![]() |
|
To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 (/showthread.php?tid=662) |
To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Castiel Flint - 20.12.2022 Trudno było skupić mu się na pracy. Przez ostatnie kilka dni chodził rozkojarzony co odbijało się na jakości jego pracy. Potrafił zamyślić się nad jakąś czynnością dobre kilkanaście minut, przez to zaniedbując niektóre obowiązki. Współpracownicy bankowi zwracali mu uwagę, że jest dosyć nieobecny a spojrzenie szefa było cokolwiek ostrzegawcze. Z tego powodu wziął na siebie więcej obowiązków aby zażegnać niemiłe wrażenie nieogarnięcia ostatnich dni. Robił nadgodziny, zajmował się znienawidzoną papierologią, nadrabiał zaległości i brał wszystkie te zadania do których brakowało chętnych. Szło mu nieźle kiedy już się zmobilizował i pilnował. Niestety, ale kiedy pierwsza fala zapału minęła powróciło rozkojarzenie. Zajmował się dezaktywacją słabego czarnomagicznego zaklęcia pilnującego posrebrzanego puzderka pewnej starej wiedźmy. Żaliła się, że szmery wewnątrz puzderka zakłócają jej sen. To było zadanie dla nowicjuszy, ciężko było to spaprać. Podszedł do tego zbyt lekceważąco bo popełnił najprostszy możliwy błąd. Ryzyko aktywowania czaru wynosiło 3%. Trzy procent! Zmieścił się w tej puli i dostał zaklęciem prosto w twarz. Z tej przyczyny siedział właśnie na Izbie Przyjęć szpitalu świętego Munga i wypełniał formularz na kolanie, drugą ręką przyciskając do twarzy zwiniętą ligninę. Powieka, skroń, kawałek policzka i żuchwy, a nawet kącik ust były pokryte czarno-błękitną mgiełką. Czar ten nie wywoływał blizn ani poparzeń, on działał na zwieńczenia nerwowe i paraliżował je perfekcyjną iluzją bólu. Usunięcie tej mgiełki było czasochłonne, irytujące. Najgorsze co można było zrobić to spróbować to zetrzeć - ból się wtedy potęgował i promieniował. Czarnomagiczne zaklęcia bywały paskudne w usuwaniu a on był przykładem tego jak kończy osoba, która zajmuje się takim zawodem mając problem z koncentracją. Twarz piekła i to bardzo. Mdliło go, nawet przełknięcie śliny wywoływało ból. Czekał dobre trzydzieści minut zanim został skierowany przez pielęgniarkę do odpowiedniego departamentu i uzdrowiciela. Nie mógł iść do byle kogo a tylko do takiego, co potrafił się obchodzić z efektami czarnomagicznymi. Po czasochłonnym dotarciu na piętro (widział przecież na jedno oko skoro połowę twarzy zakrywał ligniną) zatrzymał się przed gabinetem. Popatrzył na nazwisko wyryte na drzwiach i przeklął. Miał ochotę zrobić w tył zwrot i jednak nie unikać swojej siostry, a dać się jej poskładać. Niestety ale było za późno. Nie ma większego wstydu przyjścia z tego typu obrażeniem do innego klątwołamacza, którego głównym zawodem było uzdrawianie takiego paskudztwa, które miał na twarzy. Wyda się, że spaprał coś, co nie powinno sprawiać żadnych trudności. Co za wstyd. Westchnął i zapukał dwukrotnie do drzwi. