Nie miałem jednak zamiaru obarczać Prudence odpowiedzialnością za to, że jej ojciec postanowił przypomnieć sobie dawne urazy akurat podczas uroczystej kolacji z okazji Mabon, trafnie połączywszy ze sobą kropki, których istnienia inni ludzie zdawali się nawet nie dostrzegać. Co bardziej ironiczne, przez większość kolacji starałem się przecież zachowywać niemal nienagannie - przynajmniej jak na mnie - tak, jak przystało na gościa, który rozumiał znaczenie rodzinnych uroczystości, potrafił docenić przygotowany posiłek i nie miał zamiaru robić z siebie centrum zainteresowania, choć przyznam, że im dłużej siedziałem przy tamtym stole, tym większą ochotę miałem sprawdzić, czy przypadkiem nie byłem już gdzieś indziej.
Przez pierwszych kilka minut po opuszczeniu szeregówki pozwoliłem sobie na milczenie, bo chociaż zwykle nie miałem szczególnych trudności ze znalezieniem odpowiednich słów, tym razem musiałem najpierw uporządkować we własnej głowie kilka spraw, z których żadna nie miała wiele wspólnego z samą kolacją. Nie byłem zachwycony przebiegiem posiłku, oczywiście, ale nie dlatego, że ktoś przy stole nie raczył obdarzyć mnie odpowiednio serdecznym uśmiechem albo zadał pytanie, w którym pobrzmiewało więcej podejrzliwości, niż wypadało nawet przy „pierwszym zapoznaniu” - miałem za sobą wystarczająco dużo nieprzyjemnych spotkań, żeby nie przywiązywać większej wagi do podobnych drobiazgów, szczególnie jeśli dotyczyły osób, których poklasku nie zamierzałem za wszelką cenę zdobyć - chodziło o coś innego… O coś, czego zupełnie nie zakładałem i teraz musiałem się z tym zmierzyć, najlepiej nie emanując tym na towarzyszącą mi kobietę, która już bez tego miała dostatecznie dużo powodów do obaw i do zmartwień.
Nie spodziewałem się, że wyjście na zewnątrz przyniesie mi aż taką ulgę, jednak, kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz i chłodne powietrze uderzyło w nasze twarze, poczułem stopniowo opuszczające mnie napięcie, gnieżdżące się w miejscach, gdzie zwykle lokowałem wszystkie te rzeczy, których nie miałem ochoty roztrząsać przy ludziach, tym bardziej takich. Nie zamierzałem udawać, że te ostatnie chwile należały do udanych, bo nawet przy najlepszych chęciach nie potrafiłbym wmówić sobie czegoś takiego, ale też nie uważałem, żebyśmy musieli teraz spędzić resztę wieczoru na rozbieraniu wszystkiego na części, szukaniu winnych i zastanawianiu się, w którym momencie wszystko zaczęło się sypać. Miałem za sobą dostatecznie wiele zeszłych doświadczeń, przy których jeden nieostrożny ruch potrafił pociągnąć za sobą całą lawinę nieprzyjemnych konsekwencji, żeby wiedzieć, że czasami najlepiej było pozwolić kurzowi opaść, zanim zaczęło się oceniać rozmiar szkód. Nie żebym kiedykolwiek szczególnie obawiał się konsekwencji pyskówek prowadzonych z Szanownym Panem Uzdrowicielem Johnem Bletchleyem - przez minione lata zdążyłem zresztą nabrać dodatkowej odporności na ludzi, którzy patrzyli na mnie w sposób sugerujący, że najchętniej zobaczyliby mnie zakopanego pod odpowiednio głęboką warstwą ziemi, przezornie upewniwszy się wcześniej, czy przypadkiem nie miałem przy sobie różdżki - ale musiałem przyznać, że spotkanie z ojcem Prudence należało do tych doświadczeń, których nie planowałem rychle powtarzać dla rozrywki, szczególnie że nie chodziło o przypadkowego debila, którego niechęć mógłbym zbyć wzruszeniem ramion, kilkoma odpowiednio dobranymi słowami i przekonaniem, że jeśli ktoś miał problem z moją obecnością w pomieszczeniu, zawsze mógł spróbować wyjść z niego jako pierwszy.
- Co? - Przeprosiny zasłyszane nagle ze strony Prudence sprawiły, że odwróciłem ku niej głowę z miną, która zapewne nie wyrażała szczególnego zrozumienia dla sensu wypowiedzianych przez nią słów, bo naprawdę nie potrafiłem znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby brać na siebie odpowiedzialność za przebieg wieczoru i za własnego starego, który najwyraźniej uznał, że miał pełne prawo rozstrzygać, z kim jego dorosła córka mogła dzielić wieczory. Nie uważałem, że powinienem był ją pocieszać pustymi zapewnieniami, że wszystko przebiegło wspaniale, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że byłoby to kłamstwo tak kiepskie, iż nawet najbardziej pobłażliwy świadek nie dałby mu wiary, ale nie widziałem również powodu, żebyśmy mieli teraz zachowywać się tak, jakby wydarzyło się coś, czego nie dało się jakoś przełknąć i przetrawić.
- Nie mam pojęcia, co dokładnie chodziło mu po głowie. - Skłamałem na tyle gładko, że jednocześnie sam w myślach poklepałem się po plecach, doceniwszy własne umiejętności w tym zakresie - gówno bowiem prawda - doskonale wiedziałem, co John o mnie myślał, nawet jeśli przez lata zdążyłem zapomnieć, jak wiele satysfakcji potrafiła mi kiedyś przynosić sama świadomość, że doprowadzałem go do szewskiej pasji. Za czasów szkolnych miałem dość powodów, żeby traktować wywoływanie przejawów jego niechęci jako rodzaj rozrywki, szczególnie kiedy przyjaźń z Eliasem dawała mi okazję do regularnego pojawiania się w pobliżu, jednak teraz sytuacja wyglądała inaczej - stałem obok jego córki, trzymałem ją za rękę i zdecydowanie nie miałem ochoty wracać do dawnych przepychanek, zwłaszcza że nie zamierzałem robić z Prue zakładniczki konfliktu, który zaczął się na długo przed tym, zanim oboje zdążyliśmy zrozumieć, co właściwie nas do siebie ciągnęło, i zrobić z tym coś, poza strzelaniem w siebie intensywnymi spojrzeniami.
Wiedziałem, że John Bletchley nie potrzebował mojej pomocy, żeby wyciągać własne wnioski, nie musiał nawet wyłożyć wszystkich swoich podejrzeń na stół, żebym zrozumiał, do czego zmierzał, podobnie jak ja nie musiałem przedstawiać mu drzewa genealogicznego ani opowiadać historii swojego życia, żeby mógł połączyć fakty, które najwyraźniej bardzo szybko zlały mu się w jedną zwartą całość. Już podczas naszej uroczej rozmowy między pierwszym a drugim daniem, jeszcze przed tą w kuchni, byłem przekonany, że zdążył ułożyć sobie w głowie wystarczająco wiele elementów, by uznać swoje podejrzenia za coś więcej niż zwykłą fantazję. Dotarło do niego, kim byłem, najwyraźniej nie potrzebował żadnego oficjalnego przedstawienia, żeby połączyć nazwisko, drugie nazwisko, coś w wyrazie twarzy albo chuj wie, w czym, i wspomnienia, które przez lata mogły wcale nie stracić na ostrości, nie zamierzałem jednak przenosić ciężaru tej rozmowy na barki Prudence, opowiadać jej o każdym słowie, które padło między mną a głową rodziny, ani tym bardziej odtwarzać przed nią tej szczególnej serdeczności, z jaką zostałem potraktowany, kiedy znaleźliśmy się poza zasięgiem pozostałych domowników.
- Nie wiem, jakie obowiązywały standaldy, ale mam nadzieję, sze pszynajmniej zostałem uznany za wyjątkowo dotkliwą degladasję. Po minie twojego ojca wnoszę zlesztą, sze konkuls został lostszygnięty, zanim zdąszyłem usiąść do stołu. - Uśmiechnąłem się nieznacznie, próbując rozładować napięcie. Spojrzałem przed siebie, na drogę skąpaną w wieczornym półmroku, po czym zerknąłem na nią z ukosa i wzruszyłem ramionami, jak gdyby cała sprawa rzeczywiście nie miała dla mnie większego znaczenia, chociaż prawda była nieco bardziej skomplikowana - nie byłem szczególnie zaskoczony reakcją starego, właściwie, gdybym miał być złośliwy, mógłbym powiedzieć, że pewne rzeczy w życiu pozostawały niezmienne, niechęć ojca bliźniaków do mojej osoby najwyraźniej należała do tej kategorii, niezależnie od tego, ile lat upłynęło i jak bardzo zmieniły się okoliczności, ale mogłem przynajmniej zadbać o to, żeby nie musiała jeszcze dźwigać mojego niezadowolenia i moich wniosków, które również były… Dotkliwe.


RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 03.10.2026

Prue nie lubiła takich sytuacji, zwłaszcza, że nie mogła w żaden sposób zareagować i zasugerować ojcu, że zachowuje się nieodpowiednio. Miała szacunek do swoich rodziców, wydawało jej się, że ona również na niego zasługiwała, ale ten wieczór nieco zweryfikował jej zdanie na ten temat. John powinien wiedzieć, że skoro przyprowadziła Benjy'ego do domu, to zależało jej na tym, aby był odpowiednio potraktowany. Nie należała do osób, które pojawiały się tutaj w towarzystwie partnera co chwilę, nie było to dla niej codziennością. Powinien więc wiedzieć, że to wiele dla niej znaczyło, że Benjy był kimś wyjątkowym. Najwyraźniej jednak jej ojciec miał problem z tym, aby połączyć te kropki, a być może połączył je zbyt dobrze? Nie miała pojęcia. Wyszła z domu rodziców bardzo zmieszana, bo nie przywykła do tego, aby panowała tu podobna atmosfera. Nie przyprowadziła tutaj Benjy'ego po to, aby znowu czuł się oceniany, wręcz przeciwnie - naprawdę sądziła, że wszystko pójdzie gładko, wypiją nieco alkoholu, porozmawiają, zjedzą kolację i będzie nie najgorzej. No przeliczyła się, bardzo się przeliczyła.

- Nie powinno mi się wydawać, że to dobry pomysł. - Nie wydawało jej się, aby w ogóle był sens, żeby udawać, że kolacja w towarzystwie jej rodziców okazała się być trafiona. Wolała szczerze podejść do oceny tego, jak przebiegło to spotkanie, a no ślepy by zauważył, że atmosfera była wyjątkowo napięta. Naprawdę chciała, aby to wyglądało inaczej. Liczyła na odrobinę zrozumienia ze strony swoich rodziców, to również nie było dla niej łatwe przyprowadzić do domu kogoś po tylu latach. Nie spodziewała się, że John zachowa się w ten sposób. Wydawało jej się, że powinna przeprosić Benjy'ego za to, że niekoniecznie dobrze oceniła sytuację, zwłaszcza, że miała wrażenie, że wynikało to z tego, że jej ojciec połączył kropki, co w tym przypadku mogło nieco skomplikować jego i tak skomplikowaną sytuację.

- Wiesz, ja mam to - tutaj pokazała dłonią na swoją głowę, wierzyła, że zrozumie o co mu chodzi. - po nim. - Jej przypadłość, jej umysł. John cierpiał na to samo, a więc jak i ona potrafił sobie przypominać pewne rzeczy, pamiętał dosłownie wszystko, tyle, że nie spodziewała się, że wystarczy tylko chwila, rzut okiem, może go nie doceniała, albo to ona wyjątkowo długo nad tym rozmyślała. Nie miała pojęcia, wolała jednak uprzedzić swojego chłopaka o tym, jak mogła wyglądać ta sytuacja.

Pamiętała, że ojciec nie przepadał za Aloysiusem, miał na jego temat wyrobioną swoją opinię, to poniekąd wyjaśniałoby aktualne podejście, nie lubił też jego ojca, o czym wcale nie krępował się mówić. Całkiem proste jej zdaniem było do wydedukowania to, że mógł połączyć kropki. Nie miała niby pewności, ale przeczuwała, że to było coś więcej niż niezbyt dobre pierwsze wrażenie.

- Obawiam się, że tego nie wie nikt. - W końcu nie powiedział niczego konkretnego przy stole, po prostu był nieprzyjemny i oschły, a to mogło oznaczać różne rzeczy. Uwierzyła w kłamstwo Benjy'ego, wydawało jej się, że jest z nią szczery, nie miała pojęcia, że potrafi tak świetnie naginać prawdę.

- Do dzisiaj nie miałam pojęcia o istnieniu jakichkolwiek standardów. - Powiedziała zgodnie z prawdą. Była to dla niej zupełnie nowa sytuacja i zdecydowanie nie potrafiła się w niej odnaleźć. - Przed Tobą przyprowadziłam do nich tylko jednego człowieka, gdybym wiedziała, że ta zareagują nie zrobiłabym tego, ojciec powinien mieć świadomość ile to dla mnie znaczy. - Być może nie powinna mu o tym mówić, bo przecież ustalili, że to co ich łączy miało określony termin ważności, jednak nie zmieniało to faktu, że dla Prudence Benjy był w pewien sposób wyjątkowy, być może chciała, żeby o tym wiedział. To nie było dla niej zwyczajne, że zabierała ze sobą kogoś do domu i przedstawiała rodzicom, naprawdę liczyła na to, że podejdą do tej sytuacji inaczej, właściwiej, to znaczy ojciec, Penny jak zawsze nie zawodziła, ale jak wiadomo istotne było całkowite wrażenie, a te przez Johna było raczej bardzo gorzkie.




RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 04.10.2026

Czasami wystarczało kilka pozornie niewinnych, zupełnie inaczej interpretowanych zdań, żeby przypomnieć mi, jak niewiele miałem do zaoferowania komuś, kto zasługiwał na coś znacznie lepszego. Przez chwilę szedłem w milczeniu, przetwarzając w głowie kolejne słowa, które wypowiadała z taką szczerością i przygnębieniem, że właściwie nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przyjąć je do wiadomości, choć nie wszystkie szczególnie przypadły mi do gustu - nie byłem na nią zły, nawet jeśli irytacja zdążyła już znaleźć sobie kilka miejsc w moim ciele, w których mogła się wygodnie rozgościć, ale coraz bardziej drażniła mnie myśl, że Prudence, zamiast po prostu przyjąć do wiadomości, że wieczór okazał się nieudany, zaczynała obarczać się winą za coś, na co nie miała najmniejszego wpływu. Nie spodobało mi się, że wciąż brała na siebie odpowiedzialność za coś, co nie wydarzyło się przez nią, szczególnie że przecież doskonale rozumiałem, dlaczego chciała mnie tam zabrać i co miało dla niej znaczyć to całe spotkanie - nie trzeba było być specjalistą od ludzkich zachowań, żeby dostrzec, że zaproszenie mnie do rodzinnego domu nie należało do kategorii spontanicznych decyzji podejmowanych bez zastanowienia, które można było później zbyć wzruszeniem ramion, kieliszkiem czegoś mocniejszego i stwierdzeniem, że „następnym razem lepiej będzie zostać przy wspólnych zakupach na straganach przy Pokątnej”. Z tego, co było mi wiadomo, jeszcze zanim uzyskałem potwierdzenie tej teorii, nie zapraszała do swojego życia byle kogo, a już z pewnością nie przyprowadzała obcych typów przed oblicze rodziców wyłącznie po to, żeby sprawdzić, czy potrafili wspólnie przetrwać jeden posiłek bez rzucania w siebie sztućcami, poza tym sam zgodziłem się przyjść, nikt nie ciągnął mnie tam siłą, nie zostałem porwany w drodze do pracy ani zwabiony do jadalni Bletchleyów pod pretekstem oględzin podejrzanego artefaktu, chociaż, zważywszy na przebieg wieczoru, ostatnia z tych możliwości mogłaby okazać się znacznie przyjemniejsza - mogłem odmówić, mogłem powiedzieć, że nie miałem ochoty, że wolałem spędzić Mabon w inny sposób albo że zwyczajnie nie czułem się dostatecznie trwałą częścią przyszłości, aby pozwolić sobie na odwiedzanie jej rodziców w święto, mogłem nawet udawać, że nagle zachorowałem, chociaż podejrzewałem, że wymyślenie odpowiednio przekonującej choroby byłoby trudniejsze niż samo siedzenie przy stole, ale tego nie zrobiłem, ponieważ chciałem tam być. Nie miałem zamiaru robić z siebie ofiary nieszczęśliwego zrządzenia losu, bo w życiu spotkałem się z sytuacjami znacznie gorszymi niż nieprzyjemna kolacja, a jeśli John Bletchley uważał, że kilka wymownych spojrzeń przy stole w jadalni i parę ostrych słów wypowiedzianych za kuchennymi drzwiami wystarczyło, żeby skutecznie zniechęcić mnie do jego córki, to najwyraźniej nie poświęcił wystarczająco dużo uwagi temu, jak bardzo potrafiłem być uparty, kiedy już na czymś lub na kimś mi zależało, zresztą, gdybym myślał wyłącznie na własnym komforcie, prawdopodobnie dawno temu nauczyłbym się wybierać sobie znacznie łatwiejsze zajęcia niż rozbrajanie klątw, pakowanie się w kłopoty i wikłanie się w relacje, które wymagały ode mnie czegoś więcej niż dobrego refleksu oraz umiejętności szybkiego wycofania się, jak nie drzwiami, to przez najbliższe okno.
- To? - Zapytałem z miną, którą z powodzeniem mógłbym wykorzystać podczas przesłuchania, gdybym akurat postanowił udawać, że nie rozumiałem nawet najprostszych pytań, nie łączyłem faktów ani nie wyciągałem wniosków. - Ciekawe, ale mógłbym się s tym nie do końca zgodziś. John ma zupełnie inny mental, co nie. - Uśmiechnąłem się krótko, ale potem…
Puściłem jej dłoń tylko po to, żeby przeczesać palcami włosy, po czym odruchowo wsunąłem obie ręce do kieszeni płaszcza, próbując opanować falę goryczy, która nie powinna była mieć z nią nic wspólnego - problem polegał na tym, że Prudence wciąż wracała do tego samego - do przekonania, że nie powinna była mnie zapraszać, że źle oceniła sytuację, że gdyby wiedziała, co się wydarzy, postąpiłaby inaczej. Za pierwszym razem puściłem te słowa mimo uszu, uznałem je za przejaw jej rozczarowania, ale kiedy usłyszałem je ponownie, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie pod żebrami. Nie chodziło nawet o jej ojca, bo ze starym Bletchleyem od dawna nie łączyły mnie żadne złudzenia sympatii, ani o to, że ktoś przy stole uznał mnie za niewłaściwe towarzystwo dla swojej ponad trzydziestoletniej latorośli, bo do takich opinii zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym nie zamierzałem udowadniać swojej wartości komuś, kto najwyraźniej wyrobił sobie o mnie zdanie, zanim jeszcze zdążyłem zdjąć płaszcz. Zabolało mnie natomiast, że zaczęła mówić o mojej obecności w taki sposób, jakby sam pomysł zaproszenia mnie był błędem - jasne - nigdy nie miałem szczególnego talentu do budowania sobie dobrej opinii, moje dotychczasowe doświadczenia sugerowały, że im bardziej się starałem, tym częściej kończyłem w sytuacjach wymagających wyjaśnień, których nikt nie zamierzał słuchać, mimo wszystko nie spodziewałem się, że właśnie Prudence Madison Bletchley, o ironio, ponownie sprawi, iż zacznę się nad tym zastanawiać.
- Nie musisz mi tego powtaszaś. - Słowa same wydostały mi się z ust, brzmiąc nieco ostrzej, niż zamierzałem, więc odetchnąłem powoli i odwróciłem wzrok w stronę drogi, zanim zdążyłem zobaczyć, jak zareagowała, bo przecież rozumiałem, skąd brała się potrzeba przeprosin. - Zlosumiałem za pielwszym lasem, sze szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Naplawdę nie musisz szukaś kolejnych sposobów, szeby pszeplosiś mnie za pomyłkę w osądzie. - Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, jak to zabrzmiało, ale nie cofnąłem wypowiedzianego przekazu, wręcz przeciwnie, zamiast tego wsunąłem dłonie głębiej do kieszeni płaszcza i odrobinę szybciej ruszyłem przed siebie, czując, że wieczór, który miał być okazją do spędzenia czasu razem, właśnie znalazł kolejny sposób, żeby przypomnieć mi, jak kiepsko radziłem sobie z rzeczami, na których naprawdę mi zależało.
