![]() |
|
[07/1957] The wrong shore to die on - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [07/1957] The wrong shore to die on (/showthread.php?tid=6524) |
[07/1957] The wrong shore to die on - Bard Beedle - 16.10.2026 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/35619443c3961fefb085a7a0bbe82542/9edf08831b286c25-30/s500x750/97d6b6c0f8760bb97d82b03fafa0fb7a05dcd5b6.pnj[/inny avek] Nuda była gorsza od zimowego głodu, była gorsza od wszystkiego, czego przyszło mi zaznać, śmierć okazała się dłuższa od niejednej zimy, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze posiadałem fizyczne ciało, lecz w przeciwieństwie do samego powolnego konania z chłodu, nigdy nie miałem w niej zaznać końca… Za życia nie należałem do szczególnie cierpliwych, co zresztą stanowiło jedną z wielu moich rozlicznych zalet wielkiego wojownika, obok zamiłowania do miodu pitnego, bójek, które zwykle nie potrzebowały powodu, abym się wydarzyć, gdy byłem za nie odpowiedzialny, oraz przekonania, że jeśli coś można było załatwić siłą topora, nie należało zawracać sobie głowy długimi rozmowami - wszystko to okazało się jednak wyjątkowo mało przydatne po wydaniu z siebie ostatniego tchu, kiedy nie mogłem już ani napić się porządnego trunku, ani przyłożyć nikomu tak, żeby przynajmniej na chwilę zaznać jego gniewnej uwagi. Oczywiście, nie mogłem też umrzeć po raz drugi, choć przyznam, nieraz próbowałem, głównie z desperacko zadawanego sobie pytania, czy istniał jakiś kres tego przeklętego stanu albo sposób, by odzyskać godność i wyruszyć w dalszą drogę - nie istniał - przynajmniej nie znalazłem go przez te wszystkie księżyce, które upłynęły od chwili, gdy pewien wyjątkowo tępy chuj rozłupał mi czaszkę czymś ciężkim. Kiedy przybyłem na te ziemie, nie zamierzałem zatrzymywać się na nich dłużej, bo choć wówczas byłem przekonany, że bogowie musieli mieć wobec mnie jakiś plan, skoro prądy zniosły naszą łódź tak daleko od obranego kursu, przypłynąłem tu z kilkoma braćmi wyłącznie po to, by uczynić z nieznanego brzegu jeden z wielu przystanków w naszej podróży, nie miejsce mego pochówku. Ledwie zdążyłem postawić stopę na brzegu, rozejrzeć się za czymś, co przypominałoby osadę godną złupienia i splunąć w piasek na znak pogardy dla tutejszych bogów, dostałem w łeb i zdechłem. Koniec historii. Niegdyś umiałem naprawić złamane wiosło, rozpalić ogień w deszczu, rozpoznać zbliżający się sztorm po kolorze chmur i przyłożyć komuś tak, żeby przez kilka dni pamiętał, dlaczego nie należało sięgać po cudzą własność, lecz teraz nie mogłem zrobić już zupełnie nic… Zamiast trafić do Walhalli, gdzie mógłbym ucztować u boku poległych wojowników, albo do jakiejś ponurej krainy, gdzie przynajmniej miałbym pewność, że ktoś przydzielił mi właściwe miejsce, zostałem tutaj, na kawałku ziemi, który z czasem obudowano kamieniami, ozdobiono nagrobkami i przeznaczono dla kolejnych umarłych. „Cmentarz”, nazywali to miejscowi, dla mnie był to po prostu nędzny kawałek jałowego gruntu, na którym nawet po śmierci nie można było liczyć na dobre towarzystwo - duchy pojawiały się i odchodziły, niektóre płakały, inne zawodziły, jeszcze inne snuły się między grobami z minami tak ponurymi, iż miałem ochotę zapytać, czy ktoś im przypadkiem ukradł ostatnią beczkę miodu albo odbił dziewoję. Próbowałem opowiadać im o