Secrets of London
06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach (/showthread.php?tid=732)

Strony: 1 2


06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.01.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - Piszę, więc jestem

06.03.1972 wieczór w jednym z pubów przy Pokątnej



Dzisiejszy dzień minął Geraldine całkiem sympatycznie. Spędziła trochę czasu w lesie, a później, później dostała mandat za źle zaparkowaną miotłę. Każdy inny zapewne by trochę inaczej zareagował na mandat, ona jednak ucieszyła się, ale tylko dlatego, że został wystawiony nie przez byle kogo. Przez to, że zostawiła miotłę na środku ulicy wpadła na dawnego znajomego z czasów szkolnych, co ogromnie poprawiło jej humor. Szczególnie, że wydawał się być równie zadowolony z jej widoku, co ona. Gerry zrobiło się jakoś tak cieplej na sercu, wróciło do niej wiele wspomnień, a do tego poczuła takie dziwne uczucie, kiedy na niego spoglądała, wcześniej chyba nie zauważała, że ma w sobie tyle uroku. Pod wpływem chwili zaprosiła go na spotkanie? Randkę? Sama nie wiedziała, co to do końca było, jednak cieszyło ją to, że jej nie odmówił.

Yaxley dotarła do domu na miotle. Od razu wskoczyła pod prysznic, aby doprowadzić się do jakiegoś porządku. Umyła nawet włosy, bo trochę zaczęły śmierdzieć wiatrem - jak zawsze, gdy dużo latała na miotle. Czas mijał jej całkiem szybko, zjadła w między czasie coś z wczorajszego obiadu. Była ogromnie podekscytowana tym spotkaniem. Zastanawiała się, jak powinna się ubrać, nie należała jednak do tych kobiet, które miały szafę pełną jakichś eleganckich kiecek. Nie chciała też przesadzić. Postawiła więc na jeansy i koszulę - zieloną, w małe, pomarańczowe kwiatki. Włosy zostawiła rozpuszczone, jeszcze trochę wilgotne. Kiedy wychodziła z domu narzuciła na wierzch jeszcze skórzany, trochę może już zniszczony, wciąż jednak jej ulubiony płaszcz. Sięgał jej niemal do kostek. Tym razem jako środek transportu nie wybrała miotły. Postanowiła się teleportować, było to w końcu szybsze.

Geraldine pojawiła się przy Ministerstwie, gdzie czekała na Thomasa. Pozwoliła sobie zapalić papierosa, przynajmniej miała czym zająć ręce. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, naprawdę cieszyła się, że znowu się zobaczą. Nie musiała długo czekać, gdyż mężczyzna pojawił się na zewnątrz tak jak mówił, chwilę po dwudziestej. Gerry przywitała go uśmiechem. - Gotowy na drugie już dzisiaj spotkanie ze mną? - Jeszcze zawsze mógł uciec. Yaxley miała kilka swoich ulubionych knajp w okolicy, sądziła jednak, że Hardwick musi też znać jakieś miejsca, skoro pracował tuż obok. - Masz jakieś ulubione miejsce w okolicy? - Przydeptała jeszcze niedopałek papierosa butem - gotowa do drogi.




RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Thomas Hardwick - 08.01.2023

Konieczność powrotu do swoich obowiązków sprawiła, że musieli zakończyć pogawędkę, ku rozczarowniu Thomasa, która najchętniej spędziłby z Ger jeszcze trochę czasu. Perspektywa spotkania się jednak po godzinach pracy powodowała, że rozstanie nie wydawało się tak przykre. Naprawdę dobrze im się rozmawiało, dlatego z wyczekiwaniem czekał na zakończenie służby, co wyczuwali wszyscy wpółpracownicy, którzy w pewnym momencie mieli dość jego roztargnienia i nieobecnego spojrzenia, przez co niemal wyrzucili go z bióra, gdy tylko zakończył swoją zmianę.
Nie wiedział, czemu Geraldine tak bardzo zaprzątała jego myśli, bo zdecydowanie w to, że po prostu dopadła go tylko zwykła nostalgia, nie wierzył nikt. W tym i on, szczególnie, że jedną z częstszych myśli, które obijały się po jego łepetynie, była ta o tych nieszczęsnych kajdankach, które pokazał Ger, dopiero po czasie zdając sobie sprawę, jak zabrzmiała jej propozycja.
O Merlinie, o czym on myślał.
Niestety nie mógł przygotować się do wieczornego spotkania tak jak Ger, bo oczywiście nie pomyslał o tym, by dać sobie czas na odświeżenie po pracy. Chciał się z nią zobaczyć jak najszybciej, by w jakis psosób nadrobić lata, które stracili, rozdzieleni przez ich nowe, dorosłe zycia. Musiało mu więc wystarczyć posmieszne obmycie twarzy i przebranie się w swoje zwyczajowe ubrania, bo choć Ger zdawał się jego mundur podobać, tak wolał nie straszyć innych gości baru, do którego mieli się udać. Tak było przy okazji wygodniej.
Wyszedł więc ubrany w swoje jeansy, grafitowy sweter i ukochaną, skórzaną kurtkę. Jego włosy, lekko wilgotne na końcach, nieuważnie zachlapane wszecześniej wodą, pozostały w pozornie niechlujnym nieładzie, który Thomas najbardziej lubił.
Wychodząc z odpowiedniej budki telefonicznej niemal odruchowo zapalił papierosa, w nagrodę za kolejny dzień pracy, ktory udało mu sie jako tak przeźył. Dopiero wtedy zaczął się rozglądać, szybko zauważając jasną czuprynę. Wypuścił papierosowy dym, z lekką ulgą, wiedząc już, że kobieta przynajmniej nie postanowiła go wystawić. Nie, żeby się tego bał, tylko… Cóż, zakładał taką mozliwość.
Jesgo usta wygieły się w radosny, a jednocześnie łagodny uśmiech, gdy podchodził do Ger, unosząc przy tym lekko ręke w gaście powitania.
- Jak najbardziej gotowy - odpowiedział, a w jego oczach zabłysły radosne iskierki. W końcu trochę się wyczekał, próbując jako tako funkcjonowac w pracy.
Zaśmiał się którtko na pytanie o bar, by zaraz znów zaciągnac się papierosem i spojrzec z dziwną miną na Ger.
- Jesli chcesz spędzić czs w gronie byłych i obecnych brygadzistów oraz aurorów to tak, mam, ale może jednak skusimy się na inne towarzystwo? - rzucił, czując, że to nie za dobre miejsce na ich spotkanie po latach, szczergólnie, że jakos nie miał ochoty by wydzieli je ludzie z jego pracy. Szczrgólnie, że i tak niekótrzy mieli dziś już z niego niezły ubaw. - Może więc zdamy się na ciebie, albo wejdziemy do pierwszego lepszego miejsca i zdamy się na los? Gorzej niż u Puddifoot nie będzie zapewne - stwierdził, przypominając Geraldine przesłodzona kawiarnię, do której trafiali studenci Hogwartu chcący poczuć romatyczna atmosferę, co zwykle kończyło się boleścią dla oczu i wszystkich pozostałych zmysłów.


RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.01.2023

Ger nie do końca rozumiała, skąd się jej wziął taki entuzjazm spowodowany tym spotkaniem, do którego miało za chwilę dojść. Może nie warto nad tym rozmyślać? Przynajmniej póki co, zamierzała dać się ponieść, czy coś. Bez zbędnego rozmyślania. Na całe szczęście Theseus nie widział, jak się stroiła przed lustrem. Wybył z ich mieszkania jeszcze przed nią, nadal nie wrócił, musiał więc zajmować się jakimś dłuższym zleceniem. Nie musiała więc się nikomu tłumaczyć, dlaczego uczesała włosy i doprowadziła się do porządku. Geraldine jakoś nie specjalnie lubiła tłumaczyć się przed kimkolwiek, a wiedziała, że kto jak kto, ale Thes zauważyłby to nie do końca dla niej typowe zachowanie. Czasem mimo wszystko dobrze jest mieć tajemnice i nie wiedzieć o sobie wszystkiego.

Czasem zastanawiała się nawet, co słychać u jej kompanów ze szkolnej drużyny quidditcha. Jakoś tak jednak, nigdy nie uważała, że byliby zadowoleni, gdyby do nich napisała. Erika widywała od czasu do czasu podczas spotkań klubu pojedynków, aczkolwiek nie uczestniczyła w nich jakoś specjalnie regularnie, gdyż często nie było jej w Londynie. Taką już miała pracę, że dosyć trudno jej było utrzymywać relacje. Podróżowała po całym świecie w poszukiwaniu najróżniejszych magicznych stworzeń, nie potrafiła zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Niby miała kilku bliższych znajomych, jednak nie gościła w ich życiu zbyt często. Pogodziła się z tym, że przegapiła wiele ważnych dla nich wydarzeń, choć zależało jej nawet, aby się pojawić. Praca jej jednak na to nie pozwalała. Zastanawiała się czasem, czy warto. Czy ten tryb życia zawsze będzie jej służył, czy w pewnym momencie nie będzie żałować, że nie umiała się ustatkować. Rodzice nawet zaczęli jej zwracać na to uwagę, mimo, że wydawać by się mogło, że oni powinni zrozumieć, dlaczego żyje właśnie w ten sposób. Może gdyby znalazł się ktoś, na kim faktycznie by jej zależało byłaby skłonna nieco zmienić charakter swojej pracy, kto ją tam wiedział. Jak do tej pory nie poznała nikogo takiego, a może i poznała, tylko nie było jej dane nigdy do końca otworzyć oczu.

Rozmowa, którą wcześniej prowadziła z Thomasem wydawała się być pełna dwuznaczności. Sama Ger złapała się na tym, że nie do końca panowała nad tym, co mówiła. Przestawała przy nim myśleć. Nie miała pojęcia, czy powodem były jego oczy, które wydawały się jej być tak głębokie, że mogła w nich utonąć, czy ten uśmiech, zupełnie niewinny, zachęcający do beztroski. Nie mogła zupełnie się skupić w jego obecności, a najważniejsze było to, że wcale jej to nie przeszkadzało. Pod wpływem chwili postanowiła się z nim spotkać po pracy, chciała zobaczyć, czy faktycznie nadal będzie jej towarzyszyło to dziwne uczucie. Zależało jej na tym, żeby to sprawdzić, w końcu niezbyt często reagowała tak na kogokolwiek.

