Secrets of London
[1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott (/showthread.php?tid=716)



[1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Perseus Black - 15.01.2023

— 10 października 1970  —

Kamienica w Londynie
Perseus Black & Elliott Malfoy


Pomimo tego, że wrócił do Londynu jeszcze przed zakwitnięciem pierwszych wrzosów, część przywiezionych przez niego bagaży wciąż piętrzyła się nierozpakowana pod ścianami jego sypialni zbierając kurz; zupełnie tak, jakby rodzinne Grimmauld Place miało być jedynie krótkim przystankiem w podróży do miejsca znacznie odleglejszego; gdzieś po drugiej stronie rozległego oceanu, za złotym szlakiem słonecznej tarczy skrywającej swe oblicze za atramentem tafli.  I chociaż podjął pracę w Lecznicy Dusz, choć brał na swe barki zobowiązania wymagające jego obecności na Wyspach, nadal wierzył, że jego powrót do ojczyzny jest jedynie rozwiązaniem przejściowym. Że przezimuje w Anglii (na Merlina, jakże nienawidził zimy w stolicy; nieba zasnutego gęstym dymem oraz czarnych zasp), zaś wiosną wyruszy dalej jako wolny człowiek.
Lecz czy wolność, której tak rozpaczliwie poszukiwał, nie była skrytą za woalem pięknych słów samotnością? Bez wątpienia, jednak był w stanie zapłacić tę cenę w zamian za poczucie kontroli nad swoim losem. Niewiele bowiem pozostało rzeczy, na które Perseus miał wpływ; większość z nich była pozostawioną w upalny dzień kostką lodu w szklance - topniała na jego oczach i nie był w stanie niczego zrobić. Dlatego zgodnie z wolą ojca wrócił do Londynu, do dawnego życia, które, jak mu się wydawało, miał już za sobą. Czy miał inne wyjście? Owszem, wydziedziczenie, zmiana nazwiska i utrata związanych z nim wpływu oraz majątku. Mógłby wyjechać z Paryża i zamieszkać w domku nad morzem na południu Francji, albo udać się do Wiednia. Perseus jednak był zbyt zmęczony i przede wszystkim przerażony, by kolejny raz zaczynać wszystko od nowa. Zgodził się zatem na spełnienie warunków, jakie postawiła przed nim rodzina. Tylko ona była jedynym stałym punktem zaczepienia w jego egzystencji. 
Nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że wszystkie wydarzenia minionych tygodni były efektem jego postępowania; niczym pozostawiony w szafie trup, który zaczął się rozkładać. Łatwiej było mu obarczyć odpowiedzialnością mistyczny byt pociągający za sznurki jego istnienia, niż przyznać się do popełnionych błędów.
Wieczorami wyruszał na długie spacery po Londynie; tylko on i jego laska, wierna towarzyszka od ponad roku. Odwiedzał wówczas okolice słabo lub w ogóle mu nieznane, odkrywał kawiarenki na parterach kamienic i puby ukryte w sutenerach, kolacje jadał w restauracjach na drugim końcu miasta - niemały wysiłek wkładał w unikanie znajomych lokali i parków, zaułków, gdzie przy przewróconym śmietniku ucztowały bezpańskie koty, odwracał wzrok od muzeów i odmawiał zaproszeń do teatrów. Wszystkie te miejsca kojarzyły mu się z mężczyzną, do którego wciąż nie przestał żywić uczuć. Wiedząc jednak, że ten ma żonę, a wkrótce na świat przyjść ma ich pierwsze dziecko, postanowił usunąć się w cień i nie wchodzić mu w drogę. Zbyt wiele cierpienia sprawiało Perseusowi patrzenie na kogoś, kto zapewne już dawno o nim zapomniał.
Tamtego wieczora dał się jednak ponieść tęsknocie; pogrążony w rozważaniach na temat tego, jak wyglądałaby dziś ich relacja, gdyby przed pięcioma laty nie zachował się jak tchórz, nawet nie zauważył, gdy nogi poniosły go pod kamienicę, której każdy detal wywoływał lawinę wspomnień. Jego twarz wykrzywił grymas bólu; już miał odwrócić się na pięcie i odejść stamtąd pośpiesznie, lecz nie mógł się powstrzymać przed zawieszeniem wzroku na oknie na pierwszym piętrze. Jakaś sylwetka poruszyła się za zasłoną, a on poczuł, jak oblewa go pot. Czy to możliwe, że...? Nie, na pewno nie. Mieszkanie to było miejscem ich potajemnych schadzek. Zapewne Elliott pozbył się go jak tylko ożenił się z tamtą dziewczyną, albo może jeszcze wcześniej, zaraz po ucieczce Perseusa do Paryża.
Dlatego postanowił wejść. Przekonać się, że mieszkania już nie ma, tak jak nie ma już ich, zamknąć ten rozdział i skupić się na przyszłości.
Znalazłszy się na piętrze, bliżył rozedrganą dłoń do drzwi i ostrożnie zapukał. Stuk stuk. Stuk. Stuk. Cztery uderzenia paliczków o dębowe panele - dwa następujące od razu po sobie i kolejne dwa po krótkich przerwach - ich własny kod, który wypracowali jeszcze na długo przed tym, jak pierwszy pocałunek złączył ich usta. Raz, dwa. Trzy. Cztery. Znak, że po drugiej stronie nie czyha na nich niebezpieczeństwo, a przyjaciel, zwiastun dobrej zabawy, trochę za głośnego śmiechu, wina szumiącego w głowie i ciepła otaczających ramion.
Strach nagle osiadł na żołądku Perseusa, wbijając swe ostre paznokcie w kruchy narząd, aż ból zaparł mu dech w piersiach. Chciał uciec, tak, jak uciekał przez ostatnie pięć lat, lecz ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Stał więc nieruchomo, w niemym przerażeniu przysłuchując się krokom za drzwiami.


