![]() |
|
[08.09] Czy ogień jest nowym bahanocydem? | Spalona Noc, mieszkanie Percivala - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09] Czy ogień jest nowym bahanocydem? | Spalona Noc, mieszkanie Percivala (/showthread.php?tid=6516) |
[08.09] Czy ogień jest nowym bahanocydem? | Spalona Noc, mieszkanie Percivala - Percival Fletcher - 13.10.2026 08.09.1972, kawalerka Percivala, Aleja Horyzontalna, Londyn
Nie ma to jak w domu, chciałoby się rzec. Jednak nie o tym jako pierwszym pomyślał Percival, gdy otworzył drzwi do swojego mieszkania. W ręku trzymał kilka listów, których jego ojciec, mający pilnować tegoż mieszkania, nie zabrał z wycieraczki, na której sowy dodatkowo kulturalnie nasrały. Drugą dłoń zaciskał na skórzanej torbie z częścią rzeczy, które zamierzał zostawić w mieszkaniu. Nie zabierał od razu wszystkiego, znaczną część swoich bagaży zostawił u matki, bo to ją pierwszą odwiedził, gdy wrócił z Francji. Spędził u niej dwa dni, pomógł trochę w ogrodzie, aż w końcu postanowił wybrać się do Londynu, jeszcze bez swoich przedmiotów osobistych. Najpierw chciał posprzątać swoje stare mieszkanie, doprowadzić je do użyteczności po tych czterech, pięciu latach tylko krótkotrwałych odwiedzin przez zaufanych bliskich. Gdy jednak otworzył drzwi, nie pomyślał o domu. Miał wrażenie, że ten zostawił za sobą, w Paryżu. Pomyślał jedynie „jak ja się do tego na nowo przyzwyczaję?”, szczególnie gdy zobaczył światło jednej z lamp ulicznych gwałtownie wdzierające się do malutkiego wnętrza przez okno w salono-kuchni. Bo chyba tak można było to nazwać. Właściwie, nie. Pomieszczenie było raczej salono-kuchnio-gabinetem, bo każda ściana była zakryta jak nie przez szafki kuchenne po stronie kuchennej, to przez drewniane regały, kiedyś pełne książek, dzisiaj boleśnie wręcz puste. Miał jeszcze jeden pokój, małą sypialnię, gdzie całą ścianę naprzeciwko łóżka zajmowała szafa, ale najpierw chciał skoncentrować się na stanie części dziennej mieszkania. Zanim jednak przekroczył próg, przełknął ślinę. Następnie westchnął i odrobinę śmielej wszedł do środka. Z Dublina oprócz większości rzeczy nie zabrał również laski, co było dziwne, wręcz zaskakujące, bo od czerwca, czyli momentu jej zakupu, nie rozstawał się z nią nawet na krok. Jednak poważniejszego ataku nie miał od kilku tygodni, dlatego w przypływie chwili, zostawił ją opartą o ścianę w przedpokoju irlandzkiego domu rodzinnego. Jeśli miał dostać nagłego ataku, nie zamierzał się przejmować brakiem laski. Przecież i tak nie zamierzał nigdzie wychodzić, chyba że do The Globe, aby spotkać się z obecnymi pracodawcami. Dobrze, że chociaż różdżki nie zapomniał, ale różdżka była dla niego jak przedłużenie dłoni. Niekiedy miał wrażenie, że bez niej czuł się nieswojo. To tak jakby… Odebrać mu część jego samego. Zamknął za sobą drzwi, choć nie na zamek i rzucił torbę na ziemię. Od razu zaczął przechadzać się po mieszkaniu, choć nie ukrywajmy, nie było tam najwięcej powierzchni do przechadzania się. Jak na kawalerkę, mieszkanko było i tak całkiem spore, około trzydziestopięciometrowe, jednak jego układ pozostawiał wiele do życzenia. Zanim wyjechał do Francji, planował coś z nim zrobić, postawić kilka ścian, rozdzielić przestrzeń, poddał się z tym jednak, gdy dostał ofertę wyjazdu do Paryża i nie oglądania się za siebie. Dlatego właśnie teraz przechodził głównie od szafki do szafki, sprawdzając, czy nic się w nich nie zalęgło. W szafkach było o dziwo dosyć czysto, za to zasłony w oknach wyglądałby jakby naprawdę dawno nie były zmieniane ani tym bardziej prane. Postanowił nawet do nich nie podchodzić, bo to o czym nie pomyślał tak samo jak o zabraniu ze sobą laski, było zabranie ze sobą bahanocydu. No