Secrets of London
[grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles (/showthread.php?tid=715)

Strony: 1 2


[grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Julien Fitzpatrick - 05.01.2023

Gdzieniegdzie zalegające zaspy śniegu sprawiały, że ciemne uliczki Londynu wydawały się w nocnej porze bardziej przyjazne, mimo czających się, ostatnimi czasy, niebezpieczeństw wypełzających z każdego, ciemniejszego zaułka. Ozdobione świątecznymi lampionami latarnie i budynki przyprawiały o wrażenie, jak wszystkie gromadzące się w ostatnim miesiącu nieszczęścia były za gruba ścianą i nie mogły ich dotknąć. Niebo, mimo dobiegającej z nieopodal znajdującego się pubu świątecznej muzyce, było przysłonięte ciemnymi chmurami, żadna z gwiazd nie mrugała do przechadzających się pustą ulicą dwójki młodych ludzi.
Niewielka ilość kremowego piwa sprawiła, że nie potrzebował szczelnie zawinąć się szalikiem. Temperatura była na minusie, ale dla młodego, zahartowanego organizmu nie wydawała się problemem, zwłaszcza, gdy towarzystwo było wyborowe, a żarty rozgrzewały policzki, na których szybko pojawiały się wypieki. Fineas przesiadywał ostatnio w rodowej rezydencji niesamowicie często, prawdopodobnie dlatego, że zbliżało się Yule, a przynajmniej tak Charlie sobie wmawiał odganiając wszystkie inne fakty i myśli z tym związane. Teraz liczył się Cameron, jego grudniowa przerwa od nauki i fakt, że mieli wolne mieszkanie w Londynie, w którym mogli kontynuować swoje zaczęte w lokalu libacje. Zazwyczaj chodzili we trójkę - on, Heather i Cameron - ale zdarzały się momenty, że jednego z nich brakowało, jak tego wieczora.
- Nie mam bladego pojęcia, Cam co bym zrobił jakbym wciąż miał zielarstwo na siódmym roku, chyba bym nie zdał albo zaczął hodować coś, co byłoby tak odurzające, że sprawiłoby, iż moja podświadomość wzięłaby kontrolę nad całym mną, podziwiam cię - wyznał, niesamowicie zadowolony o swoim żarcie na temat hodowania roślinek, bo przecież skręty też im się zdarzało palić. Może nie dzisiaj, a przynajmniej jeszcze nie. Co prawda nie życzył Lupinowi, aby ten zjarał się przed jakimś egzaminem, ale jeżeli miało mu to pomóc osiągnąć wyższe wyniki... to czemu nie?
Z szampańskiego nastroju wyrwał go stłumiony krzyk dochodzący z alejki zaraz obok nich. Zatrzymał się, mrużąc oczy, jakby przyzwyczajony do tego, że w swojej 'zwierzęcej' formie posiada wzrok o stokroć lepszą od tego ludzkiego.
- Shh, shh. Ktoś tam jest. - uciszył przyjaciela automatycznie, a serce podskoczyło mu do gardła. W ostatnich czasach włóczenie się o tych porach było bardzo nierozważne, w pracy miał tyle zgłoszeń, że nie wyrabiali, bo nie mieli wystarczającej ilości osób, aby wszystko to na raz ogarnąć. Wyciągnął różdżkę, bo dostrzegł w uliczce szamoczące się postacie, nie był jeszcze pewien kto się szamocze ani po co, mogli to równie dobrze być po prostu jacyś kompletnie nieskodzliwi, pijani typkowie. Byli wciąż w magicznym Londynie, więc zaklęcia mogły pójść w ruch.
Rookwood bez dłuższego zastanowienia podszedł bliżej, korzystając z faktu, że ani jedna z postaci ich nie dostrzegła. Chciał zbadać o co chodziło, czuł, ze musi, zwłaszcza po tych tragediach, które widział w pracy, po tych wszystkich mugolach, którzy mogli zapomnieć - on pamiętał, tak samo jak wszyscy inni, którzy musieli 'sprzątać' po zamieszkach.
Przełknął ślinę, bo w momencie jak zauważył znajoma maskę postaci było już za późno. Co jeżeli to Fineas? Albo Sauriel? przeszło mu przez myśl, ale nie to się teraz liczyło. Śmierciozerca mierzył różdżką w drobną blondynkę, która swoją zgubiła gdzieś w śniegu.
- Ty łap dziewczynę i uciekajcie, ja się zajmę typem. - szepnął do Camerona i nawet jakby chciał się teraz wycofać, to nie mógłby tego zrobić, bo twarz napastnika odwróciła się w ich stronę.
- Flipendo! - krzyknął bez zastanowienia, używając zaklęcia, które zawsze najlepiej mu wychodziło w takich momentach. Być może udawało mu się nim odepchnąć i oszołomić przeciwnika, ale nie na długo, zwłaszcza jeżeli ten miał używać zaklęć czarnomagicznych. Nie chciał też faktycznie krzywdzić zamaskowanej postaci mając w głowie, że może być to ktoś z jego rodziny, ale za plecami miał Camerona, a przed sobą bezbronną dziewczynę bez różdżki, już prawdopodobnie potraktowanej jakimiś zaklęciami, wnioskując z jej stanu.


RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Cameron Lupin - 06.01.2023

Grudzień zdecydowanie był miesiącem, na który Cameron czekał z niecierpliwością przez ostatnie tygodnie spędzone w Hogwarcie. Wprawdzie dalej miał u swego boku znajomych i przyjaciół z roku, jednak nie było to samo, co posiadanie pod ręką Heather i Charliego. Z początku wydawało mu się, że rok szkolny minie szybko, jednak gdy tylko zaczęło robić się chłodniej, a drzewa zaczęły zmieniać kolor swych liście na żółte, czerwony czy brązowe, poczuł, że czas zaczął mu się niemiłosiernie dłużyć. A to wywoływało w nim niemałą frustrację. Wymiana listów i nieliczne spotkania w Hogsmeade nie były w stanie zastąpić niemalże codziennego kontaktu, do jakiego przywykł przez całe lata nauki w szkole.

Z tego właśnie powodu zamierzał odbić sobie brak kontaktu zresztą legendarnego trio podczas przerwy świątecznej, nawet jeśli robił to kosztem pomocy w przygotowaniach do świątecznego obiadu czy kolacji. Dom rodzinny był na szczęście pełny jego uzdolnionego rodzeństwa, więc kto wie, może nawet nie zauważyli zniknięcia najmłodszego dziecka w rodzinie? Szkoda, że Rudą gdzieś wcięło, pomyślał nieco smutny. Nie chciał narzekać, ale łaknął kontaktu z resztą grupy. Dobrze, że chociaż na Charliego nie mógł narzekać, gdyż ten najwidoczniej postanowił zapewnić mu rozrywkę za dwie lub nawet trzy osoby.

Nie pierdziel. Wiadomo, co byś zrobił — skomentował z uśmiechem na ustach, starając się zrównać tempo chodzenia z drugim chłopakiem. Poczekał, aż ten spojrzy na niego pytająco i dopiero wtedy kontynuował: — Włamałbyś się do opuszczonej cieplarni i tam razem z Heather urządzilibyśmy sobie kółko naukowe. Podawalibyśmy sobie fajkę pokoju, żeby uciszyć to echo, które odbija się w naszych pustych głowach, a potem dokonalibyśmy przełomowego odkrycia naukowego.

O którym zapomnielibyśmy po przebudzeniu z drzemki po paleniu, dorzucił bezgłośnie, starając się nie wywrócić na poślizgnąć na resztkach śniegu z lodem zalegającego na chodniku. Pokręcił sztywno głową i już miał coś dodać, gdy nagle w okolicy rozszedł się czyjś przytłumiony krzyk. Cameron rozejrzał się na prawo i lewo, zakładając, że dźwięk wydobywał się z któregoś z lokali, które mijali, jednak szybko zdał sobie sprawę, że był w błędzie. Słowa Charliego tylko to potwierdziły.

Mhmm — mruknął potwierdzający, nie odzywając się zgodnie z poleceniem przyjaciela.