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Elliott Malfoy - 15.01.2023

Samotność była cierniem. Nie taka, w której odgradzał się od głosów lepiej znanych mu ludzi, a wewnętrzna, rozpościerająca się po organiźmie czernią demotywacji, utknięcia w punkcie, gdzie jedyne zrozumienie, jakie się dostaje pochodzi tylko i wyłącznie od czytanych w książkach słów i swoich własnych myśli w kolejne, bezsenne noce. Szarość Londynu i ciężkość przesuwajacych sie, i cofajacych do domów o wyznaczonych godzinach tłumów, niczym fale z ozdobnymi okryciami głów, zamiast białych grzyw, przyprawiały go o mdłości; powodowały, że połykał sól, jakby egzystancja nieznajomych faktycznie była oceanem, krztusił się jej słoną wodą i nie dośc, że nie mógł oddychać to jeszcze czuł, jak pragnienie zwrócenia zawartości żołądka wbija się igiełkami w każdy minimetr skóry.
Małżeństwo było tylko ładnym opakowaniem, zaakceptowaniem kolejnego ciosu we własne 'ja', w jakiekolwiek, nikłe nadzieje na szczęście, które zniknęły wraz ze złością i smutkiem, które pochował w swoich myślach, tak samo jak wiele razy wyobrażał sobie, że chowałby siostrę bliźniaczkę. Różnica była jedna - nad swoimi nadziejami faktycznie płakał, a nad Eden wydusiłby parę słonych kropel, aby te ozdobiły trumne i wyryły w niej dominację, zwycięstwo. Ale właściwie nad czym? Podważał swoje młodzieńcze decyzje i, chociaż stemperowanie siostry wyszło mu ostatecznie na dobre, bo nie żalował rzuconej klątwy, tak wszystkie motywy, jakie go do tego pchały odeszly w zapomnenie, przynajmniej podczas wykonywania codziennych czynności. Nie uciekał już w ramiona mężczyzn, aby czuć się sobą, aby czuć odrobinę ciepła. Teraz był zdecydowany, a cienie pod oczami znikneły wraz z wczesniejszym niezdecydowaniem i emocjonalnością - tak mu się przynajmniej wydawało, a w gruncie rzeczy po prostu używał lepszych i mocniejszych specyfików, aby je maskować oraz zamknąć pod marmurową maską pozoru satysfakcji.
Przekształcił mieszkanie, w którym kiedyś, podczas upojeń winem czy innym ginem, frywolnie nazywał się najczęśliwszym człowiekiem na świecie licząc oddechy drugiej duszy, która zaplatała wianki ze wszystkich nieprzyjemności dnia, aby rzucać je w nurt rzeki. Teraz było zaledwie wspomnieniem świetności, słonecznych poranków i ciepłych wieczorów przy kominku. Sypialnia zmieniła się nie do poznania, bo nie był w stanie przetrawiać swojej złości, gdy zjawiał się tu po zniknięciu Perseusa. Nie potrafił mu wybaczyć. Myślenie o tym, w jaki sposób odciął się od niego, wprawiało go w irytacje, wciąż powodowało, że włoski na karku stawały dęba, a dłonie pociły sie, gdy w głowie układał obelgi, jakimi powitałby dawnego przyjaciela, kochanka, kompana, przeminioną miłość.
Jak głośno chciał krzyczeć, gdy pięć lat temu został postawiony przed faktem dokonanym - zamiast tego milczał. Wyszedł nastepnego dnia na ulice, jak gdyby nic się nie stało. Pojawił się w pracy, a nikt nie pytał go jak sie czuje, bo przecież, dlaczego ktokolwiek by miał? Chowali swoje szczęście w cieniu, w czterech ścianach niewielkiego, pierwszopietrowego mieszkania w kamienicy. Mogliby tak naprawdę nigdy nie istnieć, słowa jakie wyszeptywali sobie do ucha, mogły być tylko złudzeniem, a gesty, jakimi się raczyli obłudą skażonego nieszczęściem umysłu. Wszystko wydało się nagle nieprawdziwe, jakby kłamstwa, którymi posługiwał się zawsze na swoja korzyść, odwróciły się w końcu przeciwko niemu, wbijajac ciernie głęboko w serce, powodując, że te przestało bić, że pograzyło się w czerni, zaschło i już nie trzepotało z każdym dźwiękiem znajomego głosu. Miłość była obusiecznym mieczem, tak samo jak nienawiść, to dlatego starał się tak mocno odgrodzić od odczuwania, a ono nie chciało go opuścić, zupełnie jakby w momencie narodzin podpisali umowę, że nie opuszczą się aż do śmierci - umowę, której nie chciał podpisywać z żadną kobietą, a jaką najchętniej zawarłby z Perseusem, ale nie tylko słownie, bo te były ulotne, mógł porwać je wiatr, tak samo jak zrobił to z Blackiem, gdy ten zniknął pare lat temu. To był początek końca, ale... czego? Skoro tak naprawdę to, co opłakiwał nigdy nie istniało, bo nie miało prawa bytu.
Zignorował pierwsze stuknięcie skupiajac się na raporcie, który właśnie kończył. Cyfry na pergaminie prezentowały się nieskazitelnie, równiotko wpisane w odpowiednie rubryczki. Drugie stuknięcie sprawiło, że zmarszczył brwi i spojrzał w kierunku holu, a potem okna, aby sprawdzić czy to przypadkiem nie angielski deszcz płatał mu figle. Dopiero trzeci i czwarty odgłos uderzenia palcami o drzwi wprawił go w osłupienie. Przełknął ślinę odkładając pióro na blat sekretarzyka i zasuwając klapę, aby, w razie czego nikt nie dostrzegł dokumentów, nad jakimi pracował. Przygaszone światło sprawiało, że samotność zakleszczała go w swoich szponach, a cisza sprawiała, że uszy się zatykały. Nawet jeżeli miał nikogo nie zastać za drzwiami, nie chciał zignorować potencjalnego niebezpieczeństwa. Chwycił za różdżke, to mógłby być czysty przypadek, że ktoś użył tego samego 'kodu', jakim posługiwali się z Perseusem. Fakt, że w ogóle o nim pomyślał wprawiał go w irytację. Najchętniej wyrzuciłby go ze swoich mysli, wymazał, tak samo jak Blackowie robili to z tymi członkami na gobelinie, których wydziedziczali z rodziny. Postawił pare kroków w kierunku drzwi, niespiesznie, delikatnie, jakby bojąc się, że ktoś je zaraz wyważy, mimo że byli w samym centrum Londynu, że sam budynek miał na sobie zapezpieczenia.
Spojrzał przez przeszkloną dziurkę, ale zobaczył tylko ciemność. Wiedział, że dopóki nie zaprosi nikogo do środka, ta osoba nie będzie mogła wejść, magia miała dużo plusów, zaklęcia ochronne były jednymi z nich, więc otworzył drzwi, może nie zdecydowanie, ale też nie tak, jakby wydawał się być przestraszonym. Twarz miał bez wyrazu, neutralną. Niebieskie oczy pozostawały skute lodem, nie zapraszały, a powodowały, że osobie, która pojawiała się przed Elliottem można było strzepywać szron z ramion, ubrania i rzęs. Nic nie powiedział stając twarzą w twarz z byłym kochankiem, milczał dłuższą chwilę. Obydwaj wyglądali dla siebie znajomo, choć wiele się w nich zmieniło. Na wcześniej wiecznie wesołej lub roześmianej twarzy Perseusa, teraz można było dostrzec bruzdy zmarszczek sugerujących złość czy rozgoryczenie. Twarz Malfoya pozostawała maską, ukazującą jedynie rozczarowanie i wyższość, wyuczone w domu wyrazy, które już w młodości powodowały, że mniej znający blondyna ludzie starali się nie znajdywać w trajektorii jego spojrzenia. Teraz to się jedynie pogłębiło, doszła pewność siebie i fakt, że obecność Elliotta w pomieszczeniu była bardzo odczuwalna, spoczywała na barkach przyszłych rozmówców albo wisiała nad nimi, przypominając o tym, kto wiedzie prym. Malfoy pozwolił sobie zmarszczyć odrobinę brwi, zupełnie jakby patrzył właśnie na muchę, która pływała w jego świeżo zaparzonej herbacie.
- Musiałeś pomylić adresy, burdel jest dwie przecznice dalej, jeżeli szukasz szybkiego wkupienia się w czyjeś łaski. - nie zawahał się nawet na sekundę wypowiadając te słowa, a złość, która nim targała teraz znajdowała upust w jadowitości sentencji. Pomimo irytacji oraz pukajacej od spodu rozpaczy, nic w mimice Elliotta nie świadczyłoby, że darzy swojego aktualnego rozmówce jakimiś ciepłymi uczuciami. Jedynie w oczach, coś jakby zaczeło się tlić, powoli topiąc lodową powłokę, w jakiej uwił sobie gniazdo w ostatnich latach, zapominając, co może zdziałać dotyk faktycznej troski.


