Secrets of London
[11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=703)

Strony: 1 2


[11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 30.12.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
Rozliczono - Victoria Lestrange - Piszę, więc jestem

11.02.1972

Końcówka spotkania z Saurielem była dziwna, surrealistyczna wręcz. Ten mężczyzna naprawdę potrafił być miły, w pewnym sensie nawet troskliwy, choć może wynikało to z jego strachu przed teleportacją. Sama normalnie się tego nie bała, ale po alkoholu – ach, czuła w kościach, że musieliby ją zbierać z Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof po przypadkowym acz spodziewanym rozszczepieniu. Tak czy siak – skorzystała z zaproszenia Sauriela i u niego będąc niemalże na paluszkach szła do salonu, gdzie mieli kominek, by przenieść się w stosunkowo bliskie miejsce i już stamtąd doczłapać do siebie do domu. Dosłownie doczłapać. Musiała dwa razy powtarzać nazwę miejsca, bo zaczynał jej się plątać język, a nie była pewna tego, czy powiedziała wystarczająco wyraźnie, Saurielowi życząc zaś kolorowych snów.
Tak, realizacja przyjdzie dopiero jutro – choć patrząc na godzinę, w której oboje wrócili do domu i dotarli do swoich łóżek: to bardziej jednak dziś.
Nie tak łatwo było jej zasnąć. Mimo wszystko wierciła się w łóżku, a kiedy już jej się to udało, to śniły jej się jakieś koszmary z ludźmi w karczmie i tonięciem w rzece. Mówiąc delikatnie: nie wyspała się, ale i tak było to więcej, niż doświadczała przez ostatnie dni. Nie poszła rano do pracy – nie była w stanie. Zebrała się dopiero na późniejszą godzinę i jak już udało jej się dobić do szefowej, to złożyła raport z wczorajszego wieczoru: co udało się ustalić, co udało się potwierdzić, jakie plotki krążą i co mówią ludzie. Było tego trochę. I w zamian za to, że pracowała do naprawdę później godziny: dostała na ten dzień wolne.
I może to i dobrze…
Wróciła do domu, żeby dojść do siebie bardziej, żeby się ogarąć. I siłą rzeczy – wspominała ten wieczór. I to, że ten cały Sauriel wcale nie jest taki zły. Że kiedy przestał utrudniać, to był całkiem sympatycznym gościem. Pełnym wewnętrznego bólu, to było jasne, ale nie był tak beznadziejny jak sądziła. Czy to był wpływ jego ojca? Interwencji jej matki…? Victorii aż trudno było uwierzyć, że mówiła mu o rzeczach o jakich mówiła. Że alkohol aż tak rozwiązał jej język. Że aż tak dobrze bawiła się tego wieczoru i to będąc w pracy i przez kilka godzin chroniąc swój umysł przez niechcianymi wpływami. Leżała na kanapie i analizowała to spotkanie, uśmiechała się do własnych myśli, wyciągając na wierzch co i kolejne sytuacje, zupełnie niepokolei, aż zaśmiała się w głos, kiedy przypomniała sobie o tym, jak mówiła do niego per Kocie, kiedy był już czas, żeby wyjść. Jak wyszli na zimno, jak Sauriel miał problem zapalić papierosa. Jak…
Lestrange zamrugała kilka razy i zmarszczyła brwi.
Jak… coś jej tutaj nie pasowało. Wróć. Dwa razy, nie trzy razy widziała go na zimnie – i ani razu pary z ust czy nosa. Nie nosił płaszcza jak przystało i wychodziło na to, że nie ocieplał się też zaklęciem. Lubił zimno – jak twierdził. Za to nie lubił ciepła. Miał uczulenie na słońce. Wlewał w siebie niemalże litry alkoholu, ale przy tym wcale nie łapał gastrofazy, nie jadł w restauracji tego, co przynieśli mu do stołu – ba, zamówił to tylko dlatego, że Victoria kręciła nosem. To… nie było normalne. Nie brzmiało też na chorobę. Ledwie na wymówki, by coś ukryć, a jak wiadomo – najciemniej jest pod latarnią. Więc jeśli nie próbujesz czegoś urywać, to inni wcale nie zauważali pewnych rzeczy, Jak na przykład nienaturalna bladość skóry (heh, w końcu był uczulony), albo lodowaty chłód jego dotyku.
Victoria nie była głupia. Była… bardzo bystra. Po prostu nie spodziewała się podstępu od tej strony – od swojej przyszłej rodziny. A już zwłaszcza nie od swojej biologicznej rodziny. Siadła więc na kanapie gwałtownie, jak rażona prądem, a jej mózg pracował na przyspieszonych obrotach, nagle, a przecież ledwie niedawno była jeszcze skacowana i wymemłana. Nie, nie była głupia. Miała za to wystarczająco danych, żeby dojść do wniosków, które ani trochę jej się nie podobały. Do jasnej cholery – była aurorem. Uczyła się o zaklęciach, klątwach, istotach. Wiedziała, choć nie chciała wierzyć. Jak?