- Jeśli jusz mamy szukaś winnego, to ploponuję zacząś ode mnie. Mogłem odmówiś, plawda? - Spojrzałem w przód, nie na Prue, z niechętnym uśmiechem. - To nie byłoby moje pielwsze Mabon spędzone w pojedynkę i zapewne nie ostatnie, więc nie stałaby mi się szadna kszywda. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując, że zacząłem mówić szybciej, co nigdy nie wróżyło niczego dobrego. - Nie musiałaś blaś na siebie odpowiedzialności za to, szebym pszypadkiem nie spędził tego jednego wieczoru smutny i osamotniony. - Zabrzmiało to bardziej gorzko, niż planowałem, ale nie potrafiłem już udawać, że zasłyszane słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie chodziło nawet o to, że jej ojciec mnie nie polubił, bo przecież nigdy nie oczekiwałem, że John Bletchley nagle uzna mnie za wymarzonego kandydata do spędzania czasu z jego córką - chodziło o to, że sama Prue najwyraźniej uznała, iż powinna była mnie przed tym wszystkim ochronić, a ja nie chciałem, żeby traktowała mnie jak kogoś, kogo należało trzymać z dala od jej rodziny, żeby przypadkiem nie popsuć sobie wieczoru.
Zamilkłem na chwilę, nie chcąc wyciągać jeszcze bardziej pochopnych wniosków z jej przekazu, ale nie zamierzałem również udawać, że w ogóle mnie to nie dotknęło - nie byłem szczególnie dobry w podobnych rozmowach, zdecydowanie lepiej radziłem sobie z rzeczami, które można było rozpoznać, nazwać i w miarę możliwości unieszkodliwić, jednak Prudence zasługiwała na szczerość, nawet jeśli nie potrafiłem podać jej w szczególnie eleganckiej formie - samotne świętowanie nie stanowiło dla mnie żadnej nowości, podobnie jak spędzanie wieczorów we własnym towarzystwie, kiedy jedynym żywym stworzeniem w pobliżu był szczur, prawdopodobnie lekko wściekły, który regularnie próbował włamać mi się do plecaka. Nie miałem nic przeciwko takiej formie spędzania czasu, czasem nawet zdarzało mi się ją wręcz preferować, zwłaszcza kiedy po całym dniu pracy potrzebowałem ciszy i pewności, że nikt nie będzie próbował wciągać mnie w dyskusję, której sens sprowadzał się do udowodnienia mi, że wszyscy obecni mają rację, tylko ja się mylę - mimo to wolałem być dziś w gronie ludzi bliskich mojej kobiecie, choćby tymczasowej, nawet jeśli oznaczało to konieczność znoszenia nieprzychylnych spojrzeń gospodarza, ponieważ sama obecność Prue była dla mnie wystarczającym powodem, żebym mógł uznać ten wieczór za wart zachodu.
- Poza tym nie zamieszam udawaś, sze nie wiedziałem, na co się piszę. - Uniosłem lekko brwi, zatrzymując się na sekundę, aby spojrzeć na Pruey, nim wzruszyłem ramionami, próbując nadać temu zdaniu lżejszy ton. - Mosze nie pszewidziałem wszystkich atlakcji, ale pszecież nikt mi nie obiecywał, sze zostanę pszyjęty s otwaltymi lamionami, będąc… Cósz… Mną. - Mogłem być przyjacielem Eliasa, mogłem spędzać czas w jego towarzystwie i zachowywać się tak, jakby wszystko ukadało się zupełnie zwyczajnie, jak to w życiu kumpli, ale nigdy nie zmieniało to faktu, że dla jego ojca pozostawałem Aloysiusem Rookwoodem, czyli osobą, której najchętniej nie widziałby w pobliżu swojej rodziny. Nie potrzebowałem szczególnie rozwiniętej zdolności przewidywania przyszłości, żeby zrozumieć, że upływ lat niekoniecznie wpłynął na poglądy starego w takim stopniu, w jakim wpłynął na kolor jego włosów, natomiast bycie wybrankiem jego córki musiało znaleźć się w ścisłej czołówce koszmarów, zaraz obok perspektywy utraty dachu nad głową i konieczności przyznania, że przez całe życie mylił się w jakiejś istotnej sprawie.
- Podejszewam, że gdyby mógł wybielaś, wolałby jusz nawet niektóle klątwy, któlymi zajmuje się zawodowo. Pszynajmniej wiedziałby, czego się po nich spodziewaś. - Ostatnie słowa również zabrzmiały odrobinę bardziej cierpko i mniej humorystycznie, niż zamierzałem, więc odetchnąłem przez nos i odwróciłem wzrok ku drodze w dół wzgórza, jaką mieliśmy do pokonania, zanim zdążyłem dodać coś, czego później musiałbym żałować, gdyż ja sam również nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą bycia uznanym za niepożądanego zalotnika, zwłaszcza przez ojca kobiety, na której mi zależało, jeszcze mniej podobało mi się natomiast to, że Prudence mogła pomyśleć, iż powinna była przewidzieć jego reakcję i na tej podstawie zrezygnować z zaproszenia mnie na kolację.
- W moim domu bywało nie lepiej, jeśli cię to pocieszy. Wyoblaś sobie atmosfelę pogszebu, na któlym wszyscy wiedzą, kto bęsie następny w kolejce. Uloszy klimacik. Balso odświętny. - Ponownie wypuściłem powietrze nosem, kręcąc głową, po czym znów ruszyłem przed siebie, wyciągając ku niej dłoń, aby pociągnąć ją delikatnie za rękę, o ile zechciałaby mi podać swoją, żebyśmy nie stali na środku drogi, wystawieni na chłód i wiatr. Nie chciałem, żeby zaczęła się zastanawiać, czy nasza relacja była dla mnie mniej ważna, niż mogło wynikać z tego, że się spiąłem, ani że potem bez większego problemu szydziłem sobie z całej sytuacji, ale humor tego typu od zawsze pomagał mi zachować dystans, szczególnie kiedy nie mogłem niczego naprawić siłą własnych rąk, nie oznaczało to jednak, że nie dostrzegałem tego, co działo się w jej głowie. - Nie pszejmuj się tym. Naplawdę. - Ponownie odwróciłem głowę, wpatrując się w ciemniejące drzewa, wypuszczając powietrze przez nos i próbując uspokoić irytację, zanim zdążyła przerodzić się w coś, czego żadne z nas nie chciało tej nocy. Nie zamierzałem wycofywać się z tego, co powiedziałem, ale nie chciałem też, żeby pomyślała, że jej żal był mi obojętny, po prostu nie potrafiłem już udawać, że kolejne zapewnienia o tym, jak bardzo źle poszło nam to spotkanie, nie zaczęły uderzać również we mnie.


RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 04.10.2026

Prudence nie spodziewała się, że jej ojciec może zachować się w ten sposób. Nie dawał jej wcześniej ku temu powodów. Jak widać, nie wiedziała jeszcze wszystkiego o swoim ojcu. Jeśli chciał, potrafił być wyjątkowo nieprzyjemny. Jej nigdy nie traktował w ten sposób, nie zdarzało mu się to. Nie spodobała się jej ta nowa wersja ojca, którą zaprezentował podczas świątecznej kolacji, szczególnie, że zdawał sobie sprawę, jak wiele to dla niej znaczyło. Nie przyprowadzała do domu kogokolwiek, nie miała tego w zwyczaju, John powinien więc mieć świadomość, że było to dla niej coś wyjątkowego, najwyraźniej zupełnie się tym nie przejął. To ją zabolało, bo zdecydowanie pokazywał, że nie akceptuje podejmowanych przez nią decyzji, potraktował ją bardzo protekcjonalnie, a przecież Prue zawsze wiedziała co robi, nigdy nie dała rodzicom powodu, aby mieli w stosunku do niej jakieś problemy z zaufaniem.

Nie pojawiłaby się w swoim rodzinnym domu z Benjym u swojego boku, gdyby nie była pewna tego, co o nim myśli, czy do niego czuje. Był dla niej ważny, bez względu na to, czy niedługo miał zniknąć z jej życia, czy nie. Chciała, aby spędził z nimi sabat, zależało jej na tym, aby spotkała go odrobina normalności, skoro już znajdował się w Wielkiej Brytanii, cóż - najwyraźniej nie mogła poprosić nawet o takie podstawowe rzeczy.

- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Nie wątpiła w to, że złapał aluzję, tylko teraz odbiegał od tego, co chciała mu przekazać. Nie spodobało jej się to, miała dziwne uczucie, że nie powinni tego w tej chwili lekceważyć, a on jednak najwyraźniej nie chciał poruszyć tego tematu. Właściwie, czy powinna mu się dziwić. Ten wieczór nie należał do najlepszych, właściwie to raczej plasował się na dole listy. Nie mogła mieć pewności co do tego, co jej ojciec wiedział, czego nie wiedział, nie mówił o niczym wprost i to też ją okropnie irytowało. Być może powinni po prostu udawać, że to się nie wydarzyło, ale chyba nie potrafiła w ten sposób.

Zatrzymała się w momencie, w którym usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Mrugnęła. Nie przesłyszała się, zdecydowanie się nie przesłyszała. Westchnęła ciężko, bo niekoniecznie o to jej chodziło. - Nie żałuję tego, że Cię zaprosiłam. - Wypadało to nieco sprostować. Naprawdę cieszyła się na to, że spędzi ten wieczór z jej rodziną, po prostu nie podobało jej się to, jak przebiegła ta kolacja, jak zachował się jej ojciec, zdecydowanie nie chodziło jej o Benjy'ego. - Tutaj nie chodzi o Ciebie, jest mi wstyd za niego. - Najwyraźniej musiała to powiedzieć, bo nie do końca zrozumiał przekaz jej wcześniejszych słów. - Chciałam, żeby był to przyjemny wieczór, a on musiał wszystko popsuć. Zresztą po prostu nie wiem, co sobie myślał, co wiedział, obawiam się, że mógł połączyć kropki, a nie chciałabym, żebyś przez mój głupi pomysł ponosił jakieś konsekwencje, bo mi na Tobie zależy. Nie chodzi o to, że żałuję tego, że Cię zaprosiłam. - Prudence mówiła cicho, tak, żeby nikt kto nie powinien nie usłyszał tego, o czym rozmawiali.

- Dlaczego miałbyś spędzać Mabon sam, skoro teraz jesteśmy tutaj razem? - Jasne, łączył ich tymczasowy układ, jednak niczego to nie zmieniało. Nie musiał spędzać tego wieczoru sam, mimo, że było to dla niego normalne. - Nie jesteś winny, zresztą, nie wydaje mi się, żeby akurat którekolwiek z nad było winne, to mój ojciec zachował się jak buc. - Jeśli mieli już szukać winnego, to warto było chyba nazwać rzeczy po imieniu. John był sprawcą całego zamieszania, to on ponosił odpowiedzialność za to, że ten wieczór raczej lepiej byłoby zapomnieć.

- Nie do końca rozumiem o co chodzi z byciem Tobą, przecież on Cię nawet nie zna, nawet jeśli kiedyś tak było, to przecież minęło wiele lat, nie powinien tak do tego podchodzić. - Nie spodziewała się chyba tego, że Benjy zakładał, że to nie będzie przyjemna kolacja. Jasne, pewnie na pierwszy rzut oka teraz nie sprawiał najlepszego wrażenia, ale nie wydawało jej się, aby jej rodzice mieli tendencje do niepotrzebnego oceniania ludzi, to musiało być coś głębszego. Utwierdzało ją to w tym, że ojciec po prostu domyślił się, kim był mężczyzna, który z nią przyszedł na kolację, a to powodowało, że w głowie Prudence pojawiało się coraz więcej pytań.

- Tak się składa, że niestety niekoniecznie ma w tej sytuacji jakąkolwiek decyzyjność. - To ją irytowało, że Johnowi wydawało się, że miał jakikolwiek wpływ na to, co robiła jego córka. Była dorosła, samodzielna i nigdy nie dała mu powodu do tego, aby stracił do niej zaufanie. Do tego potraktował kogoś dla niej ważnego w ten sposób. Drgnęła jej powieka, naprawdę nie była zadowolona z przebiegu tego spotkania.

- Naprawdę jest to bardzo pocieszające. - Mruknęła jeszcze cicho, dała się pociągnąć za rękę. Nie mówiła zbyt wiele, chociaż w jej głowie właśnie odbywała się naprawdę głośna debata. - Nie lubię, kiedy coś idzie nie po mojej myśli. - Przyznała jeszcze, bo głównie o to chodziło. Nastawiała się na coś, a nic z tego nie wyszło, nie brała pod uwagę innego scenariusza i czuła, że w tym popełniła błąd.

- Skoro tak mówisz. - To nie miała zamiaru dalej roztrząsać tego tematu. Nie miała pojęcia, czy uderzyło to w niego tak bardzo jak w nią. Skoro był przyzwyczajony do podobnej, świątecznej atmosfery to mogło to po nim spłynąć jak po kaczce, tylko, że ona naprawdę chciała, żeby tym razem było inaczej, żeby zapamiętał to jako coś miłego, a raczej skończyło się na tym, że zyskał kolejne wspomnienie warte zakopania.




RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 05.10.2026

Kłamstwo nie było przyjemne, lecz każdy czasem wybierał mniej szkodliwą wersję prawdy, szczególnie kiedy prawda mogła tylko pogorszyć sytuację. Nie miałem jednak ochoty opowiadać o naszej rozmowie, nie dlatego, że uważałem Prudence za osobę, przed którą należało ukrywać podobne rzeczy, tylko dlatego, że nie widziałem żadnego sensu w dokładaniu jej kolejnego powodu do zmartwień, skoro i tak zdążyła już uznać, że powinna przeprosić mnie za zachowanie własnego ojca. Poza tym, gdybym zaczął odtwarzać wszystkie uprzejmości, którymi John raczył mnie w zaciszu, musiałbym prawdopodobnie poświęcić na to resztę wieczoru, a nie zamierzałem spędzać naszego jedynego Mabon na wspólnym sporządzaniu listy powodów, dla których rodzice mojej dziewczyny nie powinni byli nigdy dowiedzieć się o moim istnieniu.
- Nie jestem asz tak tępy. Pszynajmniej chciałbym wieszyś, sze jeszcze nie. - Odmruknąłem z wyłącznie na wpół rozbawionym prychnięciem, słysząc ton głosu Prue i wiedząc, że oboje doskonale zrozumieliśmy, czym była podyktowana moja odpowiedź na jej aluzję.
Patrzyłem przed siebie, na ciemną drogę ciągnącą się między drzewami, na wilgotne liście przyklejone do kamieni przy krawężnikach i krawędziach płotów, na światło z odległych okien, które rozlewało się po chodniku, potrzebowałem tych kilku sekund, żeby zrozumieć, w jakim właściwie kierunku skręciła nasza dyskusja, ponieważ nie chodziło już o jej ojca, o niezręczną kolację ani nawet o moje nazwisko, które najwyraźniej po latach wróciło do domu Bletchleyów razem ze mną. Przez kilka kroków nic nie mówiłem, bo tamto wyjaśnienie powinno było wystarczyć, żeby zamknąć temat, tylko że… Zamiast tego zrobiło coś dokładnie odwrotnego…
Cholera, wierzyłem jej, naprawdę, wierzyłem jej może nawet zbyt łatwo, co samo w sobie było już pewnym problemem, biorąc pod uwagę, jak długo oboje próbowaliśmy utrzymywać między sobą tę wygodną fikcję, że wszystko, co się działo, miało swój początek, koniec oraz jasno określone warunki. Właśnie dlatego słowa o tym, że nie żałowała zaproszenia mnie, powinny były mnie uspokoić, lecz kiedy dodała, że zależało jej na mnie, poczułem nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami, zupełnie nieadekwatny do sytuacji i zdecydowanie mniej wygodny do przełknięcia niż wcześniejsza złość. Nie chciałem ranić Prue, lecz jednocześnie nie miałem zamiaru udawać, że nagle zmieniłem zdanie tylko dlatego, iż zobaczyłem zupełnie nieadekwatne wyrzuty sumienia ze strony kogoś, kto nigdy nie powinien był ich mieć, może dlatego odwróciłem wzrok, unikając spojrzenia kobiety, której opinia była dla mnie dużo bardziej istotna od oceny otoczenia, lecz jednocześnie wciąż nie zgadzała się z moim własnym osądem - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do przedstawiania rodzicom, mimo wyrażenia chęci, aby zmienić to tego wieczoru - nie byłem odpowiednim kandydatem, którego można było przyprowadzić do rodzinnego domu, posadzić obok siebie przy stole, pochwalić za dobre maniery i później odprowadzić do drzwi z poczuciem, że dokonało się rozsądnego wyboru, zbyt wiele rzeczy we mnie było… Nie na miejscu. Nazwisko. Przeszłość. Reputacja. Praca. Ludzie, których znałem. Ludzie, którzy znali mnie. Nawet sposób, w jaki funkcjonowałem, nie należał do tych, które szczególnie dobrze sprawdzały się podczas rodzinnych spędów, wiedziałem o tym od dawna, więc nie zamierzałem nagle udawać zaskoczonego, że rzeczywistość postanowiła potwierdzić moje przypuszczenia.
Kontynuowałem marsz przez kilka kroków, chociaż coraz mniej uwagi poświęcałem temu, dokąd właściwie szliśmy, gdyż nasze uwagi nie pozostawiły mi zbyt wiele miejsca na udawanie, że nie zrozumiałem, co próbowała powiedzieć, właściwie rozumiałem ją aż nazbyt dobrze, tylko problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym bardziej miałem ochotę zatrzymać tę rozmowę w miejscu, w którym jeszcze mogłem sobie wmówić, że chodziło wyłącznie o Johna Bletchleya. Nie chodziło, rzecz jasna, nie po tym, co powiedziała później… Nie po tym, kiedy cicho przyznała, że jej na mnie zależało, a ja zamiast ulgi poczułem ciężar gdzieś pod żebrami, ponieważ wśród tych wszystkich wyjaśnień znalazło się właśnie to jedno zdanie, którego nie potrafiłem potraktować tak samo jak pozostałych - „bo mi na tobie zależy” - niby nic wielkiego, kilka zwyczajnych słów, które w innych okolicznościach mogłyby przejść mimochodem, bez większego znaczenia, potraktowane lekką ręką, lecz przecież Prudence nigdy nie mówiła rzeczy nieświadomie. Nie powiedziałaby tego ot tak, nie po tym wszystkim, co zdążyło się między nami wydarzyć.
Przez lata nauczyłem się, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem było uprzedzić cudzą ocenę własną oceną siebie - jeśli sam pierwszy powiedziałem, że byłem kiepską partią, nikt nie mógł mnie tym szczególnie mocno zranić, jeśli sam mówiłem, że się do tego wszystkiego nie nadaję, nie musiałem czekać, aż ktoś zrobi to za mnie - Prudence wiedziała o tym doskonale, bo powtarzałem jej to od początku. Wolałem, żeby była zła na ojca niż na siebie, lecz jednocześnie nie podobało mi się, że w ogóle musiała się za niego wstydzić, bo nie była odpowiedzialna za jego zachowanie, nie musiała mnie przed nim bronić, nie musiała tłumaczyć mi jego reakcji, nie musiała również brać na siebie konsekwencji jego decyzji. Prawdę mówiąc, wolałem też przekleństwa, groźby, klątwy, nawet spojrzenia, które mogłyby wypalić dziurę w stole, gdyż z jasno werbalizowanymi uczuciami zawsze radziłem sobie gorzej - szczególnie z cudzymi, kiedy nagle okazywało się, że dotyczyły również mnie - nie zamierzałem jej za to karać ciszą ani odsuwać się od niej, lecz nie chciałem również robić tego, co robiłem przez większą część własnego życia, czyli udawać, że coś nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, tylko dlatego, że wszystkim wokół - w tym poniekąd przede wszystkim mi - było wygodniej, kiedy nie przyznawałem się do rzeczy, które potrafiły mnie obnażyć i zranić.