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Perseus Black - 24.01.2023

Niekiedy budził się w nocy z potem perlącym się na skroniach, podczas gdy serce zdawało się rozrywać klatkę piersiową od środka; wówczas odruchowo szukał ciepłej skóry Elliotta, jego unoszących się miarowo ramion, spokoju malującego się na licu śpiącego mężczyzny. Lecz obok Perseusa nie było kochanka, a zimna pościel skąpana w blasku miesiąca.  Leżał więc w łóżku (ach, jakże w tamtych momentach przypominało mu trumnę! Brakowało jedynie wieka, które mogłoby się nad nim zamknąć, pogrążyć w ciemności, zakończyć jego cierpienia) i dusił w sobie żal, tłumił poduszką rozpaczliwy krzyk, skrywał swą tęsknotę pod płaszczem nocy.
Za dnia to praca pozwalała mu zebrać myśli, zaś tanie rozrywki dawały chwilę wytchnienia skażonemu melancholią umysłowi. Początkowo wierzył, że postąpił słusznie, że ucieczka była jedynym słusznym wyjściem. Że odcięcie się od przeszłości w magiczny sposób sprawi, że jego ciało przestanie trawić choroba; odkąd bowiem usłyszał diagnozę, nie radził sobie ze swoimi emocjami. Z czasem zdał sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełnił, jednak było już za późno; za mocno paryskie życie przykleiło się do niego, wlało się monochromatycznością przez okna wynajmowanego apartamentu w ósmej dzielnicy, zaś Perseus nie miał w sobie wystarczająco odwagi, aby podjąć próbę wprowadzenia zmian. Niewiele różnił się od trzciny, która uginała się pod wpływem wiatru.
Remedium na samotność okazały się fantazje; wyobrażał więc sobie, że Elliott zjawia się w Paryżu, że wyrzuca mu tchórzostwo, a potem zabiera go z powrotem do Anglii, do mieszkania przy wybrukowanej uliczce i wszystko jest jak dawniej. Ale Malfoy nigdy się nie zjawił, ani wtedy, ani później; zamiast tego do Perseusa dotarła wieść o jego rychłych zaręczynach z inną kobietą, zaś niedługo potem otrzymał zaproszenie na ślub. Biała koperta ze starannie zapisanym na niej adresem - nie rozpoznawał tego charakteru pisma, zatem należeć musiała do jego wybranki - dobitnie uświadomiła mu, że utracił go bezpowrotnie. Nie zamierzał stawiać się na uroczystości; ostatecznie  doszedł do wniosku, że będzie to idealna okazja, aby zamknąć ten rozdział w życiu. Jednak Elliott nawet nie spojrzał w jego stronę, a nawet jeśli to zrobił, to wzrok miał zimny i przepełniony nienawiścią. Odszedł więc, słysząc jeszcze za plecami jego perlisty śmiech. Czyżby tak łatwo można było go zastąpić?
Wrócił do Francji jeszcze tego samego wieczora, choć planował zabawić w Londynie co najmniej tydzień. A później desperacko próbował zapomnieć, topiąc smutki w zdecydowanie zbyt dużej ilości alkoholu oraz przelotnych znajomościach. Rankiem nie pamiętał ich imion; nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek o nie zapytał, a jeśli tak, to zapewne miało to miejsce, gdy był zbyt pijany, by utrzymać kontakt wzrokowy.
A teraz na powrót był w Londynie, parszywym Londynie, gdzie zewsząd atakowany był wspomnieniami o miłości, którą w tak nierozsądny sposób odrzucił; odbijały się w witrynach mijanych restauracji, chichotały w półmroku operowej loży, wypełzały z zaułków, gdzie składał na jego ustach niecierpliwe pocałunki przerywane cichą reprymendą. "Zwariowałeś?" Tak, zwariował, odchodził od zmysłów, pogrążał się w słodkim delirium, jak tylko ukochany był obok niej; nie drżał niepewnie na myśl o przyszłości, nie lękał się ostracyzmu, stawał się bezczelnie nieostrożny, rzucając mu zdecydowanie zbyt długie spojrzenia, trącając jego nogę pod stołem, szepcąc mu na ucho o swej pasji w zatłoczonym muzeum.
Najprawdziwszym świadkiem ich szczęścia było jednak mieszkanie w mugolskiej dzielnicy; znał jego rozkład na pamięć, potrafił poruszać się po nim nawet w ciemnościach. Po latach wciąż pamiętał ile kroków musiał wykonać od fotelu do barku, od drzwi wejściowych do sypialni, że trzecia od kominka deska w salonie skrzypi, a szuflada przy łóżku po jego stronie często lubiła zacinać się bez powodu. Te kilkadziesiąt metrów kwadratowych skryte przed ciekawskim wzrokiem stanowiło ich schronienie, twierdzę, było bardziej domem, niźli rodowe posiadłości w których przyszło im dorastać. Było ich wspólną tajemnicą, czymś intymnym...
Nie wiedział zatem, czy większe emocje wywołuje w nim widok dawnego kochanka, czy sam fakt, że nadal przebywał w mieszkaniu, którego ściany zdawały się przesiąknąć miłością, jaką żywił do niego przed laty - nadal nie zgasła, co uświadomił sobie, gdy stanęli twarzą w twarz. Był tak samo piękny, jak tamtej letniej nocy, gdy opuszczał go w pośpiechu, wciąż tak samo doskonały, niemalże oniryczny, jak wtedy, gdy pożądanie mieszało się z trunkiem krążącym we krwi, a jednocześnie nieodgadniony i boleśnie obcy; nie był bowiem już Elliottem, którego znał, podobnie jak on nie był już człowiekiem, za którym po raz ostatni zatrzasnęły się dębowe drzwi.
Przeniósł spojrzenie na złoto obrączki i poczuł, jak gorycz rozlewa się po podniebieniu, zaś zazdrość pali go od środka. Prędko pożałował, że w ogóle postawił swą stopę w kamienicy, która niegdyś dla niego znaczyła. W pierwszej chwili zamierzał nawet odwrócić się na pięcie i odejść bez słowa, uciec, tak jak to miał w zwyczaju, jednakże słowa ukochanego zapiekły niczym wymierzony policzek, choć były znacznie gorsze od fizycznego ciosu. Uderzyły bowiem w psyche, pozostawiając na niej czerwony odcisk dłoni.
Rozumiem, że to polecenie od częstego bywalca? — rzucił z przekąsem. Nie spodziewał się ciepłego powitania, właściwie, to nie spodziewał się niczego, lecz teraz ogarniała go wściekłość; nie była ona skierowana na Elliotta, a na samego siebie za to, że wyjechał bez słowa, jednakże Perseus w tamtym momencie nie myślał klarownie. Liczył się tylko gniew, trawiący jego trzewia, którego ujście znajdowało się w postaci jasnowłosego mężczyzny. — Sypiałeś z każdą po kolei, aż dostałeś zniżki dla stałego klienta?
Myśl o tym, że mógł zapraszać do mieszkania inne osoby, z którymi przez noc lub kilka dzielił przestrzeń, która należała do nich. Miał ochotę krzyczeć, zatopić palce w tej idealnie wyprasowanej koszuli, wyciągnąć go z mieszkania, a później... Och, nie wiedział, co zrobiłby później, lecz w tamtej chwili rozpaczliwie pragnął go dotknąć, poczuć go ponownie pod swoimi palcami, opleść ramionami i przycisnąć do siebie, tak mocno, aż straci dech w piersiach, a wszystko wokół przestanie mieć znaczenie.
Zamiast tego przestąpił do przodu, zatrzymując się tuż przed progiem mieszkania (zdawał sobie sprawę z tego, że zabezpieczenia na nie nałożone nie pozwolą mu przejść dalej), tuż przed twarzą Elliotta, aż czuł jego ciepły oddech na własnej skórze. Wówczas też dostrzegł w jego oczach zmianę, ledwo dostrzegalną iskierkę, co z kolei obudziło w nim osobliwe rozczulenie przeplatające się z ukłuciem smutku. Twarz Perseusa złagodniała, lecz z ust nie padło żadne słowo.
Mogę wejść?