Wszystko wręcz krzyczało: wampir. Tylko nie chciało się wierzyć. W wiele rzeczy.
Jak to było w ogóle możliwe?
Znaczy… no wiedziała jak. Wiedziała skąd się biorą wampiry. Nie rozumiała tylko jednego: co do łba strzeliło jej rodzicom? Co tu się do kurwy działo?
Teraz serce to waliło jej jak oszalałe. Matki nie było w domu, ojca też nie. Co miała z tym zrobić…?
Tak naprawdę jedyne co mogła, to to zweryfikować. Najlepiej u źródła. Ale najpierw musiała się uspokoić.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 30.12.2022

Otworzył oczy, kiedy promienie słońca przelewały się przez chmury. Nie widział ich. W pokoju panowała idealna ciemność. Nie musiał ich widzieć. Czuł je pod swoją skórą, instynktownie. Skrobało od wewnątrz czaszkę, informując, że wyjście na zewnątrz jest złym pomysłem. Ale to z drugiej strony nie tak, że wyczuwał konkretnie słońce. Jego Bestia uważała za całkowicie niepoprawne jakiekolwiek pokazywanie się na zewnątrz, dopóki księżyc nie górował na ciemnym niebie. Wtedy mruczała z zadowolenia, zwłaszcza kiedy dostarczał jej pożywienie, a potem zasypiała na krótkie chwile. Dopóki nie pojawił się element, który sprawiał, że lśniły oczy, że ekscytacja wzbierała w ciele i obejmowała je niecierpliwością i pragnieniem tak silnym, że… Wczoraj, gdyby nie odciągnęli go od tamtego mężczyzny to rozerwałby mu gardło. Było do tego tak niepokojąco blisko… Widział to dopiero dziś. Tak jak w zupełnie innej części Anglii Victoria leżała i analizowała to, co wczoraj się wydarzyło, tak on leżał i spoglądał na to, co się działo w… naprawdę dobrym wieczorze. Czy to dlatego, że Victoria tak niewiele się odzywała i nosiła na sobie tę maskę oklumencji? O zgrozo, w jego mózgu pojawiła się nawet myśl, że była niezłym towarzystwem. Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE. Wymaż to z głowy, nie myśl tak o tym, zapomniiij..! Przekręcił się na bok.
Zapomnieć się nie dało.
To, co działo się w barze to było jedno. To, co działo się po nim - drugie. Potwierdzenie i pieczątka, że wystarczyło tylko troszkę bardziej postarać i nie być takim chujkiem i można naprawdę niezłą relację nawiązać. Może to jednak nie był taki zły pomysł..? Posiadanie, hm… jeśli nie przyjaciółki to chociaż dobrej znajomej we własnym domu? Osoby, którą formalnie będzie przedstawiać jako żonę. Przecież i tak daleko byś nie zajechał z takim zachowaniem, Sauriel. Przecież to nie miało sensu. Uparta walka z czymś nieuniknionym, bo teraz i tak było za późno. Nie była na tyle pijana, żeby nie zobaczyć, że nie musisz być chujem, a też wszystko zwalać na karby alkoholu? No pewnie, zrobisz to.
Wszystko jednak dało się zrobić potem. Bo chociaż kac nie doskwierał (tylko ten moralny, bo był zbyt miły). Wszystko MUSIAŁO zostać wykonane potem. Po tym, jak napełni swój brzuch, bo czuł suchość w ustach, niepokój i prawie jak w delirium miał wrażenie, że zaczynają drżeć mu ręce.
Na tym łez padole, jak to Sauriel lubił mówić o świecie, było wystarczająco pojebanych ludzi, żeby sprowadzenie posiłku do własnego domu nie było takim problemem. Nie kiedy dbał o systematyczność, dbał o to, żeby jednak ten głód nie był szalony. Był zawsze obecny, nigdy nie znikał, ale dało się go kontrolować, dopóki był pilnowany. Dziwki zaś miały to do siebie, że nie dość, że miały przedziwne fetysze, na tyle obrzydliwe, że Sauriel nawet nie chciał o nich myśleć, to dodatkowo gotowe były zrobić niemal wszystko, żeby zarobić. I mean - come on. Spełniały pewnie zachcianki o wiele bardziej pojebane niż to, że Sauriel użyczał sobie ich szyjki od czasu do czasu… Sprzedaż ciała to sprzedaż ciała, right?
Victorię powitał majordomus w drzwiach informujący, że Pani Anny i Pana Eryka w domu nie ma. Zapytany jednak o Sauriela potwierdził, że jest, ale… tutaj w “ale” mogłoby być tysiące powodów, dla których mógłby nie wpuścić kobiety do wnętrza, ALE jej imię i nazwisko te drzwi otwierało. Otwierało ich całkiem sporo. W końcu była aurorem. Co jednak ważniejsze - tutaj była narzeczoną, jakby na to nie patrzeć, spadkobiercy majątku. Została zaproszona do wnętrza i zapytana, czy czegoś się napije, że mają wyśmienitą herbatę (no bo co innego…), a w końcu też zapytana, czy ma poprowadzić panienkę do panicza, czy może sprawa jest pilna, coś mu przekazać, albo go sprowadzić?