Trzymał się nieco z tyłu, jednak przesuwał się stopniowo do przodu, krok za krokiem, żeby przypadkiem nie narobić hałasu i nie ściągnąć na nich niepotrzebnej uwagi. Po chwili dostrzegł w zaułku zamaskowaną postać i aż zamarł, zaciskając nieświadomie ręce w pięści. Nawet do Hogwartu dotarły wieści o manifeście Czarnego Pana oraz działaniach jego zwolenników, które niosły się echem po szkolnych korytarzach, gdy tylko informacje o nich pojawiały się w najnowszym wydaniu Proroka Codziennego. Nagle, widząc jeden z tych ataków na własne oczy, zdał sobie sprawę, jak wielkie bezpieczeństwo zapewniał swoim wychowankom Hogwart na co dzień.

U-uważaj n-n-na siebie — rzucił przyciszonym tonem. Nie sądził, że podczas niewinnego wypadu do baru, trafią w sam środek czegoś takiego. Rozejrzał się na boki, jakby oczekiwał, że z bocznych budynków ktoś się wychyli i poinformuje zbira, że aurorzy są już w drodze. Tak się jednak nie stało.

Gdy tylko Rookwood zaczął machać w powietrzu różdżką, Cameron rzucił się biegiem do blondynki. Na szczęście miał jeszcze na tyle pomyślunku, aby nie biec na linii strzału przyjaciela, co by nie oberwać zaklęciem. Mimo to strużka kolorowego światła, przemknęła obok niego, rozświetlając ulicę i sprawiając, że Lupin zobaczył mroczki przed oczami. Zignorował je jednak i dopadł do dziewczyny.

D-d-dawaj rękę! — krzyknął do niej rozdygotanym tonem, zaciskając palce na jej przedramieniu, chcąc ją poderwać z ziemi na obie nogi.

Przede wszystkim musieli się wycofać do tyłu i tak też postąpił Cameron. Omiótł szybkim wzrokiem twarz ofiary ataku, a potem zerknął na Śmierciożercę. Flipendo zadziałało bezbłędnie, odrzucając przeciwnika w bok, ale czy to wystarczy? Zaklęcie odpychające było jednym z najbardziej podstawowych czarów, a w starciu z czarnoksiężnikiem tudzież wyznawcą takowego, mogło nie zdać się na zbyt wiele.

T-t-trzeba spierdalać! T-teleportacja? — zawołał do Charlesa, gdy znaleźli się obok niego. Tylko on znał się na teleportacji łącznej, a w tej chwili chyba tego właśnie potrzebowali, o ile nie zamierzali stoczyć walki z tym radykałem. Gdzie mieliby uciec? Jak najdalej stąd, choćby i prosto do sypialni Rudej.

Poklepał się po kieszeni. Może nie miał najlepszego refleksu i pojedynkowicz z niego był żaden, ale powinien być w stanie wyczarować przynajmniej zaklęcie tarczy. Teraz nie chodziło jednak o uzyskanie statutu lokalnego bohatera, a wyniesienie się stąd, kurwa, jak najszybciej!




RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Julien Fitzpatrick - 08.01.2023

Chętnie odpowiedziałby na spekulacje Camerona, być może nawet je rozwinął, ale stłumiony krzyk dochodzący z pobliskiej alejki pokrzyżował ich plany, sprawił, ze miny zrzedły, a włoski na karku zjeżyły się i to wcale nie z powodu panującego na zewnątrz zimna. Charles nie chciał narażać młodszego przyjaciela na takie niebezpieczeństwa, ale wiedział, że nie potrafiłby sobie wybaczyć, gdyby zostawił tę dziewczynę na pastwę śmierciożercy. Miał wrażenie, że Cameron czułby się podobnie, a fakt, ze tak zwinnie wykonał wykrzyknięte polecenie sprawił, że Charles poczuł coś pomiędzy dumą, a niesamowitym rozczuleniem się. Nie było jednak czasu na uczucia i przemyślenia - był na adrenalinę i rzucenie zaklęć.
- Szybka reakcja - pochwalił Lupina i jego wyczarowaną tarczę, od której odbiło się, wnioskując po stanie budynku, w jaki trafiła struga światła, zaklęcie niewybaczalne. Serce podeszło mu do gardła, nie chciał nawet myśleć o tym, co by się stało gdyby zaklęcie tarczy nie zadziałało. Jeżeli trzeba by było, to ochroniłby Camerona swoim własnym ciałem, uznając, że sam wyliże się z czegokolwiek. Z resztą, Lupin miał w społeczeństwie o wiele ważniejszą rolę ze swoimi zainteresowaniami i tym, w czym był dobry. Uzdrowicieli czy twórców przeróżnych leków nigdy za dużo. Siebie Charlie nie traktował aż tak poważnie, co być może, było błędem, ale nigdy nie potrafił tego zmienić.
- Drętwota! - usłyszał nagle, zanim zdążył dobiec bliżej i złapać nieznajomą jak i Camerona w uścisku, aby teleportować się z miejsca zdarzenia. Drobna blondynka potraktowała Śmierciożerce zaklęciem, ten chyba był jeszcze zbyt oszołomiony wypaloną przez zaklęcie niewybaczalne dziurą w budynku, aby jakkolwiek zareagować, więc padł na śnieg.
Rookwood zamrugał w podziwie, ale nie miał zamiaru zwlekać. Nie mieli gwarancji, że napastnik był sam. Wziął różdżkę w zęby i złapał swoich towarzyszy w mocnym uścisku, aby zaraz poddać się charakterystycznemu uczuciu teleportacji. Wypite wcześniej piwo nie było wlane w organizm w tak dużej ilości, aby ingerować w to, w jaki sposób chłopak poczuł się po przeniesieniu ich z jednego miejsca na drugie. Przeszedł go dreszcz i pierwsze pare kroków, jakie postawił w mieszkaniu Fineasa było raczej chwiejnych, ale liczyło się to, że byli bezpieczni.
Odetchnął z ulgą wyciągając różdżkę z ust i zapalając światło.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni - zapewnił, chociaż nie miał wcale aż takiej pewności. Jego brata nie było w mieszkaniu, miał nie wracać do jutra, a na same drzwi i okna rzucone były zaklęcia ochronne, bo w ostatnich tygodniach nie można było sobie tego odpuścić. Charlie spojrzał na dziewczynę, która bez ceregieli opadła na pobliskie krzesło, wyglądała na wyczerpaną, nie miała nawet kurtki, na jej skroni było przetarcie, miała na twarzy zaschniętą krew, a kolana spodni były przetarte. Charles spojrzał na Camerona znacząco.
- Przepraszam, nie... nie wiem, właściwie. - mruknął. Nie chciał zabrzmieć jak debil, nie wiedział co się mówi w takich sytuacjach. 'Mieliśmy spędzić miły wieczór' nie wypadało, bo to by znaczyło, że żałuje uratowania ich, być może, nowej znajomej.
- Chyba trzeba się nią zająć, możesz poćwiczyć przed egzaminami - bąknął tylko, sam był w szoku, serce biło mu jak oszalałe, przymknął na chwilę oczy.
- 'Ona' ma imię. Christie. I radzi sobie dobrze, ale dziękuje wam za pomoc. - dziewczyna mimo swojego stanu wciąż była w stanie być odrobinę sarkastyczna, zmarszczyła też brwi, ale skrzywiła się nieznacznie, gdy rana na skroni zapiekła.
Mieszkanie nie było duże, składało się z salonu, niewielkiej kuchni, holu i dwóch sypialni. Wyglądało na zadbane, ale też nie nazbyt pedantycznie wysprzątane. Na stole stały kubki i poskładane w kupkę talerze, też pare książek i notatników. Kanapę zamiast koców zdobiły ubrania, nawet majtki - i to kobiece -, którymi Charlie nie przejął się w tym akurat momencie, bo miał przecież inne zmartwienia.
- Miło mi, cieszę się, że nasz ratunek Ci zaimponował. Charles, to jest Cameron. - wskazał brodą na przyjaciela - Dasz radę ją wyleczyć? Czy chcesz usiąść? Mogę zrobić herbaty. - zaproponował, bo niezbyt już w tym momencie był pomocny, nie był uzdrowicielem.
- Wiem kim jesteście, chodziliśmy razem do szkoły. - dziewczyna, która chwilę temu przedstawiła się jako 'Christie' spiorunowała ich spojrzeniem, ale Charles nawet jej się nie dziwił, jeżeli faktycznie znała go ze szkoły to też musiała słyszeć dużo plotek na jego, może Camerona też i Heather, temat i to niepochlebnych. Szok jakim był dla niej atak śmierciożercy na pewno nie polepszał sytuacji, więc Rookwood wydawał się bardziej wyrozumiały niż zazwyczaj. Przyglądał się też Camerowoni, położył mu nawet rękę na ramieniu, ponownie, tylko tym razem nie ścisnął jak przy teleportacji, jakby ten potrzebował wsparcia. Wiedział, że ludzie różnie reagują na stresujące sytuacje, zwłaszcza takie, w których zagrożenie jest mordercze, ma dwie nogi i maskę Śmierciożercy.


RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Cameron Lupin - 09.01.2023

D-dzięki — rzucił w odpowiedzi na komplement ze strony Charlesa. Więcej nie potrafił w tej chwili z siebie wykrzesać. Dobrze, że nie miał wglądu do przemyśleń chłopaka, bo chyba by mu ukręcił ten durny łeb za sam pomysł, aby się poświęcać. Na chuja chyba upadł, żeby w ogóle myśleć o czymś takim.

Zanim rozpłynęli się w powietrzu, zarejestrował fakt, że uratowana przez nich dziewczyna zdołała jeszcze w odwecie zaatakować swojego oprawcę. Chyba wpadli na jakąś wojowniczkę, że w tym stanie zebrała się jeszcze na atak. W sumie to dobrze świadczyło o jej stanie zdrowia. Gdyby była mocniej pokiereszowana, to pewnie nie byłaby w stanie nawet wycelować różdżką w cel.

Kiedy magia translokacyjna wyrwała ich z ośnieżonego londyńskiego zaułka, Lupinowi zakręciło się w głowie i w pierwszej chwili pomyślał, że zaraz zwróci przekąski, którymi zajadał się jeszcze niedawno w barze. W nieoczekiwanym, jak na niego, akcie samokontroli, tak się jednak nie stało, a zamiast tego Cameron zaczął po prostu ciężko wzdychać, rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem po pogrążonym w jako takiej ciemności mieszkaniu.

Spojrzał na Rookwooda, pocierając jedną dłonią o drugą, nie odzywając się ani jednym słowem. Poza tym nie zareagował w żaden widoczny sposób na przeprosiny, wodząc bezwiednie wzrokiem po jego twarzy, jakby dalej układał sobie w głowie, co właściwie zaszło. Nagle pokiwał potakująco głową, jakby znaczenie słów przyjaciela dotarło do niego z opóźnieniem. Potem przeniósł wzrok na dziewczynę, bynajmniej nie po to, aby ocenić jej stan, a po to, żeby upewnić się, że faktycznie jest tu z nimi.

Na Merlina, przecież oni właśnie wzięli udziału w jakimś chorym pojedynku ulicznym, pomagając przy okazji ofierze napaści. O takich rzeczach się czyta, kurwa, w Proroku Codziennym albo opowiadaniach z Esów i Floresów, a nie przeżywa na żywo. Cameron zacisnął usta w wąską linię i zacisnął pięści, zdając sobie ze zdziwieniem sprawę z tego, że jego różdżka gdzieś zniknęła. Zlustrował spanikowanym wzrokiem podłogę. Jeszcze tego mu brakowało, żeby jego własność wpadła w ręce jakiegoś zjeba kryminalisty.

M-m-masz sz-sz-szczęście, C-charlie — wydukał Cameron, już na starcie myląc imię dziewczyny z imieniem najlepszego przyjaciela. Stres robił swoje, nawet jeśli byli względnie bezpieczni. Przykucnął, aby podnieść z dywanu swoją różdżkę, która najwyraźniej wypadła mu z rak po teleportacji. — Z-z-zdawałem w-większość p-przedmiotów z-związanych z-z leczeniem na S-SUMach.

Uśmiechnął się słabo, chociaż wcale nie było mu do śmiechu, toteż gest przypominał raczej grymas. Wątpił, aby to uspokoiło jego pacjentkę. Już chciał zacząć swoje czary, jednak zorientował się, że warunki dookoła raczej nie są ku temu najlepszego. Zanim więc przystąpił do oględzin obrażeń, poprosił Charlesa o zaciągnięcie zasłon i zapalenia jakiegoś światła, żeby wszystko było lepiej widać.

R-r-raczej d-dam radę t-to wyleczyć. A-albo zaleczyć — odezwał się po jakichś dwóch minutach, a w oczach błysnęły ogniki niezadowolenia, gdy znowu zaczął się jąkać. — J-jednak n-najlepiej będzie, jeśli p-później pójdziesz na b-badania do Munga. Taknawszelkiwypadek. P-p-powinnaś dostać m-mikstury z wyższej p-p-półki.

Przywykł do tego, że jeśli ktoś lądował pod jego opieką, to zazwyczaj chodziło o pobicie z innym uczniem, upadek z miotły lub niechęć przed szkolną pigułą. Udzielanie pomocy komuś, kto został napadnięty przez czarnoksiężnika, to było coś nowego. Mógł zaleczyć rozcięcia na skórze, siniaki czy ślady obić, jednak wolał nie eksperymentować na kimś kompletnie obcym. Nie mówiąc już o braku ewentualnego wsparcia.

D-daj t-t-też c-coś m-m-mocniejszego — rzucił do Charliego, wypuszczając głośno powietrze z ust, gdy poczuł jego dłoń na ramieniu.

O ile czegoś nie spierdolę, to jeden kieliszek nikomu nie zaszkodzi, pomyślał, biorąc jeszcze kilka głębszych oddechów. Przede wszystkim musiał się uspokoić. Może i na roku uchodził za jednego z bardziej doświadczonych uczniów z dziedziny magimedycyny, ale ekspertem od zaklęć to on nie był. Magia bezróżdżkowa była marzeniem ściętej głowy, a niewerbalna... Cóż, powiedzmy, że tego wolał nie próbować w obecnych okolicznościach. Musiał doprowadzić oddech do porządku.

Są g-g-gorsi ludzie, niż m-m-my — skomentował po chwili. Puścił mimo uszu wzmiankę o tym, że dziewczyna najwyraźniej kojarzyła ich z Hogwartu. Osobiście nie potrafił w tej chwili dopasować jej twarzy, do żadnego zdarzenia z przeszłości. Chociaż może to kwestia stanu, w jakim była ich koleżanka. Co się zaś tyczyło plotek... To był jej problem, nie ich. — M-mogłaś gorzej trafić. I ch-chyba trafiłaś. Zaatakował C-cię na ulicy, c-czy wywlókł skądś?

Przesuwał kciukiem po rączce różdżki, przysłuchując się ewentualnym tłumaczeniom dziewczyny, starając się uspokoić umysł. Nie chciał pogorszyć sprawy. To miało być spokojne wyjście do baru, zwieńczone wspólnym paleniem lub popijawą, a wyszła z tego jakaś jebana akcja ratunkowa w wykonaniu w dużej mierze nastolatków. Na Merlina, ja pierdolę, przeklął w myślach, przestępując z nogi na nogę.

Chrząknął w końcu znacząco.

Ekhm. J-jeśli... Jeśli jesteś gotowa, to możemy zaczynać — odezwał się, a jeśli otrzymał odpowiednie przyzwolenie, podszedł do Christie i zaczął machać nad nią różdżką, wypowiadając coraz to bardziej skomplikowane formułki, w jednych chwilach niemalże szepcząc, a w innych podnosząc niespodziewanie głos.




RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Julien Fitzpatrick - 10.01.2023

- Chyba Chirstie - poprawił go automatycznie - Chociaż ja tez mam szczęście, to prawda, typ mógł mnie trafić tym Crucio, gdyby nie twoja tarcza. - przyznał, bo w sumie nie był pewien, do czego, widocznie jeszcze skonfundowany i w szoki, Cameron pije tym stwierdzeniem.
Wypowiadając te słowa na głos uświadomił sobie, że faktycznie - miał okropnie dużo szczęścia. Co jakby Cameron nie użył takiego zaklęcia? Co jeżeli zaklęcie trafiło nie Charliego, a Krukona albo dopiero co uratowaną dziewczynę? Charles przymknął na chwilę oczy powstrzymując się od wybuchu, bo emocje kumulowały się w nim, z każda sekundą, coraz mocniej. Nie był pewien, czy wylałoby się to z niego płaczem czy krzykiem, ale nie chciał robić przedstawienia, więc milczał. Cała ich trójka przeżyła właśnie ten sam szok, odczuwała paraliżujący strach, po tym jak adrenalina przestał krążyć w żyłach i napędzać do kolejnych, brawurowych akcji.
Czuł się winny. Był przyzwyczajony, że sam rzuca się na ratunek innym, że bierze udział w bójkach, jak zawsze w szkole, ale nic z sytuacji, z której pare minut temu uciekli nie przypominało młodzieńczych igraszek, agresywnych podrygów w murach zamku. To, ze naraził siebie mu nie przeszkadzało, ale mógł dwa razy pomyśleć zanim wciągnął w to też Lupina, nie że obchodził się z nim jak z jajkiem, bo wiedział, ze chłopak ma swoje za uszami, ale... był na siebie po prostu zły, że nie pomyślał dwa razy, że był nierozważny, a powinien być tym starszym, odpowiedzialnym.
- Powinienem mieć jakieś eliksiry w szafkach, poszukam czegoś i ci pokaże - zwrócił się do Camerona. Może orłem w uzdrowicielstwie nie był, ale zdawał sobie sprawę, że czary działały jedynie doraźnie, a na faktyczne zagojenie się obrażeń potrzebne były specjalne specyfiki, nic dziwnego, że Lupin wspomniał o Mungu.
Ruszył w stronę niewielkiej kuchni, która od salonu odgrodzona była drzwiami dwuskrzydłowymi. Otworzył jedne z nich i nie zamknął za sobą, ale zniknął za 'winklem', słychać było jedynie jego mocowanie się z szafkami, kubkami i fiolkami, prawdopodobnie przeróżnych specyfików, o których wspominał.
Sama blondynka mierzyła Camerona odrobinę oceniającym spojrzeniem, gdy ten się jąkał, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. odprowadziła Rookwooda spojrzeniem, ale też nie skupiała się na nim jakoś specjalnie długo.
- Nie wywlókł mnie znikąd, wracałam do domu po paru drinkach z koleżankami. One wszystkie poszły w druga stronę, ja mieszkam z rodzicami w niemagicznym Londynie. Te wszystkie, no wiesz, zranienia są od tego, że jest ślisko, mało z nich pochodzi faktycznie od zaklęć. Po prostu uciekałam przed nim... jak ostatni tchórz, jakbym nie umiała się bronić. - widać było, że była na siebie zła. Pozwoliła Cameronowi w spokoju zająć się jej zranieniami, ale zacisnęła usta, oczy się zeszkliły - I teraz jeszcze zacznę beczeć, jak ostatnia ofiara. - przetarła oczy wolną ręką i pociągnęła nosem. Nie miała zamiaru się rozpłakać, na jej twarzy można było zobaczyć determinację, ale też chwilowe momenty skupienia, gdy próbowała wciąż pare głębszych oddechów, by się uspokoić.
Charlie wrócił z tacką w rękach i położył ją na stole. Znajdowały się na nich podpisane fiolki z eliksirami, trzy herbaty i do połowy pełna butelka rumu, jak i trochę bandaży i plastrów. Magia działała dobrze, ale czasami trzeba było niektórym zranieniom dać czas, aby zagoiły się naturalnie.
- Myślę, że to normalne, że uciekałaś. każdy w twojej sytuacji by uciekał, przecież my też to zrobiliśmy. - chciał pomóc, dolał do swojej herbaty sporej ilości alkoholu, do tej Christie trochę mniej, bo nie wiedział ile lubi, a Cameronowi praktycznie tyle samo, ile sobie. Podsunął pozostałej dwójce napoje, kiedy drugi chłopak skończył ze swoimi formułkami.
- Pracuje jako Amnzejator. - powiedział nagle i przełknął ślinę opierając się o stół - Przez ostatni miesiąc widziałem okropnie dużo ofiar, które albo nie zdążyły uciec, albo nie było im to dane. Ciągłe ataki, włamania, podpalenia czy morderstwa. Zawalone budynki, smród czarnej magii. Rzuciłem Obliviate tyle razy w ciągu poprzedniego miesiąca, że wydaje mi się, że sam zaczynam zapominać na czym polegał świat bez takich tragedii. Mimo ciągłej pracy, wysyłanych ludzi czuje jakby ministerstwo nie dorównywało kroku, bo nie dorównuje i taka jest smutna prawda. - nie patrzył na Camerona ani na Christie, ciemne oczy miał wlepione w ścianę za nimi, w ruchomy obraz fal, które już dawno przestały szumieć, które tylko na obrazie miały rację bytu w swoim spokoju, bo każdy dźwięk i uczucie w nich zaklęte były jak odpływ, tylko taki wieczny, a sam Rookwood czuł się jak wyschnięta plaża, która niegdyś była część oceanu.
Odchylił głowę do tyłu i popatrzył w sufit, bo czuł jak oczy zaczynają go piec, gdy myśli o rodzinie, o rozmowie jaką odbył z Saurielem i o tych, które co jakiś czas sprawiały, że mieli z Fineasem ciche dni. Był po środku tego całego bałaganu, ale nie chciał narzekać, bo przecież byłby okropnym człowiekiem gdyby to robił, co mieli powiedzieć czarodzieje tacy jak Christie, w których wszystkie te działania były wycelowane?
Wypił dobre dwa łyki herbaty, aby pozwolić sobie się znieczulić, żeby o tym jeszcze przez chwilę nie myślec, chociaż dowody na to, że te okropne wydarzenia były jego rzeczywistością siedziały obok niego, miały jasne, blond włosy i bardzo ładne, zielone oczy, pare piegów na policzkach i drobne ramiona.
- Przepraszam, Cam, nie chciałem poruszać tego tematu, miałeś mieć przerwę od szkoły, a nie... a nie to. - wydusił w końcu z siebie, co spotkało się z parsknięciem Christie. Dziewczyna, jeżeli Cameron skończył swoje zabiegi chociaż na chwilę, złapała kubek z herbatą i wzięła pare łyków, sporych.
- Nie rób z siebie takiego męczennika Charles, nie pasuje ci. Jesteś chłopakiem, który skręciłby każdemu blanta i ewentualnie poszedł bić za garażami gnojka, który znęcał się nad innymi, nie pasuje ci ta powaga, nie daj temu wszystkiemu zgasić tego ognika frywolności, który masz w sobie. I ty też - spojrzała na Camerona - ani mi się waż słuchać jego smutnego gadania, powinny nas tylko takie sytuacje motywować do działania. Myślałam od dłuższego czasu nad dołączeniem do Brygady Uderzeniowej, myśle, że to jest dobry moment, aby to zrobić. - wyznała.
Sam Rookwood prawie zakrztusił się kolejnym łykiem herbaty, ale nie mógł powstrzymać lekkiego uśmieszku pod nosem, spojrzał tez na Camerona, jak ten na to wszystko zareaguje, nie był pewien. Nie chciał już pytać o samopoczucie, bo jeszcze znowu by się spotkał ze zdecydowanym wyśmianiem ze strony ich nowej koleżanki, które była twardsza niż wcześniej przypuszczał.
- Dobra, dobra, spokojnie, mogłem dać sobie spokój z rumem i po prostu skręcić blanty, zrozumiano, psze Pani. - uniósł ręce w górę, w żarcie, chociaż wcale nie było mu do śmiechu. Pomyślał, że może powinien posłuchać Christie, a nie zanurzać się w swojej rozpaczy, wystarczy, że robił to w godzinach pracy, teraz nie musiał - czuł, ze był to winny też Lupinowi, który przyszedł się dobrze bawić, a nie uciekać przed Śmierciozercami, leczyć ich ofiary i słuchać o zburzonych budynkach.


RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Cameron Lupin - 11.01.2023

A co ja takiego niby powiedziałem?, zachodził w głowę, zdziwiony tym, że Charles próbował go poprawić. Nie zamierzał jednak doszukiwać się błędów w tym, co powiedział, więc po prostu pokiwał głową, przystając na wersję przyjaciela. Rysy twarzy jednak mu stężały, gdy dowiedział się, przed jakim zaklęciem go obronił. Prawie walnęło w nich zaklęcie torturującego, a on go nawet... a on go nawet nie rozpoznał.

C-c-crucio? — wymamrotał, wbijając w Charliego uważne spojrzenie.

Był bardziej świadomy, jakby zdał sobie sprawę z tego, jak mogłaby się skończyć ta przygoda, gdyby szczęście im jednak nie sprzyjało.

Nie wypominaj sobie tego — odezwał się Cameron. Z początku mówił nieco nieśmiało, jednak wypowiedź Rookwooda utwierdziła go we własnych przekonaniach. Nie widział w postawie blondynki niczego złego. — Próbowałaś znaleźć b-bezpieczne miejsce. To nie tchórzostwo, t-tylko instynkt przetrwania. Na twoim miejscu, bez pomocy, zrobiłbym to samo.

Chociaż mi po prostu brakuje umiejętności, pomyślał, w pełni świadomy braku predyspozycji z konkretnych dziedzin magii. Nie wiedział, co by się skończyło większą tragedią: wystawienie go na arenę Klubu Pojedynków, czy posadzenie na miotle z parą tłuczków czyhających na boisku. Może i potrafił się obronić, ale intensywna walka z kimś doświadczonym? Odpadłby po trzech minutach.

Gdyby miał stanąć oko w oko ze Śmierciożercą, to jego pierwszą reakcją była ucieczka, a nie rzucenie się niebezpieczeństwu naprzeciw. Owszem, przywykł do pakowania się w kłopoty, które mogły skończyć się uszczerbkiem na zdrowiu, ale zazwyczaj dochodziło do tego przez głupotę. A mimo wszystko istniała różnica między machaniem magicznym patykiem przed potencjalnym terrorystą, a wymykaniem się do Zakazanego Lasu lub testowaniu specyfików własnej roboty bez nadzoru szkolnej pielęgniarki.

Powinno wytrzymać. — Błądził badawczym spojrzeniem po zaleczonych miejscach, nie przejmując się, że intensywność spojrzenia, może sprawić pacjentce dyskomfort. Kierowany instynktem postanowił jednak skorzystać z kilku plastrów i całkiem sporego kawałka bandażu. — O ile, oczywiście, wszystkie zaklęcia nie padną w środku nocy. Wtedy m-może Ci ulecieć trochę krwi.

Podziękował Charliemu za herbatę, jednak dolał sobie jeszcze kilka kropel rumu, a potem usiadł na dywanie. Ta noc zdecydowanie nie zostanie przez niego zapamiętana jako pełna śmiechu i dobrej zabawy, więc mógł równie dobrze uspokoić skołatane nerwy alkoholem. Co zaś tyczyło eliksirów, przejrzał je pobieżnie, starając się odczytać napisy na nalepkach, odkorkowując je, co by sprawdzić ich stan. Jeden był zdecydowanie zbyt mocny, a drugi wyglądał na przeterminowany, toteż pozostał ostatni, który można było podać przed snem.

Cameron odwrócił się w kierunku Rookwooda, jednak szybko się przekonał, że nie jest w stanie jednocześnie słuchać i obserwować mimiki chłopaka towarzyszącej jego wyznaniu. Opuścił więc wzrok w podłogę, udając, że zawzięcie zapoznaje się z etykietą jednego z magicznych specyfików, chociaż tak naprawdę nie był w stanie złączyć poszczególnych słów w jedno logiczne zdanie. Wzrastała w nim frustracja. Czuł się bezsilny wobec doświadczeń przyjaciela. Co więcej, świadomość, jak wygląda obecnie sytuacja w Anglii, sprawiała, że odczuwał niepokój na samą myśl, jak źle będzie, kiedy sam opuści szkolne mury.

J-j-ja nie... — urwał, gdyż zanim zdążył w pełni rozwinąć myśl, wtrąciła się Christie. Jego brwi podskoczyły do góry, jednak, zamiast dać upust swojemu niezadowoleniu, zasznurował usta i zamoczył w kubku rumu z dodatkiem herbaty.

Niezła z niej obserwatorka, pomyślał z lekkim podziwem, przyglądając się uważniej blondynce. Próbował wytężyć szare komórki, jednak twarz i imię dziewczyny mu się z nikim nie kojarzyły. Może gdyby znał nazwisko, to byłby w stanie powiedzieć więcej, chociaż i tego nie był pewny. Skoro dwójka czarodziejów jej nie znała, a ona najwidoczniej kojarzyła Charliego, to plotki krążące na ich temat musiały być dosyć... konkretne.

Hej, k-każdy ma prawo do wypowiedzi. — Rozłożył bezradnie ręce. — P-poza tym, gdyby za bardzo się rozkręcił — kontynuował, zerkając kątem oka na Charliego, aby złapać z nim na moment kontakt wzrokowy, a potem wrócić do dziewczyny — to znam parę sposobów na to, żeby go skutecznie uciszyć. Zabrakłoby mu tchu.

Odmawiając dalszego rozwinięcia tej kwestii, Cameron poprawił się na dywanie i zaczął z lekkim uśmieszkiem siorbać napitek, jakby nie rzucił właśnie bardzo dwuznacznej sugestii. Czy był to jego sposób na poradzenie sobie z wydarzeniami, które miały miejsce tego wieczora? A może komentarz wynikał z tego, że jego filtr społeczny objawiał się w przypadkowych momentach? Tym razem, na przykład, nie objawił się w ogóle.

Odważna jesteś, Kirstie — mruknął w odpowiedzi na rozmowę o Brygadzie Uderzeniowej, nie przyklaskując zbytnio temu postanowieniu. Sam by się na nie raczej nie zdecydował. Co miałby robić w Brygadzie? Mógłby co najwyżej służyć za medyka polowego, lecząc ludzi, gdy latałyby wokół niego zaklęcia, mieszając się w feerię barw. — Już bym wolał wylądować na dyżurze w szpitalu.




RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Julien Fitzpatrick - 21.01.2023