Ucieszyło ją oczywiście to, że nie miał nic przeciwko spotkaniu. Może Gerry nie była najlepsza w kontaktach międzyludzkich, jednak czuła, że Hardwick ma podobnie. Może to jakaś dziwna intuicja? Kto ją tam wiedział. Byli zbyt starzy, żeby zwlekać, dlatego też Gerry postanowiła zareagować od razu. Skoro już zauważyła, że im się tak lekko rozmawia, to szkoda było nie sprawdzić do czego może ta rozmowa doprowadzić, nawet jeśli miałoby to być coś chwilowego.

Tak właściwie, to prawie wcale się nie zmienił, przynajmniej tak się jej wydawało. Na pewno zmężniał, ale nadal miał w sobie coś z tego beztroskiego chłopca, którego poznała w Hogwarcie. Zastanawiała się w sumie, jak doszło do tego, że był wolny. Wydawało jej się, że raczej będzie skłonny ku temu, żeby założyć rodzinę, miała wrażenie, że pasuje do niego wizja żony u boku, dzieci. Może się myliła, albo po prostu jeszcze nie spotkał panny, która by go zaczarowała. Jak dla niej, to dobrze, w końcu dzięki temu mogła dzisiaj wybrać się z nim na piwo po tym krótkim, acz dosyć emocjonującym spotkaniu. Pamiętała, że był taki moment, podczas nauki w Hogwarcie, że zwracała uwagę na to, że Thomas naprawdę dobrze się prezentuje, a jego żarty wydawały się być zabawne, jednak jakoś nigdy nie myślała, że mogłaby spojrzeć na niego w ten sposób, w który spojrzała dzisiaj. Jej ciało jednak mówiło swoje, czuła jak na niego reaguje, nie zamierzała się oszukiwać, zresztą doszła do takiego etapu w życiu, że nie uważała tego za coś niestosownego.

- Muszę przyznać, że o tym nie pomyślałam. To nieco zmienia postać rzeczy. - Faktycznie nie do końca jej się uśmiechało spędzać ten wieczór wśród autorów i brygadzista, do tego on zapewne czułby się niekomfortowo. - Mam wrażenie, że przy Tobie przestaję myśleć. - Spojrzała na Thomasa i zamilkła na moment. Czy naprawdę powiedziała to na głos? Rzeczywiście było z nią coś nie tak. Wysunęła dłonie głęboko do kieszeni płaszcza, nie odwracała jednak wzroku. Skoro już to powiedziała to musiała liczyć się z konsekwencjami.

- Los jest chyba dzisiaj po naszej stronie, przynajmniej jak na razie, może więc jest to całkiem dobry pomysł. - Powoli ruszyła przed siebie wypatrując odpowiedniego miejsca. Stwierdziła jednak, że warto nieco oddalić się od ministerstwa. - Puddifoot straszyło, ale w czasie Hogwartu nie było zbyt wielu możliwości, na całe szczęście jesteśmy już dorośli i możemy wybrać się tam, gdzie nam się tylko wymarzy.- Szli chwilę przed siebie, kiedy oczom Gerry ukazał się niewielki pub z niewyraźnym szyldem The Tickled Trout, stwierdziła, że to może być miejsce którego szukają. Nie wyglądało na specjalnie często uczęszczane. - Tu wejdziemy. - Powiedziała i wyciągnęła rękę, aby pociągnąć za sobą Thomasa. Weszli do środka.




RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Thomas Hardwick - 10.01.2023

