[27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Theon Travers - 26.12.2022
27 października 1971
Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii
Słowa kierownika Działu Zwierząt Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, nadal dźwięczały mu w uszach, kiedy zamykał za sobą ciężkie, drewniane drzwi. Nie do końca docierało do niego wszystko to, co właśnie się wydarzyło. Karne, czasowe przeniesienie do Biura Łączników z Centaurami brzmiało naprawdę abstrakcyjnie. Owszem. Spodziewał się tego, że zostaną wobec niego wyciągnięte pewne konsekwencje. Nie był głupi. Po prostu liczył na to, że w Ministerstwie postąpią tak jak to mieli w zwyczaju względem takich jak on - pogrożą paluszkiem, wymienią wszystkie punkty regulaminu, które złamał, a na samym końcu zadowolą się przeprosinami i obietnicą poprawy. Taką samą obietnicą jak ta, którą miał przyjemność złożyć w przeszłości. Tym razem wszystko potoczyło się jednak inaczej...
Liczący na przedstawienie, pracownicy Ministerstwa Magii jeden za drugim wyglądali na korytarz. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co właśnie miało miejsce. Tym razem musieli jednak obejść się smakiem. Yaxley zachowywał się aż nazbyt spokojnie. Nie bardzo to do niego pasowało, nie z tego był znany. Można było wręcz pomyśleć, że w międzyczasie znalazł się pod wpływem jakiegoś zaklęcia albo uspokajającej mikstury.
Czyżby łyknął coś na odwagę przed wizytą w gabinecie szefa?
Nie zwracał uwagi na te zainteresowanie swoją osobą. Po kilku sekundach od momentu zamknięcia za sobą drzwi, ruszył w kierunku pomieszczenia, w którym pracował razem z innymi członkami jednostki ds. Łapania Wilkołaków. W głowie pojawiła się kolejna myśl. Potrzebował zapalić, a swoją zapalniczkę oraz papierosy, zostawił na biurku. Wyjście na zewnątrz powinno było pozwolić mu poukładać myśli.
- I jak, Meadowes mocno dał Ci się we znaki? - nie potrzeba było wiele czasu, żeby pierwszy ze współpracowników, spróbował pociągnąć Theona za język. Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Zamiast tracić czas na rozmowy, Yaxley szybko przeszukał swoje biurko, zgarniając do kieszeni spodni paczkę fajek i zapalniczkę. Zabrał też znajdującą się na wieszaku kurtkę. Zarzucił na ramiona, zapinać nie zamierzał.
- Straszny gaduła z Ciebie, Yaxley! - mężczyzna zawołał za nim, kiedy nie otrzymał odpowiedzi, tym sposobem żegnając się z blondynem, który bez choćby jednego słowa chciał opuścić pomieszczenie.
- Odwal się, Skamander. - dało się usłyszeć. Słowa zostały wypowiedziane na tyle głośno, że mogły na spokojnie dotrzeć również do osób przebywających w sąsiednich pomieszczeniach. Zawtórował im śmiech.
Najwyraźniej niektórzy czarodzieje uważali tą sytuacje za zabawną.
Zmierzając w kierunku wyjścia, nie bardzo zwracał uwagę na innych. Śpieszył się. Chciał wreszcie móc odetchnąć świeżym powietrzem. A następnie zapewnić sobie dopływ pewnej ilości tego, które zostałoby skażone pewną ilością dymu papierosowego. Po drodze wpadł na jakąś kobietę, przez co ta upuściła dokumenty. Na pewno była zachwycona. Zignorował też kilka osób, chcących się przywitać, porozmawiać. W obecnej sytuacji nie miał na to większej ochoty.
Kiedy wreszcie udało mu się opuścić budynek Ministerstwa Magii, zatrzymał się kilka metrów od wejścia. Tak samo jak mieli to w zwyczaju robić inni czarownicy. Nie była to żadna kryjówka, nic z tych rzeczy. Z kieszeni spodni wyjął paczkę fajek i zapalniczkę. Włożył papierosa do ust. Zapalił. Choć wydawał się nie zwracać uwagi na wszystko to, co działo się dokoła, nie dał się zaskoczyć.