Tak, sprawa była pilna - przynajmniej dla niej. Jednak nie na tyle, by na środku korytarza zadawać niewygodne pytania, prawda?
Majordomus poprowadził kobietę po schodach do piwniczki. Spokojnie, nie takich schodach skrytych nie wiadomo gdzie, które wyglądały tak, jakby mężczyzna planował jej pokazać kotki. Szerokie zejście po schodach, oświetlone, na dole zaś rozejście na pokoje, przy czym w głównej sali stała sofa, dywan, wszystko było przystrojone i gotowe do tego, by kogoś tu ugościć… po coś. Miejsce nieezwykle wygodne, wyciszone i macie moje słowo - obłożone zaklęciami.
- Tędy, proszę. - Majordomus wskazał drzwi, ale nadal prowadził. Dosłownie kilkanaście kroków, by zbliżyć się do zamkniętych drzwi. Nie było mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Już przy zbliżaniu się było słychać dobiegającą stamtąd muzykę. Mężczyzna zapukał. - Paniczu, ma pan gościa. Panienka Lestrange przyszła panicza odwiedzić.
Muzyka na momencik, sekundę, ucichła, kiedy Sauriel uniósł dłoń, by magią otworzyć drzwi. I jego palce zaraz wróciły do gitary.
W pokoju panował półmrok. Rozjaśniony tylko kilkoma palącymi się świecami pokój nawet pasował do Sauriela. Pomieszczenie nie było jakieś duże, ale co najważniejsze - zadbano o to, by miał dobrą akustykę. Sauriel siedział naprzeciwko drzwi, na dwuosobowej, skórzanej kanapie. Obok stał niewielki stolik z popielniczką, pomieszczenie śmierdziało fajkami na wskroś. Przed Saurielem stał stolik kawowy, o który mężczyzna właśnie opierał swojego buciora, po obu stronach tego stolika stała kolejno druga taka dwuosobowa kanapa i fotel do kompletu. Na ścianie łatwo było namierzyć ujęte w ramki… obrazy? Niee do końca. Jeden był rękodziełem jakiegoś utworu, tekstem, może wierszem. Inny zapisem nut. Jeszcze inny był wycinkiem z gazet - o Woodstocku. Było tu nawet jedno zdjęcie jakiegoś zespołu. Zorientowany w muzyce wiedziałby, że to The Beatles. W rogu stały głośniki. O ścianę, na stojaku, stały dwie kolejne gitary, w tym jedna elektryczna. Ta, którą trzymał Sauriel, akustyczna, była stara. Naprawdę stara - było to po niej widać, że niejedno przeszła. Razem ze swoim właścicielem.
Sauriel nie przywitał się w pierwszej chwili, nie wstał, nie przestał grać. Spoglądał ponurym spojrzeniem na Victorię, która pojawiła się kolejny raz w progach jego domu. Tym razem nieproszona. Niezapowiedziana. I… zdecydowanie za szybko po wczorajszej eskapadzie. Majordomus pokłonił się i zapewnił, że gdyby był potrzebny - wystarczy zawołać.
W pomieszczeniu było naprawdę zimno.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 31.12.2022

Nie chciała tam iść, ale nie bardzo miała wybór. Odznaczyłaby się jednak większą powściągliwością i cierpliwością, gdyby nie budująca się w jej wnętrzu złość. Że ciągle jej się o czymś nie mówi. Że ciągle zostawia gdzieś w tyle. Że wszyscy wszystko wiedzą, tylko nie ona. O tym, że w ogóle jej kogoś szukają. Potem, że są zainteresowani Rookwoodami. Potem, że już wszystko dogadane i wkrótce pozna swojego przyszłego narzeczonego. O tym, że idą na spotkanie go poznać. Ani o tym, że matka skontaktowała się z jego rodzicami, by coś z nim zrobili. A tym bardziej nie o tym, że jej przyszły małżonek jest wampirem. To całkiem pokaźna lista, prawda? A Victoria nie była święta – dlatego czuła tę złość. I może nawet lepiej, że jej rodziców nie było teraz w domu, bo najwyraźniej pora by wziąć sprawy we własne ręce.
Tak, pojawiła się niezapowiedziana i tak – było to pilne. Na szczęście do czasu, aż pojawiła się u Rookwoodów, zdążyła się już uspokoić na tyle, że serce nie biło tak, jakby próbowało się wydostać z klatki piersiowej. Było to jednak ważne na tyle, że nie dała się zbyć. Poprosiła o tę herbatę i poprosiła o widzenie się z Saurielem… i może lepiej było go zwabić do salonu, ale skorotakbardzonielubiłdnia, a wszystko na to wskazywało… Lestrange nie była okrutna. I nie chodziło o wyżywanie się na innych.