Czuł się okropnie z faktem, że zaproponował Cameronowi wyjście, które miało być wypełnione śmiechem, alkoholem i ewentualnie czymś więcej (w zależności od tego w jakim stanie byliby pod koniec ostatniej butelki), a ostatecznie musieli skupiać się na uzdrawianiu, walczeniu i tematach, od których sam chciał tego wieczora uciec. Nie pokazał po sobie jak okropnie zadziałały na niego słowa Chirstie, z tego co rozumiał, dziewczyna była celem śmierciożerców, bo jej krew nie była odpowiednio czysta. Nie chciał nawet myśleć, jak czułby się na jej miejscu, może miała rację, że nie powinien zawodzić, ba, wręcz nie miał prawa, bo znajdował się w niesamowicie uprzywilejowanej sytuacji. Zaraz jednak, słowa przyjaciela włożyły w pusty łeb Rookwooda pare desek sensownych myśli. Fakt, każdy miał możliwość do wypowiedzenia się, każdego sytuacja była też całkowicie inna, a dopiero co spotkana dziewczyna bardzo mało o nim wiedziała, nie mogła więc znać problemów, z którymi każdego dnia się mierzył.
Filuterny uśmieszek rozciągnął mu usta, gdy zasłyszał kolejną część wypowiedzi Lupina. Spojrzał na niego wręcz od razu, przymrużając powieki i unosząc odrobinę brwi, zignorował na chwilę obecność osoby trzeciej, zresztą nie było to problemem, nie wstydził się, jeżeli o tego typu kwestie chodziło.
- To miejmy nadzieję, że dzisiaj się nimi wykażesz, bo zebrało mi się dużo gorzkich żali, a przecież nie chcielibyśmy przeszkadzać nowej koleżance w przespaniu spokojnie nocy - powiedział z początku niesamowicie poważnie tylko po to, aby zaraz zaśmiać się pod nosem. Christie spojrzała to na jednego, to na drugiego unosząc brwi, niezbyt wiedząc co odpowiedzieć, bo ta wymiana zdań strąciła ją z pantałyku i sprawiła, że zaczerwieniła się odrobinę. Wyglądała jakby chciała zabrać ze sobą kubek i po prostu wymaszerować, ale Charles, bez skrępowania po prostu poklepał ją po ramieniu.
- Nie przejmuj się, zawsze możesz dołączyć - wypalił, biorąc przykład z Camerona i kompletnie nie wyczuwając sytuacji, ignorując filtr społeczny. Blondynka zareagowała natychmiastowo, sprzedając brunetowi przypominający cios w policzek z otwartej dłoni. Charlie na tyle się tego nie spodziewał, przyzwyczajony, że zazwyczaj jak przyprowadzał kogoś do mieszkania, to byli już na znacznie głębszym poziomie wtajemniczenia jeżeli o cielesność i tego typu wyuzdane teksty chodziło, ze po prostu wpatrywał się w nią pusto, jakby była naprawdę dziwnym obrazem sztuki współczesnej na wystawie w Tate Modern.
- Troch-chę kultury, na boga. P-przepraszam, nie chciałam cię uderzyć, ale - zacisnęła usta, było jej definitywnie głupio, zwłaszcza, ze policzek Charliego zaczął się już zaczerwieniać. Chłopak nigdy nie grzeszył opalenizną, więc wszystkie bruzdy i znaki na skórze były bardzo widoczne.
Spojrzał na Camerona zdezorientowany, jakby chciał się zapytać 'Co zrobiłem źle?', ale zaraz się opamiętał. Zamrugał pare razy.
- A nie, wybacz, to moja wina, nie powinienem był tak mówić, to żart był - zaśmiał się nerwowo i spojrzał w bok, przez chwilę nie chcąc dzielić spojrzenia z nikim, bo sytuacja była definitywnie niekomfortowa, co ich uratowany gość definitywnie wyczuł. Diewczyna wzięła swój kubek i pomaszerowała w stronę wyjścia z pomieszczenia.
- Pójdę spać. Jak mi powiesz gdzie jest pokój, w którym mogę spać. Rano sobie pójdę. Dziękuję wam za pomoc i no. Dobranoc - nie chciała przeciągać, poczuła się przypięta do muru. Charlie nie obwiniał jej specjalnie za taką reakcję, dopiero co przeżyła szok, a on wykazał się brakiem jakiejkolwiek delikatności. Dziewczyna sprawiała pozory trzymającej się bardzo dobrze przez to, co powiedziała, więc poczuł się nazbyt rozluźniony.
- Nie przejmuj się, serio. Nie pierwszy nie ostatni raz, w sensie, dostaje w twarz, nie żebym tego jakoś bardzo też nie lubił. Nieważne, może nie powinienem był tego mowić. Sypialnia jest na prawo, łóżko jest pościelone, jakbyśmy rano spali to nas obudź, Cameron mówił, że te zaklęcia mogą nie wytrzymać, tak? Weźmiemy cie do Munga albo cokolwiek - zaproponował i też wycofał się wgłąb pokoju, siadając obok Lupina na podłodze, chcąc przez chwile poczuć się bezpiecznie, nie na szpilkach, a bliskość tak znajomej osoby zawsze mu to zapewniała. Oparł się o niego delikatnie, licząc na to, że tym razem w ryj nie dostanie.


RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Cameron Lupin - 22.01.2023

Ekhm. — Poprawił dłonią włosy, chociaż w gruncie rzeczy nie było takiej potrzeby. Ba, wręcz pogorszył tylko sytuacje, gdyż te mu się dodatkowo zmierzwiły. — Postaram się stanąć na wysokości zadania.

Wybałuszył oczy na propozycję przyjaciela skierowaną do ich gościa, jednak, zamiast ją skomentować, ponownie zamoczył usta w rozgrzewającym napitku. Nawet jak na standardy Charlesa były to stosunkowo śmiałe słowa, biorąc pod uwagę okoliczności. Czego jednak można było po nim oczekiwać? Życie bez filtra społecznego było trudne, więc chłopak raczej nie ograniczyłby się do opuszczenia wzroku i zaczerwienienia się, jak nastolatka przyłapana przez bibliotekarkę na potajemnym czytaniu erotyków w szkolnej bibliotece. Raczej zacząłby czytać jeszcze na głos, pomyślał, kręcąc powoli głową.

Zanim oferta zdążyła dobrze wybrzmieć w pokoju, Charlie oberwał do blondynki, a Cameron aż podskoczył. Tego się nie spodziewał. Naprawdę sądził, że Christie co najwyżej skwituje to jakimś wymijającym tekstem pokroju „Nie, raczej nie” lub „Tym razem sobie daruje” wykorzystywanych do spławiania namolnych gości. Z drugiej strony była w obcym miejscu, z ludźmi, których znała co najwyżej z widzenia i właśnie złożono jej dwuznaczną propozycję, gdy ledwie uszła z życiem.

Za wcześnie — skwitował przyciszonym głosem w dwóch słowach, czując na sobie skonfundowany wzrok.

Wolał oszczędzić przyjacielowi szczegółowych wyjaśnień odnośnie do tego, czemu nie powinno się rzucać takimi pomysłami w stosunku do poszkodowanych osób. Czy zrobiłby tak, gdyby był w pracy i właśnie kończył wymazywać komuś pamięć? No, właśnie raczej... Na Merlina, może faktycznie by spróbował, uświadomił sobie, nie wiedząc do końca czy bezpośredniość absolwenta Hogwartu objawia się też w sytuacjach służbowych.

T-tak — potwierdził wyjaśnienia odnośnie do magii leczniczej. — Efekty magii powinny się utrzymać, ale gdybyś się obudziła i zauważyła, że coś jest nie tak, to nas obudź. Lepiej będzie cię dostarczyć do Munga niż leczyć domowymi miksturami po terminie.

Odprowadził Christie zatroskanym spojrzeniem do drzwi, a gdy te zamknęły się za nią z cichym kliknięciem, przechylił głowę w dół, wbijając spojrzenie w ozdobny dywan na podłodze. Ledwo zarejestrował to, że Charlie znalazł się obok niego; usiadł na tyle blisko, że ich ramiona się stykały. Dopiero teraz, gdy byli sami, a uratowana dziewczyna znalazła się chwilowo poza zasięgiem jego wzroku, w innym pokoju – który równie dobrze mógł być teraz dla Camerona drugim końcem świata – presja towarzysząca mu od momentu, gdy zajrzeli do londyńskiej uliczki wiedzeni ciekawością, zaczęła się tak naprawdę ulatniać.

Poruszył parę razy głową, jakby chciał odpędzić od siebie jakąś myśl, pozwalając, aby kręcone włosy opadły mu na czoło, a kilka kosmyków połaskotało go po brwiach. Wypuścił głośno powietrze z ust. Jego ramiona uniosły się sztywno, gdy odetchnął głęboko, a potem zwrócił się ku swemu towarzyszowi niedoli. Co by nie mówić, udało mu się zachować zimną krew, co jednocześnie wzbudziło podziw Lupina, ale też lekkie zmartwienie. Czy podczas stosunkowo krótkiego okresu pracy w Ministerstwie zdążył zobaczyć już tak wiele złego? Zasępił się, gdy tylko ta myśl rozgościła się w jego świadomości.

Obiecaj, że n-nie zrobisz n-nic g-g-głupiego — wydusił z siebie z uporem graniczącą z tak nietypową w wydaniu Lupina determinacją. Zerknął na Rookwooda kątem oka, jednak szybko odwrócił wzrok, jakby dla własnego spokoju ducha nie chciał sprawdzać, co się czaiło w jego spojrzeniu. — N-nie daj się w-w-wciągnąć w n-nic p-pojebanego. A jeśli j-już musisz t-to zób t-t-to z Heather. — Czy klątwa żywiołów Rudej zapewniała im dodatkową ochronę? Nieświadomie zaczął skubać frędzle dywanu na jego krawędzi. — J-ja... Nie chce się zastanawiać cały semestr, czy nie znajdę Twojego nekrologu w gazecie.