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Elliott Malfoy - 24.01.2023

Zapadła cisza, która spowodowała, że twarda obojętność Malfoya, wiedziona przyzwyczajeniem i widokiem znajomych rysów, zaczęła mięknąć. Lód miał to do siebie, że pod naporem gorącego nacisku topił się bardzo szybko; wodospad będący powłoką, która otaczała serce Malfoya teraz płynałby po posadzce, moczył spiralne schody i zakrywał londyński bruk, mieszał się z brudną deszczówka, tak samo jak mieszały się jego słone łzy niejednego wieczora, gdy wracał myślami do spacerów, długich rozmów, gromkiego śmiechu i ciepła spojrzenia, w którym odbijała się nie tylko odwzajemniona miłość, ale też podziw i zrozumienie. Zapragnął zamknąć Perseusowi dębowe drzei przed nosem, odwrócić się do niego plecami, tak jak on zrobił to przed laty pozwalając, aby niezamknięty rozdział ciągnał się za Elliottem pare następnych tygodni, miesięcy, a nawet lat.
Klękając na jedno kolano, myślał o zamkniętych w małym mieszkaniu wspomnieniach, o szczęściu, które tam zatrzasnał i zaklął, jakie teraz sprawiało jedynie, że ból wbijał się w dygocące z rozpaczy serce, w przestrachu pragnące wyczuć obok bicie tego drugiego, sparowanego i rytmicznie tworzącego melodię dwutaktu. Oglądał łabędzie w St. James's Park, jak co wiosnę sięgały do siebie długimi szyjami, aby związać się na całe życie; gdy jeden z nich odchodził, drugi umierał z samotności i rozpaczy. Tak się właśnie czuł w pierwszych tygodniach - pusty, oszukany, zostawiony na pastwę Londynu i dzierżącej egidę jego dziedzictwa Anglii. Oddechy przychodziły z trudem, gdy siedział przy biurku i wpatrywał się w rytmicznie uderzający w okno deszcz. Spędzał wieczory sam, wmawiał sobie, że nie potrzebował towarzystwa, że tylko to mu się należy, za to jak naiwny, głupi i emocjonalny był; gdyby posluchał ojca, nie padając w ramiona kolejnego mężczyzny być może o wiele szybciej znalazłby szczęście w małżeństwie. Ale czy naprawdę był ukontentowany? Uśmiechy żony powodowały, że je odwzajemniał. Niewielkie gesty, dygnięcia, przeczesywanie jej jasnych włosów nie sprawiało, że palce delikatnie mu się trzęsły, ręce pociły, a serce dygotało w chęci rozgrzania drugiej osoby. Próbował dac Simone wszystko to, czym obdarzył wcześniej Perseusa, ale nie potrafił. Znów musiał narzucić na siebię płachtę kłamcy, skryć pragnienia i własne potrzeby pod rozgwieżdżonym niebem, we własnej zadumie i kolejnej szklance alkoholu. Ten zawód różnił sie od poprzednich na tyle, że Black był w jego życiu praktycznie od zawsze, wpierw jako przyjaciel, potem jako powiernik sekretów, a ostatecznie jako kochanek, który bez słowa zniknął, wbił mu srebrny sztylet pomiędzy żebra i z oddali patrzył jak ugina się pod ciężarem bólu, jaki mu zadał. Nie mógł na niego patrzeć na ślubie, nie był nawet pewien dlaczego przyszedł. Nic nie mogło wyrazić złości, jaką wtedy do niego czuł, chciał pokazać ze wszystkich sił, że jest szczęśliwy, a to wychodziło mu przecież najlepiej - pozorowanie swojej własnej satysfakcji oraz powierzchowność. Nic, co robił od trzynastego roku życia nie było związane ze szczerością, wszystko było dyktowane instynktem przetrwania, poza dwuznacznymi spojrzeniami wymienianymi z Perseusem, delikatnymi całusami, zwiewnymi jak wiosenny wietrzyk i ciepłymi jak letnia mżawka; mocniejszymi, zdecydowanymi dotykami nagiej skóry, wescthnięciami przyjemności.
Każde lato przypominało promienie słoneczne padające na twarz bruneta, gdy przechadzali się bulwarem miasta na południu Francji, delektując się swobodą, wspólnym towarzystwem i całą nocą spędzoną na rozmowach. Słońce wschodziło nad horyzontem, a oni wciąż siedzieli na plaży, powoli przymykając oczy, dłońmi czując sypkość piasku, a uszami rejestrując uspokajający szum morza i swoje zaplątane w alkoholu i nocnych wojażach głosy. Zwiewność lnianych koszul splątywała się z ozdobnością francuskiego pokoju, mozaiką drewna na posadzce, wygrawerowanymi ornamentami przy nóżce żyrandolu i klamkach podwójnych drzwi balkonowych. Widok na morze Śródziemne, którego poranny i wieczorny powiew był tak różny, a zarazem tak samo kojąco znany i ciepły jak usta kochanka napotykane nad szklanką wina i zatapiane w zawiłościach jego ciała, jakby był kolejną, wykwintną potrawą.