morzu, o sztormach, o bitwach i o tym, jak pewnego razu jeden z moich towarzyszy wpadł do beczki z kiszoną rybą, kiedy statek przechylił się na fali, przez co śmierdział nam przez następne tygodnie, a i rekin nie raz próbował go wpierdolić, ale nie potrafili docenić porządnej historii - nikt się nie śmiał - jeden starzec kazał mi się zamknąć, niewiasta w szarym całunie rozpłynęła się w powietrzu, zaś młody wojownik, który wyglądał na takiego, co mógłby znać się na rzeczy, po prostu przeszedł przeze mnie i poszedł dalej. Niech ich wszystkich Thor weźmie! Nocami było jeszcze gorzej, za dnia przynajmniej mogłem obserwować żywych, choć ich obyczaje i obrzędy nieraz budziły we mnie wstręt tak głęboki, że miałem ochotę splunąć na kurhany ich krewnych, po zmroku zostawałem sam z niebem i księżycem, który zawsze wracał na swoje miejsce. Siedziałem więc na niezamieszkałej płycie nagrobnej, z nogami wyciągniętymi przed siebie i liczyłem kolejne pełnie, próbując ustalić, ile właściwie czasu minęło od chwili, gdy nędzny tchórz roztrzaskał mi czaszkę - było ich już tyle, że nawet wspomnienia rodzinnej osady zaczęły mi się zacierać - pamiętałem zapach smoły na drakkarze, skrzypienie mokrych lin, smak solonego mięsa i głos matki, która twierdziła, że skończę źle, jeśli nie nauczę się trzymać języka za zębami. Nie miała racji, lecz przyznałbym jej ją wyłącznie po to, aby jeszcze raz zobaczyć tamten uśmiech, jakim mnie wtedy obdarzała. Rozważałem właśnie, czy rzucenie się do najbliższej rozkopanej mogiły mogłoby zapewnić mi choć odrobinę rozrywki, kiedy usłyszałem hałas - najpierw trzask gałęzi, potem szybkie kroki, wreszcie czyjś oddech, urywany i ciężki - podniosłem głowę akurat, gdy spomiędzy nagrobków wyłoniła się żywa istota, podlotek raptem, młoda kobieta pędząca przed siebie z taką prędkością, jakby gonił ją cały orszak draugrów. - Dokąd tak pędzisz, białogłowa? Zatrzymaj się, dziewko! - Poprawiłem brodę, zeskoczyłem z płyty i stanąłem na jej drodze, rozkładając ramiona szeroko niczym wojownik szykujący się do abordażu, podczas gdy z moich ust wydostało się chropawe. - Bla bla bla, Bla? BLA BLA, BLA! - Zawisłem tuż przed nią, przyglądając jej się z zainteresowaniem, którego nie czułem od tak wielu księżyców, że aż zrobiło mi się lżej na duszy. - Mów prędko, niewiasto, bom od tylu zim nie słyszał nic prócz własnych przekleństw, że wysłucham cię nawet wtedy, gdybyś miała gadać do świtania samego! Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla! - Wyprostowałem się, czując, że oto nadszedł dzień, w którym bogowie wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu. Bard: @Benjy Fenwick
RE: [07/1957] The wrong shore to die on - Prudence Fenwick - 16.10.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek] Podmuch wiatru uderzył w nią zupełnie niespodziewanie. Nie zdążyła zareagować, jej chusta pofrunęła na wietrze, a ona ruszyła za nią w pościg. Zupełnie bezmyślnie, w końcu znajdowali się na cmentarzu, Aloysius opowiedział jej o tym grabarzu, którego to ponoć ktoś albo coś tutaj zamordowało, a ona ruszyła przed siebie za chustą tańczącą na wietrze, jakby to była sprawa życia i śmierci. Biegła, ile tylko miała sił w nogach, ale wiatr był równie szybki, nie miała pojęcia skąd właściwie się wziął, przed chwilą jeszcze nie dało się wyczuć takich silnych