![]() |
|
[wieczór, 19.10.72] Z pamiętnika Christine Lockhart, cz. 1 - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [wieczór, 19.10.72] Z pamiętnika Christine Lockhart, cz. 1 (/showthread.php?tid=6532) |
[wieczór, 19.10.72] Z pamiętnika Christine Lockhart, cz. 1 - Henry Lockhart - 19.10.2026 19 października 1972, wieczór
Mieszkanie Henryka Ostatnimi czasy w życiu Henry'ego Lockharta działo się dużo. Były to rzeczy niekoniecznie złe, bo napisał artykuł, częściej spotykał się z przyjaciółmi, a jego serce szybciej biło, gdy myślał o pewnej brygadzistce. Dobre myśli biły się jednak z tymi dosyć przykrymi. Wciąż zastanawiał się i ubolewał nad losami biednej Seo-yeon, która wpadła w dziurę w podłodze groty solnej. Kiedyś myślał, że uproszenie się w gazecie o czyjeś prawa była wystarczającą formą działania. Powoli rewidował ten naiwny pogląd, choć z gorzką konkluzją. Nie dało się bowiem uratować wszystkich ani wszystkim pomóc. Myślał sobie wtedy o dziadkach i swojej bezsilności w obliczu choroby, która dotknęła ich oboje. O rodzicach, których twarze znał ze zdjęć. Których nie było dane mu poznać. Dlatego późnym wieczorem, koło jedenastej, kiedy to porządny młody człowiek powinien już iść spać, by wyspać się przed pracą, on zabrał się za przeglądanie starych pudeł po dziadkach. Były tam głównie książki, te które jego wujostwo postanowiło wyrzucić z domu i przekazać nie na śmietnik, a w miejsce w ich opinii do śmietnika zbliżone. Henry wyłapywał czasem coś z wierzchu, ale nakrywał się na tym, że nie chciał sięgać głębiej do pudeł. Grzebanie we wspomnieniach było bolesne, a książki dziadków mówiły o nich tak dużo… Były wysłużone, czasem pooblewane kawą. Pomiędzy kartami niektórych był piach znad morza, a w innych Henio znajdował zasuszone liście. Losowy tom encyklopedii. Słownik języka hiszpańskiego (odłożony potem przez chłopaka na półkę, by nauczyć się kilku słówek z rodzimej mowy Hestii). Stare wydanie baśni Barda Beedle'a. Król w żółci Chambersa, podpisany na pierwszej stronie: Własność Paula Lockharta. Był też zeszyt. Lekko pozaginany, bo szczodrze zapisany. Zwykły czarny kajet, bez niepotrzebnych ozdobników, jednak porządny. Dobrze się trzymał, mimo upływu lat. Henry ostrożnie otworzył na pierwszej stronie. Gardło ścisnęło mu się, dłonie zadrżały. Zaczął jednak czytać. Nie wiem, jak zaczyna się pamiętnik. Nigdy nie byłam specjalnie romantyczną duszą, nie miałam szczególnej potrzeby, by przelewać moje myśli na papier. Lubiłam czytać przemyślenia innych, to jasne. Oczywiście opublikowane, już zapewne pośmiertnie. To zawsze jakieś świadectwo ich żyć, coś, co pozostawili po sobie. Uwielbiam chociażby listy Kafki do Mileny. Korespondencje ludzi wybitnych, którzy w owych listach wydawali się zadziwiająco ludzcy i zwyczajni. Może ktoś to przeczyta za jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, bo będzie chciał poznać życie Christine Lockhart? Wydaje mi się jednak, że to ciążowe hormony każą mi pisać dla potomności. Nie wiem, czy dzieciakowi, który przyjdzie na świat dopiero za cztery miesiące, będzie się chciało czytać wynurzenia matki. Raczej nie sądzę.