Mówił z troski. Uderzyło go, że Christie niemal natychmiast po tym, jak została napadnięta na ulicy, pomyślała o rzuceniu się w objęcia niebezpieczeństwa. Nie chciał, żeby Charlie wpadł na podobny pomysł kierowany rycerskim instynktem rozbudzonym wydarzeniami tej nocy. Niezliczoną razy wpakowali się razem w Hogwarcie kłopoty przez to, że inspirowali się innymi lub sobą nawzajem w swoich wybrykach. Teraz stawka była jednak większa od dwutygodniowego szlabanu. Przynajmniej poczekaj na mnie, pomyślał, pozostawiając jednak ten komentarz w sferze własnych myśli. Zmełł w ustach przekleństwo. Gdyby ukończył szkołę wraz z Heather, byłby cały czas na miejscu, gotów pomóc, gotów być na każde zawołanie, a tak... Tak miał tkwić za murami tej cholernej szkoły przez kolejne pół roku. Wkurwiało go to.

Westchnął ciężko, a następnie podniósł niepewny wzrok na twarz przyjaciela, aż jego uwagę przykuło zaczerwienienie pozostawione po sobie przez Kirsti. Wciąż było widać odcisk jej palców na pobladłej skórze chłopaka. Musiała się nieźle wkurzyć o tę jakże hojną propozycję. W sumie było to całkiem zrozumiałe. Cameron przekrzywił czubek głowy, co by lepiej widzieć, po czym zmienił pozycję, w której siedział, nachylając się ku Charliemu. Dotknął lekko palcem jego szczęki, dając tym samym znać, co by przesunął policzek pod światło.

Ironia losu — skomentował niemrawo, wypowiadając powoli kolejne słowa, starając się powstrzymać nawrót jąkania. — Niby ją uratowałeś, a wystarczyło jedno zdanie i skończyłeś prawie tak samo, jak ten gość z ulicy. — Wyolbrzymiał i łatwo było to wyłapać. Oberwanie paroma mocnymi zaklęciami, a dostanie z plaskacza, miało spore różnice. — Dobrze, że przynajmniej jest teraz bezpieczna. Przechyl trochę w prawo. — Zmrużył oczy, przyglądając się tej jakże nietypowej pamiątce. W spojrzeniu czaiło się skupienie, typowe dla chwil, gdy pod jego opiekę trafiał pacjent. Zajmowanie się kimś potrafiło odpędzić masę wątpliwości. — Masz szczęście, obędzie się nawet bez okładów. Dalej będziesz lokalnym bożyszczem.

Roześmiał się cicho, poklepując go lekko po policzku, po czym przesunął niezobowiązująco wzdłuż klatki piersiowej Charliego, jakby poprawiał jego koszulę. Po wieczorze spędzonym w barze i jeszcze tym szalonym pojedynku nie wyglądała, jakby dopiero co wyszła spod deski do prasowania.

Możesz sobie dopisać nowy dobry uczynek do listy. Uratowanie komuś życia to nie byle co... Chyba nie masz tylu gorzkich żali, jak myślałeś — Stuknął paznokciem o jeden z wyżej położonych guzików od koszuli, a na jego ustach wykwitł ociężały uśmiech.




RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Julien Fitzpatrick - 25.01.2023

Christie wyszła z pokoju, jakby wciąż ktoś miał ją gonić. Charles wcale się jej nie dziwił, dopiero po fakcie dotarło do niego jak nietaktowna i nieprzyjemna była jego propozycja, choć rzucona w żartobliwym i flirciarskim duchu, nie wpasowała się kompletnie w gęstą atmosferę tego wieczoru. Poczuł jak ramiona Camerona spinają się, aby zaraz rozluźnić, gdy ten wypuścił powietrze z płuc, Charlie spojrzał na niego bez skrępowania, spostrzegając jak przydługie kosmyki kręconych włosów wiercą się nad oczyma, zasłaniając brwi, łaskocząc czoło. Chciał dać przyjacielowi trochę przestrzeni, więc nie wyciągnął ręki, aby odgarnąć włosy z jego czoła, przynajmniej jeszcze nie teraz. Zamiast tego w dwóch dużych łykach wypił większość zawartości kubka, czując jak herbata z rumem rozgrzewa go od wewnątrz, kumulując ciepło w przełyku.
Milczał dłuższą chwilę, nie przerywając Lupinowi. Wiedział, że z chłopaka musi zejść zdenerwowanie sytuacją, rozumiał też jego zmartwienie. Sam nie czułby się pewnie, gdyby był na jego miejscu, zamknięty w szkole, daleko od swoich przyjaciół, który, jak się dowiedział na własnej skórze, mogli znajdywać się w niebezpieczeństwie. Czuł się winny za całą tę sytuację, ale wiedział, ze nie pozbyłby się wyrzutów sumienia, gdyby zostawił walczącą o życie dziewczynę na pastwę losu, a raczej bezwzględnego śmierciożercy. Cały czas przyglądał się ciemnobrązowym oczom błądzącym po mozaice dywanu i rysach desek, dłonią Cameron bawił się frędzlami, próbując jakoś opanować zdenerwowanie. Rookwood nie miał zamiaru ani wspominać na głos, że widzi każdy z tych małych gestów, ani ich przerywać. Znał przyjaciela na tyle, że wiedział, iż odreagowuje w swój własny sposób.
Boję się, że któregoś dnia, któreś z was znajdzie się w tej samej sytuacji, co Christie, a kogoś takiego jak ja nie będzie w pobliżu, przeszło mu przez myśl, a żołądek ścisnął się niebezpiecznie, przypominając o dopiero co wlanym w siebie alkoholu. Nie, nie mógł powiedzieć tego na głos, co mówiło się w takich sytuacjach, aby kogoś uspokoić?
- Obiecuję - powiedział, chociaż wiedział, że nie mógł dotrzymać obietnicy, chciał natomiast, aby rozdygotane serce ukochanej, drogiej osoby uspokoiło się chociaż na chwilę, niewinne kłamstwo, które miało uczynić więcej dobrego niż złego - Jeżeli mamy się pakować w coś głupiego i nierozważnego to tylko razem z tobą i Heather, w pracy nie pozwalają mi tak szarżować, nie martw się... aż tak. Trochę możesz się martwić, bo jakbyś się w ogóle nie martwił, to też byłoby martwiące - mrugnął do niego, zanim palec przyjaciela znalazł się na jego policzku, aby w następnym geście odchylić głowę pod światło. Pozwolił się obejrzeć, cierpliwie, chociaż zezował nań spojrzeniem, jakoby nie chciał tracić ani jednej zmiany na twarzy Lupina.
Ledwo oględziny zaczerwienienia się skończyły, a Rookwood zdołał w końcu przesunął palcami po czole Camerona, odgarniając niektóre z kosmyków do tyłu, pozwalając światłu paść na teraz przyozdobioną uśmiechem twarz. Przesuął palcami przeczesując resztę jego włosów, aż usadowił dłoń na tyle głowy, na karku.
- Wydaje się odważna, ale mam wrażenie, że każdy próbowałby być, jeżeli znalazłby się w obcym miejscu - przyznał, wracając myślami do drobnej blondynki, której przepraszające i zdeka przestraszone spojrzenie, po tym jak go uderzyła, zostało mu w pamięci. Cameron miał poniekąd rację, nawet jeżeli wyolbrzymiał - I my ją uratowaliśmy, bez ciebie nie dałbym sobie rady - przypomniał mu, bo Krukon miał tendencję do zapominania lub umniejszania własnego wkładu w sytuację. Charles miał zamiar zatroszczyć się o to, aby zawsze było sprawiedliwie, zwłaszcza, że to młodszy z chłopców zajął się ważną, leczniczą częścią ich 'małej' przygody.
- To bez dwóch zdań, jakaś cool blizna na twarzy dodałaby mi tylko charakteru bad boya, podobno niektórych to kręci - wyrzucił z siebie swawolnie, pozwalając ponieść się przyjemności chwili i temu, że sam Lupin przecież też żartował - Jak jesteś zazdrosny mogę ci zrobić podobną, chociaż może pod trochę innym kątem ... lub w innym miejscu - uniósł sugestywnie brwi - masz delikatniejszą urodę - dopowiedział, niepozornie i zaśmiał się pod nosem, bo w rzeczy samej, wrócił do dwuznacznych komentarzy bardzo szybko, kompletnie nie ucząc się na swoich błędach i bólu piekącego policzka. Zresztą, Cameron znał go na tyle, że tego typu odzywki były o wiele bezpieczniejsze, 'ich' i czasami wręcz komfortowe, że bez nich Charles czułby się dziwnie.
Przymrużył odrobinę oczy w zadowolonym wyrazie twarzy czując ciepło dłoni, ogrzanej kubkiem od herbaty, spod materiału wygiętej koszuli. Poruszył umiejscowioną na karku Camerona dłonią, swobodnie przesuwając opuszkami po skórze, wsuwając je odrobinę za granicę materiału swetra. Zbliżył się do niego, tak, ze prawie stykali się nosami, ale zamiast wykonać pewniejszy ruch, przesunął głowę w bok, muskając jego policzek delikatnie ustami.
- Mogę nie mieć aż tylu gorzkich żali, ale jeżeli mnie nie powstrzymasz mogę ci mówić same przyjemne rzeczy do ucha aż do świtu, żebyś tym razem nie zaczął się jąkać ze stresu, a nadmiaru komplementów - ściszył głos, bo faktycznie zawisnął brodą nad ramieniem, zaraz przy uchu Lupina. Różne sytuacje, wymagały podjęcia różnych środków. Czasami lepiej było zacząć pewniej, z przytupem, innym razem postawić na komfort i zapewnienie siebie oraz drugiej osoby, że można poczuć się bezpiecznie w czyichś ramionach.
- Oczywiście tylko po to, aby sprawdzić, czy to też możliwe - dodał, przekornie.