Chciała po prostu odpowiedzi.
A im dłużej szła za majordomusem, tym bardziej była pewna tego, co podsunął jej umysł. Zejście do piwnicy – no jasne, ani trochę nie zaskakujące. W zasadzie z każdym pokonanym stopniem Victoria czuła w żołądku gulę zrozumienia, pewności i pewnego rodzaju rozczarowania – że tym razem się nie pomyliła – i nie miało to nic wspólnego z tym, że nie była przyzwyczajona do picia alkoholu w większych ilościach.
Czuła magię. Czuła, że to miejsce zostało naszpikowane zaklęciami. Na moment nawet przymknęła powieki – nie po to, by nasycić się zapachem czarów, a dlatego, że czuła jakiś taki zawód. Może trochę Saurielem, choć to nie była jego wina. Bardziej po prostu… całą tą idiotyczną sytuacją.
Muzyka, jaką było słychać, była naprawdę ładna – a po tym, co w nocy mówił czarnowłosy, to zakładała, że to on grał. A kiedy przerwał i zaraz wrócił do grania, to nie zaczął od nowa, tylko kontynuował w miejscu, w którym się zatrzymał. Ona też się nie przywitała w pierwszym momencie, zupełnie tak jak on. Na słowa majordomusa tylko skinęła głową, a sama… po prostu oparła się plecami o ścianę i słuchała. Nie kłamał, potrafił grać. Nie znała tej melodii, ale była przyjemna. I jakże pasująca do nastroju. Victoria nie była odstrzelona jak zazwyczaj, ale nie była też ubrana tak jak wczoraj. Dzisiaj miała na sobie dość prostą jak na nią sukienkę i nawet nie chciało jej się związywać włosów; nie była też tak wymalowana jak na tamto wyjście, ale jakiś delikatny makijaż miała. Głównie po to, by spróbować ukryć głębokie cienie pod oczami i zmęczenie – a i tak się to wszystko przebijało.
- Faktycznie dobrze grasz – odezwała się w końcu przerywając to milczenie, które się tutaj klarowało. Tak, ona też uważała, że minęło trochę za mało czasu, by znowu tutaj być, ale to naprawdę było ważne. Nie było żadnego dzień dobry – tak jak w nocy nie było żadnego do widzenia. - Musimy pogadać – wyrzuciła z siebie w końcu.
Czy się bała? Nie. Po pierwsze dlatego, że póki co Sauriel pod tym względem był potulny i przecież miał okazję zrobić jej krzywdę i to jeszcze z zaskoczenia. Po drugie dlatego, że bać można się tylko nieznanego, a ona się o wampirach uczyła. Po trzecie dlatego, że potrafiła się bronić, gdyby zaszła taka potrzeba.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 31.12.2022

Wiedza była największą wartością - tak twierdził jego ojciec. Z wiedzą mogłeś zdobyć świat. Mogłeś ją sprzedać, mogłeś nią handlować, wymienić za inną. Mogłeś podejmować odpowiednie decyzje, które bez tej wiedzy mogłyby się okazać błędnymi. W tym wypadku ta wiedza, której brakowało Victorii, nie zmieniała jej decyzyjności, bo decyzje nie od niej zależały. Przynosiła za to niepokój. Irytację. Odpowiednio wcześnie przekazana okazałaby się kluczem do możliwości oswojenia się z tym, co było jej rzucane w twarz. I jak wszyscy wiedzieli - tak ona dowiadywała się ostatnia.
Ta właśnie kobieta zagościła w jego, jakby nie patrzeć, domu. Wkroczyła do jego pokoiku, niedługo miała korzystać z jego miseczki i nawet spać w jego łóżeczku. No dobra, bez takich - Sauriel by nie pozwolił na to, żeby spała z nim kobieta w łóżku. Nie zrozumcie mnie źle! Nie gardził kobietami, wręcz przeciwnie, ale w obecnym wyobrażeniu nie było to komfortowe dla żadnej ze stron. Wręcz przeciwnie. Było wręcz odstręczające. Jakby nie patrzeć - przyszłoby ci spać z trupem. Mógł nie śmierdzieć trupem, mógł się nie rozkładać i mógł być trochę bardziej ludzki niż inne wampiry, ale to nadal był wampir. Wampiry zaś nie na darmo były wpisane jako “niebezpieczne” i nie na darmo Ministerstwo miało swój odrębny oddział, by się z nimi porozumiewać, wypracowywać ugody i ewentualnie - pozbywać się tych najbardziej niebezpiecznych. Ta kobieta oparła się o ścianę przy wejściu. A skoro nic nie mówiła, oparła się - i po prostu stała, to czarnowłosy opuścił z niej wzrok. Grał dalej. I jak chyba każdy artysta, który ma w ręku swój instrument, miał przy tym skupioną minę. Lekko się poruszał w rytm melodii w przód. Nogą opartą o ziemię jakby wystukiwał rytmikę - ale nie uderzał podeszwą buta, by było te uderzenia słychać. To były machinalne odruchy. Nawet jeśli czar prysł i piękno wizji poranka przetraconego na niczym prysło, bo pojawił się element kompletnie w jego życiu zbędny, którego imię zaczynało się na “V” i kończyło na “ictoria” to i tak zamierzał utwór dokończyć. Bardzo swobodną aranżację tego utworu, którego nie dało się uzyskać na gitarze akustycznej. Dlatego włożył naprawdę dużo pracy w to, by brzmiał równie pięknie (i smutno) co w oryginale.