podmuchów. Nie oglądała się za siebie - miała całkiem jasny cel, złapać swoją część garderoby. Mijała kolejne nagrobki, bardzo zwinnie między nimi lawirowała, wyciągnęła rękę przed siebie, bo chusta znajdowała się tuż obok, ale nic to nie dało - zerwał się kolejny podmuch wiatru. - To jakiś nieśmieszny żart. - Rzuciła sama do siebie, po czym poprawiła włosy, które zaczęły jej wchodzić do oczy i ruszyła dalej. Nie miała pojęcia, że potrafi tak szybko biegać, bo raczej rzadko kiedy to robiła, jak widać jednak nigdy nie zna się dnia ani godziny, kiedy będzie się zmuszonym nauczyć się czegoś nowego. Nie wiedziała, gdzie jest Aloysius, nie obejrzała się nawet na sekundę, bo nie chciała stracić z oczy prezentu od babci. Później będzie się martwić tym, jak właściwie stąd wyjdzie. Było przecież ciemno, a ona znajdowała się na tym cmentarzu pierwszy raz, nie miała pojęcia jak się po nim poruszać, co jednak nie wydawało się przeszkodą, kiedy goniła wiatr, to znaczy swoją chustę tańczącą na tym wietrze. W końcu nieco się uspokoiło, chusta opadła na ziemię i przestała się poruszać. Bletchley nachyliła się, aby ją złapać - udało jej się to tym razem. Uśmiechnęła się sama do siebie. - Mam Cię! - Odparła jeszcze, jakby w ogóle ubranie było w stanie zrozumieć, co do niego mówiła. Teraz mogła się wrócić, poszukać swojego towarzysza, a później razem mogli opuścić to miejsce, no to znaczy przejść przez cmentarz i znaleźć się w miasteczku, dzięki czemu uda jej się dotrzeć do Londynu. Plan był całkiem prosty. Właśnie się podnosiła, kiedy usłyszała jakieś dziwne dźwięki, wtedy go zobaczyła. Mrugnęła, aby się upewnić, że patrzy na to, co jej się wydaje, ale nie zniknął. Czyli faktycznie tutaj był. Stał przed nią typ z toporkiem w głowie, ubrany bardzo dziwnie, zdecydowanie nie wyglądał jak ktoś z ich świata, wręcz przeciwnie, wyglądał jakby umarł bardzo dawno temu. Zrobiła krok w tył, bo nie wydawał jej się być szczególnie przyjazny. Nie wyglądał też na kogoś kto miał dobre zamiary, no szlag miał toporek wbity w głowę, nie wydawało jej się, że ktokolwiek inny też nie stwierdziłby, że pewnie chce mu zrobić krzywdę. Do tego słowa, które padły z jego ust brzmiały jak bełkot. Nie zrozumiała nic, ani jednego słowa BLA BLA BLA. Jak niby miała mu odpowiedzieć, skoro nie wiedziała co do niej mówił, znajdował się na brytyjskim cmenatarzu, powinien do Morgany mówić w ich języku! Patrzył się na nią bardzo intensywnie, znajdował się zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy. - Czego chcesz? - Zapytała w końcu, chociaż nie sądziła, że szybko dostanie jakąkolwiek odpowiedź. Kolejne blablablablabla padło z jego ust, co niby miała z tym zrobić? Jak mu odpowiedzieć. Jak nic mówił w innym języku, tyle, że nie kojarzyła w jakim, no a na pewno nie potrafiła w nim mówić, więc mieli lekki problem. - Weź się odsuń i zajmij swoimi sprawami, jak będziesz tak wisiał to zgubisz toporek. - Tutaj pokazała palcem w kierunku jego głowy, żeby zasugerować duchowi o czym do niego mówiła. RE: [07/1957] The wrong shore to die on - Bard Beedle - 16.10.2026 „Czego chcę? Wielu rzeczy, lecz dziecię takie jak ty z pewnością ich nie pojmie.” - Toć mówię. Bla bla. - Zmarszczyłem brwi, próbując rozstrzygnąć, czy właśnie mnie obraziła, ostrzegła przed utratą oręża, czy może w tych stronach wszystkie niewiasty