![]() |
|
[4-11.10.1972] Przyszłość, wciąż pod znakiem zapytania [Norwegia] - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26) +--- Wątek: [4-11.10.1972] Przyszłość, wciąż pod znakiem zapytania [Norwegia] (/showthread.php?tid=6545) |
[4-11.10.1972] Przyszłość, wciąż pod znakiem zapytania [Norwegia] - Richard Mulciber - 26.10.2026 1 października 1972r.
Londyn / Kamienica Mulciberów (nawiązanie do listu) Gdy otrzymał zwrotny list od kuzyna Alexandra, normalnie z tej wściekłości kopnął w nogę krzesła, stojącego przed biurkiem w gabinecie. Przez myśl przeszło nawet przekleństwo. Zdenerwowało go nie to, że nie dostanie kontaktu do jakiegokolwiek klątwołamacza. Ale to, że kuzyn zasugerował wyremontowanie kamienicy, a także zaproszenie go z Lorien. To nie mogło się zdarzyć. Nie mogło mieć miejsca. A gdyby mógł się przemóc do tego zaproszenia ich tutaj, musiałby pierw pozbyć się tej klątwy. Gniotąc w dłoni list, oparł się rękoma o oparcie krzesła, opuszczając głowę, westchnąwszy ciężko. - Uspokój się. Znajdziesz rozwiązanie. Robert zawsze znajdował. Też potrafisz.Motywował i uspokajał sam siebie. Póki mieszkał w Norwegii, miał stałą wymarzoną pracę w tamtejszym Ministerstwie Magii jako auror, dzieci radziły sobie w szkole, nie musiał przejmować się innymi sprawami, które tak dobrze ogarniali Robert, a rodowe i Donald. Dlaczego musiało to się zmienić? Dlaczego jeden jest niedysponowany a drugi musiał umrzeć? Nie miał teraz do tego głowy. Odpisał Alexandrowi dopiero jak ochłonął. Wymienił także inne korespondencje, zamykając kilka spraw przed swoim wyjazdem. 4 października 1972r.
Londyn / Kamienica Mulciberów Spakował swoje rzeczy, z którymi przyjechał. W tym, zabierając część prezentów, jakie dostał od rodziny na Mabon. Obraz ojca, pozostawał w tutejszej pracowni. Nie miał ochoty tego zabierać ze sobą i patrzeć na traumę dzieciństwa, którą nie obchodziło jego życie. W dłoniach trzymał właśnie sweter od Lorien. Wiedział, że nie będzie go nosił. Pomimo tego, że miał jego dawniej ulubiony kolor. Schował jednak do torby z myślą, że może któryś z synów będzie chciał. Spakował także prezent od Scarlett i Charlotte. Przy kopercie od Philomeny, wyjmując z niej papier transakcji, chwilę myślał co z tymi pieniędzmi zrobić. Gdyby ich nie ruszał, miałby dodatkowe pokrycie kosztów utrzymania kamienicy w Londynie. Bowiem wiedział, że bez Roberta, sam sobie nie poradzi. W Norwegii było łatwiej. Miał sowicie płatną i wymarzoną pracę, oraz dom. A teraz, pod pełne utrzymanie wpadła mu rodzinna Kamienica, gdyż Sophie zrzekła się jej posiadania. Do czasu aż żył jego brat, wspierał go we wszystkim. Nawet finansował remonty, w podzięce za wcześniejszą pomoc. Choćby nawet sam sklep Olibanum, który wymagał zabezpieczeń. Pomyśli nad tym później.Ze spakowaną torbą, zszedł do gabinetu. Odstawił bagaż na podłogę, podchodząc do biurka. Nie siadał na fotelu. Otworzył jedną z szuflad. Z niej wyszukał potrzebną mu teczkę z planami i decyzjami, jakie omawiał z Robertem. Postanowił to zabrać ze sobą do swojego domu. Zamknął szufladę a teczkę schował do torby. Zabrał bagaż i opuścił gabinet, kierując się do salonu. - Belenos.Zawołał skrzata, a ten zmaterializował się natychmiast. - Tak