Ale utwór nie trwał długo. I po minucie rzeczywiście zagościła cisza. Cisza, którą przerwała Victoria.
Sauriel odłożył gitarę powoli na bok, rozłożył ramiona na sofie i wrzucił na stolik drugi but, krzyżując ze swoim gościem spojrzenia. Nawet nie zaproponował jej, żeby usiadła. W zasadzie znów jego spojrzenie podobne było do tego, którym obdarzał ją w Ministerstwie. Podobne - ale nie takie samo. Bo było w nim mniej nienawiści, ale było intensywne. Bo pobudzone. Bo krążyła w jego żyłach nowa dawka energii, a on się zastanawiał, jak to będzie - mieć zawsze pod ręką smaczną i zdrową przekąskę. Mniam.
- Skoro musimy pogadać to rozgość się. - Naprawdę włożył DUŻO wysiłku w to, żeby jego “musimy pogadać” nie obciekało cynizmem. Czy mu się udało - tego nie był pewien. Przechylił głowę na bok i gestem ręki wskazał sofę. No jak usiądzie na fotelu to się prawdziwa tragedia stanie, nie? Otóż nie. - Herbaty? - Brzmiało to kompletnie absurdalnie w jego własnych uszach. Tyle sobie przemawiał do łba, że przecież nie ma sensu się tyle złościć, że może trzeba się dogadać. A teraz się pojawiła. I gula mu znowu w gardle stawała i znów był wkurwiony, a w tym wszystkim starał się wcale takim nie być i odnosić się do kobiety jak najmilej tylko potrafił. Bo został do tego zmuszony, co tylko podkręcało jego wkurwienie. Zamknięte koło. Ściągnął buty ze stolika, na tyle się reflektując. - Jeżeli potrzebujesz pomocy to wybacz, ale jestem dzisiaj niedysponowany. - Ona też, swoją drogą, na niedysponowaną wyglądała. A wcale nie była trupem.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 31.12.2022

Bardzo powoli docierały do niej konsekwencje decyzji, jakie podjęli jej rodzice. Oboje? Czy tylko jej matka? Tego nie wiedziała, ale aż trudno było zrozumieć co skłoniło ich (bądź ją) do tego, by wybrać dla swojej córki takie życie. Po co była ta ambicja, ta perfekcja, skoro jednym ruchem pozbawili ją perspektywy rodziny? Przecież wampiry były trupami, jak ładnie tego nie nazwać, takie były fakty, więc jak tu z tego dzieci? Albo chociaż jedno? Po co ta cała czystość krwi, skoro do absolutnie niczego nie prowadziła? Jak miała tak prowadzić życie? Dzieci to jedno, a inne aspekty życia małżeńskiego…? Czy może raczej jej rodzice uznali, że skoro została aurorem, to nie pożyje zbyt długo, więc po co ma osierocić dzieci. Nie mogła, nie potrafiła zrozumieć tego, w jakiej rzeczywistości i jakiej perspektywie był to dobry pomysł – zwłaszcza siedząc na miejscu rodzica.
Nie, nie udało mu się. Cynizm, jak jad, wylewał się z jego ust, a Victoria pomyślała sobie, że oto wrócili do punktu wyjścia. I kto by pomyślał, że wampiry są takie jadowite…? To były właśnie myśli, które przebiegały jej przez głowę, kiedy z westchnieniem zbliżyła się jednak i usiadła tam gdzie jej wskazał miejsce.
- Nie trzeba – w jej uszach też brzmiało to absurdalnie, to na pewno. Zresztą ile można było tej herbaty… Podobno jeśli ci źle to trzeba się jej napić, ale Victorii było źle, wypiła już dwie i nic to nie zmieniło.