Thomasowi po zakonczeniu szkoły magii ciężko było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, która wymuszała na nim znalezienie sobie miejsca w magicznej społeczności. Wcześniej wszytsko było jasne, był uczniem, dziesięc miesięcy spędzał więc w Hogwarcie, by w lato wrócic do mugolskiego, wiejskiego życia. Wszytsko miało swój dziwny rytm, a jednocześnie sprawiało, że należał wszędzie, jak i nigdzie. Dopiero jako absolwent, zaczął dopasowywac się do całkiem nowez rzeczywistości, co w sumie pochłaniało większość jego uwczesnego żcyia, przez co nie bardzo myslał o podtrzymywaniu znajomości, które nabył w szkole, poza tymi, które towarzyszyły mu na codzień, w pracy, w sąsiedztwie jego mieszkania, przy codziennych sprawunkach. Dopiero po czasie zaczął przypominac sobie o starych znajomych, choc w wielu przypadkach było już za późno, by w łatwy sposób odnowić kontakt. Tak przynajmniej mu się wydawało, bo spotkanie z Geraldine pokazało, że jest zupełnie inaczej.
Wydawało mu się, że nie widzieli się najwyżej kilka miesięcy, a nie lat. Czas który upłynął wydawał mu sie zupełną abstrakcją. Owszem, wydorośleli trochę, żeby nie powiedzieć, postarzeli, a jednak nadal widział w Gerry tamtą dziewczynę, która z zawziętością grała z nim w quidditcha. Co gorsze, choc może lepsze, nadal czuł to samo lekkie zauroczenie, które choc może brzybrało inne kolory, to nadal dobrze się trzymało. A może nawet się odświezyło. W końcu inaczej gdy widziało się dziewczynę na codzień, niż gdy nagle pojawia sie przed tobą, z tą burzą jasnych włosów, ognistym spojrzeniem i usmiechem, który tak samo jak kiedyś, sprawiał, że robiło mu się ciepło. Wszytsko uderzyło go z nienacka, do tego niesamowicie intensywnie. Dobrze, że go nie znokautowało.
Nie, żeby jego niemijajace, jak sie okazało, zauroczenie przeszkadzało mu w szukaniu miłostek, bo tych się trochę w jego życiu przewinęło. W końcu nie wiedział, że Ger uda mu się jeszcze kiedyś spotkac i pogodził się z jej strata już dawno. Próbował więc znaleźć towarzyszkę życia, wszystkie związki kończyły się szybciej, niżby sobie tego życzył. Z różnych powodów. Czasem niezrozumienia dla dwóch światów, które Thomas starał się połączć, czasem z powodu jego pracy, a czasem z niedopasowania charakterów. Ot, prześladowało go fiasko za fiaskiem, którymi starał się nie przejmować (co mu nie wychodziło), za każdym razem wmawiając sobie, że to po prostu jeszcze nie jego czas. Zbliżająca się trzydziestka trochę zaczęła mu psuć co prawda to optymistycznew spojrzenie na sprawę, nie wiedział jednak co miał niby zrobić. W końcu nie zamierzał się dla nikogo zmieniać ani tkwić z nikim na siłę.
Gotować umiał, od sprzątania były zaklęcia, udawało mu się więc przeżyć samemu. To zawsze coś, prawda?
Zaśmiał się, wczęsiej zakładając, że rzeczywiście, spędzenie czasu wśród strózów prawa to nie to, czego życzyłaby sobie Geraldine. Szybko jednak musiał ukryć lekkie zawstydzenie, gdy uszłyszał jakże szczere podumowanie stanu umysłu kobiety.
- Powiedziałbym, że moge myśleć za nas oboję, ale czasem aż odbiera mi przy tobie mowę, gdy wiesz, mówisz takie rzeczy - przyznał, czując ciepło na policzkach. - Wiesz, wtedy też mam w głowie pustkę - mówił dalej, odwracając lekko wzrok gdy jego ręka pocierała lekko kark. Naoprawdę nie wiedział, czemu był z nią tak szczery, Może przez to, że ona potrafiła tak bezpośrednio rzucić podobnymi tekstami, a może dlatego, że trochę chciał by po prostu to wiedziała. Jedną szansę już zmarnował, prawda?
- O tak, nie było za wiele miejść do posiedzenia, choć hej, pamiętasz jak chodziło się na piwo kremowe do Trzech Mioteł? Albo gdy któregoś razu ktoś wspaniałomyślnie dolał do niego ognistej whiskey, gdy poszlismy świętowac druzyną wygraną w meczu i potem balismy się wrócić do zamku? - przypomniał, usmiechając się szeroko. - Niektórych wtedy zmogło. - Zaśmiał się, wiedząc, że sam był już wtedy w tym stanie, gdzie gadał głupoty. Choć wspomnienia powoli się zacierały i za dużo nie potrafił z tego dnia przywołać.
Posłusznie skierował się za Gerry, której dłoń zamknęła się na jego nadgarstku, ciągną go w stronę wejścia wybranego pubu. Zdusił w sobie chichot, który zrodził się w jego wnętrzu na ten jej gest, bo przecież mężczyznie jak on nie wypadało chochotać. Wydobył z siebie więc dziwne, zduchone parsknięcie, a na jego twarzy czaił się psotny uśmiech.
- Daj płaszcz, odwieszę go za ciebie, ty możesz poszukać nam miejsca - oznajmił, gdy znaleźli się juz w ciepłym lokalu.
Swoją kurtkę zdjął dopiero przy krzesełku, po czym przewiesił ją przez jego oparcie. Dopiero wtedy posadził swoje cztery litery, choć nie rozsiadł się wygodnie, jedynie przycupnął na chwilę.
- Piwo, coś innego? Ja stawiam, za ten mandat, który musiałem ci dziś wlepić - dodał szybko, nie chcąc, by Ger mu odmówiła. Szczerze mówiąc nadal miał trochę wyrzutów sumienia, że własnie tak się spotkali. Cieszył się jednak, że w ogóle udało im się zobaczyć, po tym całym, długim czasie.


RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.01.2023

Gerry właściwie nigdy nie zastanawiała się nad tym, jakie może to wszystko być trudne dla tych, w których żyłach magiczna krew nie płynęła od lat. Nie znali tego świata tak, jak Ci, którzy od pokoleń wiedzieli czym jest magia. W końcu zupełnie znienacka dostawali list z Hogwartu, byli rzuceni na głęboką wodę. Musieli sobie poradzić z poznawaniem nowej rzeczywistości. Na pewno wiele to ich kosztowało, w końcu też nie mogli się podzielić informacjami na temat tego wszystkiego ze swoimi najbliższymi. Byli rozdarci między dwoma światami. Po zakończeniu nauki w Hogwarcie musieli nauczyć się żyć w magicznym świecie. Na pewno było to trudne, szczególnie bez wsparcia rodziny.