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Florence Bulstrode - 21.12.2022 Gabinet Florence był stosunkowo niewielki i skromnie wyposażony: biurko, parę krzeseł, leżanka i regał, w którym zapewne trzymano eliksiry oraz ekwipunek klątowłamacza. Różnił się jednak od korytarzy i innych sal, w większości nieco zaniedbanych i noszących ślady niedofinansowania. Przede wszystkim, wręcz lśnił czystością - cały, od podłogi, przez biurko, aż po parapety - a ściany wyglądały na odmalowane maksymalnie dwa, trzy lata temu. O to wszystko Florence dbała osobiście, z własnych środków i po godzinach czasu. Nie było tu zbędnych przedmiotów, a te, które leżały na blacie i półce obok biurka – przybory do pisania, papiery, teczki z dzisiaj przyjmowanymi pacjentami – uporządkowano tak, że nawet żadna kartka nie ośmieliła się wystawać bardziej niż inne. Uzdrowicielka siedziała za biurkiem. Kasztanowe włosy miała związane w bardzo ciasny kucyk, odsłaniając twarz: bladą, chyba niezbyt często wystawianą na słońce, usianą piegami. Zerknęła na kartę, w której opisano ten przypadek i zawarto podstawowe informacje na temat pacjenta, a potem skierowała na Castiela uważne spojrzenie jasnych oczu. - Pan Flint – powiedziała Bulstrode, skupiając wzrok na jego policzku. Skrawek nienaturalnego błękitu, wystający poza materiał, od razu ściągnął jej uwagę. Wyglądało na to, że tym razem miała do czynienia nie z najpopularniejszymi przypadkami, czyli nieudaną transmutacją albo skutkami źle rzuconego zaklęcia, a raczej efektem ubocznym wypalonej klątwy. Nic dziwnego, że przysłali go do niej: nawet na wydziale usuwania skutków magii nie każdy był klątwołamaczem. Intrygujące było to, w jaki sposób młodzieniec zdołał zaserwować sobie taką ozdobę oblicza. – Proszę siadać i to odsunąć – nakazała uzdrowicielka, wskazując mu krzesło. Sama z jednej z szuflad biurka wyciągnęła rękawiczki, specjalnie zabezpieczone zaklęciem i wsunęła je na dłonie. W teorii wszystko powinno być w porządku, ale takie paskudztwo czasem lubiło płatać figle i mogło się roznieść. Potem wstała, podchodząc bliżej, aby dokonać oględzin. Miała na sobie typową szatę uzdrowiciela, workowatą, w niezbyt szczęśliwym połączeniu żółto – zielonej barwy, z naszytym na piersi emblematem Munga: różdżką skierowaną z kością. Od innych, przepisowych ubrań uzdrowicieli odróżniała się tylko jednym: jakimś cudem szata Florence wyglądała tak, jakby ledwo ją uprano, wyszuszono i bardzo, bardzo starannie uprasowano, gdy większości magomedyków po kilku godzinach dyżuru nie udawało się utrzymać takiego stanu. - Okoliczności wypadku? - spytała, usiłując dokonać oględzin twarzy pacjenta. Zdawała sobie sprawę z tego, że mówienie mogło mu sprawiać dyskomfort, ale wywiad lekarski stanowił w takich przypadkach podstawę. Same oględziny błękitnej substancji pokrywającej policzek w teorii powinny wystarczyć, ale Florence była osobą dokładną aż do przesady i nie miała zamiaru ryzykować, że coś przegapi. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Castiel Flint - 21.12.2022 Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to czystość. Wróć, sterylność. Pedantyzm otoczenia i samej uzdrowicielki wywoływały u niego ból brzucha. Należał do drugiej strony medalu, zwanego bałaganiarzem. Dbał o wygląd ale za to otoczenie wokół niego bardzo szybko zmieniało swój stan w katastrofalnie nabałaganionym. Tutaj było zbyt perfekcyjnie co go aż mierziło. - Pani Bulstrode.- wydusił z siebie na powitanie choć poruszanie mięśniami ust niosło za sobą wzmożony dyskomfort. Usiadł na leżance i podał kobiecie wypełniony formularz. I leżanka i sama Florence pachniała medykamentami i o ile w warunkach domowych mu to nie przeszkadzało, tak teraz potęgowało nudności. To chyba przez połączenie aromatu eliksirów i detergentu do podłóg. Uch, z tego wszystkiego objął go chłód. - To niełatwe. Chwila.