przecież skąd miał wiedzieć, że te zasłony wciąż będą wisieć i prawdopodobnie będą ulubionym miejscem bahanków? Nie znał się co prawda ani na magicznych stworzeniach, ani na eliksirach czy innych specyfikach, ale przez ostatnie dwa dni się tyle o nich nasłuchał, że miał wrażenie jakby bahanki latały mu przed oczami, gdy tylko je zamykał, chcąc pomyśleć o czymś miłym. Zanotował w głowie, że definitywnie będzie musiał nazajutrz wybrać się do odpowiedniego sklepu, aby kupić środek na szkodniki i ewentualne antidotum na ich jad. Na razie jednak zamierzał zaryzykować i spędzić tutaj trochę czasu. Przecież i tak nie planował spać. Dlatego też wrócił do swojej torby, otworzył ją i wyciągnął książkę leżącą na wierzchu. Zwykle nie czytał takich powieści, ale jakoś wpadła mu w ręce, gdy wcześniej tego dnia odwiedził księgarnię. Było to romansidło jakiejś młodej pisarki i zapowiadało się całkiem miło. Zamierzał przeczytać kilka rozdziałów, a następnie wziąć się za porządki. Miał wrażenie, że skoro nie było aż takiej tragedii, mogło wystarczyć, aby rzucił kilka mało wymagających zaklęć i byłoby po sprawie. Dając się porwać temu pozytywnemu myśleniu nawet się uśmiechnął i stwierdził, że może jednak zdoła się wkrótce poczuć tu jak w domu. W końcu jego mieszkanie w Paryżu nie było o wiele większe, choć zdecydowanie wydawało się takie przez inny układ i odpowiednio rozdzielone pomieszczenia. I pewnie wziąłby się za sprzątanie, gdy jednak przeczytawszy rozdział książki, wciąż siedząc na krześle przy małym stole dla czterech osób, usłyszał jakieś zamieszanie na ulicy. Zrobiło się też niesamowicie wręcz ciemno, a następnie jasno, jakby ogień pożerał okoliczne budynki. Coś podpowiedziało mu, że nierozsądnym byłoby podchodzić do okna. Zanim jednak zdecydował się zrobić cokolwiek, fala gorącego powietrza wdarła się do środka przez szybę, wcześniej ją rozbijając. Odrzuciło go na podłogę i zanim się zorientował, leżał na podłodze, a wszystko wokół niego zaczynało płonąć. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, choć nigdy w dotychczasowym życiu nie bał się ognia. Jednak nigdy też nie widział go aż tyle. Płomienie połykały wszystko, począwszy od tych nieszczęsnych zasłon (z których dziwnym trafem dobiegał nagle pisk stworzonek, które rzeczywiście musiały się tam zagnieździć), kończąc na regałach. Wielkimi liźnięciami docierały też coraz bliżej Percivala, który szybko, w przypływie adrenaliny sięgnął po różdżkę, która upadła obok niego. Następnie podniósł się na równe nogi i wycelował różdzką w płomienie. Zawahał się, zastanawiając się nad tym, czy rzucenie aquamenti wystarczy przy takiej ilości śmiercionośnego ognia, jednak nie robił tego zbyt długo. Jeśli nie chciał spłonąć żywcem, jeśli chciał, aby cokolwiek z tego nieszczęsnego mieszkania jeszcze się zachowało, musiał działać szybko, bez nadmiernego myślenia. Wykonał odpowiedni ruch różdżką i głośno, z niezwykłym wręcz, jak na sytuację, w której się znajdował, opanowaniem wypowiedział inkantację zaklęcia tworzącego strumień wody. Skierował go najpierw na miejsca, które najbardziej potrzebowały ugaszenia. Gdy ogień zaczął faktycznie maleć, poczuł ulgę mimo tego, że miał wrażenie jakby dusił się dymem. Rozkaszlał się, ale dzielnie stał na nogach i gasił ogień. Trochę mu to zajęło, aby pozbyć się całego tego przeklętego ognia, ale fakt, że dawał się ugasić w pewien sposób napawał go optymizmem. Nie wszystko było stracone, choć w rzeczywistości część paneli i mebli była widocznie liźnięta płomieniami. A jeśli ogień dawał się ugasić, znaczyło to przynajmniej tyle, że pożar, choć najprawdopodobniej nienaturalny i wywołany zaklęciami czarnomagicznymi, nie był Szatańską Pożogą. Gdyby nią był, Percival