Taki pamiętnik, jak każdą porządną pracę naukową czy serię wykładów zacząć należy po bożemu, od krótkiego biogramu. Christine Lockhart, lat dwadzieścia osiem. Urodzona w Galway, wychowana po katolicku, ale z samotną matką. Dla ojca byłam chwilowym odstępstwem od przysięgi kapłańskiej. Nic to nadzwyczajnego w kraju, w którym religia odbiera ludziom rozum. Niegdyś nazywałam się Hayes, po matce oczywiście. W dzieciństwie natrafiłam na wielu dobrych ludzi w niezbyt dobrych miejscach. Żyjący w zamordyzmie uczniowie katolickiej szkoły okazują się największymi buntownikami, ateistami, bluźniercami. To tam wkradły się mi do głowy zbrodnicze idee feminizmu, antyklerykalizmu i co najgorsze – matematyka. Nieznośna byłaby ta lektura, gdybym zaczęła się tu rozwodzić nad pięknem liczb, zbiorów, wzorów i porządku zmąconego co jakiś czas paradoksem. Kiedy mówiłam matce, że Boga należy szukać właśnie we wzorach, zamykała mnie w pokoju i kazała zmawiać pacierz. Ja modlitwy liczyłam i układałam we wzory, czyniąc z nich coś więcej niż tylko narzędzie otępienia. Nic zatem dziwnego w tym, że gdy tylko skończyłam liceum i zebrałam nieco pieniędzy, uciekłam z Irlandii prosto w nowy świat, do Londynu. W miejsce, które mnie trochę nienawidziło, gdy mówiłam z moim akcentem, ale przynajmniej dawało mi szansę na robienie tego, co kochałam najbardziej. Kiedy przyjechałam, miasto było jeszcze odbudowywane, a wojna wciąż trwała. Był to rok 1944, a Anglicy mieli poczucie nadciągającego zwycięstwa. Więcej chłopców poszło też do wojska, więc moje szanse przyjęcia na uniwersytet okazały się wystarczające, bym rzeczywiście dostała się na wydział matematyki. Tam musiałam mój umysł wykorzystać do pracy nad niemieckimi szyframi, co okazało się de facto nudną wyrobniczą pracą, skoro Enigmę już dawno rozwiązano. W wolnych chwilach pracowałam jako maszynistka w wydawnictwie George Allen and Unwin, naczytałam się więc mnóstwo powieści z gatunku fantastyki. Trochę mnie bawiła wizja świata, w którym żyją jakieś elfy, krasnoludy, hobbici czy smoki. Magia wydawała mi się konceptem ciekawym, bo przenosiła zabobon do świata fikcji, tam gdzie powinien się znajdować. Gdy czytało się powieści pana Tolkiena (to zresztą niezwykle życzliwy człowiek, prawdziwy dżentelmen) nie wierzyło się w czary. Nie uznawało się ich za prawdę historyczną czy objawioną. Lubiłam myśleć sobie, że świat dookoła jest logiczny. Wszystko aż do dnia, gdy otwarto w pobliskiej bibliotece klub książki. Jedna znajomość i moje przekonanie o rozsądku panującym nad światem kompletnie legło w gruzach. Usiedliśmy razem przy dużym stole, otoczeni książkami. Pierwsza lektura: stary dobry Szekspir, Romeo i Julia. Anglicy wprost uwielbiają Szekspira i wsadzają go, gdzie się tylko da. Cóż, sztuka rzeczywiście była dobra, choć znana wszystkim. Wybrano ją, by przełamać pierwsze lody. Była nas jedynie czwórka. Ja, moja przyjaciółka i współlokatorka, Maisie, pan Gordon, który miał prowadzić dyskusję i on. Nieco dziwnie ubrany, nieco jak szpieg, który chciał się wtopić w otoczenie, ale bardzo mu się nie udawało. Długi płaszcz, koszula z falbaniastym, kołnierzem, spodnie koloru fioletowego. Był jednak niestety przystojny i bardzo irytujący, bo o książce gadał kompletne kretynizmy. Że niby to Capuletti byli jakimiś czarownikami, a Romeo podał Julii zaczarowany eliksir. Zaczęłam się z nim kłócić, choć myślałam, że mówił to wszystko, by nas wszystkich sprowokować do awantury. Zarzuciłam mu to otwarcie. Że jak przyszedł się pośmiać, to niech idzie do cyrku, a nie do klubu książki. On stwierdził, że mam ograniczony umysł i nie rozumiem, o co tak naprawdę Szekspirowi chodziło. Gdyby pan Gordon nas nie powstrzymał, doszłoby do rękoczynów. Ów irytujący facet nazywał się Paul Lockhart. Henry zatrzymał się, by otrzeć policzki z łez, które niemal by opadły na papier i rozmazałyby tusz. Zamknął zeszyt, przytulił go do piersi. W nim właśnie zapisana była cząstka jego mamy. Jej przeżycia. Jak poznała tatę. Czytając pamiętnik, Henio płakał i się śmiał. Zatrzymywał się na tej samej linijce tekstu po kilka razy. Jego mama brzmiała na najfajniejszą osobę na świecie. Inteligentną, odważną, z ostrym poczuciem humoru. A ojciec? Henry chciał przeczytać o nim jeszcze więcej. Ale nie teraz. Postanowił, że będzie czytał po trochu, a nie wszystko za jednym razem. Każda chwila spędzona z tym pamiętnikiem była spotkaniem z mamą. Tak jakby była obok i rzeczywiście opowiadała mu tę historię. Tak strasznie tęsknił, a teraz… mógł ich lepiej poznać. Ich oboje. Koniec sesji
|