Thomas wyglądał jej na osobę, która świetnie sobie z tym wszystkim poradziła. Został w końcu brygadzistą, znalazł swoje miejsce w tym świecie u chyba całkiem nieźle mu to wszystko wychodziło. Ucieszyło ją ogromnie, że przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawał się być szczęśliwy. Yaxley miała świadomość, że tacy jak on nie mieli aktualnie lekko. Wiedziała, jak wygląda sytuacja w świecie magii. Sama widziała do czego potrafią doprowadzić wyznawcy Voldemorta. Nie mieli skrupułów, chcieli pozabijać wszystkich, którzy nie pasowali do ich wizji czystokrwistego świata. Nie potrafiła tego zrozumieć, jej zdaniem każdy miał prawo do życia, przecież mugolacy nie mieli wpływu na to, że magia się w nich obudziła. Niczym nie zawinili.

Gerry nigdy nie kierowała się tymi uprzedzeniami. Już w Hogwarcie poznała uczniów różnego pochodzenia, wszystkich traktowała na równi. Najważniejsze było to, w jaki sposób się zachowywali, a nie jaka krew płynęła w ich żyłach. Na całe szczęście, jakimś cudem trafiła do Gryffindoru, a nie jak reszta jej rodziny do Slytherinu, w którym miała by ciężko patrząc na to, jak pochodziła do sprawy. Tiara bardzo dobrze wiedziała, co robi - tego Gerry była pewna. Przynajmniej nie musiała przez te siedem lat nauki wysłuchiwać farmazonów, chociaż jej brat i tak suszył jej głowę. To samo działo się na wakacjach, gdy przyjeżdżała do domu. Jej rodzina uważała się za jedną z lepszych, choć Ger nie podzielała ich poglądów, grzecznie przytakiwała, aby kiedy wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Z czasem mogli zobaczyć, jakie ma podejście, w końcu zaczęła się pojawiać w domu rodzinnym z Theseusem u boku. Ile się nasłuchała, że to nieodpowiedni człowiek, nie zraziło jej to jednak. Nadal robiła swoje, z czasem jakby przestali to komentować, bo wiedzieli, że nie zmienią jej podejścia do przyjaciela.

Yaxley również wydawało się, że minął moment, może kilka miesięcy od kiedy ostatnio widziała Thomasa. Kiedy rozmawiali zupełnie nie czuła upływu lat, co wydawało jej się dosyć nietypowe. W końcu nie z każdym potrafiła rozmawiać w ten sposób, bez dystansu, który miała w zwyczaju trzymać. Było zupełnie inaczej. Może dopiero teraz sobie uświadomiła, że kiedyś też było dokładnie tak samo. Mieli wiele wspólnych zainteresowań, spędzali razem dużo czasu, coś im z tego pozostało. Los najwyraźniej chciał, aby spotkali się ponownie. Tym razem jednak z dala od wszystkich znajomych, którzy ciągle im towarzyszyli. Może tak było lepiej? Mogli na spokojnie porozmawiać, zrozumieć to wszystko, bo coś zdecydowanie się działo. Rzadko kiedy Geraldine czuła się, jakby uderzył w nią piorun, a to zdarzyło się dzisiaj, dziwne uczucie, które pojawiło się znienacka spowodowane tym, że spotkała przyjaciela z dawnych lat.

Ger tak naprawdę nigdy nie szukała. Dobrze jej było samej, czasem na moment próbowała z kimś być, jednak uważała, że to nie jest dla niej. Wymagania, które stawiali jej kandydaci nieco ją zniechęcały. Mało kto potrafił zrozumieć więź, jaka łączyła ją z Theseusem i zaakceptować to, że spędza z nim tyle czasu. Ona nie była w stanie zrezygnować z przyjaciela, nie wyobrażała sobie swojego życia bez niego u boku. Jakoś tak wyszło więc, że nadal była sama, choć rodzina nie do końca jej w to wierzyła i próbowała wmówić sobie, że Gerry trwa z Fletcherem w relacji romantycznej.

Yaxley czasem była aż za bardzo szczera. Nie panowała nad tym zupełnie, przez co jej policzki oblegały się rumieńcami. Docierało do niej co mówiła, dopiero gdy słyszała to wszystko. Próbowała z tym walczyć, dawno temu, jednak nic z tego nie wyszło, stwierdziła więc, że to nie ma najmniejszego sensu w jej przypadku. - Zupełnie nad tym nie panuję, ale dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam takie problemy. To całkiem budujące. - Upewniło ją to jedynie w tym, że sobie tego nie wymyśliła, że coś dziwnego między nimi wisiało, skoro on reagował na nią podobnie. Może i dobrze, że była taka bezpośrednia, wiedziała dzięki temu na czym stoi. To, że byli w stosunku do siebie szczerzy bardzo ułatwiało tę sytuację, świadczyło też o zdaniem Ger o pewnej dojrzałości, której mogło im brakować w czasie nauki w Hogwarcie.

- Wiesz, że czasem zdarza mi się wracać do Trzech mioteł, wzbudzają wiele dobrych wspomnień.- Wracała do tego miejsca tylko i wyłącznie z sentymentu, lubiła czasem obserwować dzieciaki z Hogwartu, które dopiero zaczynały swoje dorosłe życie. - Pamiętam tą ognistą, byłam jedną z osób, które wypiły najwięcej, nie było to szczególnie przyjemne doświadczenie, szczególnie, że spędziłam prawie całą noc w łazience. - Nie zraziła się wtedy jednak do alkoholu, nie tak łatwo było ją zrazić. Nauczyła się z czasem jednak pić nieco odpowiedzialniej, przede wszystkim wtedy, gdy spoczywała alkohol z mężczyznami. Zauważyła, że wtedy stawali się bardziej rozmowni, co często ułatwiało jej pracę.