Panie Richardzie? Zapytał, zauważając że Pan jest prawie gotowy do wyjazdu. - Będę już wracał do Norwegii. Wrócę tu za parę tygodni, aby zająć tą klątwą. Do tego czasu musisz tu wytrzymać. Wydał polecenia i zapewnił sługę, że wróci jeszcze. Zapewnił, bowiem widział iż skrzata przerażało momentami przebywanie w tym domu, gdy klątwa objawiała się w nocy i nie można było pozbyć się upierdliwej sadzy. -Belenos będzie czekać na powrót Pana. Zapewnił skrzat posłusznie. Richard w tym momencie, zabezpieczył dom zaklęciami i zamknął wszystkie drzwi, do których pomieszczeń nikt wchodzić nie powinien. A także okna. Przez moment jeszcze stał w salonie, obserwując całe pomieszczenie, jakby chciał zapamiętać każdą ścianę. Odkąd Sophie się tego zrzekła, ten dom został w pełni jego własnością. Nie tak jednak sobie to wyobrażał. Nie, bez Roberta. Czy naprawdę ten dom wymaga remontu? Pozbycia się wspomnień zakodowanych na każdym meblu, podłodze, ścianach i dywanach? Mulciber zacisnął mocniej długopis mugolski, nacisnął pstryczek i teleportował się do swojego domu w Norwegii. Ów przedmiot, był świstoklikiem. Oslo / Dom Richarda Mulcibera
Na miejscu zjawił się w salonie swojego norweskiego domu. Charakterystyczny dźwięk urządzenia magicznego, na pewno zwrócił uwagę domownikom o jego przybyciu. Nie było zaskoczeniem, że pierw zareagował skrzat, materializując się od razu. - Pan Richard. Witamy z powrotem.Angarr przywitał swojego Pana z lekkim ukłonem, mówiąc w języku norweskim. Richard pierwotnie nie spojrzał na stworzenie służące w jego posiadłości, ale omiótł wzrokiem pomieszczenie, jakby upewniał się, że nic się nie zmieniło. Nie powinien się tym przejmować, gdyż chłopcy na pewno sobie dali radę pod jego nieobecność. Tutaj, w Norwegii radzili sobie lepiej, niż w Londynie. - Chłopcy w pracy? Zapytał pierw o nich, dopiero wtedy przenosząc wzrok na skrzata. - Tak Panie. Odpowiedziało stworzenie. Richard pokiwał głową na przyjęcie tej odpowiedzi do wiadomości. Odstawił torbę na podłogę. Zdjął płaszcz oraz szalik i podał skrzatowi. Nie musiał mu mówić co ma z tym zrobić. Zabrał torbę i skierował się bez słowa do swojego gabinetu, gdzie najpewniej zamierzał kilka rzeczy z niej rozpakować i zostawić w tym pomieszczeniu. Następnie udał do swojego pokoju i łazienki, aby doprowadzić się do porządku, po tym, jak przebywał pewien czas w zaklętej sadzą kamienicy. Obecność ojca w domu, była zauważalna dla chłopców w późniejszych godzinach, gdy wrócili z pracy, czy też spotkań. Pierwszy zjawił się Charles, zaś później Leonard. - Tata?Zapytał Charles, jakby był zaskoczony jego obecnością. Zastał Richarda siedzącego w salonie, pochłoniętego lekturą prasy norweskiej. Z salonu unosił się pozostały jeszcze zapach tytoniu, jaki starszy Mulciber palił. Richard słysząc głos syna, podniósł wzrok zza gazety. - Już wróciłeś? Padło drugie pytanie ze strony Charlesa. - Tak. Wróciłem. Potwierdził Richard, jakby to było dla jego syna ważne. - Jak było? Zapytał zaciekawiony chłopak, nie planując nawet się rozbierać z wierzchniego ciepłego płaszcza i szalika, zdejmując tylko czapkę, wszedł do salonu siadając na podłokietniku wolnego fotela. Pytanie kierował o Mabon, gdyż Richard informując listownie