Słysząc, że nie wiedziała, dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, coś ponownie bardzo nieprzyjemnie ścisnęło mnie w żołądku - to było idiotyczne uczucie, którego zdecydowanie nie potrzebowałem, lecz najwyraźniej postanowiło mi dziś towarzyszyć - samotne Mabon nie było dla mnie niczym niezwykłym, potrafiłem spędzić takie dni bez większego problemu, zrobić sobie kolację, napić się czegoś mocniejszego, zająć się pracą, posiedzieć przy ogniu i pozwolić, żeby wieczór skończył się bez żadnego wielkiego wydarzenia, przeżyłem gorsze rzeczy niż brak kolacji z bliskimi, tymczasem Prudence mówiła o tym tak, jakby samo założenie, że miałbym zostać sam, było czymś niewłaściwym, jakby naturalnym było, że powinniśmy być razem i… Właśnie to było problemem, nieprawdaż, bo zdanie również powinno było wystarczyć, żeby cała reszta przestała mieć znaczenie, lecz zamiast tego poczułem ponowne ukłucie gdzieś pod żebrami, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że od kilku minut próbowałem przekonać ją do czegoś, czego sam wcale nie chciałem usłyszeć - założenie, iż „byliśmy razem, więc świętowaliśmy razem” zamiast przynieść mi ulgę, sprawiło, że dostrzegłem jeszcze wyraźniej, jak bardzo rozminęliśmy się w tej rozmowie.
- Plue… - Zacząłem, lecz urwałem, ponieważ przez chwilę nie miałem pojęcia, co właściwie powinienem powiedzieć. Dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, skoro byliśmy razem? To było proste, przynajmniej w teorii, tyle że właśnie w tym tkwił problem. Do niedawna odpowiedź brzmiałaby dla mnie jasno - „bo tak wygląda moje życie” - Mabon, Samhain, Yule, święta, urodziny, wszystkie te dni, podczas których ludzie szczególnie mocno przypominali sobie o tym, z kim chcieli siedzieć przy stole, spędzałem zwykle po swojemu i nie uważałem tego za tragedię, po prostu nie miałem zwyczaju budować sobie całego życia wokół drugiej osoby, teraz Prudence mówiła mi, że skoro byliśmy razem, nie powinienem być sam, i brzmiało to niebezpiecznie podobnie do czegoś, co powiedziałaby dziewczyna o swoim chłopaku, gdyby ten chłopak był kimś więcej niż tymczasowym rozwiązaniem problemu samotności. Spojrzałem na nasze ramiona blisko siebie, potem znów na nią i… Tym wyraźniej dotarło do mnie, że nie rozmawialiśmy już o kolacji - kolacja była tylko pretekstem - chodziło o to, co wydarzyło się pomiędzy nami przez ostatnie dni, o to, co oboje próbowaliśmy nazywać „tymczasowym układem”, żartem, „romansem z terminem ważności”, czymś, co miało być proste właśnie dlatego, że żadne z nas nie miało zamiaru zadawać zbyt wielu pytań i formułować zbyt wielu wniosków, próbując wmówić sobie, że chodziło o Spaloną Noc, o wspólne przeżycie czegoś, czego nie powinniśmy byli zobaczyć, o tę szczególną więź, która potrafiła powstać pomiędzy dwiema osobami po przejściu przez koszmar. Była to wygodna teoria, nawet całkiem rozsądna, miała tę ogromną zaletę, że pozwalała nie zastanawiać się nad tym, dlaczego od jakiegoś czasu przestawaliśmy zachowywać się jak dwoje ludzi, którzy zawarli tymczasowy układ i pilnowali jego granic. Problem polegał na tym, że od pewnego czasu coraz mniej rzeczy między nami przypominało coś prostego. Przypomniałem sobie wszystkie te drobne sytuacje, które początkowo można było uznać za przypadek, każde pozostanie trochę dłużej zakończone spędzaniem praktycznie każdej nocy w jednym łóżku, każdą intymną rozmowę, która powinna była zakończyć się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, każdy gest, którego nie potrzebowaliśmy, jeśli naprawdę chodziło wyłącznie o układ. Teraz staliśmy na ciemnej ulicy po sabacie z Bletchleyami i Eliasem, Prudence mówiła mi, że zależało jej na mnie, i że nie przyprowadzała do domu mężczyzn od czasu swojego zmarłego narzeczonego, natomiast ja próbowałem wmówić sobie, że powinienem potraktować to wyłącznie jako informację dotyczącą sytuacji rodzinnej - było to wyjątkowo wygodne kłamstwo - niestety, coraz gorzej mi wychodziło.
Nie potrzebowałem kolejnego zapewnienia, że jej ojciec zachował się fatalnie, bo doskonale wiedziałem, że tak było. Nie potrzebowałem też zapewnienia, że mnie nie żałowała, bo podświadomie wiedziałem, czym się kierowała, ale kiedy mówiła o tym, jak bardzo chciała, żeby wszystko wyglądało inaczej, jak bardzo liczyła na normalny wieczór, jak bardzo bała się konsekwencji własnej decyzji, zacząłem słyszeć w tym coś więcej niż zwykłe rozczarowanie. Byłem wystarczająco zgorzkniały, żeby natychmiast dopisać sobie resztę, nie chciałem być wobec niej niesprawiedliwy, lecz jednocześnie nie zamierzałem teraz cofać własnych słów tylko dlatego, że zobaczyłem, iż ją zraniły - były prawdziwe - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do takich sytuacji, nie nadawałem się do stawania przy czyimś boku w ciepłym domu, do wymiany uścisku dłoni z ojcem dziewczyny, do siedzenia przy rodzinnym stole pod czujnym spojrzeniem krewnych. Nie dlatego, że nie potrafiłem zachować się przyzwoicie, potrafiłem, potrafiłem nawet przez kilka godzin udawać wyjątkowo dobrze wychowanego, spokojnego faceta, który nigdy w życiu nie miał problemów z prawem ani z cudzymi oczekiwaniami, problem pojawiał się później, kiedy ktoś zaczynał oczekiwać, że ta wersja mnie pozostanie na miejscu. Nie chodziło nawet o moje nazwisko, chociaż zarówno „Rookwood” jak i samo „Fenwick” potrafiło otworzyć kilka bardzo interesujących drzwi oraz zatrzasnąć znacznie więcej, niż ktokolwiek potrzebował - problem tkwił we mnie - w tym, co robiłem, jak żyłem, jakie decyzje podejmowałem i jak niewiele z tego pasowało do wyobrażenia o mężczyźnie, którego można spokojnie posadzić przy stole, nalać mu wina i potem z czystym sumieniem pozwolić córce wyjść z nim przez drzwi. Prudence mogła uważać, że jej ojciec nie miał prawa mnie oceniać, lecz to nie oznaczało, że ta ocena była całkowicie pozbawiona podstaw. Wystarczyło zresztą, że przez chwilę znalazłem się z nim sam na sam w kuchni, żeby przekonać się, iż pamięć niektórych osób działała równie sprawnie, co umiejętność wyciągania wniosków na podstawie zeszłych doświadczeń i teraźniejszych przekonań, szczególnie tych, które prowadziły do konkluzji niekorzystnych dla mnie.