Tak naprawdę, to nie miała pojęcia dlaczego pozwoliła go sobie złapać za nadgarstek, nie chciała go zgubić? Choć nie szli wcale w tłumie, wydawało jej się, że dzięki temu szybciej znajdą się w środku. - Ostrzegam tylko, że jest naprawdę ciężki, w kieszeniach noszę połowę swojego mieszkania. - Wolała go uprzedzić. Zdjęła więc płaszcz i przekazała go mężczyźnie wcześniej wyciągnęła jednak z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Sama zaś zaczęła się rozglądać za odpowiednim miejscem. W jej oczy rzucił się stolik w głębi, przy ścianie z dala od reszty. Takie ustronne miejsce wydawało się jej być odpowiednie. Ruszyła więc w jego kierunku, aby nikt przypadkiem nie zajął go przed nimi. Usiadła na krześle, papierosy położyła na stole, żeby mieć je obok siebie. Łokcie oparła na stole i poparła dłońmi twarz, przyglądała się Thomasowi uważnie. - Zdążyłam już zapomnieć o tym mandacie. - W końcu wydarzyło się tak wiele, że to przewinienie z źle zaparkowaną wydawało się wydarzyć wieki temu. - Ale niech Ci będzie, Ty stawiasz, przynajmniej na razie, później zobaczymy i tak piwo wydaje się być odpowiednie na początek.- Nie zamierzała dzisiaj szybko wrócić do domu, tego była pewna.




RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Thomas Hardwick - 12.01.2023

Większość czarodziejów nie zastanawiała się, jak wygląda życie tych, którzy z dnia na dzień dowiedzieli się, że są ludźmi niczym z książek opisujących szeroko pojętą fantastykę. I o ile jako dziecko, łatwiej było przyjąć do wiadomości, że nagle stało się bohaterem tak niezwykłej historii, tak z czasem, gdy zaczynało się dorastać, coraz bardziej komplikowało to życie.
Thomas starał się dopasować, choć czasem wielu rzeczy nie potrafił zrozumieć, z innych zaś nie mógł zrezygnować. Dlatego tak często spędzał czas także w niemagicznej części Londynu, czy to kupując przedmioty codziennego użytku, czy też po prostu zachowując się jak mugol, otaczając się kulturą i cóż, normalnością. Do tego kochał mugolską muzykę, która była jego odskocznią i pasją. Balansował na granicy obu światów, starając się, by go nie rozerwały na kawałki. A nie było to wcale łatwe.
Jego rodzina nigdy do końca nie pojęła, kim jest i co robi. Kochał ich, ale nie potrafili zrozumieć całego tego czarodziejstwa. Uważali go czasem za świra z patykiem i miotłą. Nie cieszyli się z jego osiągnięć w szkole, na boisku, czy potem w pracy, bo według nich robił coś dziwnego i bezsensownego. Bawił się całe życie, zamiast zabrać się za jakąś pożyteczną pracę, na przykład na rodzinnej farmie. Rodzeństwo czasem mu zazdrościło, z czasem zaś zaczęli się z niego podśmiechiwać. Rodzice zaś ubolewali, że nie posiada żadnej praktycznej czy potrzebnej według nich wiedzy, czy umiejętności. Choć przecież ojciec zawsze tłukł mu do głowy podstawy mechaniki i majsterkowania, a matka nauczyła gotować, co by nie umarł z głodu, gdy zacznie sam mieszkać. Zamiast tego widzieli śmieszne czapki i sprzęty do sprzątania, które podobne były wyścigowe - co kończyło się tym, że matka potrafiła zamieść podłogę jego personalizowaną miotłą.
Nie lubił przez to wracać do domu, a jednocześnie nie chciał odcinać się od ludzi, którzy przecież mimo wszystko darzyli go miłością, choć trudną i czasem bolesną. Czasami sam nie wiedział, co ma ze sobą robić.
Tak naprawdę nie zauważył tego, że w Hogwarcie nie mieli okazję pobyć ze sobą bez gromady towarzyszących ich w różnych sytuacjach gryfonów, czy innych uczniów. Zresztą, o ile nie szukało się specjalnie samotności, rzadko kiedy można było spotkać się tylko we dwoje, bo mimo rozmiarów szkoły, ilość chodzących do niej młodych czarodziejów była na tyle duża, że potrafili wypełnić każdy kąt zamczyska.
Dziś więc wszystko było inaczej. Mieli czas, by porozmawiać tylko we dwoje, bez znajomych patrzących na ręce i skłonnych później zrobić sensację z niczego. Choć w pubie było kilka innych osób, tak udawało mu się poczuć pewną prywatność, wynikająca z zajętego przez nich stolika, przez co czuł się niemal swobodnie. Chociaż na przestrzeni lat Thomas po prostu wieloma rzeczami nauczył się też nie przejmować. Na przykład tym, że wszystkimi siłami powstrzymywał się, by nie utopić się w oczach stojącej przed nim kobiety.
- Myhm, zakładam, że po tej popijawie w pokojach dziewcząt odbywało się masowe trzymanie włosów nad muszlą. Ja pamiętam tylko, że położyłem się w ubraniu, po czym wstałem z takim kacem, że wstałem dopiero popołudniu, ciesząc się, że nie było następnego dnia zajęć. Bo bym na nie na pewno nie dotarł, a wtedy mogło się wszystko wydać. - Pokręcił głową. - Byliśmy tacy głupi, ale przynajmniej jest co wspominać. - Błysnął zębami. Cóż, teraz miał przynajmniej lepszą głowę, więc spokojnie mógł uraczyć się alkoholem, choć nie za dużą ilością, skoro jutro miał pojawić się jednak w pracy. Jedno czy dwa piwa nikomu jednak nie zaszkodziło. No, chyba że uczniakom, którymi kiedyś byli.
Pokręcił głową na komentarz o płaszczu, po czym przyjmując go, ugiął się pod nim teatralnie, by zaraz mrugnąć do Gerry i odnieść go. No dobrze, może lekki nie był, ale bez przesady. Choć pewnie nie zdziwiłby się, gdyby nagle wyjęła z niego młotek, zestaw do tworzenia eliksirów oraz kilkadziesiąt innych zapewne zbędnych na dzisiejszy wieczór rzeczy. Taka była już chyba jednak przypadłość kobiet, były zawodowymi zbieraczami przydasiów.
Dotarł do ich stolika, samemu naśladując gest Geraldine i wyjął z kieszeni swojej kurtki paczkę papierosów, rzucając ja niedbale na stół.
- Cieszę się, że tak szybko ci to uleciało z głowy, może się uda i nie będziesz mi tego wyrzygiwać do końca życia - zażartował, jednocześnie nieświadomie zaznaczając, że nie ma zamiaru tym razem tracić ponownie kontaktu. Na pewno nie teraz, kiedy los spotkał ich znów ze sobą, pokazując, jak dobrze mogli ze sobą spędzać czas.
- W takim razie pozwól, że na chwilę cię zostawię. - Znów puścił jej oczko, ruszając się po zamówienie. Nie było zbyt dużego ruchu, szybko wrócił więc z dwoma dużymi, szklanymi kuflami, wypełnionymi bursztynowym płynem przyozdobionym białą, kuszącą pianą. Postawił jeden z nich przed kobietą, drugi przed sobą i w końcu porządnie rozsiadł się, biorąc od razu porządny łyk alkoholu.
- Nawet nie wiesz, jak dłużył mi się dziś dzień w pracy i jak czekałem na ten moment. Ty miałaś coś później jeszcze do zrobienia, czy cieszyłaś się dniem wolnym? Choć pewnie, gdy pracujesz, to pewnie zajmuje ci to więcej niż kilka godzin pracy kończącym się powrotem do przytulnego domu? Pewnie dużo podróżujesz? - Zaciekawił się całkiem szczerze, pochylając się trochę w jej stronę, skupiając na niej całą swoją uwagę.


RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.01.2023

Gerry była ciekawa. Zastanawiała się jak to jest nie wiedzieć i dowiedzieć się nagle, nie potrafiła sobie wyobrazić, że tak po prostu cały świat, który zna okazuje się być tylko częścią wszystkiego. Zdawała sobie sprawę, że może to być trudne dla tych osób, dlatego też próbowała im pomóc. W Hogwarcie zawsze stawała w ich obronie, dlatego, że wydawało jej się, że i tak dużo na nich spadło, musiała im pomóc radzić sobie z czystokrwistymi, którzy nie mieli oporów pokazywać im, że to nie jest ich świat.

Może i ona była wychowywana w magicznej rodzinie, jednak to, co było jej wpajane przez lata nieco różniło się z tym, w jaki sposób się zachowywała. Na pewno szkoła miała na to wpływ i ludzie z którymi przebywała. Czasem też nie do końca potrafiła się dogadać z członkami swojego rodu, właśnie ze względu na to, że jej poglądy różniły się od tych ich. Nie bała się mówić o tym na głos, twierdzili, że kiedyś zrozumie, zmądrzeje, jednak na przestrzeni lat nic się nie zmieniło. Wydawać by się mogło, że coraz bardziej odstaje i nie pasuje. Czasem nie było to takie proste, bo mimo tych różnic rodzina była dla niej ważna. Nie potrafiłaby się od nich odciąć tak po prostu. Czuła, że moment kiedy przyjdzie jej to zrobić zbliża się wielkimi krokami. Konflikt czarodziejów stawał się coraz bardziej jawny i prędzej, czy później każdy będzie musiał wybrać stronę po której stanie. Miała świadomość, że nie podąży ślepo za przekonaniami rodziny, przez co stanie się ich wrogiem.

Nie zerwała kontaktów z rodziną, spotykała się z nimi od czasu do czasu, póki mogła, wiedziała, że niedługo może nie być mile widziana. Szczególnie, że nie kryła się ze swoimi przekonywaniami. Wszyscy wiedzieli, że Geraldine ma w gronie swoich najbliższych osoby półkrwi, czy mugolaków. Miała jedynie nadzieję, że nikomu z jej najbliższych nie stanie się krzywda, na pewno by ją to zabolało, w końcu jaka by nie była to jednak rodzina.