- skrzywił się próbując odsunąć ligninę od twarzy. Materiał rozwarstwił się i absolutnie nie chciał opuścić porażonej części twarzy. Zemdliło go z piekącego bólu. Jak to jest, że wszedł do gabinetu i poczuł się gorzej? Nie powinno być na odwrót? Może to te mdłe kolory jej szat tak na niego działały? Nie miał pojęcia, może to jakiś efekt uboczny klątwy, która prysnęła mu w twarz? Może ma ona jeszcze jakieś inne powikłania, których nie zna i dlatego robił się blady? Dobrze być w odpowiednich rękach i chyba wolał Florence niż przytyki siostry, gdyby go teraz zobaczyła. - Nieudane zaklęcie dezaktywujące czarnomagiczny czar wywołujący u ofiary symptomy iluzji podpalenia zwieńczeń nerwowych. - wydukał z zakłopotaniem, może trochę niezrozumiałe ale i tak nieźle operował aparatem mowy jak na częściowy paraliż ust. Brrr. Cieszył się, że nie musi odpowiadać o tym zaklęciu bo wśród klątwołamaczy powinien być dosyć rozpoznawalny. - Wpisałem w formularzu, trochę krzywo bo jedną ręką i na kolanie.- kiedy mówił czuł jak mięśnie twarzy aż wyją z dyskomfortu. - Mam to na twarzy już dwie godziny…- przyznał niechętnie bo to oznaczało, że czar na dobre rozgościł się na jego twarzy. Zamknął na moment oczy żeby spojrzeniem nie błagać o jakąkolwiek ulgę. Domyślał się, że usuwanie tego nie będzie należało do przyjemnych doświadczeń. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Florence Bulstrode - 22.12.2022 - Tak, widziałam, formularz. Niestety odczytanie tego fragmentu przerosło moje możliwości - poinformowała Florence, dłonią w rękawiczce bezceremonialnie chwytając Castiela za podbródek i lekkim naciskiem zmusiła go do ustawienia głowy tak, by mogła lepiej przyjrzeć się policzkowi. Dwie godziny: czas, który sprawił, że zaklęcia już nie będzie tak łatwo "wyciągnąć", ale też nie powinno poczynić jakichś trwałych spustoszeń. Utrzymał się też na wierzchniej warstwie skóry, a sama plama na szczęście nie sięgnęła nosa ani szyi, co wygenerowałoby prawdziwe problemy. Bulstrode wyciągnęła z głębokiej kieszeni szaty różdżkę, wyszeptała pod nosem jakieś zaklęcie i przesunęła różdżką nad twarzą Castiela. Potem za pomocą kolejnego czaru zmierzyła temperaturę pacjenta. Tak, jak sądziła, była podwyższona. Trzydzieści osiem. Efekt uboczny walki organizmu z "magicznym pasożytem." - Ma pan szczęście, panie Flint, że czar nie objął dróg oddechowych, bo już mielibyśmy pana na ostrym dyżurze - stwierdziła, puszczając go wreszcie. Zmierzyła mężczyznę spojrzeniem, jakim surowa nauczycielka mogłaby obdarzyć ucznia, który właśnie bardzo źle napisał kartkówkę. Sama była klątwołamaczką. W Mungu ktoś taki był potrzebny, zwłaszcza na jej oddziale. Dlatego absolutnie, ale to absolutnie nie rozumiała, jak to się stało, że Castiel nie tylko spartaczył zaklęcie, co mogło się zdarzyć każdemu – o wstydzie, jej także nie za każdym razem wychodziło - ale przede wszystkim: dlaczego zlekceważył kompletnie zasady BHPiM - zasady bezpieczeństwa i higieny pracy i magii. - Wnioskuję, że jest pan klątwołamaczem, panie Flint. Nie nauczono pana stawiania zaklęcia ochronnego wokół przedmiotu w każdym przypadku łamania tego typu klątwy? Nawet jeżeli taka sytuacja występuje w trzech procent przypadków, to oznacza, że spotyka