o przedłużeniu swojego pobytu w Londynie, nie wspomniał nic o przebiegu kolacji rodzinnej w Mulciber Manor. - Poczekajmy z relacjami aż Leonard wróci. Zasugerował Richard, nie chcąc się później powtarzać. Najpewniej niezadowolony z odpowiedzi Charles, cicho westchnął i wstał, aby pozdejmować z siebie odzienie wierzchnie. Richard odprowadził spokojnym wzrokiem syna, nie mówiąc nic więcej. Wrócił do dalszego czytania gazety. Podczas posiłku z synami, zasiadając w ich domowej jadalni, Richard w skrócie opowiedział, jak przebiegła kolacja w Mulciber Manor. Kto był, o czym odbyły się rozmowy. Jak przebiegła atmosfera. Pominąwszy jeden szczegół, swojego zachowania względem Lorien. Wiedział, że jego młodszy syn był przez nią "pokrzywdzony", dlatego o niej mówił znacznie mniej. Jedynie może to, że po prostu była. Podobnie ze Scarlett, informując chłopców, co postanowiła ich siostra. Obaj jednak wciąż żywili do niej swoje urazy. 5 października 1972r.
Norweskie Ministerstwo Magii - Biuro Aurorów Jesień w Norwegii przychodziła szybciej, niż w Anglii. A im dalej na północ, tym bardziej można było poczuć zimę. Z samego rana Richard postanowił udać się do Norweskiego Ministerstwa Magii, aby porozmawiać w sprawie pracy. Potrzebował dodatkowej roboty. Potrzebował większego dochodu. Nie umawiał się na spotkanie. Przyszedł w ciemno, mijając po drodze znajome twarze, witając z nimi. Drogę do biura szefa aurorów, znał bardzo dobrze. Kiedy dotarł, zaryzykował i zapukał do drzwi, usłyszawszy po chwili znajomy głos akcentu norweskiego, zachęcający do wejścia. Jego powrót, na pewno wywoła zaskoczenie, ponieważ kiedy otworzył drzwi i wszedł, usłyszał: - Mulciber?Jego szef nie spodziewał się zobaczyć go tutaj tak szybko. Skoro wypowiedzenie, zostało złożone w lipcu, a jego okres już minął. Richard na to zaskakujące wypowiedzenie swojego nazwiska, zmusił się na lekki uprzejmy uśmiech, podchodząc do biurka, gdzie przełożony aurorów aż wstał ze swojego fotela, po to aby uścisnąć dłoń na powitanie. - Proszę wybaczyć, że przychodzę tak bez zapowiedzi. Ale to dla mnie ważne. Znajdzie Pan dla mnie chwilę?Po uściśnięciu dłoni, Richard postanowił przejść od razu do sprawy, aby nie zabierać czasu. Rozmowę tocząc w norweskim języku. - Oczywiście. Usiądź. Zachęcił czarodziej swojego byłego podwładnego. Wskazując wolne krzesło przed swoim biurkiem, samemu zajmując na powrót fotel. - Co Cię do mnie sprowadza? Richard zajął wskazane krzesło, spoglądając poważniej na byłego przełożonego. - Chciałbym wrócić do pracy. Powiedział wprost, nie żartując. Potrzebował zajęcia. Oderwania myśli od straty jaką poniósł parę miesięcy temu. Mężczyzna siedzący za biurkiem nie ukrywał zaskoczenia, tak szybkim powrotem Richarda do pracy w biurze aurorów. Przekonanym będąc, że postanowił na stałe wrócić w rodzinne strony, do Anglii. - Skąd ta zmiana? Jeśli mogę spytać.Richard przez chwilę szukał słów w głowie, jak odpowiedzieć. - Z końcem sierpnia pochowałem brata. W Anglii nie jest już bezpiecznie, aby moje dzieci mogły tam rozwijać się zawodowo. Wyjaśnił krótko, bez szczegółów, ale uznając, że to wystarczające wyjaśnienie, dlaczego wrócił do tego kraju. - A tak. Słyszałem o atakach w Londynie i pożarach. Przykra sprawa. I moje kondolencje. Na te słowa, Richard skinął lekko głową, że przyjmuje. Z kolei czarodziej zarządzający biurem aurorów, wstał udając się do szafki z dokumentacjami, zawierającymi dane aurorów. Obecnych i byłych, wyjmując teczkę Richarda. Zajrzał do niej, wracając do biurka. - Twoje wypowiedzenie minęło z końcem września. Mógłbym Cię zatrudnić na nowo, ale zaczynałbyś od podstaw w Brygadzie. Chyba, że załapiesz się na egzaminy i przejdziesz je ponownie. To może będziesz miał szansę znów odzyskać stanowisko aurora. Wyjaśniał, pamiętając o wyczynach Richarda i tym, jak sprawnie pomagał w porozumiewaniu się językowym. Mulciber też miał już swój wiek doświadczenia w zawodzie aurora, pozwalający myśleć o przedwczesnej emeryturze. Tylko, że Richard nigdy o emeryturze nie myślał. Nie potrafiłby tak siedzieć dzień i noc w jednym miejscu. Zaczynanie od nowa, też nie bardzo mu pasowało. Znał jednak procedury rekrutacji. Nie można było tego przeskoczyć. Może byłby wyjątek, gdyby jego wypowiedzenie było wciąż aktualne? - Mógłbym spróbować z egzaminami. Podejść do nich raz jeszcze. Jeżeli się nie uda, przeżyję jakoś w Brygadzie.Nie stawiał wymogów. Brał co dają. Był w tym przecież dobry. - Dobrze. W takim razie wyślę Ci informację, kiedy będą planowane egzaminy. Do tego czasu dostarcz ponownie dokumenty zgłoszeniowe. Czarodziej zamknął teczkę. - Dziękuję. Dostarczę potrzebne dokumenty w najbliższym czasie. Richard wstał, aby zaraz opuścić biuro. - Nie obiecuję, że się uda. Miej to na uwadze. Jest wielu młodych, co także staruje na aurora. Uprzedził go, zanim się pożegnali. A Richard jedynie przyjął te słowa do wiadomości, opuszczając po chwili biuro. 6 października 1972r.
Dom Richarda Mulcibera Większość popołudnia, aż po sam wieczór, Richard przesiedział w swoim gabinecie z małymi przerwami. Nie pojawił się także na kolacji, przekazując skrzatowi, aby chłopcy na niego nie czekali. Chciał pozostać sam, rozmyślając i wspominając nad projektami i planami, dotyczącymi rozwinięcia sieci Olibanum, które miał przygotowane Robert. Mieli poszerzyć interes rodzinny, otworzyć legalnie lokal, a on, Richard, miał być jego właścicielem. Te plany poszły do szuflady i nie zdążyli wrócić do ich realizacji. Mulciber szukał teraz rozwiązania zawodowego, gdyby nie udało mu się odzyskać posady w Departamencie Przestrzegania Prawa. Gdyby kazano mu czekać na kolejne nabory rekrutacyjne. Poza rozłożonymi papierami, na swoim biurku miał także postawioną świeczkę, samodzielnie wykonaną. Jedną z wykonanych przez siebie w kamienicy rodzinnej, zabrał ze sobą. Klepsydra z notesem pamiętnikowym, od Scarlett, postawił na jednej z wolnych półek. W gabinecie pachniało tytoniem. Dodatkowo Richard popijał sobie whisky. Pogrążając się znów w żałobnej atmosferze, aż nie rozległo się pukanie do drzwi. Zerknął w ich kierunku, nie zdążywszy odpowiedzieć, kiedy zostały otwarte i wszedł do środka Charles. - Tato. Nie przyszedłeś zjeść z nami kolacji. Wszystko w porządku?Zapytał zatroskany chłopak. Zbliżając się powoli do biurka, przy którym siedział Richard. - Nie miałem apetytu. Przyznał szczerze, starszy Mulciber, wróciwszy do czytania kolejnych zapisków. Tutaj akurat nie kłamał. Nie