Secrets of London
[28.10.1972] You take me apart and I'm whole - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [28.10.1972] You take me apart and I'm whole (/showthread.php?tid=6502)



[28.10.1972] You take me apart and I'm whole - Atreus Bulstrode - 07.10.2026

Było już grubo po północy, to wiedział na pewno. Dokładna godzina była mu jednak nieznana, bo jak na złość, wszelkie zegarki pouciekały mu z zasięgu wzroku, kiedy razem z Christopherem osuszali kolejne szklanki, kojąc alkoholem ból i upodlenie dnia. Twarz wciąż bolała, a nie ważne ile oboje wyczarowali sobie kostek lodu czy zimnych kompresów – opuchlizna wywołana bójką nie chciała całkowicie zejść, dodatkowo rozlewając się siniakami tam gdzie padły ciosy. Czuł, że o poranku będzie tylko gorzej, jeśli nie posmaruje sobie tego jakąś maścią, a przynajmniej myślałby o tym, gdyby nie była to jedna z ostatnich rzeczy jakie zajmowały mu głowę.

Po pierwsze, całość sytuacji, w jakiej znalazł się z Rosierem, była dla niego zwyczajnie absurdalna. Kiedy już obydwoje się nieco uspokoili i znaleźli sobie miejsce inne niż Zorza, wreszcie udało mu się w pełni połączyć kropki, że jakieś skończone idiotki w kowenie zaczęły rozpowiadać, że pojawili się tam z Victorią, bo są na pewno zaręczoną ze sobą parą. Kompletnie nie wiedział po co i dlaczego, ale chyba wciąż było w nim trochę goryczy co do tego, że nie udało im się wiele załatwić.

Po drugie, nie ważne ile procentów wciągnął tego wieczoru, nie mogło to wygonić z jego głowy jednej, dość konkretnej rzeczy. Albo raczej człowieka – Stanleya Borgina. Kiedy wrócił z Lozanny, spodziewał się wielu rzeczy; prezentów, kartek urodzinowych, wyzwisk (bo zdarzali się i tacy, którzy życzyli mu jak najgorzej) i czegoś słodkiego. Ba, zjadł ten kaktusowy tort, udając że potem się o niego poobraża. Była jednak jedna rzecz, której nie spodziewał się w żadnym wypadku – listu. Koperty, którą nadesłała do niego Lorraine, a która zawierała w sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Notki panny Malfoy dość szybko wylądowały w koszu na śmieci, kiedy tylko zorientował się, że miała zamiar prowadzić narrację urażonej księżniczki - niestety dla samego siebie, nieco za długo mu to zajęło. Potem pozostało mu przeczytać to, co nakreślił do niego przyjaciel.

Przyjaciel - czy tak właściwie powinien go dalej nazywać? Miał wrażenie, że nikt z jego otoczenia nie uważał, ze było to najlepsze określenie, a mimo tego Atreus nie mógł zebrać się na to, by jednoznacznie przekreślić Stanleya. Wiedział co zrobił, wiedział że zniknął, zapadł się pod ziemie, nie mówił całej prawdy i ukrywał przed nim rzeczy, ale… ale Bulstrode chyba zawsze gdzieś w środku czuł, że nie widział całego obrazka. Ba, nie chciał go widzieć. Odwracał wzrok umiejętnie, ignorując problemy i pewnie przez to niejednokrotnie stając się ich częścią. Nic już nigdy nie miało być takie samo, a mimo tego czuł że słowa zapisane na pergaminie, trafiają bezpośrednio do serca i są nazbyt aż prawdziwe. Gdyby mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłby dokładnie tak samo, jeśli chodziło o przyjaźń ze Stanleyem i chyba dlatego tak go to wszystko rozdzierało. Łamanie na kole byłoby lepsze, a mimo tego korespondencja została złożona i schowana do koperty, którą wsunął do płytkiej szuflady w biurku, gdzie trzymał najważniejsze dokumenty.

Biciem i prowokowaniem Rosiera, chciał zagłuszyć to, co przez cały dzień dudniło mu w uszach, kiedy oglądali sobie z Victorią Knieję Godryka, a potem kowen Macmillanów. Nie był to przeciwnik idealny, ale nie zamierzał wzgardzać tym, co samo do niego przyszło - i za to podejście sam siebie mógłby nie znosić, gdyby miał w sobie odrobinę mniej alkoholu i żalu.