- Jeśli zamierzasz mnie zamęczać rozmową, to możesz już spierdalać, Black. - odezwał się, nie odwracając się w kierunku znajomej. - A jeśli chcesz zapalić, to na Twoje szczęście mam jeszcze jednego.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Lycoris Black - 26.12.2022
Dni rozbijały się o mętne bezkresy niewiadomego, umykającego palcem jestestwa wyjątkowo niezamieszkane i pusto; własne towarzystwo wystarczało jej na ogół w pełni świadomości – w końcu daleko jej było do tchniętych marzeń zjaw, błąkających się po padole bez lukratywnego celu. W lwiej mierze świt słońca zastawał ją nieśpiącą; każdorazowo języki słońca zmieniały tandetny połysk tkanin w lśniący przepych, a jej ciemną toń włosów przemieniały w błyskotliwy kasztan. Ludzka krzątanina jej już dawno zbrzydła, pozostawiając raptem emocjonalną wydmuszkę – choć stoicka pewność siebie trzymała się jej od lat sielsko dziecięcych, w miarę upływu rześkich wiosen, gorzkniała coraz bardziej. Jej uśmiechy gościły coraz rzadziej na pełnych wargach, a spokój, którym się cechowała, uchodził wręcz za obraźliwy. Może gdyby dążyła do innej profesji; może zawód by ją ocalił od nieuchronnego.
Nie brzydziła się trupów. Brzydziła się ludzi.
Prawdopodobnie dlatego stwierdzanie zgonów lege artis do tego stopnia jej nie wzruszało; wychodziła z chyżego założenia, że nie należy bać się zmarłych, a żywych – pielęgnowała w sobie to przeświadczenie stanowiąc medium, łącząc się ze światem bytów, które zostały raptem białym śladem na ścianie po obrazie. Nie potrafiła nikogo nazwać przyjacielem, a wrodzony sceptycyzm trzymał jej się równie mocno, co czerwień barwiąca duże, pełne wargi.
Przemierzała korytarze ministerialne krokiem spokojnym, acz prędkim i skocznym w usposobieniu; dłoń schowana w kieszeni prędko obracała między palcami zapalniczkę i niewielką butelkę – jedynie w razie konieczności. Nie musiała nosić obcasów, aby górować nad większością kobiet; wzrost podchodzący pod bliskie metr osiemdziesiąt i chuda postura szkieletu samej śmierci, idące w puencie z nieporadnymi, długimi kończynami szeptały półgłosem o tym, co było wiadomym od zarania – nie była kokietką ani żadną femme fatale.
Sweter narzuciła luźno na fartuch, odrobinę zabrudzony formaliną – nie wykazywała jednak dbałości o swoją aparycję w pracy. Pozaciągany na rękawach materiał zakrywał dłoń, którą wyciągała zapalniczkę z kieszeni, gdy tylko przekroczyła drzwi. Nie było to wyśrubowane, utajnione miejsce; większość zamkniętych w okowach nałogu ministerialnych pracowników wychodziło na bruk, aby zatracić się w nikotynowej przyjemności.
Ledwo jej oczy wyłapały sylwetkę Theona – a ciężko było nie dostrzec dwumetrowego giganta – skierowała kroki ku niemu. Nie była biegła w czytaniu ludzkich emocji, nie musiała jednak widzieć aury Yaxley’a, aby dojść do wniosków, iż coś niewysmakowanie dziwnego musiało zmyć uśmiech z jego twarzy.
– Ja? Rozmową? Dobrze, że przypomniałeś, bo już miałam zacząć chichotać i szturchać pod żebra – rzekła głosem zblazowanym, a przez jej oblicze przeszła obojętność, w samym brzmieniu szyta ironią.
Zgodnie z propozycją, wyjęła z paczki ostatniego papierosa, po chwili zajmując jego końcówkę żarzącym się oczkiem. Spoglądała na niego z pewną dozą dystansu, smakując odpowiednie słowa, których mogłaby użyć tak, aby nie brzmiały jak ironiczna kontra.
Niestety, z jej ust wszystko tak brzmiało.
Uniosła dłoń i ujęła w nią jego podbródek, obracając na wiele stron, badając przy tym zaciekawionym spojrzeniem.