Ten dzień był jednak inny od wszystkich. Zupełnie przestała zastanawiać się nad tym, co ją ostatnio dręczyło. Jej myśli kierowały się ku mężczyźnie, który miał spędzić z nią ten wieczór. Nie był już chłopcem, zdecydowanie i wystawił jej dzisiaj mandat, nie spodziewałaby się takiego obrotu sprawy, w końcu w Hogwarcie wydawał się jej być nawet bardziej lekkomyślny niż ona, a teraz pilnował by wszyscy stosowali się do zasad. Całkiem zabawny obrót sytuacji.

Dzisiaj spotkali się bez świadków. W przeciwieństwie do tych lat, kiedy dzielili dormitorium. Wtedy Yaxley przejmowała się tym, co mówili na jej temat, nie podobało jej się to, że wystarczyła krótka rozmowa, którą ktoś przyuważył i pojawiały się plotki. Teraz było zupełnie inaczej, informacje o tym spotkaniu nie powinny dojść do nikogo. Nie, żeby jej przeszkadzało, gdyby było inaczej, w końcu ta młodziutka, nieśmiała dziewczyna została w Hogwarcie. Gerry aktualnie nie bała się już mówić o tym, co czuje, nie uważała, że powinna milczeć, na przestrzeni lat nauczyła się sięgać po to, czego chciała.

Dzisiaj poczuła, że coś się dzieje. To uczucie zaatakowało ją znienacka, miała wrażenie, że zapoczątkowało się już dawno, jednak wtedy nie była tego świadoma. Postanowiła więc tak po prostu wyjść wieczorem w jego towarzystwie. Zobaczyć, co z tego wyjdzie, w końcu nie wiadomo, czy jeszcze raz pojawiłaby się taka szansa, a najlepiej było reagować, kiedy przychodziła taka szansa.

- Tak, wtedy wszystkie wbrew pozorom byłyśmy naprawdę zgrane. Można było liczyć na nie w tej kwestii.- Jakoś zawsze łatwiej było się do siebie zbliżyć w przypadku wspólnej niedoli. - Miałeś szczęście, że byłeś w stanie spać, ja miewałam takie momenty, że cały świat wirował i nie byłam w stanie zmrużyć oka.- Początki upijania się wcale nie bywały lekkie, sporo się musiała nauczyć, aby dojść do wprawy. - Oj tam głupi, młodość rządzi się swoimi prawami. Mieliśmy sporo szczęścia, że nikt się nie dowiedział o tych wybrykach i udało nam się bez problemu skończyć szkołę.- W końcu gdyby ktoś coś chlapnął nieodpowiednim osobom, wszyscy mieliby przesrane.

Miała świadomość, że może trochę przesadziła z informacją na temat wagi swojego płaszcza, aczkolwiek w kieszeniach znajdował się między innymi sztylet, który miała zawsze przy sobie, różdżka i inne rzeczy pierwszej potrzeby, uśmiechnęła się kiedy zobaczyła jak Thomas teatralnie ugina się, kiedy wziął go do ręki. - Ostrzegałam! - Żeby nie było.

- Do końca życia?- Lustrowała go uważnie wzrokiem. - Nie jestem pamiętliwa, no i mam wrażenie, że ten mandat to wcale nie taka duża zapłata, w końcu udało mi się Cię wyciągnąć na piwo.- Może okoliczności, w których przyszło im na siebie trafić nie były do końca przyjemne, jednak przynajmniej pojawiła się okazja. - Zawsze mógł mi go wystawić jakiś starszy komisarz, który lata młodości ma już dawno za sobą, w takim przypadku jednak myślę, że niejedna mogłaby mi pozazdrościć mandatu.- Mrugnęła do niego uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

- Oczywiście, nigdzie się nie wybieram, będę grzecznie czekać.- Odprowadziła go wzrokiem, kiedy się oddalał. Nie musiała długo czekać, aby pojawił się przy stoliku ponownie z dwoma kuflami piwa. Nie czekała specjalnie długo na to, aby upić pierwszy łyk. - Nie ma to, jak zimne piwo.-

- Jedną z zalet mojej pracy jest to, że mogę ją wykonywać kiedy mam ochotę. Tak szczerze, to nie mogłam się za bardzo skupić.- Nie umknęło jej uwadze to, że Thomas wspomniał o tym, że czekał na ich spotkanie. Uśmiechnęła się więc jeszcze bardziej szeroko. - Trochę podróżuje, jednak mieszkam w Londynie, przynajmniej oficjalnie, trochę mnie ostatnio męczyło bycie ciągle w drodze, staram się więc szukać zleceń bliżej domu. Do tego wszystkiego ta cała sytuacja, sam wiesz jak jest, zrobiło się dosyć niebezpiecznie, pewnie to odczuwacie?- Była ciekawa jak to wygląda z jego strony, w końcu pracował jako brygadzista. Na pewno mieli więcej roboty, teraz kiedy śmierciożercy panoszyli się po ulicach. Upiła kolejny łyk piwa, sięgnęła też lewą ręką po paczkę fajek, wyciągnęła jednego papierosa i go odpaliła, zaciągnęła się dymem. - