Secrets of London
[3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) (/showthread.php?tid=654)



[3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Brenna Longbottom - 17.12.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic

- Boję się wchodzić do środka - oświadczyła Brenna Longbottom, obserwując budynek, przed którym stali. Był duży, szary i sprawiał raczej ponure wrażenie, chociaż nie wyglądało na to, aby było w nim coś szczególnie strasznego.
Brenna bywała już w różnych miejscach. W domach, w których doszło do okrutnych zbrodni. Raz czy dwa trafił się budynek nawiedzony i to nie przez tak miłe duchy jak Prawie Bezgłowy Nick. Przy okazji różnych inicjatyw musiała odwiedzić sierociniec, pełen dzieci, którym nie poszczęściło się w życiu. Trafiła pod mieszkanie, w którym mogli czaić się śmierciożercy. I wreszcie był najgorszy z tego wszystkiego: dom cioteczki Eve.
Nigdy jednak, ani razu, Brenna nie okazywała strachu przed przekroczeniem progu.
A teraz...
- Jak już tam wejdę, będę chciała zabrać w s z y s t k i e psy - wyjaśniła z nieszczęśliwą miną. Tak, ona i Erik wreszcie trafili pod schronisko. Wcześniej jakoś się nie składało, z powodu bali, sabatów, akcji śmierciożerców, pełni czy opieki nad klubokawiarnią. Położone w niemagicznej części Londynu, pełne, Brenna była pewna, porzuconych, biednych piesków i porzuconych, biednych kotków. - I wszystkie kotki - dodała jeszcze po chwili namysłu. Pies był bardziej... mobilny, a więc lepiej pasował do charakteru kogoś takiego jak Bren, kto w ruchu nie był chyba tylko podczas snu.
Ale kotki też lubiła.
Mugolskie schronisko zdawało się niezłym pomysłem. Magiczne stworzenia były cudowne, ale opieka nad nimi mogła wymagać wiedzy, której nie posiadali. Z psem powinno pójść prościej. Kobieta zresztą już kupiła w mugolskiej księgarni książki na temat psów. A potem huragan Brenna wpadł do sklepu zoologicznego, i opuścił go z kilkoma miseczkami, dwoma kocykami, posłaniem, smyczą, drugą smyczą, kagańcem (liczyła, że obejdzie się bez niego, ale Tak Na Wszelki Wypadek), mokrą karmą, suchą karmą, szmacianą zabawką, piłeczką, jeszcze jedną, większą piłeczką, szczotką do czesania i specjalną matą dla psów.
Miała wrażenie, że ojciec i brat dziwnie na nią patrzyli, gdy wtarabiniła się z tym wszystkim do salonu, ale uważała, że do wzięcia zwierzaka trzeba się odpowiednio przygotować.
W planach miała jeszcze wizytę w sklepie zoologicznym na Pokątnej. Była pewna, że dostanie tam jakiś tonik, dzięki któremu psiak będzie żyć dłużej i zdrowiej niż przeciętnie w mugolskim świecie.
Tyle że może to był jednak zły pomysł, bo Brenna wyjdzie stąd ze stadem zwierząt.
- A wtedy nastąpi Wielki Wyścig, mianowicie o to, kto zabije mnie pierwszy. Mama czy tata - uzupełniła jeszcze Brenna. - Merlinie, Erik, myślisz, że naprawdę zdołamy wyjść stąd tylko z jednym psem? Tak całkiem jednym? Zostawiając wszystkie inne za kratami? Czy oni trzymają w schroniskach psy za kratami? Chyba tak.
Brenna miała na sobie mugolskie ubranie. I to nie takie, jakie nosiła najczęściej w Dolinie Godryka, a nieco bardziej eleganckie, spodnie, jasną koszulę i marynarkę, mające jasno pokazać pracownikom schroniska, że tak, dajcie tego psa, nie zjem go na kolację. Na wypadek, gdyby to nie podziałało, w kieszeni miała też parę szeleszczących banknotów. Wymieniała galeony na dolary dość regularnie, a te potem trafiały do właścicieli mugolskich księgarń oraz mugolskich fast foodów. Brenna najwięcej pieniędzy wydawała w kolejności: na Mabel, jedzenie oraz książki.
Jeżeli z kolei i środki pieniężne by zawiodły, pozostawały stare, dobre confundus albo olbiviate, po których wystarczyło powiedzieć: właśnie miał pan wyprowadzić psa, prawda?
- Powstrzymaj mnie, gdybym postanowiła adoptować je wszystkie, dobrze? – poprosiła brata, po czym wparowała do środka, rozglądając się za pracownikiem. Już wcześniej zadzwoniła tu z budki telefonicznej, zapowiadając się z wizytą. – Dzień dobry! Dzwoniłam dzisiaj rano w sprawie adopcji psa. Interesuje nas zwierzak raczej większych rozmiarów, koniecznie mało agresywny, bo w domu jest kilku domowników.


RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Erik Longbottom - 18.12.2022

Otaksował uważnym wzrokiem fasadę budynku. Nie dało się ukryć, że trochę im zeszło, zanim przeszli do konkretów w kwestii wyboru psa. A raczej, z którego świata tenże będzie pochodził. Psidwaki nie były złym pomysłem, jednak biurokracja związana ze zdobyciem odpowiednich pozwoleń, sprawiła, że gdzieś między balem charytatywnym, Ostarą, diagnozą w kwestii klątwy i innymi prywatnymi sprawami, musieli zacząć mierzyć siły na zamiary. Zwykły pies też na pewno odnajdzie się w ich domu.