Zapragnął się rozpłakać, ale zabrakło mu łez. Smutek i rozgoryczenie bardzo szybko przeinaczyły się w złość, podskórną irytację. Po tylu latach milczenia, jak śmiał pojawić się przed moimi drzwiami? Na co liczył? Na ciepłe przyjęcie? Na kolejną, nic nie znaczącą noc Wzburzone myśli kotłowały się w sztormie chwili, wzburzały odbijając od poczucia zawziętości podbudowanego zranionym ego. Twarz Blacka złagodniała, Elliott zauważył to niemal od razu, ale nie wynagrodziło to wcale słów, które mężczyzna wypowiedział na głos, pierwsze, jakimi go uraczył od pięciu lat nieobecności. Wykonane kroki w przód, jedynie upewniły Elliotta w fakcie, że przyszedł tu po wybaczenie, być może licząc na nocną igraszkę - nie był pewien, bo w ciągu emocji, jaki rozprostowywał się powoli niczym gnieciony, trzymany w kufrze żagiel majestatycznego okrętu, brakowało sensu, chłodnej logiki, która ratowałaby sytuacje.
Wciągnął gwałtownie powietrze i zrobił coś, na co zazwyczaj by sobie nie pozwolił, dał upust swojej złości. Wiedział, że więcej jej przyjąć nie może, że kolejna, choćby najmniejsza kropla przeleje czarę goryczy, a łzy potoczą się po jego pozornie zobojętniałej, wyciosanej w kamieniu twarzy, pod którą skrywał swoje prawdziwe, zranione 'ja', wewnętrznego młodego chłopca, który liczył tylko i wyłącznie na ciepły dotyk troski, na zwrócenie na niego uwagi, na przeczesanie włosów w czułym geście.
Zdecydowanym gestem złapał za klapy płaszcza Perseusa, czując jak wnętrze dłoni wiglotnieje mu od zaplątanych w materiał kropli londyńskiego deszczu i mgielnej kondensacji stolicy. Szarpnął go zdecydowanie, pozwalajac, by szron na niebieskich oczach całkowicie stopniał, ukazując czajacą się pod nim furię, liżące ostatki zbudowanej razem twierdzy ognie, przy których mogli chociaż na chwilę się ogrzac, zanim przyjemnośc ich przeszłej relacji zmieni się w pogorzelisko. Plecy Blacka uderzyły o ścianę w holu, a Elliott lekkim skinieniem różdżki zamknął za nimi drzwi, te zatrzasnęły się zostawiajac ich w półmroku holu. Światło dochodziło z pokoju, który kiedys używany był jako salon, sam przedpokój wydawał się pusty, podłogę wykładał bordowy, perski dywan, który teraz wsiąkał wodę i błoto z butów bruneta.
- Zjawiasz się tu, do jasnej kurwy, po pięciu latach i karmisz mnie swoją własną irytacją? - prawie krzyknął nie puszczajac ubrania byłego kochanka - Masz czelność pukać do tych pierdolonych drzwi i zakłócać mój spokój swoją zbolałą facjatą? - kontynuował, bo nie był w stanie pohamować wypływającej z niego, zbieranej przez ostatnie lata złości i goryczy. Czoło miał zatłoczone zmarszczkami, a twarz wyginał grymas furii. Zamiast użyć pięści czy fizyczności przyłożył mu zimny koniuszek różdżki pod szyje, patrząc dokładnie w oczy Perseusa, nie powstrzymując wściekłości, którą gromił go z tak bliska, prawie, że stykając się z nim swoim ciałem, pozwalając, aby koszula i spodnie zawilgotniały od nadzienia wierzchniego. Mimowolnie przypomniał sobie o tej nocy, gdy spotkali Jęcząca Martę, kiedy przyszpilił ciało Perseusa do muru w szkolnej łazience i czuł bicie jego serca prawie tak samo wyraźnie jak teraz. Delikatność dłoni byłego przyjaciela, jego palców dotykających rękę sprawiło, że złość jedynie wezbrała - był taki głupi, omamiony wizją szczęścia w jego ramionach.
- Daj mi jeden. Chociaż kurwa jeden powód, dla którego miałbym teraz nie potraktować cię najbardziej okropną klątwą, jaka przychodzi mi do głowy, tylko i wyłącznie za twoją cholerną zuchwałość - kosmyki idealnie ułożonych włosów wysmyknęły się z zaczesania, opadając na czoło, gdy wysyczał jadowite słowa przez zęby. Klatka piersiowa unosiła mu się arytmicznie w górę i w dół, nie mógł powstrzymać chaotyczności oddechu, oczy mu się zeszkliły, wiedział, że jak mrugnie to popłynął mu po policzkach łzy, skapując na wilgotne ubranie drugiego mężczyzny. Nieprzyjemne emocje kuły w klatkę piersiową, powodowały, ze szczeka zaciskała i spinała się, przez co musiał mieć lekko rozchylone usta, powietrze wydobywało się spomiędzy nich z lekkim świstem, jakby kolejne słowa miały nadejść niebawem i być gorsze od tego, co juz wyszło ze strony Malfoya.
Przerażenie przesmykneło się przez kalejdoskop emocji, dla odmiany widoczny jak na otwartej dłoni na licu blondyna. Nigdy nie potraktował kogoś z taką bezpośredniością, nie pozwolił swoim emocjom wziąć góry i przyozdobić twarz silnym uczuciem złości. Miał wrażenie, że w niczym mu to nie pomogło, jedynie spowodowało, ze czuł się słaby, omamiony własną, ślepą miłością i bezdenna rozpaczą z powodu utraty osoby, jaką szczerze kochał.