miały w zwyczaju przemawiać do mężów z podobną bezczelnością, dopiero kiedy wskazała palcem moją głowę, uniosłem dłoń i odruchowo dotknąłem miejsca, w którym za życia nosiłem hełm, po czym zerknąłem na toporek, który wciąż wisiał przy moim pasie, chociaż od dawna nie miałem już bioder i po śmierci nie znalazłem najmniejszej okazji, by zrobić z niego użytek. - Usiłujesz mi grozić? Bla bla bla? - Parsknąłem krótko, bo oto po wszystkich tych przeklętych zimach znalazła się wreszcie istota zdolna przemówić do mnie bez nabożnego lęku, za to z irytacją godną starego jarla, któremu ktoś właśnie podprowadzał ulubioną owcę. - Moją własną bronią? Bla bla bla? - Pociągnąłem za rękojeść, żeby zademonstrować, że mój oręż wciąż trzymał się całkiem nieźle, po czym spojrzałem na nią z kpiną, której nie potrafiłem utrzymać dłużej niż kilka uderzeń serca. - Mów swego, wisiał przy mnie, kiedy miałem jeszcze mięcho na gnacie, więc nie widzę powodu, dla którego miałby mnie opuścić akurat teraz. Bla bla, bla bla bla, bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla bla. - Oparłem dłonie na biodrach, zastanawiając się, czy żywi zawsze byli tak nieuprzejmi, czy też przez te wszystkie stulecia zdążyli uczynić z tego osobną sztukę. Nie zamierzałem odejść, tylko dlatego, że jakaś ciemnowłosa córka obcej ziemi kazała mi zająć się własnymi sprawami, bo to ona była na moim terenie, nawet jeśli pobiłem go po śmierci, nie za życia. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/35619443c3961fefb085a7a0bbe82542/9edf08831b286c25-30/s500x750/97d6b6c0f8760bb97d82b03fafa0fb7a05dcd5b6.pnj[/inny avek] RE: [07/1957] The wrong shore to die on - Prudence Fenwick - 16.10.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek] Próbował z nią rozmawiać, mówił coś, jednak znowu nie wyłapała ani jednego słowa. W jakim języku się z nią komunikował? Próbowała to wyłapać, być może w jakichś księgach, które kiedyś czytała widziała podobne słowa. Zawiesiła się na moment, dłuższy, wertowała w głowie niewidzialne kartki, tyle, że trudno było połączyć tekst z książek z ich brzmieniem, do tego nie mogła mieć pewności, że nie używał jakiegoś przestarzałego języka. Wyglądał jakby znalazł się tutaj bardzo dawno temu. Fantastycznie. Mrugnęła, żeby wrócić do rzeczywistości. Zmrużyła więc oczy i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. O co mu właściwie chodziło? Po co do niej gadał, nie miał czegoś lepszego do roboty? No, pewnie nie skoro utknął tutaj na wieki, że też musiała stać się przypadkową rozrywką dla jakiegoś obcego ducha, a mogła słuchać Aloysiusa… nie - wcale tego nie pomyślała. Ten tutaj zdecydowanie nie wyglądał na grabarza, bardziej na jakiegoś wojownika. - Nie wiem dlaczego nie przestajesz do mnie mówić, skoro to nie ma sensu. Nie rozumiem Cię przecież. - Przewróciła jeszcze oczami i tupnęła nogą o ziemię. Ta dyskusja niczego nie wnosiła do jej życia i jego nieżycia, nie byli w stanie się porozumieć, więc dlaczego po prostu nie odfrunął sobie gdzieś daleko, w siną dal tylko nadal zagradzał jej drogę. W pewnym momencie pokazał jej swój toporek, westchnęła ciężko i pokręciła głową z niedowierzaniem. - Fajny, naprawdę fajny jest, ale co z tego? Po co mi go pokazujesz? Grozisz mi po Twojemu? Ja się wcale Ciebie nie boję. - Dopowiedziała jeszcze, chociaż w sumie nie czuła się