Z okazji wizyty w niemagicznej części miasta Erik postanowił przywdziać nieco bardziej powszechny strój. Dalej biła od niego elegancja, jednak nikt by się za nim nie obejrzał, będąc pod wrażeniem jego marynarki czy spodni. Te były dobrze skrojone, jednak nie sprawiały, że automatycznie widać było, że wpakował w ubranie całą górę pieniędzy. Trzeba było mieć trochę umiaru przy mugolach. Tak na wszelki wypadek.

Zaczynam rozumieć, czemu rodzice nie wybrali się z nami do takiego miejsca — stwierdził, unosząc minimalnie kąciki ust, jakby właśnie odkrył jedną z większych rodowych tajemnic. — Chyba za trudno by było im odmówić nam obojgu, biorąc pod uwagę rodzinne tendencje do pomagania innym.

Nie musiał się jakoś mocno wysilać, żeby wyobrazić sobie podobne wydarzenie. Elegancko ubrani rodzice przyprowadzają swoje dwie pociechy do schroniska, aby wybrać tego jedynego, wymarzonego zwierzaka, który idealnie wpasuje się w dynamikę rządzącą ich familią... Tylko po to, aby dziesięć minut spojrzeć po sobie ze zgrozą, gdy dzieci wyrażą chęć adopcji całego stada. I co powiedzieć w takim przypadku?

Kategorycznie odmówić? Bądź co bądź, to świadczyło, że nie potrafili przejść obojętnie wobec krzywdy innych, a podobne odruchy należało pielęgnować. Ciężko by było znaleźć równowagę w takiej sytuacji, jeśli chciało się jednocześnie zadowolić swoje dzieci, jak i nie zmienić rodowej posiadłości w hodowlę psiaków.

Chciałbym zapewnić, że skończy się na jednym — zaczął, po czym chrząknął znacząco — ale byłoby to nieszczere. I nieco naiwne. Może chociaż mają tutaj w miarę dobre warunki? To powinno sprawić, że nie będzie nam aż tak... przykro?

Gdyby mieli do czynienia z najgorszą możliwą placówką w Londynie, to prawdopodobnie najpierw by się popłakali nad losem tych zwierząt, pogrozili pracownikom, złożyli skargę, a potem zaczęli wysyłać listy do wszystkich znajomych i członków rodziny, żeby wyratować jak najwięcej niewinnych stworzeń. Oby tak nie było, bo możliwe, że powrót do domu z liczbą psów przekraczającą trzy sztuki sprawiłaby, że doszłoby do morderstwa. I automatycznej utraty lwiej części potencjalnych dziedziców. Chociaż... Może dziadek nic by nie zauważył? Gdyby przemycili do domu cały miot psów tej samej rasy, to gdyby zadbali o to, aby tylko jeden był na widoku przy innych domownikach, to może by to przeszło. Oczywiście do czasu, aż ktoś by ich nie wydal.

Powiedzmy, że gdy przekroczymy wybranie pierwszych dwóch, to dam Ci pierwsze ostrzeżenie, że czas wrócić na ziemię — skomentował, gdy już weszli do środka.

Co tu dużo mówić, wnętrze całkiem nieźle oddawało atmosferę, jaką epatowała część budynku wystawiona na wzrok przypadkowych przechodniów. Kiedy w końcu udało im się znaleźć jakiegoś pracownika, przedstawili mu pokrótce swoją sprawę. Faktycznie pamiętał rozmowę telefoniczną z Brenną i po sprawdzeniu dokumentacji, poprowadził ich w stronę miejsca, gdzie trzymane były psy o większych gabarytach.

Do uszu Erika dosyć szybko doszły odgłosy szczekających psów i machinalnie zwolnił, przygotowując się na to, że resztki samokontroli w kwestii adopcji, zmienią się w pył, gdy tylko zobaczy na własne oczy to całe stado psów.

Słodki Merl... Słodki Jezu — poprawił się Erik, gdy zobaczył boksy, w których trzymane były zwierzaki. Praktycznie co drugi pies na ich widok zbliżył się do krat i wystawił nos. W tym samym czasie pracownik schroniska opowiadał Brennie o konkretnych kandydatach, jak i rasach, jakimi obecnie dysponowali.

Zupełnie nie słucham, uświadomił sobie, a jego wzrok po prostu przeskakiwał od jednego psa do drugiego. Wiele z nich było starszych, jednak zauważył parę młodszych osobników. Czyżby konsekwencje Świąt Bożego Narodzenia i porzucenia zwierzaków, które nagle się "znudziły"? Przeklął w myślach. Czarodziejów i mugoli mogło dzielić wiele, ale w niektórych kwestiach nie różnili się aż tak bardzo. Podobne wypadki zdarzały się też w Yule. Ludzka natura.




RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Brenna Longbottom - 18.12.2022

- Powinniśmy byli zabrać z nami kogoś rozsądnego – westchnęła Brenna na słowa Erika, z których jasno wynikało, że podziela jej odczucia.
I że pewnie wcale nie wyjdą stąd tylko z jednym pieskiem.
Problem z nimi polegał na tym, że mieli nie tylko miękkie serca, ale też bardzo, bardzo dużo pieniędzy. Przynajmniej tak zdiagnozowała to Brenna już jakiś czas temu. Kiedy ktoś miał niewiele pieniędzy, nie mógł ulegać porywom serca. Musiał wybierać, kogo wesprzeć, który rachunek zapłacić i na czyje nieszczęście pozostać obojętnym. Longbottomowie tymczasem od dziecka mogli pozwolić sobie na to, aby kupić więcej słodyczy i rozdawać je tym kolegom, których nie było na to stać.
Przyzwyczajenie weszło im w krew i sytuacja tylko z czasem eskalowała.
Normalny człowiek nie miałby dość miejsca i pieniędzy, by na raz brać kilka psy, musiałby więc zachować rozsądek.
Oni byli uprzywilejowani, wolno więc im było czasem ten rozsądek odrzucić w kąt. Albo nawet podeptać.
– Trzymam cię za słowo – wymamrotała jeszcze, tak odnośnie pierwszego ostrzeżenia, gdy już weszli do środka i okazało się, że czego, jak czego, ale psów do adopcji to tutaj zdecydowanie nie brakuje.
W przeciwieństwie do Erika, bardzo uważnie słuchała słów pracownika, sama wspominając czasem o tym, czego potrzebują. Choćby nie wiadomo, jak bardzo chciała, nie mogli wziąć psa, bojącego się innych zwierząt – przy jednym z boksów wspomniała więc o tym, że ich dom często odwiedza pewien wilczarz. (Wilczyca dokładnie, ehem.) Zapytana o warunki zapewniła, że mają duży dom, położony poza Londynem i wszyscy członkowie rodziny już się zgodzili zaangażować w opiekę nad zwierzakiem. Jej wzrok jednak wciąż błądził po boksach, a serce krajało się po równo na opowieści o porzuceniach i odławianiu z ulic, jak i widok psów, z których niektóre wyraźnie marzyły o tym, by tylko podeszli do ich boksów, a inne siedziały smutne w kątach, jakby i tak wiedziały, że nie zostaną wybrane.
– Kupiłam za mało kocyków i zabawek – wyszeptała Brenna, podchodząc znów do Erika i na moment chwytając go za łokieć. – I karmy. Chyba jutro znowu pójdę do sklepu. A potem to wszystko tu przywiozę.
Tak by chociaż trochę zabić wyrzuty sumienia, że wzięli tylko dwa pieski.
No nie było mowy, aby skończyło się na jednym. Pogodzenie się z tą myślą zajęło jej mniej więcej sześćdziesiąt sekund, jakie dzieliły ich od przekroczenia progu do przyjrzenia się paru pieskom.
– Ten, ten i ten zostały porzucone, żaden nie ma więcej niż trzy lata i podobno nie boją się ludzi i nie są agresywne – powiedziała, wskazując boksy z psami, które mniej więcej spełniały życzenia, o jakich wcześniej wspominał Erik. Jej własny wzrok przyciągnął jednak inny boks: bodaj z najbrzydszym psem, jakiego w życiu widziała, któremu chyba dopiero odrastała sierść, był chudy i miał krzywe łapy.


RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Erik Longbottom - 21.12.2022

A kim miałby być ten ktoś rozsądny? Większość rodziny zapewne zdołaliby przegadać lub udowodnić swoją rację przy użyciu logicznej argumentacji swoich przekonań. Poza tym było też zagrożenie zaognienia całej sytuacji. Gdyby, na przykład, zabrali ze sobą jeszcze Mavelle, szanse na to, że opuszczą ośrodek z dodatkowym zwierzakiem, stałyby się jeszcze wyższe, gdyż wzajemnie by się na pędzali. Znajomi i przyjaciele? Ci, którzy znali ich nieco słabiej mogliby nawet się nie zająknąć z obawy przed zmasowanym atakiem rodzeństwa. Na palcach jednej ręki można by policzyć osoby, które faktycznie byłyby w stanie wyegzekwować trzymanie się przez Erika i Brennę określonych zasad.

I pokazać, że nie jesteśmy w stanie podjąć jednej rozważnej decyzji bez kontroli z zewnątrz? — zwrócił uwagę Erik, podnosząc pytająco brew. Po chwili i z jego ust wydobyło się ciche westchnienie. — Skoro jesteśmy tu sami, to przynajmniej wspólnie zdołamy wymyślić jakąś dobrą wymówkę dla nieuchronnie nadchodzącej chwili słabości.

Trzeba było myśleć też o reputacji. W gruncie rzeczy w wielu kręgach uchodzili raczej za rodzinę, w jakiej panuje swego rodzaju równowaga. Oczywiście, czasami się chwiała, jednak w gruncie rzeczy wiadomo było czego się po nich spodziewać. Gdyby ktoś obcy zobaczył, z jakim trudem przychodzi im trzymanie się ściśle określonego wcześniej planu w takich chwilach, być może poddano by pod wątpliwości, jakim sposobem funkcjonują normalnie na co dzień.

Mamy też spore podwórze — dodał po tym, jak siostra w samych superlatywach opisała ich obecne lokum w Dolinie Godryka. — Psiaki będą miały gdzie się wybiegać. W domu też nie zabraknie ich opieki i rozrywki.