- Nie, nie potrzebuję. Odesłali mnie zresztą z pracy do domu, pewnie sam widzisz dlaczego – odpowiedziała mu z westchnieniem i zapatrzyła się na jeden z wiszących na ścianie “obrazów”. Tak, była niedysponowana i nie przyszła tu gadać o pracy, ani o tym, co wczoraj robili. No… Nie bezpośrednio. - A przynajmniej nie takiej pomocy o jakiej myślisz – dodała po chwili i skrzywiła się sama do siebie. Nie mogła się zdecydować, podejść do tematu delikatnie, czy raczej nie owijać w bawełnę. Przez moment milczała, mieląc w głowie dwie możliwości, nie zwracając większej uwagi na jego ponowną opryskliwość, a w końcu zadecydowała, że jest już zmęczona tą zabawą w kotka i myszkę. NIe, że z nim. Że w ogóle – głównie przez rodziców. - Jesteś wampirem, prawda? – wypaliła w końcu i dopiero teraz przeniosła na niego swoje spojrzenie.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 31.12.2022

Jak mogli jej to zrobić - tego Sauriel nie wiedział. Nie rozumiał - tak samo jak ona nie rozumiała. Bo on też stawiał się w roli rodzica, któremu przyszło zadecydować o przyszłości swojej córki. I czystość krwi jak cię mogę. Wampiry, wilkołaki, czy wszystkie inne nadnaturalne stworzenia - tu nie było mowy o “czystości krwi”. Tak, ta jego była czysta, czego bardziej się wstydził niż był z tego dumny. Ale teraz już nie płynęła w nim żadna krew i to wcale nie sprawiało, że było mu lepiej. Wręcz przeciwnie - było tylko gorzej. Nawet Czarny Pan, z którym przynajmniej jeden z wampirów chciał się układać, miał przecież takie stworzenia za obrzydliwe. Jeśli zniszczy mugolów, potem zacznie niszczyć takie abominacje. Czy ktokolwiek o tym pomyślał? Mieli tutaj jednak taką właśnie słodką sytuację, pełną niezrozumienia, jak ta wątpliwość, by układać się z kimś, kto cię i tak zdradzi. Zastanawiając się nad tym Sauriel dotarł tylko do jednego wniosku - musieli dostać coś, co warte było sprzedania córki. Ciekawe, czy zastanawiali się oni nad tym, że mimo wszystko mogła nie być bezpieczna w takim domu węży? A może Eryk powiedział im, że ich syn i tak długo nie pożyje, więc niech skorzystają z tego, co mają? Myślał o różnych odpowiedziach. I co jedna - to gorsza.
- Mmm. - Potwierdził pomrukiem, ale ściągnął z niej spojrzenie i przeniósł je na miękką i gładką skórę, na której siedział, by przesunąć po niej dłonią, wyczuć jej materiał. Głównie po to, żeby nie patrzeć na nią jak na deser, który przyszedł do zjedzenia po głównym daniu. - Bezsenność cię dopadła. - Najwyraźniej kilka drinków to wciąż za mało, żeby ululać kobietę do snu. Albo miała też niefortunny poranek z wczesnym budzeniem, żeby wyrzygać to, co wczoraj jej żołądek przyjął. Mogła też mieć kaca. Oby tylko nie wszystko na raz - ciężko byłoby to przetrwać. - W czym ci mogę pomóc. - Nawet zabrzmiał dość uprzejmie, kiedy złożył ze sobą dłonie i oparł łokcie na udach, żeby znów skupić na niej uwagę. Nie przeszkadzał mu ten moment, w którym jakby się wahała, czy poprosić, powiedzieć, czy… po cokolwiek tutaj przyszła i z jakiegokolwiek powodu zawracała mu dupę.
I padło magiczne pytanie. Nie powinien być zdziwiony. A jednak trochę zdziwienie było po nim widać. Szybko opadło.
- Łoooh… - Jednak rozsiadł się z powrotem. Miał na ustach kilka kąśliwych tekścików, które jego zdaniem były całkiem zabawne, ale się w ten jęzor ugryzł. - Jestem. - Odpowiedział tak po prostu. Bez jakiegoś wahania, wstydu, czy cokolwiek można by tu było wstawić. - I tak samo jak jestem wampirem, tak samo jestem zdziwiony, że rodzina nie powiedziała ci wcześniej. - Mógł powiedzieć? No mógł sam ją uświadomić. Ale prawdę mówiąc nawet jak na poziom jego negatywnych emocji to nie było na to miejsca. A zanim te emocje były i kiedy trochę jej współczuł to nie wiedział, jak to powiedzieć. Problem się zaskakująco szybko rozwiązał. - Powiedzieli ci czy się domyśliłaś. - Tak, to było pytanie, ale brzmiało raczej jak stwierdzenie położone na drugi człon. Że się domyśliła jednak. Nawet go to zaciekawiło. W ogóle - zainteresowało go to, że przyszła do niego z tym pytaniem.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 31.12.2022

A do kogo innego miała z tym przyjść? Do rodziców, którzy uznali, że nic jej nie powiedzą? Nie wierzyła w to, że nie wiedzieli. W nic już chyba nie wierzyła. I co, wciskaliby jej kit, że sobie coś ubzdurała. Ale nie ubzdurała, miała oczy, miała rozum. I najwyraźniej na swoich rodzicach w tej kwestii nie miała co polegać. To uświadomienie przychodziło falami, jakby oblewano ją co raz kubłami zimnej wody.
I ani trochę te wnioski się jej nie podobały.
- Też. A i tak przespałam więcej niż zazwyczaj – potwierdziła mu, tylko co to za jakość snu? Żadna. Lepsze jednak to, niż całkowita bezsenność. Miała też kaca, to był fakt. Na szczęście obyło się bez rzygania jak kot po zjedzeniu trawy.