– Wyglądasz, jakby ktoś dał ci w ryj. Zastanawia mnie tylko brak śladu. A pamiętasz jak… – …przypadkiem rozwaliłam ci nos, gdy byliśmy gówniarzami? – pomyślała, nie kończąc.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Theon Travers - 26.12.2022
Stosunkowo łatwo dało się dostrzeć, że coś było nie tak. Na ogół pogodny, rozmowny, można powiedzieć - dusza towarzystwa - prezentował postawę z cyklu dajcie mi wszyscy spokój. I tego spokoju naprawdę potrzebował. Albo tak mu się wydawało. Stojąc ze swoim papierosem, w miejscu doskonale znanym lwiej części pracowników ministerstwa, starał się pozbierać do kupy. W takich sytuacjach jak ta, palenie pomagało. Tak twierdziło wiele osób uzależnionych od nikotyny.
Theon zaliczał się do ich grona.
Zaciągnąwszy się po raz kolejny, wyjął z kieszeni paczkę, podając Lycoris ostatniego papierosa. Bez choćby jednego słowa, ponieważ nie uważał, żeby były one teraz potrzebne. W innych okolicznościach na pewno nie zareagowałby milczeniem na to, co padło z ust koronerki. Odcięcie się nigdy nie stanowiło dla niego większego problemu. Czasami zdarzało mu się nawet powiedzieć więcej, niż byłoby na miejscu.
Nie żeby miał w zwyczaju jakoś szczególnie przejmować się tym, co było na miejscu.
- Nie pamiętam. - uciął. Nieistotne do czego chciała nawiązać.
Odsunął się od niej o ten krok, może dwa. Choć nie zwrócił jej na to uwagi, nie podobało mu się to, co właśnie zrobiła. Nie to, żeby miał problem z byciem dotykanym i inne takie. Co przyjemnego jest w obracaniu przez drugą osobę głowy w różne strony? Nie żeby po Lycoris spodziewał się czegoś innego. Kobieta miała tyle taktu, co słoń, a do tego pracowała z trupami.
Cóż. One przynajmniej nie powiedzą nie.
Minuta. Druga. Trzecia. Jedna za drugą. Wbrew temu, co sam powiedział jeszcze chwilę temu, długo w ciszy nie wytrzymał. Swoją drogą - typowe.
- Masz ochotę się napić? - zapytał, rzucając pozostałości po swoim papierosie na chodnik. Następnie przydepnął butem. Upewnił się, że pet zgasł. Powinien co prawda wrócić do pracy, ale mało prawdopodobne, żeby kogoś zainteresowało, gdzie przebywał po spotkaniu i czym się zajmował. - Bo naszła mnie właśnie ochota na kolejkę lub dwie.
Ewentualnie dziesięć, ale kto by to liczył. To tylko jedno, dodatkowe zero.
Czekając na odpowiedź kobiety, zdecydował się wreszcie zapiąć swoją kurtkę. Pogoda o tej porze roku nie zachęcała do wychodzenia na zewnątrz bez wierzchniego okrycia. Temperatura, w połączeniu z lekkim wiaterkiem, prędzej czy później musiała się odrobinę dać we znaki. Dobrze, że przynajmniej nie padało. Deszcz nie był nikomu potrzebny do szczęścia. A już na pewno nie Theonowi.
- To jak? - dopytał, podnosząc głowę, przenosząc spojrzenie na znajome oblicze. Nie dawał jej wiele czasu na podjęcie decyzji. Zaraz sam zrobił pierwszy krok, później następny. Doskonale wiedział dokąd należy się udać, żeby dostać wystarczająco dobrą whisky. Miał swoje miejscówki, do których zwykł wracać, gdzie personel znał go aż za dobrze.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Lycoris Black - 26.12.2022
Cała jej osoba była przędzonym ogółem nietaktu i skrajnej wręcz złośliwości, rozbijające się jak te charakterystyczne dla dni październikowych krople o szklaną powierzchnię szyb; tym razem jednak, gdy odrzuciła głowę do tyłu, tonąc w widoku błękitnego, bezkresnego podszycia ziemskiego, zaznała jedynie subtelnych pociągnięć wiatru, który zechciał zaigrać między kosmykami długich włosów – spiętych co prawda w kok, wyzwalających jednak te drobne pasma, które tańczyły wokół wydatnych kości policzkowych. W piwnych, mętnych oczach nie pozostało wiele; jedyną niekrytą ekscytacją, była dla niej praca – to w niej bezkres orzechowej toni przybierał welon iskier, igrających piekielnie z szalonym przejęciem; to praca zacierała w jej osobowości tę stagnację, którą z lekkim sercem znosiła.