Znalezienie kamieni na mugolskiej ulicy okazało się zadaniem niemalże karkołomnym, ale wreszcie mu się udało, nawet pomimo tego ze parę razy zatoczył się i wpakował w ścianę. Potem przez chwilę zastanawiał się, która kamienica była poprawna, by wreszcie wycelować w okiennice. Jeden, drugi, trzeci - całe szczęście amunicja wcale nie była duża i chyba nie mogła zrobić dużej szkody, ale też szybko się skończyła. Zaklął wtedy, widząc że nie osiągnął zamierzonego efektu i wpakował się do środka. Po klatce schodowej, schodami na piętro - całe szczęście właściwe - po to by z rozpędu próbować otworzyć drzwi, bo przecież znał kod. Coś w nim jednak drgnęło w pewnym momencie, jakaś wyraźniejsza, ostrzegawcza myśl, że może nie powinien czegoś takiego robić. Nawet nie dlatego że nie wypadało, a istniało ryzyko ze dostałby za to zaklęciem. Dlatego zapukał. Na miarę swoich możliwości, czyli źle wymierzywszy siłę i nieco za głośno.

— Bre..enna! To ja, otwórz — szkoda tylko, że godzina była nieboska i tak poranna, że słońce nawet nie zaczęło jeszcze wstawać, ale to było zmartwienie na trzeźwego Atreusa.




RE: [28.10.1972] You take me apart and I'm whole - Brenna Longbottom - 07.10.2026

Kiedy jeden z kamyków uderzył w okno, Brenna zwyczajnie spała, bo czasem wbrew temu, co sądzili niektórzy, się jej zdarzało. Dźwięk wprawdzie ją obudził, ale w pierwszej chwili zaspana uznała, że w szybę puka sowa, a kiedy obróciła się ku oknu i niczego nie zobaczyła, szybko pomyślała, że po prostu coś się jej śniło. Nakryłaby pewnie po prostu głowę kołdrą i wróciła do spania, gdyby nie dźwięki z okolic drzwi, które w sekundę sprawiły, że otrząsnęła się z senności.
Atreus miał rację, że wstrzymał się przed wprowadzeniem kodu. Bo nie że Brenna by się o to wkurzyła, ale istniałaby szansa, że oberwałaby jakimś zaklęciem, zanim zorientowałaby się, z kim ma do czynienia, pierwszym jej odruchem bowiem było oczywiście złapanie za różdżkę i wyskoczenie z łóżka. Opuściła ją jednak słysząc znajomy głos. Może niezbyt mądre, ale ostatecznie ten adres znała zaledwie garstka osób, nie namyślała się więc długo przed odblokowaniem drzwi. Zwłaszcza że wizyta w środku nocy zazwyczaj wskazywała na to, że dzieje się coś nieprzyjemnego. Londyn płonie, ktoś umarł, atakowano siedzibę Ministerstwa Magii, Bertie Bott ogłosił, że przestaje produkować fasolki wszystkich smaków i trzeba szybko zrobić zapasy albo…
…albo po prostu jest się podpitym i z kimś się pobiło.
To ostatnie przyszło jej do głowy jednak dopiero, kiedy drzwi zostały otwarte, a ona zdołała znaleźć włącznik światła. Przesunęła spojrzeniem po jego obitej twarzy, szybko szacując obrażenia. Nie była medykiem, ale oberwała i napatrzyła się na ludzi, którzy oberwali wystarczająco wiele razy, by dojść do wniosku, że wygląda to raczej jak ślady po bójce niż od zaklęć, i że prawdopodobnie było to starcie albo krótkie, albo wygrane. Jakaś opuchlizna, jakieś siniaki, ale bez katastrofy.
– Wpadłeś na zjazd rodzinny Nottów? – spytała, przesuwając się, by pozwolić mu wejść do środka. Nie żeby zakładała, że potrzebował Philippa albo jakiegoś innego Notta do bójki, równie dobrze mógł walnąć komuś nad kartami, jak wracać z jakiejś akcji, po której poczuł potrzebę sięgnięcia po kieliszek. Zablokowała za nim drzwi, i pociągnęła go w stronę salonu. – To tylko twarz? Oberwałeś gdzieś bardziej?