trzy osoby na sto - powiedziała oschłym tonem, przy ostatnich słowach już się odwracając, aby podejść do regału. Otworzyła górne drzwiczki, ujawniając rządek metodycznie poustawianych eliksirów oraz pudełeczek z maściami. Większość specyfików trzymano oczywiście w składziku, ale pewne podstawowe, najczęściej wykorzystywane w pracy, po jednej - dwóch fiolkach miała także w gabinecie, my skrócić czas leczenia. - Uczulenia? Problemy z nadciśnieniem albo płucami? - spytała, wybierając jedną z fiolek oraz z maści. Z tej pierwszej, za pomocą łyżeczki, starannie odmierzyła trzy krople. Poczekała na odpowiedź, nim podała eliksir Flintowi. Jego stosowanie nie było wskazane u osób z dużym ciśnieniem, a już absolutnie wykluczone, gdyby Castiel był uczulony na jeden ze składników. – Zaklęcie jest zbyt rozprzestrzenione, aby je po prostu przełamać. Muszę wyciągnąć substancję magią, a później jej pozostałości wypalimy za pomocą maści. To mikstura przeciwbólowa - wyjaśniła. Zdawała sobie sprawę z tego, że Castiel cierpiał teraz katusze. A usuwanie mazi nie miało być ani szybkie, ani bezbolesne, więc nawet jeżeli uważała, że by sobie sam winien, wolała go choć trochę znieczulić. Tak, żeby nie uciekał jej spod różdżki. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Castiel Flint - 25.12.2022 - Niestety ale ciężko pisać mi w tym stanie. Nie dostałem samopiszącego pióra.- odparł z przekąsem. Wyleciał z pracy w lekkim popłochu i jedyne co ze sobą zabrał to dowód osobisty i różdżkę. Nie myślał o niczym innym jak o usunięciu tego z twarzy. Co, jeśli by się to rozrosło? Już wystarczająco długo oczekiwał na przyjęcie aby jeszcze ryzykować rozciągnięcie się czaru na ważniejsze części ciała. - Też się cieszę, zapewniam.- zabrzmiał iście grobowo jednak zważywszy na niezbyt ciekawy stan zwieńczeń nerwowych trudno mu się dziwić. Gdyby zaczął się dusić to prawdopodobnie już by nie żył. Pracował samotnie, potencjalne zagrażające życiu efekty mogłyby skończyć się śmiercią. Powinien mieć w pobliżu innego klątwołamacza, choćby stażystów ale ci go wybijali ze skupienia. Wiele spraw załatwiał po swojemu a potem ponosił tego efekty. Jeśli się mu bliżej przyjrzeć to miał swój mały charakterek. Przymknął jedno, zdrowe oko (druga powieka była zamknięta od dwóch godzin bo nawet mruganie było katorgą) kiedy uzdrowicielka rzucała na niego czary. Wzdrygnął się i miał ochotę zasnąć. Był przekonany, że jeśli teraz oparłby głowę o leżankę to słaby jak zabity przez następne dziesięć godzin. - To była robota na dwadzieścia minut. Zbyt niskie statystyki ryzyka…- owszem, zrobił źle ale było mu jeszcze gorzej, że zwracano mu na to uwagę. Wiedział, że dałby sobie z tym radę. To nie było trudne zadanie, to przez rozkojarzenie spartaczył przeciwzaklęcie. Musiał się otrząsnąć i przestać co rusz wracać myślami do "problemów" z Fergusem. Nie może pozwolić aby to wpływało na jego zdrowie. Cóż, było na to za późno. Siedział zatem na leżance z niesmaczną miną, czując się jak trzynastolatek karany dotkliwym szlabanem. - Jestem zdrów jak plumpka.