pierwszy raz zdarzało się, że słabo odżywiał. Nie dokańczał swoich porcji. Karmiąc się tytoniem i alkoholem. - Powinieneś jeść. Stwierdził Charles , przesuwając wzrok po papierach ojca i w pewnym momencie zatrzymując wzrok na niezbyt ładnie wyglądającą świecę, którą wziął do ręki i zaczął oglądać. - Kto zrobił tę świecę? Jest niedopracowana, nieestetyczna. Wymaga poprawek. Zaczął oceniać na głos pod okiem bycia młodszym specjalistą do świeczek. Richard słysząc jego komentowanie świecy, aż spojrzał na syna tak, jakby nie chciał przyznać się do skrytykowanego swojego "dzieła sztuki". - Ja zrobiłem. Przyznał się po krótkiej chwili. Zaskoczony Charles aż spojrzał dużymi oczami na ojca. Wtedy Richard uciekł wzrokiem na treść dokumentu. - Oh… Ty zrobiłeś? Przecież nie umiesz… Wyszła Ci dobrze. Pierwszy raz?… ile zużyłeś wosku? Charles był w takim szokującym zaskoczeniu, że zadawał kilka pytań na raz. - Charles. Spróbowałem. Wiem, że jestem beztalenciem, jeżeli chodzi stworzenie czegokolwiek. Jeżeli tego nie opanuję, będę musiał zatrudnić kogoś, kto się na tym zna. Inaczej… Będę musiał zamknąć całą działalność rodzinną. Zbudowaną przez ojca i brata. Do tej pory nie potrzebowałem tego umieć. Ostatnie zdanie wypowiedział ze westchnięciem częściowej bezradności. Wyjaśnił synowi również jak wyglądała obecnie sytuacja biznesu rodzinnego. Jeżeli to się nie poprawi, nie będzie miał wyjścia jak to zakończyć definitywnie. Z bycia samym handlarzem, wiele nie osiągnie nie mając nic w zamian do zaoferowania. Zatrudniłby Charlesa, ale młody założył swój interes i odmówił mu już jakiś czas temu, zgadzając się jedynie pomóc jak czas mu pozwoli. W takim wypadku, Richard nie chciał nakazywać zamknięcia swojej działalności Charlesowi, gdyż on miał szerszą i inną wizję tworzenia świec o różnych kształtach, zdobywając do tego różne formy. Charles po wysłuchaniu, odłożył świecę na miejsce, spojrzawszy na ojca ze smutkiem. Rozumiejąc widocznie sytuację. Niepewnie zadał mu pytanie. - Umiesz robić kadzidła?Pytanie to zaskoczyło Richarda, który spojrzał na Charlesa w milczeniu, odwracając znów wzrok na papiery. - Nie. Odpowiedział szczerze. Ani ojciec, ani brat nie uczyli go tego i nie pokazywali mu. Żaden z nich wtedy nie pomyślał, czy nie byłoby lepiej Richarda nauczyć tworzenia kadzideł, skoro ze świecami miał problemy. Z drugiej strony, to też Richard nie wykazywał tym zainteresowania, nie mając do tego cierpliwości. Zaś teraz, został wręcz zmuszony tego się nauczyć. - Mogę Ci pokazać, ja kto się robi. Zaproponował Charles, czego Richard się nie spodziewał. Wielokrotnie widział jak syn bawił się w robienie świec i kadzideł, ale nie wykazał od siebie głębszego wtedy zainteresowania, zajętym będąc swoją pracą aurora i handlarza. - Dobrze. Jutro zaczniemy. Richard zgodził się. Charles aż uśmiechnął lekko. To był także dobry kierunek, na odbudowanie ich relacji. W kolejnych dniach, Richard z Charlesem przebywali w pracowni młodego Mulcibera, który kolejno przedstawiał procedury i składniki, do stworzenia kadzidła. Mieszanie, formowanie i pozostawienie do wysuszenia. Orientacyjne rzuty na rzemiosło, w postępach tworzenia kadzideł, przez Richarda. [roll=T] [roll=T] 9 października 1972r.