Zacisnął na moment usta w wąską linię. Cóż, to było szybkie. Nie pies, od razu psiaki. I gdzie podziała się ta silna wola? Najwyraźniej zostawił ją na progu schroniska. Poza tym w jego słowach tkwiło sporo racji. Co jak co, ale okoliczne sady był idealnym środowiskiem dla różnego rodzaju zwierzaków. Zwłaszcza teraz, kiedy wiosna zaczynała powoli królować na tamtejszych terenach. Wraz z wyższymi temperaturami pojawi się też więcej okazji ku temu, aby wybyć z domu, a spacer z psem to równie dobry powód, jak każdy inny. Wszyscy na tym skorzystają.

Całe szczęście pracownik schroniska nie pokazał im szczeniaków. Konsekwencje tego mogłyby być opłakane dla rodzinnej posiadłości, jak i osób, które dzieliły z Longbottomami miejsce zamieszkania. Gdyby opowiedziano im historię jakiegoś porzuconego na śmietnisku miotu małych, uroczych stworzonek, to ich serca zapewne natychmiast by się rozpłynęły. Tak samo, jak spora kwota pieniędzy w banku Gringotta. Bądź co bądź, takie stadko należałoby odpowiednio wyposażyć.

Nie będę się kłócił — stwierdził równie przyciszonym głosem, z trudem odwracając wzrok od spragnionych uwagi ze strony odwiedzających psów. — Jeśli w domu spytają o ubytki w skrytkach, to powiem, że podnieśli ceny moich ekhm leków. Na tym nie oszczędzamy.

Mówiąc o lekach miał oczywiście na myśli wywary łagodzące efekty likantropii. Przygotowanie ich nie było łatwym procesem, a znalezienie odpowiednich i zaufanych ludzi również nie było wyjątkowo łatwe. Na szczęście w ciągu lat udało im się zawiązać całkiem niezłą siatkę kontaktów, co znacznie ułatwiło sprawy. Mimo to, płatności za składniki, jak i samą usługę dalej uiszczali. Na biednych nie trafiło. Erik pokręcił głową, starając się odwrócić swą uwagę od tych myśli. Schronisko. Adopcja. Na tym powinien się skupić.

No cześć — zaczął mężczyzna, podchodząc do boksu i klękając.

Uśmiechnął się do dużych rozmiarów psa. Futro miał w całkiem dobrym stanie, chociaż od ostatniej kąpieli i czesania raczej minęło trochę czasu. Ten wlepił pełen nadziei wzrok w Erika, jednak nie podszedł do niego od razu, zamiast tego robiąc powoli krok za krokiem, jak gdyby był przygotowany na to, że człowiek w każdej chwili może odejść. Dopiero gdy upewnił się, że Longbottom zainteresował się nim, wystawił pysk i wywalając na wierzch język. Erik zbliżył palce, pozwalając mu się po nim polizać.

Podniósł wzrok na Brennę, jak gdyby chciał się pochwalić tym pokazem zaufania, jednak szybko zauważył, że dziewczyna skupiła się na zupełnie innym kandydacie. Wstał powoli z podłogi i podszedł do siostry.

Coś się sta... Oh. Jesteś... Jesteś pewna? — spytał, a potem wciągnął powietrze do płuc. Początkowe rozrzewnienie na jego twarzy zmieniło się we współczucie. Przez co musiał przejść ten pies? Zagryzł dolną wargę. To zdecydowanie był ten moment, w którym ważyły się losy tego, z iloma podopiecznymi opuszczą to miejsce. Zerknął na mężczyznę, który ich oprowadzał: — Może Pan nam coś o nim opowiedzieć?

To było jak kopanie sobie własnego grobu. Lub poproszenie kogoś, aby zrobił to za ciebie, wręczając mu przy tym łopatę. Wystarczyłaby przecież krótka smutna historia psiaka, a oni od razu poczuliby się w obowiązku, aby jakoś pomóc. Jeśli potrzebował pomocy specjalistów, to szanse na to, że placówka mu takową zapewne było niskie. Skoro prosili o dodatkowe koce i karmę, to co mówić o profesjonalnej opiece lekarskiej dla zwierząt?




RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Brenna Longbottom - 21.12.2022