W czym mógł jej pomóc…? Cóż. To się okazało bardzo szybko. Nie czekała z tym na rodziców, bo gówno by się dowiedziała, ot co. Uznała za to, że skoro Sauriel nosi przed sobą chamstwo niczym szczerość, to po prostu powie jej jak jest, a nie będzie udawać, że nie wie o czym w ogóle mówi. Bo zakładała, że jej matka odegrałaby właśnie taką scenkę. Choć teraz nie była już do końca pewna niczego co związane z jej własną rodziną. Ba – zaczynała myśleć, że skoro tutaj układ narzeczeński przyszedł tak szybciutko, to może jej poprzedni narzeczony wcale nie zginął przypadkiem. I bardzo jej się nie podobało, w jakim kierunku jej myśli w ogóle wędrowały.
- Sama się domyśliłam – odparła i westchnęła, widząc, że jego krótkie zdziwienie ustąpiło po prostu jasnej odpowiedzi. Bęz kręcenia, bez cudowania, bez wymigiwania się, bez piłowania sobie… kłów. - Moja rodzina ostatnimi czasy nabrała brzydkiego zwyczaju informowania mnie o wszystkim, co bezpośrednio dotyczy mnie, na ostatnią chwilę albo wcale, więc nie. Nikt się nawet nie zająknął – to tak żeby i Sauriel nie miał złudzeń, ani nie zastanawiał, czy jednak coś im się wyrwało. No więc nie wyrwało się. - I nie jestem tak naiwna, żeby wierzyć, że nie wiedzą – tu już uśmiechnęła się kpiąco, ale bardziej dlatego, że sytuacja, w której się znalazła, była krótko mówiąc chujowa, a nie dlatego, że kpiła sobie z Rookwooda.
Dlatego przyszła tutaj.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 01.01.2023

Mogli sobie tak… pogawędzić. Small talk. Dobrze spałaś? Nie, niekoniecznie. A ty? A całkiem dobrze, dziękuję. Co dalej? Herbata była. To teraz co jadłaś na śniadanie? A, pewnie nic, albo coś lekkiego. No tak, tak, a ty? Nie do końca było to jednak w planie. Żadnego z nich to nie interesowało, chociaż Sauriel naprawdę starałby się dotrzymać jej kroku, cokolwiek by nie wymyśliła. Nie chciał jej znowu rozzłościć - nie dlatego, że się o nią troszczył. Troszczył się w tym wypadku tylko o siebie. Gdzieś po kątach jego głowy chodziła myśl, że może gdyby ją wystarczająco przycisnął to by odpuściła. Poddałaby się i naprawdę poszłaby do rodziców z prośbą o rozwód. Teraz ta myśl została rozdeptana. Okazała się małym pająkiem, który po sobie zostawił tylko pajęczyny - mętne wspomnienie swej bytności. Bo skoro przychodziła do niego z takim pytaniem to wątpliwe, żeby tak mocno wpływało to na jej pogląd. Tak? Albo się mylił. Nie wiedział, czego się po niej spodziewać. Pozostawało to odkryć.
Dobrze myślała - Sauriel był bardzo wprost człowiekiem. Proste pytanie - prosta odpowiedź.
I tak słuchał jej i w zasadzie przypomniał sobie to, co czuł na początku. Że jej zwyczajnie współczuł. Niedoinformowanej kobiecie, która została pchnięta jako rasowa klacz w ręce nabywców. Nie wiedział nawet, co właściwie mógłby jej powiedzieć czy jak to wszystko skomentować. Że to popierdolone? No tak - było popierdolone. Nie trzeba było o tym mówić, bo to wiedzieli. Tak jak powiedziała wczoraj, tak dzisiaj się potwierdzało, że Victoria Diabła się nie bała, skoro przyszła tu z takim pytaniem, sama… z drugiej strony nie dał jej do tej pory powodów do obaw. Wczorajsza noc była cała jego - gdyby chciał jej wyrządzić krzywdę. Podparł głowę na pięści, z ręką opartą na wezgłowiu sofy, kiedy przypatrywał się kobiecie i zastanawiał nad tym gównem.