- odparł, zaprzeczając wszelkim uczuleniom i problemami ze zdrowiem. Sporadycznie trafiał do szpitala po pomoc doraźną związaną z obrażeniami fizycznymi, o ile Cynthia wcześniej go nie dopadła. Przyjął lekarstwo i posłał kobiecie posępne spojrzenie. - Wypalanie? Na brodę Merlina, to brzmi jak tortura. - jęknął na samą myśl jaki będzie odrętwiały przez następne parę dni. Zażył eliksir jednak bez zająknięcia i odsunął w końcu rękę od twarzy. Jeszcze trochę a był pewien, że za moment zgubi kawałki skóry z policzka. Najgorsze było jego przyzwyczajenie do zaciskania mięśni żuchwy i policzka przez co potęgował swoje cierpienie i być może utrudni leczenie. - Będą jakieś dłuższe powikłania?- zapytał niewyraźnie, chcąc mieć to wszystko za sobą. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Florence Bulstrode - 26.12.2022 - Samopiszące pióra w publicznym szpitalu, panie Flint? – parsknęła Florence. – Proszę się cieszyć, że są tutaj jeszcze uzdrowiciele, a nie karteczki z instrukcjami, jak uleczyć się samemu w konkretnym przypadku – powiedziała. Sama wprawdzie do niedawna takie miała, kupiła je jednak sama i niedawno się zużyło. Miała za jakiś czas zamiar kupić kolejne i niektórzy uzdrowiciele postępowali podobnie. Ale żeby dostawali takie pacjenci, wypełniające karty? – Proszę dać znać, kiedy eliksir zadziała i ból zacznie ustępować. Wzrok uzdrowicielki – co zdawało się niemal niemożliwe – stał się jeszcze chłodniejszy, gdy Castiel wspomniał o niskich statystykach ryzyka. Jak dobrze, że nie miała pojęcia, że roztargnieniu sprzyjały też kłopoty sercowe, bo pewnie zaczęłyby wiać od niej arktyczne podmuchy wiatru i może nawet nie darowałaby sobie uwagi odnośnie tego, czy będzie w porządku, jeśli niechcący wyhoduje mu jakieś czułki, bo jest zakochana. Doprawdy, takie rzeczy zostawiało się za progiem pracy! Florence pod tym względem była absolutnie nieprzejednana. Zwłaszcza, gdy konsekwencjami było przepełnienie Munga. - Jest pan dzisiaj moim dziesiątym pacjentem z tych „niskich statystyk ryzyka” – oświadczyła uzdrowicielka surowym tonem, krzyżując ręce na piersi i czekając aż zacznie działać zaaplikowana mikstura. Każdy uważał, że nic się nie stanie, a potem poczekalnia pękała w szwach, każdy chciał być przyjęty natychmiast i wszyscy mieli pretensje, kiedy pilny przypadek sprawiał, że kolejka stawała na godzinę albo dwie. – I skoro przy aż tak „niskim ryzyku” kończy się to w ten sposób, może jest pan nazbyt przemęczony i powinnam wystawić zwolnienie na najbliższe dni? Wszak doświadczony klątwołamacz nie powinien pozwalać sobie na takie… zaniedbania. Pochyliła się i palcem, wciąż skrytym w rękawiczce, dźgnęła go lekko – nie w sam błękit, ale tuż ponad nim, sprawdzając, czy pacjent to poczuje, czy też eliksir zaczął działać. Odczekała momencik, i nie doczekała się reakcji. Ponieważ najwyraźniej eliksir przyniósł efekty, ruchem różdżki przystawiła sobie krzesło, siadając obok leżanki. - Bo to jest tortura, dlatego dostał pan eliksir. Jeżeli to pana pocieszy, obejdzie się bez prawdziwego ognia. Bokiem do mnie, proszę – poleciła kobieta, jedną ręką znów chwytając Castiela za podbródek i ustawiając głowę w odpowiedniej pozycji. W drugiej już trzymała różdżkę. – Dwa dni trzeba będzie używać specjalnej maści. Chyba że życzy sobie pan mieć kilka tygodni bardzo gustowne błękitne plamy na twarzy, może to będzie najnowszy krzyk mody. Niestety szłyby w parze z problemami z mimiką. A teraz cichutko, nic nie mówimy, broń Merlinie się nie ruszamy – nakazała, przystawiając różdżkę do policzka Castiela i zaczynając mruczeć pod nosem zaklęcie. Błękitna