Dom Richarda Mulcibera Przebywając w swoim gabinecie, Richard wyciągał z biblioteczki swoje stare podręczniki szkoleniowe na aurora. Chcąc przypomnieć sobie zagadnienia potrzebne do egzaminu, przy okazji porównując sobie z nowymi wydaniami i jak wiele różnią się z brytyjskimi. Zabrał je ze sobą z rodzinnej kamienicy, aby tutaj mieć pod ręką. Na półce przeznaczonej swojej pracy zwodowej. Przygotowywał się także do egzaminów. Ale niestety, śmierć Roberta zmieniła jego plany. Nie podszedł do tych egzaminów, nie został aurorem Brytyjskiego Ministerstwa Magii. Nie zrealizował swojego marzenia. Trzymając ten podręcznik w dłoni, wpatrywał się w niego przez pewną chwilę, aż nie usłyszał otwarcia drzwi do gabinetu. Do środka wszedł Charles z zapieczętowanym listem. - Tato. Przyszedł list do Ciebie z Mulciber Manor.Powiedział chłopak podchodząc bliżej. Za nim w drzwiach stał Leonard, który najpewniej także był ciekawy zawartości koperty. Richard zmarszczył brwi. Babka czy Alexander? Podszedł do biurka, aby położyć książki. Odebrał list od Charlesa, spojrzawszy na charakter pisma, skierowany do siebie. Złamał pieczęć, wyjął list i rozwinął czytając, krótką wiadomość. Wyraz twarzy Richarda zmienił się. Oparł się o biurko, wielokrotnie wędrując po literach. - Co się stało? Zapytał Charles lekko zaniepokojony. Leonard wszedł do gabinetu, możliwe że kontrolnie. Richard spojrzał na młodszego syna, a po chwili na starszego. Zawieszając wzrok znów na liście. Aby następnie spojrzeć przed siebie. - Mój kuzyn, brat Alexandra, Donald. Nie żyje. Odpowiedział im, samemu jeszcze nie dowierzając tej informacji. Charles zaniemówił, choć nie bardzo kojarzył tego Donalda. Bardziej zdążył poznać Alexandra. - Głowa Rodu? Zapytał Leonard, którego Richard od lat uczył historii ich rodziny, więc takie podstawy znać powinni. Richard kiwnął głową w potwierdzeniu. - Musimy się stawić na pogrzebie.Zakomunikował chłopcom, co znaczyło, że będą musieli wziąć kilka dni wolnego. - Kiedy pogrzeb? - Zapytał Leonard. - Kiedy zmarł? - Pytanie zadał Charles, zaraz po bracie. Richard na nich spojrzał i posunął im list, aby sobie przeczytali. Zawiadomienie było wyraźnie napisane, że Donald zmarł 8 października. A pogrzeb, zaplanowano na 12 października. Daje im to wystarczająco czasu, aby się przygotować i wrócić do Anglii. - Ja nie idę. Padło nagle z ust Charlesa. Aż Richard na niego spojrzał poważniej. - Słucham? Zapytał syna, jakby się przesłyszał. - Nie idę… Będzie tam pewnie Scarlet… Ciocia Lorien. W kamienicy brudno… Młodszy Mulciber zaczął wymieniać. - Problem z klątwą nie został rozwiązany? - Tym razem zapytał Leonard. - Nie. Z westchnięciem, Richard odpowiedział starszemu synowi. Mógł przewidzieć, że to będzie dla nich jeden z głównych powodów, że mogą nie chcieć tam nocować. A Dziurawy Kocioł odpadał. - Poproszę Philomenę, aby przygotowali dla