Zaliczała przecież każde możliwe faux pas społeczne, uznając za swoją chorobliwą, pożądliwą pasję przynoszenie niezawoalowanej hańby rodowym tradycjom; a było to wszystko trzymane pod pieczą świadomości – każde przekręcone nazwisko, brzydki ukłon, ironia nabierająca rozpędu wraz z każdym łykiem ponczu. Wszystko rozgrywało się na jedną modłę i choć uwaga rodzicielska od zarania skupiała się na męskim potomku, jasnym się stało, iż z własnej woli na kobiercu nie stanie – z uwagi na unikanie wszelkich zobowiązań; z cudzej woli także – w końcu kto zniósłby jej cyniczną postawę mizantropa?
Stała więc w milczeniu, gdy tylko uciął jej słowa, unosząc jedynie brwi w geście niekrytego zdziwienia. Uśmiechnęła się nieomal, widząc jego zafrapowane oblicze; nie chciała dla niego źle – ot, wyrywał ją z monotonii dnia powszedniego.
Gdy oczko ogniste wieńczące papieros bezlitośnie zbliżyło się do filtru, ostatni raz otuliła go miękkością warg, aby po chwili solidnie przydeptać niedopałek.
– Nigdy nie odmawiam alkoholu, a moja praca dzisiaj i tak się kończy. Chodźmy zatem, wypłaczesz mi się w ramię – rzekła, idąc za Theonem, w trakcie rozplątując zawiązany na plecach fartuch. – Ze mną jednak, jak sam dobrze wiesz, nie kończy się na kolejce ani dwóch.
Ostatnie westchnięcie zamarło na jej ustach, bo chociaż nie chciała się do tego przyznać, a Theona wciąż w myślach nazywała gówniarzem, jego stan zatrwożył ją w drobnych nutach. Jeśli miało być to świadectwem, iż jednak posiadaczką żywego serca była, to musiała prędko to zamaskować parszywym zachowaniem. Nie mogła w końcu okazywać swojej ludzkiej strony, nawet jeśli pozostały po niej tylko okruchy.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Theon Travers - 26.12.2022
Nie miał ochoty na prowadzenie rozmowy. Nie chciał zbyt wcześnie mówić na głos o tym, co wydarzyło się za ciężkimi, drewnianymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu szefa. Potrzebował odrobiny czasu, żeby to sobie poukładać w głowie. Choć na ogół Lycoris nie radziła sobie zbyt dobrze z ludzkimi emocjami, tym razem zachowała się jak należy. Pozwoliła mu odetchnąć. Pozwoliła, żeby to on odezwał się jako pierwszy. Kolejny raz czuł się dobrze w towarzystwie znajomej. Widać nie bez przyczyny utrzymywali ze sobą kontakt również teraz, długie lata po ukończeniu nauki w Hogwarcie.
Znali się nie od wczoraj i Theon doskonale wiedział, na co decyduje się zapraszając ją na kolejkę, dwie, może dziesięć. To wcale nie tak, że zrobił to kompletnie nieświadomy potencjalnego zagrożenia. Prędzej przeciwnie. Potrzebował kogoś, przy kim będzie mógł być cicho, będzie mógł mówić prosto z mostu.
I nie, nie planował się wypłakiwać w rękaw koronerki.
- Całe szczęście, bo mógłbym nie przeżyć tej odmowy. - skomentował, kierując się w stronę najbliższego skrzyżowania. Niezbyt często poruszał się po mugolskich ulicach, ale nie stanowiło to dla niego większego problemu. Wiedział jak się tutaj odnaleźć. Sama trasa też była mu znana. A do tego niezbyt długa. Wystarczyło kilkanaście minut, żeby znaleźć się przed budynkiem. Ognista Salamandra, jakże odkrywcza nazwa, mieściła się pomiędzy mugolskim second-handem i jakimś sklepem spożywczym. Dla większości przechodniów pozostawała kompletnie niewidoczna. Wśród czarodziejów również nie cieszyła się wielką popularnością. Może gdyby zlokalizowana była w innym miejscu...