- Nie boisz się. - Tego też nie musiał mówić na głos, bo to przecież widzieli. Instynkt ludzki nakazywał się bać. Bo głowa podsuwała różne pomysły. Bo odruchy nie były łatwe do zatrzymania. A instynkt nakazywał bronić swojego życia przy drapieżniku. Ale jej instynkt szwankował, bo stawiała logikę na pierwszym miejscu. - To dobrze. - Będzie tak łatwiej. Tak jak każda istota miała zaprogramowany program przetrwania, tak drapieżniki miały swój. Między innymi reagowanie na strach. Kiedy pojawił się strach u ofiary, pojawiała się ekscytacja u drapieżnika. Witamy w wielkim Kręgu Życia. - [/b]Co mogę powiedzieć, chujowo, że ci nie powiedzieli. I że cię wepchnęli w tę sytuację. Widzę, że masz o to do nich żal.[/b] - I widział, że ją też to drażniło. Tylko… w czym nadal miał jej pomóc? - Jeśli jednak chcesz, żebym pomógł zerwać to małżeństwo to nic z tego. - Bo to pierwsze o czym pomyślał apropo “pomocy”. Tymczasem pomocą było samo rozjaśnienie niepewności. Wyjawienie prawdy.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 01.01.2023

Nie przyszła tutaj na tą pogawędkę, a przynajmniej nie taki w ogóle był cel jej wizyty. I całe szczęście ani jedno ani drugie za bardzo nie podjęło tematu, pozwalając gdzieś temu przejść obok, bo mieli na tapecie o wiele ważniejsze sprawy niż jakieś tam niewyspanie. Albo przynajmniej – ona miała i bezpośrednio i żywo dotykały one Sauriela. Zresztą.. ożywił się jak się temat zaczął (Merlinie, teraz te wszystkie wzmianki o życiu nabrały zupełnie innego znaczenia).
Ponownie westchnęła i przeniosła spojrzenie z Sauriela na to pomieszczenie, w którym siedzieli. On przyglądał jej się leniwie, a ona temu, jak żył i mieszkał.
- Człowiek boi się tylko tego, czego nie rozumie – na przykład nie rozumie dlaczego pająki są tak brzydkie. Albo kiedy błyskawica może go trafić i co mu zrobić. A ona wiedziała czym są wampiry, skąd są, co robią i jak. I kiedy. I przede wszystkim – dlaczego. Gdyby miał wobec niej złe zamiary… ale tego nie trzeba było szukać wśród wampirów, wystarczył przecież po prostu czarodziej, który robił okropne rzeczy innym. WIęc nie – nie bała się. Może powinna, ale się nie bała. Nie to, by dobrze się tutaj czuła, bo wolałaby być gdzie indziej i w ogóle inaczej; nie czuć gęsiej skórki dlatego, że było tutaj tak przeraźliwie zimno. - Kto by nie miał… – wyrzuciła z siebie i znowu przeniosła spojrzenie na Rookwooda. - Nie po to tu przyszłam – nie po to, żeby go prosić o pomoc z tym. Ale.. - A właściwie to czemu nie? Nie chcesz tego tak samo bardzo jak i ja – to nie było pytanie, a ledwie stwierdzenie. Teraz pytała jednak tylko z ciekawości.


RE: [11 lutego 1972] Prawda | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 01.01.2023

To prawda i nieprawda, bo nawet kiedy coś rozumiałeś - nadal się tego bałeś. W zasadzie to zazwyczaj niewiedza strachu oszczędzała. Tylko czy chciał się w nią wdawać teraz w filozoficzną dysputę na ten temat? Chyba niekoniecznie. Miał niemal syndrom klasycznego poety romantyzmu, czyli nikt mnie nie rozumie, więc po tych kilku próbach swoje wiersze zostawię w szufladce, na zaplamionym od łez papierze. Mówiąc o tym prześmiewczo, rzecz jasna. Inny temat był teraz istotniejszy. I faktycznie, “ożywiło” go to, bo było ciekawe. Jawiło się w jego głowie niemal jako psota, ale tylko niemal - bo było zaraz obok tego, że to było po prostu chujowe. Jego doza współczucia była natomiast ograniczona. I to nie tak, że teraz było mu jej żal. Nie było. Myślał po prostu kategoriami, że na to nie zasłużyła. Nawet jeśli jej nie znał, to nie wydawała się złą osobą. W zasadzie… wręcz przeciwnie.
- Nie zgodzę się, ale takie moje prawo. - Do niezgadzania się. Czasami. Nie ze wszystkimi. Z nią mógł się nie zgadzać. Przynajmniej na razie. Dopóki to niezgadzanie się nie przeszkadzało w całym tym precedensie małżeńskim. - A skąd ty możesz wiedzieć, czego ja bardzo nie chcę, a czego nie chcę tylko trochę. - Nie chciał tak bardzo jak ona? Nie wiedział, jak bardzo ona nie chciała. W zasadzie to wydawało mu się, że nie chciała bardziej niż on. Co do jednego się zgadzali - nie mieli na to wpływu, a skoro już pływać musieli, to pozostało sunąć z prądem. Okej, tutaj jeden punkt jej przewagi, skoro nie o to chciała prosić. I całe szczęście. To byłoby BARDZO niekomfortowe. Samo pytanie było. Tak jak luzował wcześniej krawat, tak teraz złapał za koszulę i odciągnął ją od szyi, bo nagle przeszkadzała. - Sama już odpowiadałaś, dlaczego. - Bo rodzina, bo bla bla bla. - Myślisz, że skoro po proteście twojej matki chodzę jak w zegarku to nagle zbiorę się nagle na wielkie protesty? Nie. Nie zbiorę. - Gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości ku temu, to postanowił je rozwiać.