wcale zbyt pewnie, bo przecież zgubiła gdzieś Aloysiusa, a kto wie w jaki sposób ten duch mógłby chcieć uprzykrzyć jej życie. Nie mogła jednak dać po sobie, że odczuwa lekki strach, oni zawsze szybko to wyczuwali. Na szczęście miała lata doświadczenia w radzeniu sobie z takim jednym, trudnym typem. - Posłuchaj kolego, to bardzo niegrzeczne tak nagabywać zupełnie obce osoby, jeszcze straszyć je swoim toporem. - Tu ponownie pokazała palcem na jego broń, później wykonała lekki ruch ręką, który miał oznaczać, żeby się posunął, poprosiła o to też na głos. - Weź się przesuń, bo nie chciałabym wejść w Twoje ciało, to znaczy w Ciebie bo chyba nie masz ciała, a zajmujesz strasznie dużo miejsca. - Nie zamierzała przez jakiegoś tam ducha nadrabiać drogi i iść na około, zwłaszcza, że było ciemno, wolałaby jednak się teraz nie pomylić i nie zgubić drogi do miejsca z którego tutaj przyszła. Musiał jej wybaczyć, ale ktoś na nią czekał - w sumie co do tego też nie mogła mieć przecież pewności. Wokół było bardzo cicho, nie miała pojęcia, gdzie właściwie był Wish i czy nie zostawił jej tutaj samej. Nie, na pewno by tego nie zrobił, naprawdę wierzyła w jego dobre zamiary. RE: [07/1957] The wrong shore to die on - Bard Beedle - 16.10.2026 Przyglądałem się ciemnowłosej niewiaście, spoglądając na nią z rosnącym niedowierzaniem, bo chociaż przez ostatnie stulecia zdążyłem zapomnieć wiele rzeczy, między innymi smak porządnego miodu, ciężar tarczy na przedramieniu i brzmienie głosów ludzi, którzy nie byli akurat zajęci odprawianiem mnie do wszystkich diabłów, to jednak języka w gębie nie zapomniałem, potrafiłem komunikować się z otoczeniem, ponadto byłem niemal pewien, że żywi nie zawsze zachowywali się w ten sposób wobec zmarłych, których powinni się byli po prostu bać, jeżeli akurat nie uważali ich za zasadne szanować. Najwyraźniej świat zdążył się zmienić bardziej, niż przypuszczałem, skoro białogłowa, która przed momentem pędziła przez cmentarz, jakby ścigało ją stado wilków, teraz stała przede mną, praktycznie przewracała oczami i tupała nogą, jakby to ona miała prawo być niezadowolona z naszego spotkania. - Albo jesteś najdzielniejszą obcą, jaką spotkałem, albo masz w głowie mniej oleju niż mój stary wuj, który kiedyś postanowił przepłynąć fiord w beczce po śledziach. Bla bla bla bla, bla bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla. - Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć na jej dalsze słowa, lecz zaraz je zamknąłem, kiedy dotarło do mnie, że patrzyła na mnie z takim wyrazem twarzy, jakiego nie widziałem od czasów, gdy próbowałem wytłumaczyć pewnemu młodemu wojownikowi, dlaczego nie powinien sikać pod wiatr na dziobie drakkaru. - To–pór. Bl–aa. Ty groo–zić ja-a? Bla blaa–aaa bl-a? - Westchnąłem. - Powiedz mi, dziewko, czyś ty taka głupia od urodzenia, czy może bogowie opuścili cię dopiero po drodze? Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla bla bla? - Uniosłem broń, żeby pokazać ostrze, lecz zaraz opuściłem ją wzdłuż uda, kiedy przypomniałem sobie, że mały móżdżek wyspiarki najwyraźniej nie rozumiał nawet najprostszych rzeczy, jakie próbowałem jej przekazać. Jeśli tak wyglądała współczesna dyplomacja, wcale nie dziwiłem się, że niektóre królestwa upadały, za moich czasów wystarczyło czasem porządnie przyłożyć komuś w zęby, żeby obie strony zrozumiały, na czym stoją, lecz teraz? Na brodę Odyna, widziałem już wojowników, którzy z większą uprzejmością rozmawiali z przeciwnikami przed rozłupaniem im czaszek. Ach, ta współczesna młodzież, bezstresowe wychowanie i ich, tfu, małe prostokąty, w które całymi dniami wciskali nosy. A potem powiedziała coś… Miłego? - Tak? Bla? - Spojrzałem na własny toporek, potem na nią, następnie znów na toporek, bo oto stałem przed trudnym zadaniem ustalenia, czy właśnie pochwaliła moje wyposażenie, czy też w jakiś przedziwny sposób próbowała mnie przekonać, że nie robiła na niej wrażenia - „fajny” - to słowo, nawet jeśli nie miałem pojęcia, co dokładnie oznaczało, zabrzmiało w jej ustach dostatecznie przychylnie, żebym uniósł brodę z dumą, bo zdało mi się, iż wreszcie ktoś na tym cmentarzu docenił porządne rzemiosło. Nie obchodziło mnie, że nie miałem pewności, czy dziewczyna w ogóle rozpoznawała toporek jako narzędzie przeznaczone do rozłupywania czaszek, a nie ozdobę, którą można było zawiesić nad kominkiem, najważniejsze, że je uszanowała. Zaraz potem jednak zaczęła poruszać ustami jeszcze szybciej, wskazywać na broń i wymachiwać ręką, więc moja duma ustąpiła miejsca podejrzliwości. - Co do mojego ciała, dziewczyno, zapewniam cię, że za życia miałem go wystarczająco dużo, by kilku twoich przodków mogło schować się za moimi plecami podczas bitwy. Teraz zostało mi tyle, ile widzisz, więc jeśli zamierzasz narzekać na zajmowane przeze mnie miejsce, radzę ci jednak znaleźć sobie kogoś, kto potrafi zniknąć na twoje skinienie. Bla bla bla bla, bla, bla bla, bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla. Bla bla bla bla, bla bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla. - Parsknąłem drwiącym śmiechem - ja, który za życia przeprawiałem się przez wzburzone morza, stawałem naprzeciw wojowników i niejednokrotnie musiałem wywalczyć sobie miejsce przy ogniu, miałem teraz ustąpić kawałka cmentarnej ścieżki tylko dlatego, że jakaś obca dziewczyna uznała mnie za przeszkodę. - Widzisz, niewiasto, możemy tak stać do następnego przesilenia zimowego. Bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla. - Zerknąłem na przestrzeń po obu stronach, potem na własne stopy, wreszcie na nią, nie wierząc, że rzeczywiście oczekiwała ode mnie, abym ustąpił jej drogi. - Mam czas. Bla bla. - Znowu parsknąłem, przez setki lat siedziałem na tej samej płycie, obserwowałem, jak cmentarz rozrastał się wokół mnie, nie przypominałem sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek próbował mnie stąd przepędzić - nie miałem nawet pewności, czy mógłbym samotnie opuścić teren cmentarza na dłużej niż kilka księżyców, bo dotychczas nie widziałem powodu, by próbować, natomiast inne duchy, które znałem, nie słynęły z podejmowania szczególnie śmiałych przedsięwzięć w grupach. Tymczasem ta białogłowa istota najwyraźniej uznała, że zajmowałem zbyt wiele miejsca, choć przecież nie ważyłem już tyle, co za życia, więc mogła przejść obok mnie, jeśli rzeczywiście tak bardzo jej na tym zależało. - Śmiało. Bla. - Wskazałem na nią, potem na ścieżkę, wreszcie na siebie, po czym uniosłem dwa palce i wykonałem nimi gest przypominający marsz. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/35619443c3961fefb085a7a0bbe82542/9edf08831b286c25-30/s500x750/97d6b6c0f8760bb97d82b03fafa0fb7a05dcd5b6.pnj[/inny avek] RE: [07/1957] The wrong shore to die on - Prudence Fenwick - 16.10.