Gdyby zadał pytanie Brennie, o to, kim jest ten ktoś rozsądny, pewnie otworzyłaby usta, a potem… nie udzieliła odpowiedzi. Bo miał rację. Gdyby wzięli u Mavelle, wyszliby z jakimiś pięcioma zwierzakami. Jeśli przyprowadziliby Dorę, na pewno szybko przekonaliby ją, że jeden pies będzie miał problemy z zaklimatyzowaniem się w nowym miejscu, a poza tym zostanie zamęczony, gdy każdy będzie chciał iść z nim na spacer. Ojciec, mimo całej swojej surowości, ustąpiłby przed smutnym spojrzeniem córki… jedyną, która może, tylko może, by się nie złamała, byłaby mama.
Ale pewnie dlatego nie chciała tu z nimi przyjść. Bycie twardą za wiele by ją kosztowało.
- Nie cierpię, kiedy masz rację – westchnęła Brenna. W uszach niemal rozbrzmiał jej trzask, gdy oto postanowienie twarde jak głaz „bierzemy jednego psa” rozpadło się na setki kawałków. A przecież ledwo weszli do schroniska.
Poklepała go po ramieniu, trochę rozczulona, kiedy zaproponował, że powiedzą, że jego leki podrożały. Było to kochane, ale jeszcze nie upadła aż tak nisko, by ukrywać swoje wydatki pod pretekstem zakupu specyfików dla brata.
- Nie trzeba. Żadnych książek w tym miesiącu, obniżę liczbę pączków i wyjdę na zero – zapewniła. No, mniej więcej. Też żadnych ubrań i innych niepotrzebnych wydatków, ale po prawdzie Brenna naprawdę więcej monet wydawała na innych niż na siebie, nie było więc to takim problemem. Pensję miała niezłą, koszty życia zerowe, a jeszcze rodzice odkąd się urodzili aż do rozpoczęcia przez nich pracy co miesiąc odkładali im na skrytki w Gringottcie pewną sumę, by zabezpieczyć ich przyszłość…
Kątem oka obserwowała przez chwilę brata i psiaka, ale po chwili przykucnęła przy wejściu do boksu, na który się zapatrzyła. Pies podszedł, spojrzał na nią, machnął ogonem, po czym… wrócił do kąta. Jakby doskonale wiedział, że i tak nie zostanie wybrany.
– Dałeś mu nadzieję, to teraz idzie z nami do domu – oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu, spoglądając na moment na brata, mniej więcej w tej samej chwili, w której on spojrzał na nią, by pochwalić się, że psiak do niego podszedł.
No nie, nie mogli tak po prostu zostawić go w boksie po tym, jak Erik obudził w psim sercu marzenia o własnym domu i ludziach. Jej zdaniem jedno miejsce na psa w domu Longbottomów zostało właśnie zaklepane.
Gdy spytał zaś, czy jest pewna…
…wahała się jakieś pięć sekund. Była?
– Jestem – zdecydowała. Przecież nikt inny go nie adoptuje, prawda? A to jak wrócił do swojego kąta, łamało jej serce. – Nie wyjdę stąd bez niego. Jeśli trzeba, zamieszkam razem z nim w boksie. Trochę mały, ale jakoś się pomieścimy. Przyniosę sobie kocyk i w ogóle – zapewniła. Chyba trochę ją zaćmiło, bo przed chwilą sama tłumaczyła, że jest dla nich ważne, aby pies nie był agresywny, i by dobrze reagował na inne psy, przecież bywa u nich pewien wilczur (ehem, konkretnie to wilczyca, znaczy się ona).
– Ma jakieś niespełna trzy lata i jest w schronisku od roku – poinformował pracownik. – Ktoś go wyrzucił, kiedy przestał być szczeniakiem, błąkał się kilka miesięcy i trafił do nas w marnym stanie, z chorobą skóry i wygłodzony. Raczej piękniejszy już nie będzie.
– Liczy się wnętrze – oświadczyła Brenna bez mrugnięcia okiem, całkowicie wbrew maksymom rodu Potterów, z którego pochodziła po kądzieli (co dawało jej stały dostęp do najlepszych szamponów na rynku).


RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Erik Longbottom - 21.12.2022

Naprawdę? A ja uwielbiam, skomentował w myślach, okazując swoje samozadowolenie za pomocą szerokiego uśmiechu, gdy Brenna się z nim zgodziła. W ostatnich tygodniach, gdy wspólnie pracowali nad projektem pod tytułem „Bal Charytatywny”, musiał co chwilę chodzić na ustępstwa lub przystawać na propozycje siostry, po to, aby uniknąć zbyt dużej ilości obowiązków, z jakimi wiązałoby się wdrożenie w życie jego własnych planów. Tym bardziej usłyszenie takich pochlebstw sprawiało, że jego ego wyginało się z radości.
Jesteś pewna? W Twoim przypadku to prawie jak asceza. — Spojrzał na nią podejrzliwie.

W przypadku kogokolwiek innego zapewne pochwaliłby taką postawę. W gruncie rzeczy była ona nawet godna do naśladowania, jeśli człowiek nie chciał się nagle zadłużyć lub doświadczyć ubytków w portfelu. Z drugiej jednak strony, znał zamiłowanie dziewczyny do zakupów dzieł kultury współczesnej, jak i słodyczy. Postanowienie było na swój sposób piękne, aczkolwiek wątpił, aby długo pozostawało w mocy. Mniej więcej do czasu, aż Nora postanowi nieco rozbudować ofertę cukierni w tym miesiącu, aby przyciągnąć nowych klientów.

Na co dzień, staram się nie roztrzaskiwać niczyich marzeń. Oczywiście, że idzie z nami — odparł, jednak jego zgoda w najmniejszym stopniu nie wynikała z rozkazu siostry. To była jego własna, samodzielnie podjęta, decyzja.

Pogłaskał lekko psa po pysku, a oczy same mu się roześmiały. Ciekawiło go w sumie, jak będą na niego reagować psy, gdy już zadomowią się w domu. Bądź co bądź, przez klątwę wilkołactwa mógł być im nieco bliższy, niż większość ludzi. Wiedział, że Salem niezbyt za nim przepadał, więc może w tym przypadku spotka go miła niespodzianka? Wysłuchał słów pracownika, przesuwając wzrok to na niego, to na własną siostrę, a koniec końców na psa. Cóż, jeśli sama aparycja zwierzaka ich w pełni nie przekonała do tego, aby go adoptować, to historia, nawet jeśli skrócona do trzech zdań, przypieczętowała umowę.