was pokoje na noc. - Ale ja… Charles przypomniał o sobie, że nie chce tam iść. - Charles, bez wymówek. Pytali o was na kolacji rodzinnej. Byłoby dobrze, gdybyście się pokazali, chociaż mojej babce. Leonard poklepał brata, jakby chciał mu dodać otuchy. Rozumiejąc sytuację. - Zostawcie mnie na chwilę samego. Poprosił ich Richard. Chciał pobyć przez moment sam, ze swoimi myślami, wokół tej sytuacji. Jak źle działo się w ich rodzinie? Chłopcy zostawili Richarda samego w gabinecie. W ciszy i rozmyślaniu. Aby po chwili wstać i kopnąć w najbliższe krzesło. - Szlag…Przeklął. Dając upust swoim emocjom. Dlaczego musiał umrzeć i on? Dlaczego nie można było uratować także Donalda? Stanął na wprost okna swojego gabinetu, patrząc w dal ogrodu przez firanę. Nie mogąc pojąć, dlaczego ich rodzina tak się sypie w tym roku. Dlaczego to ich tak spotyka? Czy to jakaś klątwa? Kara od bogów? Czy może mają cholernego pecha? 11 października 1972r.
Dom Richarda Mulcibera Gładko ogolony, w czarnym garniturze, koszuli, krawacie i obuwiu, Richard stał przy oknie salonu, paląc papierosa. Obserwował ogród swojego domu, gdzie drzewa i krzewy przybierały inne barwy liści. Gdzie chmury na niebie były tak ciężkie, jakby miały w każdej chwili pozwolić spać pierwszym kroplom deszczu i wsiąknąć w glebę. Stał i obserwował. Zastanawiając się czy Alexander to przewidział. Czy może to zaplanował? "Robert. Teraz Donald. Który z nas będzie następny? Ty Alexandrze, czy Ja?" – zadał sobie to pytanie, wpatrując się w okno przed siebie.Mulciber był gotowy do drogi. Jego spakowana torba, czekała obok fotela, a płaszcz leżał na jego oparciu. Jedną dłoń miał schowaną w kieszeni spodni. Nawyk. Drugą kierował papierosem do ust. Świstoklik czekał na użycie leżąc na ławie do kawy. Richard czekał na swoich synów, aż pokażą się w salonie gotowi do drogi. - Tato. Jesteśmy gotowi. Usłyszał od Leonarda. Zaciągnął się ostatni raz, po czym skierował do popielniczki aby zgasić niedopalonego do końca papierosa. Sięgnął jeszcze do wewnętrznej kieszeni marynarki, aby wyjąć papierośnicę i upewnić się, że jest zapełniona. Schował ją, ubrał płaszcz i zabrał swoją torbę. Zgarnął także świstoklik, wyglądający jak mała szkatułkowa pozytywka. Otwarcie jej, uruchamiało teleportację grupową. Skrzat pożegnał ich, życząc bezpiecznej podróży. Gdy Charles i Leonard, chwycili swoje torby i ramię Richarda, ten uruchomił świstoklik, dzięki któremu przenieśli się na teren w pobliżu Mulciber Manor. Babka będzie musiała mu wybaczyć, nagłą gościnność, dzień przed pogrzebem i przygotowaniu pokoju dla jego synów. Bowiem on sam, najpewniej by wolał nocować w kamienicy. Ale jeżeli uprze się, aby został. Zostanie w Rezydencji. W domu, który często w dzieciństwie odwiedzał. ______________________ Statystyki: Rzemiosło 0 Przewagi: Język Norweski I Zawady: Uzależnienie (papierosy) Koniec sesji |