RE: [grudzień 1970] Pierwsze ataki śmierciożerców || Cameron & Charles - Cameron Lupin - 28.01.2023

L-lepiej, żeby tak było, Charlie — zastrzegł, chociaż znacznie się rozchmurzył, gdy dostał to zapewnienie. Nawet jeśli było one bardziej podszyte troską o niego niż szczerą chęcią trzymania się z dala od problemów trawiących w ostatnim czasie świat czarodziejów. — W przeciwnym razie rzucę Hogwart, wytropię cię i sprawię, że pożałujesz. W więcej niż jeden sposób. A znam parę sposobów na to, żeby zmusić cię do powiedzenia „przepraszam”.

Jego słowa zawisły między nimi, a gdy Cameron zdał sobie sprawę, że można było go zrozumieć dwojako, w jego ciemnobrązowych oczach zagościły iskierki paniki. Nie to miał na myśli. To znaczy, mógł mieć to na myśli, gdyż posunąłby się do tego typu działań, gdyby go zmuszono, ale wcale nie miał tego na myśli w głównym przekazie i... Uciekł na bok wzrokiem. Cóż, groźby w jego wykonaniu rzadko kiedy wywoływały strach, więc może ten sposób akurat na Charliego zadziała?

Skinął potakująco głową. Dziewczyna z całą pewnością znalazła się w nietypowej sytuacji. Samo to, że została zaatakowana, było zapewne dla niej sporym szokiem, nie mówiąc już o tym, że jeszcze jacyś przypadkowi ludzie udzielili jej wsparcia i zabrali do bezpiecznego schronienia. Przez głowę musiało jej przelatywać setki myśli i pewnie nie wszystkie były pozytywne. To był w końcu magiczny Londyn i nigdy nie było wiadomo, na kogo się trafi. Zmarszczył lekko brwi. Dalej nie dawało mu spokoju to, że Christie ewidentnie ich kojarzyła, ale oni jej ani trochę. Czy naprawdę aż tak się wyróżnili, kiedy jeszcze w pełnym składzie bujali się po szkolnych korytarzach?

Mówisz, że zasłużyłem na nagrodę? — spytał niewinnie, chociaż po głosie słychać było, że łaknął podobnego uznania. Przesunął nieco głowę, co by ułatwić przyjacielowi dostęp do swojej czupryny, którą wydawał się obecnie aż tak zainteresowany. Westchnął cicho, poprawiając kołnierzyk przy koszuli Rookwooda, aby potem zacząć się bawić najwyższym zapiętym guzikiem: — Rozczarowałbym się samym sobą, gdyby zaklęcie nie dotrwały do rana.

Pokręcił głową na wzmiankę o bliznach. Naprawdę sądził, że była mu potrzebna? Już teraz młody amnezjator wyglądał tak dobrze, że przyciągał uwagę na ulicy, czy w licznych lokalach. Czy parę dodatkowych szram by to zmieniło? Mimochodem myśli Lupina zaczęła błądzić wokół tego, jaka skaza mogłaby „ubogacić” aparycję Charlesa. Może rozcięcie na brwi dodałoby mu nieco charakteru?

Nieprawda, to po prostu światło tak pada — skomentował wymijająco komplement na temat swojego wyglądu. — Ale masz rację. Kiedy Ruda latała na tej swojej miotełce, cały czas chodziła poobijana, a i tak miała branie, więc może coś w tym jest. Tyle że... Ty? Bad boyem? — Prychnął pod nosem, chociaż uśmiech goszczący na jego ustach nigdzie się nie wybierał. — Bliżej Ci do kochasia z sąsiedztwa o złotym sercu. I cholernie brudnych myślach. Zwłaszcza — Podniósł wzrok, a ten spoczął na tęczówkach przyjaciela. — w takich momentach.

Kusiciel od siedmiu boleści, przeklął w myślach, zupełnie jakby dwuznaczne gesty chłopaka sprawiały mu więcej bolączek niż przyjemności. Nie ulegało wątpliwości, że lgnęli do siebie i to pomimo niezbyt sprzyjających okoliczności. A Cameron nie miał w sobie wystarczająco siły woli, aby pozwolić tym ostatnim strzępkom rozsądku, które się w nim uchowały, zatrzymać to, póki jeszcze była ku temu możliwość. Pod wpływem dotyku delikatnych palców Charliego przemykających pod materiałem grubego swetra, dostał gęsiej skórki.

Ciężko się skupić, gdy tak robisz. To nie jest fair — skomentował z pretensją, jakby był tutaj jedynie niewinną ofiarą.

Nie drgnął, nawet gdy Charlie nachylił się nad jego uchem, szepcząc o rzeczach, które sprawiły, że jego policzki oblały się czerwienią. Nie były mu obce tego typu odzywki w wykonaniu przyjaciela, jednak te nawet nie były aż tak sprośne. Wręcz przeciwnie. Jak na kogoś tak bezpośredniego w swoim sposobie bycia, zaskoczył go subtelnością i wyczuciem. Czyżby chcieć faktycznie znaczyło móc? Cóż, w przypadku Rookwooda nie byłby zbytnio zaskoczony, gdyby ta dewiza stała się mu bliższa niż rodowe motto. Poza tym, jeśli po spartaczeniu sprawy z Kristy, testował wody, czy inne podejście zdaje egzamin... To na razie szło mu śpiewająco.

T-t-to — zaczął, aż wydał z siebie zawiedziony jęk. Już na tym etapie ciało go zdradziło i się poddało. Mózg, a właściwie ostatnie dwie szare komórki starające się zasilać to dziadostwo, jeszcze walczył o zachowanie jasności myślenia, ale w tym towarzystwie przegrana zdawała się nieuchronna. Odchylił się lekko, co by lepiej widzieć Charlesa. — To obietnica, czy groźba? Bo o ile chodzi o to pierwsze, cholernie się dzisiaj u mnie zadłużasz, a jeśli o drugie, to podobno — Uniósł lekko brwi— czyny mówią więcej niż słowa. Do odważnych świat należy, b-bohaterze.

Uśmiechnął się półgębkiem. Może nie powinien go prowokować. Może powinien mu przypomnieć, że tuż za ścianą spała lub nasłuchiwała praktycznie nieznana im dziewczyna, która mogła w każdej chwili wrócić. Może powinni dopić doprawiony herbatą alkohol i pozwolić, aby Morfeusz zabrał ich do swojej odległej krainy z dala od świata, gdzie Śmierciożercy czyhali na nie-wiadomo-komu ducha winnym ludziom. Może... Spuścił wzrok na koszulę Charlesa, orientując się, że guzik, który do tej pory jedynie obracał między palcami, został rozpięty. Nie wiadomo kiedy i nie wiadomo przez kogo. Magia, czysta magia, pomyślał, zagryzając lekko kącik ust.