dawno już by spłonął, a razem z nim wszystkie meble i przedmioty znajdujące się w mieszkaniu, nawet ta sterta listów położona na małej komódce przy wejściu. Ba, nie tylko to. Gdyby to była klątwa, nie byłoby już nawet i całej Alei Horyzontalnej. W końcu, gdy już wydawało mu się, że wszystko zostało ugaszone, opuścił różdżkę, rozglądając się dookoła. Wcześniej oprócz krzyków, ogólnej wrzawy i paniki panującej na ulicy, słyszał to przerażające trzaskanie ognia próbującego pożreć wszystko na swej drodze. Teraz słyszał tylko krzyki i piski przerażonych, uciekających ze swoich domostw, mieszkań i lokali ludzi. Rozejrzał się dookoła po tym jak przetarł załzawione od dymu oczy lekko osmolonym rękawem. Ruchem tym wcale sobie nie pomógł, a jedynie zaszkodził, ale postanowił zignorować to niemiłosierne pieczenie. Skoncentrował swój wzrok na listach, w których tlił się maleńki płomyk, jeden, jedyny nieugaszony. Od razu do nich podbiegł, kaszląc tak, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Złapał je, zrzucił na podłogę i przydeptał kilka razy. Dopiero po tym podniósł je i szybko rzucił na nie okiem. Miał nadzieję, że uda mu się te listy przeczytać, skoro ich niewielka sterta została uratowana od doszczętnego spalenia się, jednak wokół niego były bardziej naglące sprawy. Na przykład wyjrzenie przez okno, aby zobaczyć co tak właściwie się dzieje w tym przeklętym Londynie - i dlaczego akurat dzisiaj, chwilę po tym jak stwierdził, że dobrym pomysłem będzie powrót do tego miasta. Wiedział, że to zwykły zbieg okoliczności, przecież na niego nikt nie polował… Chyba… Ale poczuł zawód na myśl, że jego pierwszy wieczór w tym przeklętym mieście musi wyglądać właśnie w ten sposób. Odrobinę obawiając się ewentualnych rozwścieczonych bahanek w pozostałościach zasłon, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Szyba była wybita, musiał więc uważać, aby przypadkiem nie oprzeć dłoni o ostrą krawędź szkła. Gdy jednak wyjrzał na ulicę, stwierdził, że jego sytuacja nie była najgorsza. Jemu przynajmniej udało się ugasić pożar i może renowacja mieszkania nie będzie tak trudna jak w reszcie lokacji w mieście. Miał wrażenie, że powietrze było aż gęste od dymu. Już przestał zwracać uwagę na to, że ciągle kaszlał, bo dym wypełniający jego mieszkanie, wdarł mu się bezpowrotnie do płuc i nie zamierzał z nich wyjść. Mimo to, miał wrażenie, że jeśli wyjdzie z mieszkania, następnie z kamienicy, to na ulicy dym będzie jeszcze gorszy. Powietrze wydawało się tak gęste, że można by je nożem kroić, a i to mogło okazać się bezskuteczne. Przez kłęby szarości i czerni miał wrażenie, że nie da się dostrzec ludzi. Jednak odezwało się w nim coś… Cóż z Gryfona. Coś, co powinno się było odezwać już chwilę temu, od razu, gdy opanował swoją sytuację. Zerwał się na równe nogi i dobiegł do drzwi. Wyjrzał na klatkę i zobaczył… Nic. Właściwie, na klatce schodowej było spokojnie. Dym wisiał w powietrzu, oczywiście, że wisiał, ale nie było krzyków ani wrzawy. Przez myśli Percy'ego przeszło, że nie miał kto krzyczeć, przecież dwa inne mieszkania znajdujące się w kamienicy stały puste, czekając na wynajęcie lub kupno przez kogoś, kogo będzie na to stać. Budynek sam w sobie nigdy nie groził zawaleniem, ale kto wie, jak będzie po tym wieczorze? Zaczął zbiegać po schodach na dół, zostawiając otwarte drzwi do mieszkania. Nie sądził, aby ktokolwiek chciał go okraść. W końcu wszystko było osmolone, ściany, meble, podłoga. Ogień wydawał się nie tknąć tylko jednego krzesła - tego, na którym Percy czytał książkę na moment przed atakiem. Mężczyzna nie miał za wiele do stracenia, a przynajmniej nie w tym mieszkaniu. Dlatego postanowił chociaż spróbować pomóc innym. Koniec sesji
|