- Jak się ma Twoja niechęć do whisky? - zapytał, nawiązując tym samym do jednego z ostatnich wspólnych wyjść, w którego efekcie Lycoris zarzekała się, że więcej po ten diabelski alkohol nie sięgnie. A już na pewno nie taki, który polecałby właśnie Theon. Nieźle się wtedy wstawili. I to pomimo zwiększonej odporności na procenty, z której Yaxley był znany wśród znajomych. Nie często zdarzało się, żeby alkohol aż tak dał mu się we znaki. - Tak się składa, że u Peta jest najlepsza whisky. Jego rodzina posiada niewielką destylarnie gdzieś w pobliżu Cork. - dodał, nie czekając zbyt długo na odpowiedź. Jeśli wszedł jej w słowo, to się tym oczywiście nieszczególnie przejął. Dobre wychowanie, zwracanie uwagi na drugą osobę i cała tona bzdur, które matka wpajała mu od najmłodszych lat... tak, Yaxley również nie był mistrzem taktu. Całkiem możliwe, że z Lycoris byli do siebie bardziej podobni, niż można byłoby stwierdzić na pierwszy rzut oka.
Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, sięgnął do klamki, otwierając drzwi i wchodząc do wnętrza lokalu jako pierwszy. Sala była średniej wielkości. Nie nadawała się na przyjęcie liczniejszej klienteli. Meble drewniane, ciemne. W wystroju lokalu dało się zauważyć liczne nawiązania do Irlandii, z której pochodził właściciel. Wcale się z tym nie krył, niczego nie ukrywał.
- Tam, przy oknie. - wskazał towarzyszce stolik znajdujący się nieco na boku. Co prawda dużego ruchu nie było, ale i tak dobrze było załatwić sobie choć odrobinę prywatności.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Lycoris Black - 26.12.2022
Choć niezbyt biegła w odczytywaniu emocji ludzkich, niekiedy wręcz nieobyta z meandrami myśli, którymi kluczyć mogły uczucia, zawierając się w umyśle ludzkim; daleka od dusznego bytowania jak te mary żyjące marzeniami, błądzące po padole, zamieniające osjaniczne przenośnie w dandyzm współczesny – prawdopodobnie taka się urodziła, gdyż na składowe jej zachowania nie wpływało wychowanie. Daleka od uwagi rodzicielskiej, która skupiała się w pełni na reszcie rodzeństwa, istniała jako odrębny sputnik, krążący po własnych satelitach; kluczący własnymi ścieżkami, nie do końca bliski sytuacjom przyziemnym. Choroba Milforda niejednokrotnie czyniła niespokojnie w myślach, które doznawały gwałtownych bodźców; nieobce było jej zatrważanie się we własnym hadesie umysłu.
Teraz jednak spoglądała na niego z niepokojem budującym się na obliczu. Nawet nie wiedziała, iż była zdolna do przejęcia się jego losem; dotychczasowo rzadko wykazywała się emocjami tak skrajnie ludzkimi – znali się od mnogości lat, które zdawały się ciągnąć w bezkres, często nawet nie dostrzegając, jak pomimo wielości różnic, byli sobie absurdalnie bliscy.
Emocjonalna kaleka, którą niewątpliwie była, oschła i o okrutnie stoickiej postawie, rzadko kiedy odczuwała zmartwienie.
– Przeżyłbyś. Mnie po prostu ciężko odmówić alkoholowi. – Jej wargi nieomal zadrżały w wyrazie uśmiechu.
Szła spokojnym krokiem za Yaxley’em, kroki ważąc lekko, pozbywając się powoli męskiego kroku, który wciąż obecny był nieodzownie w jej ubiorze. Sweter wisiał na niej luźno, a długie, szerokie spodnie jeszcze wydatniej gubiły jej sylwetkę. Urokliwa twarz sugerowała niebanalnie każdy szkopuł. Gdy dotarli na miejsce, parsknęła śmiechem na temat uwagi dotyczącej whisky.
– Ma się fantastycznie. Niewiele pamiętam poza tym, że wtedy zaczęłam cię namawiać na zagranie ze mną w szachy. Nie pokonałbyś mnie nawet skończenie pijanej – rzuciła, odpowiadając na pytanie, wykrzywiając usta w grymasie.
Westchnęła lekko, wbijając niepewne spojrzenie w Theona, aby po chwili skierować się do stolika na uboczu, dokładnie tego, który wskazał mężczyzna. Dwuosobowy stolik posiadał krzesła naprzeciwko siebie, zajęła zatem jedno z nich, spoglądając na mężczyznę.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Theon Travers - 26.12.2022
Inaczej niż to miało miejsce w przypadku Lycoris, dla Theona istniało niewiele osób, których losem mógłby się żywiej przejąć. Chociaż nie mógł narzekać na brak znajomych, bliżej siebie dopuszczał jedynie kilku przyjaciół. Mógłby ich zliczyć na palcach jednej ręki. Byli mu bliżsi niż rodzeństwo, włącznie z siostrą bliźniaczką. Dawno już jego relacje z Geraldine przestały wyglądać tak, jak to miało miejsce w czasach, kiedy pod ich nosami wciąż znajdywało się mleko.