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek] Prudence wcale nie uciekała przed nim spojrzeniem. Być może był duchem jakiegoś potężnego wojownika, ale co z tego? Zagradzał jej drogę, nie mogła wybrać innej, bo nie chciała się zgubić, a więc musiał się przesunąć, to było całkiem proste i logiczne, prawda? Założyła sobie w końcu ręce na piersiach i spoglądała na niego nieprzychylnym spojrzeniem. Komplikował jej wieczór, a miała już wystarczająco komplikacji, dlaczego nie mógł się po prostu przesunąć, a zamiast tego gadał. To znaczy blablał sobie coś pod nosem, z czego nic nie rozumiała. Ich konwersacja trwała w najlepsze… naprawdę było to nie do pomyślenia. - Koleś, nie wiem, co do mnie mówisz, ile razy mam Ci to powtarzać? - Spróbowała naśladować te słowa, które powiedział do niej przed chwilą, ale wyszedł z tego jeden, dźwięczny bełkot, a w zasadzie to jedno BLABLABLA. Znowu przewróciła oczami, tak widziała, że miał topór, nie musiał się nim tak bardzo chwalić, czy to był jego skarb, serio, kawałek metalu na drewnianym trzonku? Zachowywał się, jakby to było coś niesamowitego, a to przecież tylko zwyczajny topór. Uniósł broń, spojrzała na nią - bo najwyraźniej tego oczekiwał. Wtedy wpadła na pomysł, że powie o tym narzędziu kilka miłych słów, bo może wtedy się od niej odczepi. To była całkiem bystra myśl… - Tak, niesamowity jest, naprawdę fantastyczny, kawał topora. - Pokiwała jeszcze głową z aprobatą kiedy znowu coś do niej zabablał bo pokazywał na ten swój skarb, więc postanowiła kontynuować swoje pochwały. - Naprawdę widać, że pokonał walecznych przeciwników, niesamowita broń. - Dodała jeszcze, żeby nie było. Nie sądziła, że zrozumie cokolwiek z tego co miała mu do powiedzenia, bo zdecydowanie mówili innymi językami, ale nadal podejmowała próby, bo chciała stąd po prostu odejść. Westchnęła ciężko, kiedy znowu zaczął bablać. Najwidoczniej nie zrozumiał jej przekazu. Machnęła ręką, aby się przesunął, zrobił jej miejsce, przepuścił ją. Ten zamiast tego dalej gadał, nie przestawał mówić. Co to był za typ, chyba brakowało mu tutaj przyjaciół, bo jak niby inaczej miała wytłumaczyć to, że nie chciał dać jej spokoju, przecież nawet nie mówili w tym samym języku! Zaśmiał się jej w twarz, to zdecydowanie nie był dla niego dobry ruch. Prudence nie lubiła, kiedy ktoś się z niej naśmiewał, wyprostowała się więc zaraz po tym bardzo dumnie i spojrzała mu w oczy. Chciał się bawić w ten sposób, niech mu będzie, proszę bardzo. Kiwnęła jeszcze głową na znak, że zrozumiała, dotarło do niej, że nic z tych negocjacji nie będzie. Jeszcze ją do tego zachęcił pokazując palcem na nią, na siebie i na ścieżkę. Nie zamierzała się nad tym dłużej zastanawiać, musiała wrócić skąd przyszła. Ruszyła przed siebie pewnym krokiem, nie przejmowała się, że duch wisiał dokładnie w tym miejscu. Po prostu w niego weszła, przecież nie był materialny! Co za pacan, dla jego własnego komfortu zasugerowała mu, aby się przesunął, nie chciał tego zrobić, to trudno. Niech teraz leci dalej. Nie spodziewała się jednak tego, że będzie taki zawzięty, nie zniknął w ciemności, zamiast tego jeszcze długo jej towarzyszył i bablał po swojemu, jednak nie wdawała się już z nim w polemikę. Koniec sesji
|