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Perseus Black - 01.02.2023

Atmosfera pomiędzy nimi gęstniała z każdą kolejną sekundą, zdając się z wolna przybierać materialną postać; Perseus bał się wykonać jakiegokolwiek ruchu, aby nie zostać pochłoniętym przez zastygającą masę, zamierając w bezruchu zupełnie tak, jak ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy spojrzeli w oczy Medusy. On jednak w przeciwieństwie do swego mitologicznego imiennika nie miał wystarczająco odwagi, aby chwycić za obłą rękojeść miecza i odciąć jej głowę; był zaledwie jesienną trzciną, suchą i pustą w środku, ulegającą pod naporem listopadowych wiatrów. Poddał się więc, gdy ukochany szarpnął za poły jego płaszcza z nieznaną mu dotąd siłą. Z ust wyrwał się cichy jęk, gdy plecy natrafiły na przeszkodę w postaci twardej ściany, w przedpokoju, który niegdyś potrafił opisać z zamkniętymi oczami, a w którym wszystko nagle stało się zimne i obce. Dlaczego je zachowałeś, Elliocie?, rozgorączkowane myśli odbijały się pod kopułą czaszki, gdy palce w poszukiwaniu podparcia natrafiły na miękkość kwiecistej tapety – jedynego niezmiennego elementu, łączącego przeszłość z teraźniejszością. Jeśli przesunie dłoń o trzy cale w lewo, tuż za ramę lustra, powinien natrafić na nagą ścianę, nieszczęsne połacie, na które pewnej czerwcowej nocy, przyszpilony przez pasję swojego kochanka w dokładnie tym samym miejscu, wylał zawartość butelki ginu, aż w końcu tapeta pod plamą napęczniała i musieli ją zerwać. Kupił mu wówczas na przeprosiny lustro w złotej ramie, którym zakryli nieestetyczny mankament. Całe życie byli przyuczani do zakrywania blichtrem niedoskonałości. Lustro nadal wisiało w przedpokoju, lecz nie było tym samym, które sprawił mu Perseus. Tamto z niewyjaśnionych powodów pękło ich ostatniej wspólnej nocy – zauważył to ze zdziwieniem, gdy o świcie tchórzliwie wyślizgnął się z ramion Elliotta, nie siląc się nawet na słowa pożegnania. Cóż, wyglądało na to, że tafla odbijała nie tylko ich przemykające w półmroku sylwetki, lecz całą ich relację. Wymienił je, tak jak wymienił jego na Simone.
Różdżka Malfoya zdawała się idealnie pasować do zagłębienia pomiędzy linią żuchwy, a tętnicą jego dawnego towarzysza. Chłód drewna na skórze wyrwał Perseusa ze szponów wspomnień. Źrenice rozszerzyły się, zlewając się w jedno z obręczami ciemnych tęczówek, jednakże próżno było doszukiwać się w nich strachu; brwi ściągnęły się w stuporze spływającym na jego pobladłą twarz. — Dlaczego to robisz? — wychrypiał wreszcie, odurzony znajomym zapachem perfum, od którego oddech stawał się płytszy, zaś nogi miękkie. Nienawidził się za tę słabość względem Elliotta, dlatego prędko przeszedł do ofensywy. — Tak łatwo przecież o mnie zapomniałeś. Szybko znalazłeś pocieszenie w jej ramionach. Na waszym weselu nawet na mnie nie spojrzałeś. Dlaczego więc teraz zachowujesz się, jakbym cokolwiek dla ciebie znaczył? Dlaczego nie potrafisz potraktować mnie jak nieznajomego? — pierwsze słowa wypluł z siebie z niekrytym gniewem, pewnie i wartko. Z każdym kolejnym zdaniem początkowy animusz nabierał coraz wyraźniejszych kształtów rozedrganego żalu, który rozbił się na dłoni Elliotta pojedynczą gorącą kroplą, jaka spłynęła po policzku Perseusa. Chcąc odwrócić jego uwagę od swych emocji, wypuścił z prawej dłoni laskę, która z łoskotem uderzyła o drewnianą podłogę. Druga ręka chwyciła Malfoya za nadgarstek i zmusiła go, aby wbił końcówkę różdżki głębiej w jego skórę.
Nie zamierzam prosić cię o litość — oświadczył z gorzkim uśmiechem szaleńca, który lada moment miał wyskoczyć z dziesiątego piętra — Chcę żebyś to zrobił. Dalej, nie krępuj się. Wiem, że jesteś do tego zdolny.
Chciał poczuć jak jego gniew rozrywa go na strzępy, kawałek po kawałku, jak pożoga nienawiści trawi jego trzewia, jak dym wypełnia jego płuca, a zmysły jeden po drugim zamierają; dotyk, wzrok, słuch, pozostawiając jedynie zwęglone szczątki. Chciał zostać przez niego ukarany, poczuć gorące języki ognia na swojej skórze, krzyczeć rozpaczliwie, aż głos odmówi mu posłuszeństwa. Być może wówczas uwolniłby się od poczucia straty, które narastało w nim od momentu, w którym po raz ostatni zamknęły się za nim drzwi tego mieszkania.
Kiedy pięć lat temu opuszczał Londyn, był pewien, że postępuje właściwie; oto zawisło nad nim widmo choroby stopniowo obdzierającej go z kontroli nad własnym ciałem. W maleńkim gabinecie wciśniętym pomiędzy bielone sale w których unosił się charakterystyczny dla szpitala zapach sterylności, życie Perseusa legło w gruzach. Wielokrotnie próbował przywołać w pamięci tamtą rozmowę z uzdrowicielem, lecz głosy stawały się przytłumione, twarz traciła ostrość, zaś słowa gubiły sens. Pamiętał natomiast szarość ciemnych chmur wiszących nad miastem oraz duchotę zwiastujące burze, własne serce łomoczące w kruchej klatce żeber oraz pierwsze krople deszczu rozbijające się na chodniku u jego stóp. Aż do tamtego dnia nie wybiegał myślami daleko w przyszłość – w środę zje z Elliottem w kolacje, w piątek podejdzie do egzaminu, a za trzy tygodnie pojadą razem na kilka dni na wieś. Być może latem znów wybiorą się do Francji lub Włoch, będą pływać w ciepłym morzu i spacerować pośród winnych krzewów udając najlepszych przyjaciół. Od czasu do czasu, przekonani, że są ukryci przed cudzymi oczami, złączą usta w pocałunku lub splotą swe dłonie. Będą żyć z dnia na dzień, bez dalekosiężnych planów, ciesząc się swoją obecnością.
Diagnoza zmusiła Perseusa do rozważań nad przyszłością; dziś jeszcze stawiał kroki jak gdyby nigdy nic, jednak z każdym dniem jego stan się pogarszał. Drętwiejące palce prawej stopy nie były wielkim problemem, ale wkrótce petryfikacyjne zaniki nerwowe zaatakowały też śródstopie. Kalectwo było nieuniknione – za dziesięć lub dwadzieścia lat, w zależności od tego, jak szybko jego organizm będzie ulegał chorobie, czekać będzie na niego wózek. Stanie się ciężarem, kulą u nogi, przykrym obowiązkiem, utrapieniem. Nie będzie mógł już dłużej kąpać się w morzu, ani spacerować po winnicach, nie wciągnie ukochanego do pustego zaułka, ani nie pochyli się nad jego uchem, by szeptać bezwstydnie o swojej miłości. A przecież Elliott zasługiwał na znacznie lepszy los, niż zajmowanie się kimś takim, zasługiwał na fale rozbijające się o jego łydki i słońce wiszące nad dojrzewającymi winogronami, na ukradkowe pocałunki i spontaniczne wyznania miłości. Zasługiwał na to, by śmiać się jasno i perliście w ramionach kogoś, kto stanie się dla niego schronieniem i tarczą.
Perseus obawiał się, że nie może mu tego dać, że sama jego miłość nie wystarczy, aby uczynić go szczęśliwym, że któregoś dnia nie podoła stawianym sobie kryteriom bycia godnym Elliotta. Rozpacz przysłoniła mu świat, uniemożliwiając mu klarowne spojrzenie na sytuację. Och, gdyby tylko ukochany nie pozwolił mu wtedy odejść, gdyby tylko szepnął przeciągłe „zostań” i nie wypuszczał ze swych objęć, nigdy nie wyjechałby do Paryża. Zostałby z nim tamtego ranka i kolejnego, budziłby go słodkim ciężarem pocałunków na skroniach aż po kres swych dni.