To raczej nie będzie potrzebne — skomentował, woląc uprzedzić mężczyznę, że Brenna nie zajmie boksa na najbliższy tydzień. Coś mu podpowiadało, że wystarczyłoby go zostawić ich razem na pięć minut, aby paplanina pani detektyw sprawiłaby, że z miejsca otrzymałaby wszystkie dokumenty potwierdzające adopcję, bez żadnych zbędnych pytań. Niedługo później kontynuował: — Choroby zawsze można wyleczyć, a przy dobrej karmie raczej uda nam się go doprowadzić do porządku.

To zdecydowanie powinien być ich priorytet. Pytanie, czy najpierw powinni się odezwać do magizoologa, czy mugolskiego weterynarza. W gruncie rzeczy obie opcje miały swoje korzyści, chociaż znalezienie dobrego lekarza poza magicznym Londynem byłoby zapewne dla nich wyzwaniem. Specyfiki czarodziejów raczej z zasady powinny działać szybciej niż ich niemagiczne odpowiedniki, więc okres leczenia mógłby zostać drastycznie skrócony. A na tym chyba im zależało, czyż nie? Dzięki temu będą mogli skupić się na procesie zaadaptowania podopiecznych do nowego środowiska.

Tak sobie myślę, że zrobiliśmy całkiem dobry uczynek — stwierdził, rozglądając się po kolejnych boksach. — Myślisz, że te dwa, to wystarczająco jak na nasze waru — Zamrugał, gdyż miał wrażenie, że coś poruszyło się w jednym z pustych boksów w ciemnym kącie, jednak nie był w stanie określić coś. Przechylił lekko czubek głowy w bok w charakterystycznym dla siebie geście i wytężył wzrok. — O cholera. Aż się przestraszyłem.

Wymsknęło mu się, gdy zdał sobie sprawę, że w cieniu czaił się sporych rozmiarów pies, który był dosłownie czarny, jak noc i tylko błyszczące oczy świadczyły o tym, że nie stanowił jedności z ciemnością wokół niego. Cóż, ten to dopiero potrafił się chować.




RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Brenna Longbottom - 22.12.2022

- Przejrzałeś mnie. Poczułam wewnętrzną potrzebę odrzucenia wszelkich ziemskich uciech i zostania pustelniczką. Chęć zamieszkania w schronisku to pierwszy krok – poinformowała Erika niemalże radosnym tonem.
Nie, nie mówiła poważnie.
W „koniec z książkami” i „koniec z pączkami” już jednak była całkiem szczera. To znaczy w tym miesiącu, oczywiście. I tak nie zdążyła dokończyć jednej z książek, którą kupiła z Mavelle, poza tym zawsze mogła wpaść do biblioteki Parkinsonów albo pożyczyć coś od jednego ze znajomych. Jeżeli szło o pączki… to już było poświęcenie, ale Brenna była na nie gotowa. W teorii tak naprawdę było ją stać na zakup tych kocyków i tak dalej, Brenna jednak nie pochodziła do pieniędzy aż tak beztrosko, jak niektórzy jej majętni znajomi. (Choć na pewno dużo bardziej niż ci, którzy pieniędzy nie mieli.)
- Oj, Erik, skarbie, myślę, że wielokrotnie roztrzaskałeś marzenia wielu dziewczyn, które próbowały z tobą flirtować, a ty nawet tego nie zauważyłeś. Ale niszczenie marzeń tego pieska byłoby już zbyt okrutne – roześmiała się, za nic mając dziwną minę, jaką zrobił pracownik, przysłuchując się rodzeństwu Longbottomów. Starał się nie komentować. Może dlatego, że chyba już do niego dotarło, że ta dwójka faktycznie zabierze stąd przynajmniej dwa psy i bez protestów zapłacą wymaganą kwotę, więc nie było co ich odstraszać.
Nawet jeżeli wydawali się trochę dziwaczni.
– Eee… tak. Bo nie wolno. To znaczy nie wolno mieszkać w schronisku.
– To w takim wypadku niech pan szybciutko przygotuje wszystkie papiery adopcyjne dla tych dwóch psiaków – poprosiła Brenna. Na wszelki wypadek nie dawała już ani kroku dalej. Obawiała się, że jedno spojrzenie w kolejne, psie oczy i naprawdę wyjdą stąd z całym stadem psów. W duchu zaś już robiła przegląd harmonogramu na najbliższe dni. Gdzie by wpisać do niego te dodatkowe punkty programu? Mugolski weterynarz, magizoolog, przywiezienie tu karmy i kocyków, a także drobna zmiana w testamencie, trzeba jasno zapisać, kto w razie czego ma zająć się psami i jaka suma zostanie przeznaczona z jej majątku na ich utrzymanie…
Tak. Branie zwierzaka to była odpowiedzialność.
Obejrzała się nieco gwałtownie, kiedy Erik zaklął. Okazało się jednak, że był to tylko pies. Jakiś nieśmiały. Albo mało chętny ludziom.
Brenna przekrzywiła głowę, obserwując go.
– Wygląda jak ponurak – mruknęła bardzo cicho. – – Czy jego też życzysz sobie adoptować? Miałeś udzielać ostrzeżenia po dwóch – przypomniała, obserwując psa. Był wielki. Wyglądał groźnie. I pewnie też nie miał za wielkich szans na adopcję.
Z drugiej strony jeżeli nie tylko wyglądał groźnie… właśnie wybrali dwa inne psy. Nie mogli ryzykować, że się pogryzą. I zdecydowanie miała rację, nie chcąc iść dalej, wzdłuż boksów. To skończyłoby się otwarciem Schroniska Imienia Longbottomów.
Albo wydziedziczeniem. Przynajmniej jednym. Może dwoma.
– Czy jest agresywny? Wobec ludzi i innych psów? – spytała pracownika.


RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Erik Longbottom - 23.12.2022

Mam nadzieję, że wytrwasz w tym postanowieniu dłużej niż do pierwszej wizyty w księgarni. Myślę, że dołączenie do jakiegoś zakonu i przywdzianie habitu również mogłoby wyjść Ci na dobre? — odparł, uśmiechając się lekko na wzmiankę o zakonie. Cóż, teoretycznie już była w jednym. Nie wymagał on wprawdzie konkretnego stroju, ale żeby do niego dołączyć, należało odznaczać się pewnymi wartościami. I nie mieć rozregulowanego kompasu moralnego.

Gdyby znał myśli siostry, to prawdopodobnie przyznałby jej rację. Zdecydowanie nie podchodziła lekką ręką do wydawania dużych kwot bez wyraźnego powodu. Porównując ją z działaniami Elliotta Malfoya, szczerze wątpił, aby wydała dwadzieścia tysięcy galeonów na jedną kolację. Naturalnie, jeśli pieniądze miałyby pójść na cel charytatywny, pewnie by coś wykupiła, ale raczej nie sięgnęłaby po główną nagrodę. Jak to dobrze, że chodzili po tym świecie ludzie, którzy byli jeszcze bardziej szczodrzy niż ród Longbottomów.

A ty wielu mężczyzn — odparował bez zastanowienia, zanim Brenna za daleko się zapędziła. Poczuł, jak gorąco uderzyło w jego policzki. Rozumiał, że mogła chcieć wyciągać na światło dzienne jego „miłostki” przy przyjaciołach lub przy rodzinie, ale przy kompletnie obcych ludziach? Miejże litość dziewczyno! Zerknął kątem oka na pracownika schroniska. — Proszę jej wybaczyć. Ona tak z radości, że będziemy mieli psa. To znaczy psy. W liczbie mnogiej.

Erik również nie ruszył się z miejsca, zamiast tego błądząc wzrokiem po psach, które już wybrali i trzeciego, który go wystraszył. Pokiwał lekko głową, gdy siostra zwróciła mu uwagę na podobieństwo między czarnym psiskiem a znanym w świecie czarodziejów omenem śmierci. Sąsiedzi mogliby się nieco przestraszyć. Tak samo, jak niektórzy domownicy. Nawet dziadek mógłby być nieco niezadowolony, że sprowadza mu się takie symbole do jego domu. Ehh...

Dzięki za przypomnienie — mruknął, bo teraz wychodziło na to, że to ona jego przestrzegała przed lekkomyślnością. — Rozumiem, że ściągnięcie czarnego psa do domu to niezbyt dobry omen? Dobrze, niech będzie, odegram rolę tego odpowiedzialnego. Zamiast tego wpłacę jakąś darowiznę, okej?

Ewidentnie poczuł się urażony tym, że zwrócono mu uwagę, jednak Brenna miała trochę racji. Dwa psy to było już sporo, a musieli też mieć pewność, że zwierzaki dogadają się nie tylko z ludzkimi domownikami, ale też skrzatem i między sobą. Każdy dodatkowy psiak oznaczał, że będą musieli przeznaczyć więcej czasu na wpojenie im odpowiedniej dyscypliny, żeby posiadłość nie zmieniła się w cyrk na kółkach. Lepiej, żeby ograniczyli się do tej jednej pary.




RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Brenna Longbottom - 24.12.2022

- To proste. Nie odwiedzę księgarni.
Plan dotyczący księgarni był iście genialny w swej prostocie. Gdyby do niej poszła, Brenna może i powstrzymałaby się przed zakupami, bo w końcu obiecała jemu i sobie, ale cierpiałaby katusze. Unikanie sklepu, pozwalało uniknąć i tego ponurego scenariusza.
- I nie, nie założę habitu: za żadne skarby. Masz pojęcia, jak w tym ciężko wchodzić po drzewach?
A Brenna uwielbiała wchodzić na drzewa od dziecka, ku wiecznemu utrapieniu matki. Zwiedziła absolutnie każde drzewo w ich sadzie, a prawdopodobnie także ogromną ich ilość w Kniei Godryka.
Na ripostę Erika odnośnie dziewczyn, którym nieświadomie złamał serce, tylko się roześmiała. Głównie dlatego, że była przekonana, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i nie dojdzie. (Chociaż raz doszło, kiedy nie zrozumiała, że zapraszano ją na randkę - był to jednak jeden, jedyny, pojedynczy przypadek. Ot Brenna nie należała do dziewczyn, które przyciągały uwagę. Co innego Erik. Jego lubiły dziewczyny. A. I chłopcy też. On zaś zasadniczo zwykle zdawał się tego zupełnie nie zauważać, chyba że taka panna powiedziała mu sama. Albo postanowiła go uświadomić siostra.)
- Tak, to prawda, od dawna marzyłam o psie - przytaknęła, zwracając się do pracownika schroniska. Chociaż nie krępowała się jego obecnością. Brenna zresztą mało czym się krępowała.
- To było tylko pierwsze ostrzeżenie - powiedziała pojednawczo, klepiąc go lekko po ramieniu i obserwując psa. - Jeśli chcesz i nie jest agresywny, możemy go zabrać, bo po prostu... nie wychodźmy poza trzy. Trzy to ładna, magiczna liczba, a cztery gdzieś w Azji uważają za cyfrę śmierci, wiesz. Biedaka pewnie nikt inny nie adoptuje... a jeżeli chodzi o ponuraka, to zupełnie w takie bzdury nie wierzę - stwierdziła, przekrzywiając lekko głowę i przypatrując się wielkiemu, ciemnemu psu.
Jego też było jej żal. Trochę bardziej niż innych. Jego wygląd faktycznie mógł odstraszyć potencjalnych adoptujących. Zwłaszcza w Londynie, gdzie jednak większość ludzi nie miała własnych podwórek.
Pomyślała, że kupiła jednak za mało kocyków. I posłań. I zabawek. To na szczęście dało się szybko załatwić.
Najchętniej adoptowałaby wszystkie zwierzaki: ale nie mieli aż takich możliwości.
- Decyduj, braciszku, i pędzimy podpisać dokumenty, bo im dłużej tu jestem, tym większe szanse, że postanowię, że pragnę też kota – mruknęła.