substancja zaczęła powoli wydobywać się ze skóry. Florence kręciła różdżką, przesuwając ją wzdłuż twarzy Flinta, a niebieskie drobinki odklejały się od policzka, krążyły wokół drewna, coraz więcej i więcej. Eliksir przeciwbólowy powinien sprawić, że cała procedura nie była bardzo bolesna, ale na pewno niezbyt przyjemna: zdawało się, że coś ciągnącego się jest odklejane od skóry. Wszystko potrwało jakieś dziesięć minut, po których Florence odsunęła się i machnęła ponownie różdżką, tym razem posyłając niebieską substancję do specjalnego kosza na tego typu… odpadki. Ten otworzył się sam i zamknął natychmiast po „połknięciu” błękitnej mgiełki. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Castiel Flint - 28.12.2022 Naprawdę czuł się niemal jak dzieciak kiedy go tak subtelnie opieprzała. Musiała być osobą trudną do zawierania cieplejszych relacji. O zgrozo, dogadalaby się z jego siostrą. Stworzyłyby mroźny duet, wbijający szpile każdemu, kto wykaże choćby najmniejsze objawy niedbałości. Przeszedł go zimny dreszcz, choć mogła to być ten wina podniesionej temperatury ciała. Nic nie mówił już na temat samopiszących piór. Takowych miał całą kolekcję, regularnie zużywaną przy pracy klątwołamacza. Często brakowało mu rąk więc potrzebował jak największych udogodnień magicznych. Nie rozumiał zatem czemu szpital ich nie posiada i sądząc po tej sympatycznej pani Bulstrode, nie warto zadawać tak głupich pytań. Skinął głową na znak, że oczywiście powie kiedy środek przeciwbólowy zadziała. Nieświadomie też mogło to być potwierdzeniem, że eliksir już działa. Przez swój stan nie myślał do końca jasno, nie orientował się, że ktoś mógł go inaczej zrozumieć. Miał tego wkrótce gorzko pożałować. - Pojedynczy wypadek przy pracy nie oznacza, że jestem przemęczony. Tylko ranny, pani Balustrode, tylko ranny.- mówił niewyraźnie; zmroziło go na myśl o tymczasowym zdrowotnym zwolnieniu z pracy. Wzbudziłby tysiąc pytań w rodzinie, a unikanie ich byłoby sportem ekstremalnym bo znali go na tyle dobrze, że wiedzieć kiedy coś ukrywa. Miał swoje za uszami i wolał się tym nie dzielić. Dźgnęła go ale nie odczuł tego tak mocno. Owszem, zalała go fala bólu ale mniej piekąca niż dotychczas… to chyba nie powinno tak być czy może tylko jest tak odrętwiały, że odnosi błędne wrażenie? Strach było o to ją zapytać więc przesunął się do niej profilem i próbował ignorować mdłości. Chciał odpowiedzieć na jej zaczepne słowa, być może na końcu języka miał zaplanowaną zgryźliwość… nie zdołał. Wytrzymał całe trzy minuty zanim przez słaby eliksir przeciwbólowy przebił się ten obiecany ogień piekielny. Z jego gardła wydobył się niezrozumiały okrzyk bólu zanim fala dotarła do mózgu. O świecie, zemdlał bo zapomniał przypomnieć o ważnej rzeczy- potrzebował podwójnej dawki wszelkich maści i eliksirów aby cokolwiek na niego zadziałało. Z początku było dobrze ale gdy czar przybrał na siłę to go zemdliło. Metabolizm krakena, jak to lubił mówić w żeglarskiej rodzinie. Osunął się na szczęście na leżankę, a nie na podłogę. Był dosyć solidnie rozgorączkowany, nie oddychał spokojnie. Odpłynął. Może to dobrze? Jeśli wyda się jego jawny błąd w informacji to coś czuł, że pani Balustrode transmutuje go w sopel lodu. Nie pamiętał aby czuk kiedykolwiek takie rozrywanie skóry. Nawet dziabnięcie druzgotka tak nie bolało jak usuwanie