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Elliott Malfoy - 08.05.2023

Dychotomia myśli spłynęła na wykrzywioną w grymasie złości porcelanową twarz sprawiając, że kąciki ust uniosły się drwiąco. Łoskot uderzającej o posadzkę laski, częściowo stłumiony przez perski dywan wygłuszający stawiane w holu kroki; wspomnienia dni, w których przesmykiwali się między pokojami, dzieląc sekret w ulotnych pocałunkach, które wtedy wydawały się niekończąca się słodkością z miodowej pasieki wszechświata. W pochłoniętym przez gniew spojrzeniu zawitały ogniki przekory. Ognisko dogasało i choć wciąż się tliło, teraz na pewno nie przypominało takowego, które wybuchem odepchnie nierozsądnego śmiałka. Ogień miał to do siebie, że nawet najmniejszy, jeżeli włożyło się do niego rękę, zostawiał najtrwalsze blizny, które z początku piekły, przypominając o sobie na każdym kroku, przy każdym dotyku; ściśnięcia przyjemnej miękkości skóry.
Trudno było dopatrywać się w Malfoyu jego zwyczajowego opanowania. W tych czterech ścianach, pod naporem obusiecznego miecza Erosa i Psyche, pozory które zachowywał w chłodzie świata zewnętrznego znikały; jak odpływ, który odsłania pożądany, większy kawałek plaży, ale wraz z nią ukrywane dotychczas pod morskimi falami, skondensowane przez intensywność połaci solnego pancerza, okropieństwa czające się pod powiekami świadomości, w cieniach i rogach pomieszczeń, które dostrzegamy kątem oka, gdy myśli na moment odpływają do ziemi obiecanej, fatamorgany podświadomości. W dogasającym gniewie niebieskich oczu Elliotta czaiło się coś niepokojącego, nigdy wcześniej nie kierowanego w stronę Perseusa. Pierwotność, którą trudno było ująć w słowa; złowroga w swoim połowicznym opanowaniu, przypominająca dwoistą naturą kota Schrödinger'a jednocześnie żywego i martwego, nigdy jedno albo drugie, zawsze razem. Tak samo w głębi duszy blondyna czaiło się okrucieństwo i pożądanie; nachodzące na siebie jak ying i yang, nie będące w stanie istnieć samotnie. Na daremno można było dopatrywać się w tym zachowaniu ojcowskich wzorów czy siostrzanych wpływów, sadystyczna chęć ukarania osoby, która dopuściła się okropnego czynu, pochodziła z wnętrza Elliotta Malfoya; nigdy go nie opuszczała, drzemała na skraju podświadomości, budząca się powoli - cierpliwa, metodyczna, wyrachowana.
- Oczywiście, że jestem do tego zdolny - jego głos był zachrypnięty, przyciszony przez ilość intensywnych wyzwisk, jakie z siebie wyrzucał jeszcze chwilę temu, a które osiadły w gęstej atmosferze, czekając na dopełnienie, kontynuacje - Sam fakt, że tu przyszedłeś jest błaganiem o litość, Perseus, łżesz mi w żywe oczy, znowu. - poszerzył nieprzyjemny uśmiech, jakby znęcanie się nad ofiara przychodziło mu naturalnie, jakby do tego był stworzony, a jedynie zabłądził po drodze i zmiękł na zewnątrz, cisnąc swoją prawdziwą naturę, nie pozwalając jej przejąć całkowicie kontroli.
Wypuścił różdżkę z dłoni, sprawiając, że ta dołączyła na podłodze do laski, potoczyła się w stronę ściany, zniknęła w cieniu dywanu i półmroku holu. Położył dłoń na policzku bruneta, przesuwając dłonią po mokrej ścieżce, którą wydrążyła samotna łza i umiejscawiając palce wpierw na szyi Perseusa zjechał na jego bark, chcąc wkraść się rozgrzaną od ledwo co dogasającej złości, dłonią pod materiał ubrania.
Nie zrobił tego, przysunął usta do jego ucha.
- Babranie się w wyrzutach sumienia za to, że mnie zostawiłeś bez słowa zaboli cię mocniej. - wyszeptał, jakby dzielił się z byłym kochankiem lepkim sekretem w upalny wieczór na południowofrancuskiej plaży - Dlaczego mi to zrobiłeś Percy? Nie wystarczałem ci? Sprawiłeś, że w imię ojcowskiego drogowskazu musiałem wpleść w swoje życie tą niewinną kobietę. Zachowałeś się jak tchórz, nie byłeś w stanie spojrzeć mi w oczy, a teraz przychodzisz i myślisz, że dam ci satysfakcję pełnej złości? Że dostaniesz to, o co prosisz, dokładnie w sposób, którego chcesz? - od zaśmiania się powstrzymała go tylko mamiąca bliskość znajomego zapachu, mieszającego się z wilgocią deszczu i nićmi materiału grubego płaszcza, którego szorstkość przeszkadzała delikatnym opuszkom palców.
Dał upust swojemu pożądaniu, dualizmowi przeplatającego się głodu zemsty oraz absolutnej tęsknoty za ciałem, które niegdyś tak idealnie dopełniało to jego, w pościeli za ścianą, tylko pare kroków w bok. Przywarł do jego ust nie czekając na zezwolenie, tym razem po prostu biorąc. Nie był to pocałunek pełny miłości, choć niósł ze sobą ciężar emocji, to te były inne. Sprawiające, że usta wydawały się pełne metalicznego posmaku krwi i chłodnego, zimowego powietrza.