RE: [3.04.72, Schronisko w niemagicznym Londynie] Przygarniemy dzisiaj psiaka (albo dwa) - Erik Longbottom - 24.12.2022

Wciąż możesz ją minąć na mieście — zwrócił uwagę, jakby celowo chciał zasiać w jej głowie wątpliwości.

Czy perspektywa zgłębienia zupełnie nowej historii u boku nieznanych dotąd bohaterów zwyciężyłaby z niechęcią do wydawania pieniędzy? Szczerze w to wątpił. Zew starych powieści, jak i nowych tomików byłby zbyt nęcący, aby Brenna tak po prostu go zignorowała. Zwłaszcza teraz, gdy w posiadłości pomieszkiwała jeszcze Mavelle, która zdawała się traktować literaturę współczesną równie ciepłymi uczuciami. Nie uda jej się, pomyślał, żałując, że nie ma z nimi nikogo, kto przyjąłby od niego zakład w tej kwestii.

Nie powinnaś się tak śmiać. W każdej chwili mogę wznowić akcję pod tytułem „znajdźmy Brennie randkę” — ostrzegł, jednak bardziej żartobliwie, niż poważnie.

Podobne groźby rzucał krótko po balu, kiedy był dosyć mocno zirytowany postawą siostry. Teraz, kilka tygodni później, sytuacja nie była już tak napięta i wyjaśnili sobie lwią część nieporozumień. W sumie nie musiałby nawet daleko szukać. Podejrzewał, że większość potencjalnych kandydatów dziewczyna dobrze by znała m.in. z Ministerstwa Magii. Brygada Uderzeniowa oraz Biuro Aurorów miało paru godnych wzięcia pod uwagę mężczyzn. Któryś z nich na pewno byłby w stanie przetrwać niekończącą się paplaninę Longbottomówny. Ewentualnie był głuchy, co jeszcze bardziej ułatwiłoby sprawę.

W sumie — zaczął niepewnie, drapiąc się za uchem — skoro jest taki skryty, to nie będzie się aż tak rzucał w oczy. Reszta pewnie nie zwróci większej uwagi, że po domu lata jakaś ciemna plama i skacze z kąta w kąt, opróżniając co jakiś czas dodatkową miskę. Poza tym wydaje się całkiem cichy.

Uśmiechnął się niepewnie do wielkiego psiska, po czym obdarzył rozradowanym spojrzeniem Brennę. Cóż, odpowiedzialność odpowiedzialnością, a podano mu całkiem rozsądne argumenty przemawiające za tym, że powinni wciągnąć do rodziny jeszcze trzeciego zwierzaka. Najbardziej zadziałała na jego myśl, że nikt inny się na niego nie zdecyduje. Było w tym sporo racji. Nie było to jedyne schronisko w Londynie, a ludzie bądź co bądź mieli dosyć ograniczone miejsce, jeśli chodzi o rozmiar lokum. Jeśli ktoś mieszkał pod miastem, to raczej nie zjeżdżał do centrum, żeby wybrać sobie zwierzęcego towarzysza.

Wygląda na to, że idziesz z nami. Mam nadzieję, że Ci się spodoba — rzucił Erik, podchodząc bliżej boksu. Cechowało go dosyć spokojne usposobienie, więc kto wie, może to właśnie ten pies stanie mu się najbliższy? Wprawdzie rodzic kocha wszystkie dzieci po równo, jednak biorąc pod uwagę, ile osób pewnie będzie się garnęło do opieki nad nimi, dobrze było mieć taki bardziej „prywatny” egzemplarz.

Gdy wszelkie dokumenty zostały już sporządzone, para Longbottomów udała się do odpowiedniego biura, aby tam zostawić po sobie wszelkie wymagane odpisy. Załatwienie formalności nie zajęło im jakoś wyjątkowo dużo czasu. Nawet jeśli na formularzach pojawiały się jakieś kłopotliwe pytania, tak radzili sobie z nimi bez większych problemów.

Najważniejsze było to, że zwierzęta nie będą pozostawione same sobie, a zajmowane przez nie lokum nie należało do ciasnych klitek, z jakich znana była stolica Wielkiej Brytanii. Co w takim razie będzie dalej? Cóż, Erik i Brenna będą musieli zająć się przysposobieniem swoich nowych dzieci, sztuk trzy, do środowiska domowego. Ale to już opowieść na inną okazję.


Koniec sesji