efektów zaklęć czarnomagicznych. RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Florence Bulstrode - 29.12.2022 Florence - w swój jakże subtelny sposób - sugerowała, że szpital nie ma piór, bo nie dostał na nie środków. Niektórzy uzdrowiciele decydowali się na ich zakup z własnego budżetu, by ułatwić sobie pracę, ewentualnie byli wybrańcami, ale już nikt nie zamierzał finansować ich dla pacjentów... zwłaszcza, że Bulstrode pamiętała, że kiedy trzy lata temu skądś znalazły się na takie środki, wszystkie trzy pióra w poczekalni błyskawicznie zostały skradzione przez pacjentów, którzy uznali, że w domu przydadzą się im bardziej. Ot życie. W każdym razie, nie bez powodu szpital w środku nie prezentował się jakoś szczególnie okazale, mimo tego, że był najlepszą i największą placówką w Anglii. Florence zaordynowała eliksir odpowiadający wadze, wzrostowi i płci Castiela. Na to, że ten może nie zadziałać i to prawie wcale, zwyczajnie nie wpadła. Nie chodziło tylko o to, że Flint najwyraźniej z przyczyn jakiejś anomalii potrzebował podwójnej dawki mikstury – naprawdę piekielne katusze miała zaserwować dopiero maść, a sama procedura usuwania z częściowym znieczuleniem przyjemna nie była, ale żeby aż tak… Najwyraźniej jakiś składnik na niego nie działał wcale, a klątwołamacz nie wpadł na to, aby o tym poinformować, albo nawet sam nie wiedział, że może być taki efekt. Florence zaklęła pod nosem, pochylając się nad pacjentem, pełna niepokoju, czy ten nie doznał jakiegoś wstrząsu. Szybko sprawdziła puls i oddech, a upewniwszy się, że te są w normie i nie ma potrzeby wzywać innych uzdrowicieli, poruszyła różdżką, rzucając zaklęcie wzmacniające. Ot na wszelki wypadek, jeżeli cały zabieg wpłynął na mężczyznę zbyt mocno. Mogłaby po prostu przywrócić po przytomność, po tym, co właśnie się stało, uznała jednak, że pozbawiony świadomości Flint może być mniej problematyczny. Ściągnęła na moment rękawiczki i wymieniła je na nową parę, w międzyczasie jeszcze raz zerkając do karty Flinta. Żadnych uczuleń, żadnych składników problematycznych, żadnych przeciwwskazań… o to zresztą dopytywała, bo nie była pewna, czy dobrze odczytała pismo… nic w polu dodatkowe informacje… Jeszcze raz sięgnęła po fiolkę, upewniając się, że i tutaj nic nie pomyliła, ale nie, użyła prawidłowej mikstury, ta nie została rozcieńczona, miała prawidłowy zapach, prawidłową konsystencję... Przeczytała nawet informacje o dawkowaniu, chociaż akurat w przypadku tej mikstury Florence znała ją doskonale. Wyglądało jednak na to, że i tutaj nie doszło do błędu. Co się w takim razie stało? Pokręciła głową, po czym z szafki wyciągnęła inny eliksir. Nie był tak skuteczny i pozbawiony efektów ubocznych, jak poprzedni, ale musiał zadziałać i nie mógł zaszkodzić inaczej niż na parę godzin pozostawiając skórę znieczuloną. Dodatkowo, nie podawałaby leków doustnie komuś nieprzytomnemu. Najwyraźniej przy Flincie był bezpieczniejszą opcją, a Florence nie chciała ryzykować, że Castiel odzyska przytomność, kiedy akurat bez znieczulenia zaaplikuje maść, mającą wypalić resztki mgiełki z jego ciała, co było raczej bolesne. Jeszcze dostałby jakiegoś wstrząsu. Ostrożnie spuściła parę starannie odmierzonych kropel na policzek, poczekała dla pewności minutę dłużej niż w przypadku „normalnego pacjenta”, a potem zaaplikowała na policzek