Nie zaprotestowałem, kiedy nazwała swojego ojca „bucem”, wręcz przeciwnie, parsknąłem cicho pod nosem, ponieważ trudno było mi znaleźć dla tej diagnozy szczególnie mocny kontrargument. John Bletchley nie lubił mnie od czasu, kiedy byłem młodym szczylem, który włóczył się za jego synem i śmiertelnie wkurwiał jego córkę - tę samą, która teraz znajdowała się obok - więc naprawdę trudno było mi uwierzyć w to, że po kilkunastu latach nagle przestał być chamem, tak jak w to, że odkrył we mnie cechy, które uznał za godne przyjęcia pod własnym dachem. Zmieniłem się, owszem, dorosłem, przestałem być szkolnym zawadiaką, zacząłem wykonywać pracę, która wymagała ode mnie odrobinę więcej rozsądku niż dawniej, nauczyłem się też nie reagować na każdą zaczepkę tak, jakbym właśnie dostał zaproszenie do bójki, nie oznaczało to jednak, że stałem się kimś, kogo chciałby oglądać, wręcz przeciwnie, jeśli miałem zgadywać, moje pojawienie się w nieoczekiwanej roli mogło znajdować się u tego faceta bardzo wysoko na prywatnej liście potwarzy. Zbyt wiele rzeczy we mnie nie pasowało do idealnego obrazka, począwszy od nazwiska, przez historię, skończywszy na charakterze, który nigdy nie był szczególnie kompatybilny z cudzymi oczekiwaniami.
- Twój ojciec nie musiał mnie znaś, szeby dojść do wniosku, sze nie jestem tym, kogo chciałby widzieś pszy swojej dziewczynce. - Podświadomie użyłem własnie tego słowa, „dziewczynka”, nawet jeśli dla mnie już dawno nią nie była, ponieważ to do tego przez cały czas nawiązywał jej ojciec i nie mogłem być na to głuchy. - Nie powinno cię dziwiś, sze nie jest zachwycony pelspektywą posiadania mnie w swoim otoczeniu, jako kandydata na zięcia, czy jak tam nazywa się męszczyznę, któlego cólka postanowiła sobie pszygalnąś na jakiś czas. - Wzruszyłem ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż sam słyszałem, że rozbawienie w moim głosie nie brzmiało szczególnie przekonująco. - I tak, wiem, sze nie o to ci chodziło. - Nie zabrzmiało to szczególnie łagodnie. - Tylko sze właśnie dlatego cię nie losumiem, Pluey, mówisz, sze chciałaś dobsze. Wieszę ci. Mówisz, sze zaleszy ci na tym, szeby nie pomyślał sobie czegoś o mnie, bo mogłoby to mieś konsekwencje. Tesz ci wieszę. Potem mówisz, sze nie szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Tylko wcześniej powiedziałaś mi kilka lasy, sze nie powinnaś była tego lobiś. To zagmatwane. - Nie ruszyłem się z miejsca, nawet kiedy poczułem, że powinniśmy byli iść dalej, bo nie chciałem uciekać od tej rozmowy tylko dlatego, że przestała być wygodna. Wygodne rozmowy nigdy nie były zresztą moją mocną stroną, na co mieliśmy teraz dowód, prawda? - Nie obawiam się efektów gniewu twojego ojca. John Bletchley mose mnie nienawidziś do końca swoich dni, jeśli ma na to ochotę. Pszeszyję. Miałem s nim ploblem, kiedy byłem gówniaszem, miałem go później, będę go miał telas. Nie jest to szczególnie odklywcza część mojego szycia. - Wypuściłem powoli powietrze przez nos i przetarłem dłonią kark. - Chodzi o to, sze najwylaśniej naplawdę uwaszasz, sze popełniłaś błąd, zabielająs mnie do domu. I moses mi powiedzieś dziesięś lasy, sze nie szałujesz mnie, tylko zachowania swojego stalego, ale pewnych szeszy nie da się całkowicie losdzieliś. Pszyplowadziłaś mnie tam. To ja siedziałem obok ciebie. To mnie pszedstawiałaś swojej losinie. Jeszeli wszystko skończyło się źle, tludno nie pomyśleś, sze mose po plostu nie jestem osobą, któlą powinnaś angaszowaś w pewne aspekty szycia. - Nie wiedziałem, jak właściwie to miało zabrzmieć, bo przecież sama wspomniała o tym, że wiedziała, co robiła - to akurat było coś, czego nie zamierzałem jej odbierać - nigdy nie uważałem Prudence za głupią, wprost przeciwnie, czasami jej skłonność do analizowania wszystkiego doprowadzała mnie do szału, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że zwykle widziała rzeczy, których inni nawet nie zauważali.
- Wiem, sze wiedziałaś, co lobisz, ale jednocześnie wiem, sze twój ojciec mosze mieś lasję pszynajmniej w jednej szeszy, bo taka jest plawda - Spojrzałem na nią uważnie. - Właśnie dlatego to wszystko jest skomplikowane, ale moszemy się chyba zgodziś, to nie ty siedziałaś pszy stole i patszyłaś na mnie tak, jakbym przyszedł tam s zamialem ukladzenia lodowego slebla. - Skrzywiłem się lekko, spoglądając gdzieś ponad jej ramieniem. - Gdybym miał lesygnowaś ze wszystkiego, co mosze skończyś się źle, musiałbym plawdopodobnie pszestaś wychodziś s domu, a i wtedy nie dawałbym szadnych gwalansji, sze nie oblaszę kogoś pszes okno. - Wypowiedziałem te słowa z taką swobodą, na jaką potrafiłem się zdobyć, chociaż doskonale wiedziałem, że nie było w nich wiele przesady. - - Szczesze mówiąs, Sunny, moje nazwisko w połączeniu s twoim nigdy nie stanowiło szczególnie posządanej kombinacji, jakie by nie było. Nie mamy na to wpływu. - Wzruszyłem jednym ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż gdzieś pod żebrami w dalszym ciągu zaciskało mi się coś nieprzyjemnego. - Twój ojciec nigdy za mną nie pszepadał, ja nie miałem szczególnej słabości do niego, zlesztą, obaj nasi staszy byli zgodni chyba wyłącznie w tym jednym temacie, s tym, sze wtedy faktycznie mieli jakąkolwiek decyzyjność. Telas mamy ją tylko my. Co bęsie, to bęsie, nie? Nie musimy się sugelowaś niczyją opinią. - To było, oczywiście, do pewnego stopnia kłamstwo, bo trudno było się wyzbyć wspomnień o tym wszystkim, co padło i nie padło podczas Mabon, ale nie miałem zamiaru udawać, że rodzice zawsze potrafili spojrzeć na takie sprawy bez emocji, skoro sam nie byłbym do tego zdolny, i gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie, gdyby to moja córka pojawiła się w moim domu w towarzystwie mężczyzny, którego od lat uważałem za chodzące źródło problemów, prawdopodobnie również nie przyjąłbym go z otwartymi ramionami. Pytanie tylko, co więcej miał z tym zrobić John Bletchley, ale na to nie mieliśmy już żadnego wpływu.