Czy kolejne lata sprawią, iż dzieląca ich przepaść stanie się jeszcze większa?
Oczywiście nie myślał o tym w tym momencie. Skupiony był teraz przede wszystkim na samym sobie. Na sytuacji, w której się znalazł. Wiedział, że miał problem, z którym będzie musiał sobie poradzić. Nie bez powodu pracował w Ministerstwie Magii. Nie bez powodu zatrudniony był w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Miało to duże znaczenie dla interesów, którymi od lat zajmowała się jego rodzina. Odkąd ojciec przeszedł na emeryturę, rzecz jasna zasłużoną, to on miał trzymać rękę na pulsie.
- Również rzygającej dalej niż widzisz? - zapytał, również sadzając swój tyłek na krześle. Nie śpieszył się z wizytą przy barze. Minuta, dwie, nawet dziesięć. Jaka to niby różnica? - Ale nie będę Ci tego wypominać.
Odchylił się na krześle - na tyle na ile pozwalał mu wzrost i meble - sięgając po kartkę zawierającą informacje o niektórych dostępnych w pubie alkoholach i drinkach. Pełnoprawnego menu tutaj nie było. Kto je zresztą potrzebował.
- Zaryzykujemy z Ognistą Salamandrą? - zapytał, pokazując na znajdujący się na ulotce drink, częściowo w kolorze czerwonym. Specjalność lokalu, której nie miał jeszcze okazji spróbować. Słyszał jedynie, że jest piekielnie mocny, a coś takiego na dobry początek dnia z całą pewnością by mu nie zaszkodziło.
Czy cokolwiek mogłoby mu teraz bardziej zaszkodzić?
Czekając na odpowiedź Lycoris, zerknął jeszcze na to, co znajdywało się na odwrotnej stronie. Tutaj jednak wszystko zdawało się bardziej typowe, nic nie wzbudzało większego zainteresowania. Podobne pozycje wyczytać można było w menu dostępnym w większości pubów. Wiadomo, tych czarodziejskich. Chyba niekoniecznie na to miał teraz ochotę.
Wreszcie odłożył ulotkę na wcześniejsze miejsce.
- Więc? Co dla Ciebie? - raz jeszcze zapytał, podnosząc wreszcie tyłek, będąc gotowym podejść do baru i zamówić dla nich pierwszą kolejkę. Zamierzał nawet za nią zapłacić, taki był z niego niedzielny dżentelmen. Nic tylko docenić, Theon nie zawsze zaprzątał sobie tym głowę.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Lycoris Black - 27.12.2022
W gruncie rzeczy przecież, tkwiła niewzruszona nad małostkowościami wyścielającymi ziemski padół, ten powleczony szatą nocy, o guzikach uczynionych ze skrzących się gwiazd; nie obchodziły ją fakty powierzchowne, a nieodzownie wyczulony welon istotności spływał miękko po długich włosach, zatrzymując się na rozwichrzonej grzywce. Obrzydzały ją do cna ludzkie sprawy, plotki, znajomości, bankiety – na tych ostatnich pojawiała się jedynie, aby nanosić na nazwisko Blacków szramę wstydu, ku bolączce jej matki. W gruncie rzeczy przecież, interesowała się jedynie sobą oraz własnym interesem – nie potrzebowała poklasku, nie potrzebowała niczego, nie potrzebowała nikogo. Będąc samotnym wilkiem, błąkającym się gdzieś na przestrzeni ludzkiego jestestwa, trawiona wizjami płodzonymi przez jasnowidztwo, usuwała się w cień cała; razem ze swoją cyniczną osobą, bynajmniej niejednającą jej ludzi.
Nawet wymuszane uśmiechy stawały jej kością w gardle, kąciki ust więc unosiła odświętnie, przybierając je z równym dysgustem, co długie, balowe sukienki. Nie nosiła się w końcu jak jedna z opiewanych dam, karmiących kokieteryjną kurtuazją każdego pośród dusznej ciżby ludzkiej. Było wręcz na odwrót; usuwała się w półmrok zakamarków, jedynie aby wychylić się z nich jak rozjuszona kobra ze szklanką krwiście czerwonego wina w dłoni.