maść. Gdy czekała aż ta wypali pozostałości po eliksirze, zabrała się za uzupełnianie szczegółów informacji o wizycie. Dopiero potem – kiedy sprawdziła, czy maść na pewno zadziałała i już przestała palić – ocuciła Flinta. - Po wszystkim, panie Flint – oświadczyła, przekrzywiając głowę i obserwując go. – Ponieważ najwyraźniej z jakichś powodów pierwszy eliksir nie zadziałał, musiałam użyć innego i będzie miał pan teraz śliczniutki paraliż mięśni części twarzy… - urwała, jakby celowo pozwalając mu wierzyć, że to się utrzyma. - …przez jakieś dwie, trzy godziny – dokończyła, obserwując jego minę. Cała substancja została już usunięta, na wierzchnej części pozostały tylko drobniutkie, niebieskie plamki. Nie miały już powodować bólu, ot Castiel zrobił się trochę nakrapiany. W ciągu najbliższych kilku godzin powinien dojść do siebie, i pozostało tylko usunięcie błękitnych plam, jeżeli nie chciał czekać aż zejdą samoistnie. – Oto recepta na maść, aby pozbyć się niebieskich plam. Stosować do sześć godzin, przez dwa dni, a nie zostanie ślad. Chyba że maści w pana przypadku też nie działają i zapomniał pan o tym wspomnieć? RE: To były trzy procent szans, że mi się przytrafi...|Castiel & Florence, kwiecień 1972 - Castiel Flint - 03.01.2023 Na całe szczęście ból wyłączył jego mózg i oszczędził mu świadomego cierpienia. Najzwyczajniej w świecie zapomniał wspomnieć o swoim krakeńskim metabolizmie. Myślał tylko o tym aby szybko naprawić twarz i stąd wyjść z obietnicą, że prędko tu nie wróci. Nie chodziło nawet o mdlącą sterylność pomieszczenia a bardziej o postawę uzdrowicielki - wydawała się szczera do bólu choć przy tym profesjonalna. Nie miał sił na cudzą szczerość, jego energia była już na wyczerpaniu ciężkimi dniami, dzisiejsza porażka i długie oczekiwanie w kolejce wyciągało z niego wszelkie zasoby wpojonej cierpliwości. Chciał już spać, mieć to wszystko z głowy a okazywało się, że wpadał z jednego małego bagienka w drugie. Zemdleć na leżance, o zgrozo! I to po eliksirze, który miał mu pomóc. Obudził się nagle, z westchnieniem jakby organizm też nie mógł doczekać się porządnego odpoczynku. Czuł na twarzy ciężkość, jakby ktoś trzymał jego mięśnie w palcach i rozciągał na maksymalną szerokość. Nie mógł unieść jednego kącika ust ani tym bardziej zacisnąć szczęki. Odnalazł wzrokiem uzdrowicielkę i jęknął w duchu. - Dziękuję.- mruknął trochę niewyraźnie i zmrużył jedno oko czując opór gdy chciał napiąć mięśnie żuchwy. Nie mówił o swoim zapominalstwie bo jak nic wtedy nałoży na niego zwolnienie uzdrowicielskie a tego akurat nie potrzebował i nie chciał. Szczerze, nie umiał chorować, denerwował się kiedy miał leżeć bezczynnie w łóżku i zażywać lekarstwa. Cierpliwość wobec pracy miał nieskończoną jednak względem bezczynności życiowej nie miał jej za knuta. Odebrał od niej receptę i potrząsnął głową bo okazało się, że go przejrzała. Tym bardziej czuł się tutaj słabiej. - Nie mam żadnej naturalnej odporności. - dodał w gwoli ścisłości ale już wstał na własne nogi gdyby miało mu się niechcący zmedleć. - Dziękuję za pomoc, pani Balustrode. Będę mieć na uwadze zalecenia. Do widzenia.- odparł cokolwiek sztywno i nie chcąc dać się jej bardziej otaskować spojrzeniem czmychnął z gabinetu z zesztywniałą buzią. Uch, może przyda mu się dzień wolnego dla odzyskania skupienia? Koniec sesji
|