RE: [1970] Nie dokazuj, miły, nie dokazuj | Perseus & Elliott - Perseus Black - 11.05.2023

Z torfowiska pamięci niezdarnie wygrzebało się wspomnienie; krople deszczu spływające po szybie, magipsychiatra, pod którego skrzydłami znalazł się na początku magisterium w Lecznicy Dusz, dystyngowany starszy człowiek o oczach jak niebo, patrzącymi nań wciąż trzeźwo, choć jego wychudłe ciało zapadało się w wielkim fotelu w półmroku gabinetu, który miał wkrótce po nim odziedziczyć i słowa płynące zaskakujące wartko: „Perseusie, nie można mówić o miłości do drugiej osoby, jeśli wzgardza się samym sobą”. Chłonął je wszystkie i traktował z największą powagą, niczym życiową prawdę, która objawiona została nielicznym. Im dłużej jednak rozmyślał nad słowami swego mentora, tym większy narastał w nim sprzeciw. Bo przecież kochał Elliotta z całą swoją gorliwością, zaś w uwielbieniu i oddaniu, jakimi go obdarzał, próżno było doszukiwać się nuty fałszu. Kiedy był z nim myślał też o sobie nieco inaczej, niemalże dobrze; w towarzystwie ukochanego zapominał, jak bardzo nienawidził siebie, jak rozpaczliwie pragnął być wystarczający. Wierząc w przyjaciela nie miał czasu, by wątpić w siebie. I wtedy, gdy był na dobrej drodze, by przebrnąć wreszcie przez bagno dziecięcych traum, a nawet zacząć postrzegać siebie jako wartościową istotę, pochwyciły go szpony choroby. Dolegliwości, pod którą ugięło się nie tylko ciało Perseusa, lecz także jego pokaleczone wcześniej psyche. Wstydził się jej, tej ułomności, jaka na niego spadła oraz słabości własnego charakteru. Choroby duszy natomiast mają to do siebie, że pozbawiają swej ofiary zdolności logicznego myślenia, osaczają go, napierają ze wszystkich stron, zmuszając do czynów – z punktu obserwatora – pozbawionych znamion logiki, lecz za to przynoszących chwilowe ukojenie rozedrganym emocjom.
Nie odpowiedział mu, ale też i wszelkie słowa były zbędne. Malfoy przejrzał go na wylot i Percy przeczuwał, że kolejne próby wyłgania się z tej sytuacji jedynie ośmieszą go bardziej. Zadrżał, gdy różdżka wypadła z dłoni Elliotta. Wtedy też poluzował uścisk na jego nadgarstku, a po chwili całkowicie go puścił. Wpatrywał się w niego zaskoczony tą nagłą kapitulacją, podczas gdy ciepłe palce starły mokry ślad z jego policzka. Poruszył się wówczas niespokojnie, jakby chciał zaoponować; to przecież on miał być tym, który ociera łzy.
Nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, jak… Nie masz pojęcia… Nie… — protesty Perseusa traciły swą żarliwość proporcjonalnie do wzburzenia, jakie wzrastało w nim pod wpływem dotyku Elliotta. Zapragnął odepchnąć go od siebie, odtrącić, jak robił to przez ostatnie lata, a jednocześnie paść przed nim na kolana i wyznać mu prawdę – o chorobie i o swoim wstydzie, o latach samotności i upokorzeń, a później błagać go o przebaczenie i zapewniać o swojej miłości. To jednak wymagałoby odwagi, której Blackowi brakowało.
Jak wielką zrobiłem ci krzywdę?, zdawały się pytać jego oczy, szkliste teraz od łez. Ostrożnie otoczył sylwetkę Malfoya swoimi ramionami, a następnie przyciągnął go do siebie, jakby bał się, że jeżeli wypuści go ze swych objęć, ten rozsypie się na kawałki. Że sam się posypie bez bliskości drugiej osoby.
A potem Elliott go pocałował.
Chwila niewypowiedzianie słodka, a równocześnie gorzka; wiedział bowiem, że nie ma w niej nic z dawnych uczuć. Gorące i okrutnie cielesne, obdarte z szat łagodności, jaką niesie ze sobą przywiązanie. Uległ mu, ale nie pozostał bierny; odwzajemnił pocałunek z całą pasją, jaką w sobie skrywał. Wypuścił go na chwilę, tylko po to, by jesienny płaszcz z szelestem zsunął się na podłogę, a potem ujął jego twarz w dłonie i odbił się od ściany, tylko po to, by obrócić dawnego kochanka i zamienić się z nim miejscami.
Czy moje cierpienie przyniesie ci ulgę? — zapytał zdławionym głosem, gdy na moment udało mu się oderwać od ust kochanka — Więc skrzywdź mnie. Spraw, żeby bolało.
O tym, że bolało nieprzerwanie od pięciu lat oraz że przeklinał dzień, w którym zdecydował się na ucieczkę, nie chciał wspominać. Liczyło się tylko to, że znów trzymał go w ramionach, że czuł na skórze jego gorący oddech i wargi szukających jego własnych. Remedium dla odrętwiałego od jesiennego chłodu ciała.
Zaraz więc znów go pocałował, a prawa dłoń zajęła się rozpinaniem guzików jego koszuli.