Odgarnęła niepokorne kosmyki grzywki za ucho, mrużąc oczy jedynie nieznacznie, nieoceniająco, jak to miała w chyżym zwyczaju. Umościła łokcie na lśniącym blacie stołu, aby po chwili podbródek oprzeć na splecionych w palcach dłoniach.
Jego słowa obudziły jedynie melodramatyczne – a do melodramatów uciekała się wyjątkowo rzadko – przewrócenie oczyma, z którym w tango poszło lekkie kopnięcie mężczyzny pod stołem.
– Nawet położona w trumnie bym cię ograła. A moje niechlubne momenty zostaw dla siebie, Yaxley, bo okrzyknę je pomówieniami – rzekła, utrzymując postawę stalową, niewzruszoną, zupełnie jak te posągi bogiń greckich, do których urokliwości z pewnością było jej daleko.
– Zaryzykujmy – rzekła ze zbolałym cieniem rzucającym się na zdrowy rozsądek; whisky nigdy jej nie służyła, zawsze wieńczyła poranki srogim kacem i dniem wyciągniętym z życiorysu – ot, na odchorowanie pomyłek, które młodość wytaczała przed nią gładkim pasem startowym.
Gdy Theon wrócił z baru, bogaty w dwie szklanki rubinowej cieczy chyboczącej się niebezpiecznie po ściankach szkła, prędko chwyciła tę i umoczyła w niej usta, puentując krasę alkoholowej rozpusty rozlewającej się po przełyku nikłym grymasem.
– Będziesz mnie zbierał z podłogi – skwitowała. – Daję sobie trzy szklanki i skończę pod stołem. Pilnuj tylko abym zachowała fason wrednej baby, żadnego tańczenia na stole nie będzie – dodała, odkładając szklankę na blat.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Theon Travers - 27.12.2022
Nietypowy sposób bycia, nigdy go nie odstraszał. Nie zniechęcał. Wręcz przeciwnie. Ciągnęło go do Lycoris niczym ćmę do ognia. Jakimś dziwnym trafem Theon zawsze czuł się przy niej swobodnie. To w jaki sposób kobieta funkcjonowała, było niczym powiew świeżego powietrza. Powietrza, którym człowiek chce oddychać możliwie najczęściej. Również teraz była była opcją, na którą zdecydował się świadomie.
Przynajmniej w jakiejś części świadomie.
- To bolało! - poskarżył się, choć takie kopnięcie boleć zwyczajnie nie mogło. - Jeszcze jedno takie kopnięcie i będziesz musiała mnie zanieść do Munga.
Postarał się nawet udawać, że faktycznie boli. Aktor był z niego jednak na tyle kiepski, że nabrać mógłby się jedynie ślepiec bądź skończony idiota. Ewentualnie osoba łącząca obydwie te rzeczy. Gdzieś tam na świecie musiał się ktoś taki znajdywać.
Kiwnął głową, kiedy zgodziła się zaryzykować ze specjalnością lokalu. Podniósł swoje cztery litery, skierował się w stronę baru. Na miejscu zamówił drinki i przez chwilę rozmawiał ze stojącym za barem mężczyzną. Dało się zauważyć, że obydwaj panowie dobrze się ze sobą znali. Wcale się z tym faktem nie kryli. Kiedy Theon wrócił na miejsce, poza dwoma drinkami miał też pojemnik z paluszkami. Na nic więcej nie miał ochoty, a i Lycoris nie prosiła o żadną konkretną przekąskę.
- Tak bez toastu? - zakpił, zajmując miejsce i zaraz idąc w jej ślady. Alkohol rzeczywiście był mocny. Palił. Smak miał specyficzny, wyczuwalny dopiero po krótkiej chwili. Theon nie był jednak aż takim specjalistą, żeby określić co konkretnie mogło się na niego składać. Poza tym jakie to miało znaczenie? Grunt, że dawało porządnego kopa. To mogli stwierdzić już teraz. - Miałbym pozbawić wszystkich takiego widoku? - zapytał, mając przy okazji pewien problem z wyobrażeniem sobie Lycoris tańczącej na stole. Czy ona w ogóle potrafiła tańczyć? Może powinien to sprawdzić? Albo może lepiej bez takich. - Spokojnie, przecież wiesz, że muszę dbać o Twój PR. Jeśli odkryją Twoją pijacką naturę, staniesz się za bardzo rozchwytywana, żeby mieć czas dla starego znajomego. Logan by mi tego nie wybaczył.
Gestem dał znać młodej kelnerce, żeby przygotowała dla nich jeszcze dwa drinki. Nie zaszkodzą. Nie uważał, żeby pytanie Lycoris o zdanie było tutaj konieczne. I tak wszystko szło na jego rachunek. Poza tym przy nim nie musiała się obawiać, że procenty za bardzo dadzą jej się we znaki. Cokolwiek Theon gadał, nie pozwoliłby jej zrobić czegoś skrajnie głupiego.
Za wyjątkiem sytuacji, w której zrobiliby to razem.
RE: [27 października 1971] Theon & Lycoris, przed Ministerstwem Magii - Lycoris Black - 27.12.2022
Jej brak uśmiechu, posągowe nieomal oblicze, na wzór tych wszystkich majestatycznych Wenus Botticelliego, potrafiło jednać niezawoalowaną szczerością – pomimo odstręczającego sposobu bycia, była w urokliwy sposób autentyczna; fakt, iż nie każdy dostrzegał to podszycie wiarygodnością, świadczyło jedynie na jej korzyść – nie czuła absurdalnej potrzeby dogadzania ciżbie ludzkiej, a współpracownicy żywili wobec niej nawet głęboko zakorzenioną obawę. Było w końcu w niej coś ze śmierci, z chuderlawej kostuchy pochylającej się nad ostatnim tchnieniem kalającym eter końcowymi kłębami życia, z krwawej mojry – tej, która przędła szkarłatne nici jestestwa. Wszak była biegła w stwierdzaniu śmierci wbrew sztuce, a ilość zwłok, po których wodziła niespokojnym wzrokiem świadczyła o wyrachowanie surowych, stalowych nerwach.
Theon z kolei stanowił spoiwo w jej życiu; kimś, kto nieodłącznie łączył poszczególne pozornie rozsypane puzzle jej bytowania – te, które rozbiły się wielokrotnie w szklany, drobny mak. Drobna różnica wieku, chociaż niejednokrotnie uwydatniona, nigdy nie stanowiła przeszkody wobec relacji. Był kimś, kogo mogła nazwać przyjacielem, choć absolutnie nigdy nie przeszłoby jej to przez spętane gardło.
– Zapominasz, że także jestem uzdrowicielem. Połamię cię, aby później poskładać – sarknęła, jednak jej ton głosu nie był podszyty negatywem emocji – była wręcz niespodziewanie rozpogodzona, a alkohol torujący sobie drogę krtanią, podjudzał otwartość, do której w prozie codzienności nie była skora.
Wyjęła z kieszeni potężnego, wełnianego swetra, którym była otulona papierośnicę i pamiętając, że ten uraczył ją ostatnią fajką, jaką posiadał w paczce, wysunęła w jego kierunku własną. Końcówka papierosa prędko zajęła się ognistym oczkiem, a przestrzeni skłębiły się szarawe obłoki, opuszczające jej usta.
– Jesteśmy na ślubie, aby wznosić toast? – zakpiła lekko, ponownie mocząc wargi w rubinowym trunku – mocnym w smaku i bogatym w procenty. – Na szczęście żadne z nas… – urwała, niby ważąc słowa. – Znam cię na tyle, aby wiedzieć, że mamy podobne podejście odnośnie mariaży.
– Logan powoli i sukcesywnie grabi sobie u mnie. Przekaż mu całusy i obietnicę, że ukręcę mu kark – rzekła słodko, uśmiechając się jednak iście diabolicznie.
– Powiedz, Theon, też miewasz ochotę, aby zrobić coś abstrakcyjnie nielegalnego? Bo ja myślę o tym coraz częściej! Ministerialne stołki są wygodne, ale nie dają takiej satysfakcji jak adrenalina. Stawiam pięć galeonów, że gdy będziemy w stanie odpowiedniego upojenia, namówię cię na coś szemranego – rzekła, opierając ponownie policzek na dłoni.
Kolejna szklanka pojawiła się przed nią prędko, a jej opróżnienie zajęło jej równie niewielką ilość czasu. Alkohol torował sobie prędko cierpką drogę przełykiem, a w głowie czyniło się niespokojnie i mgliście.
|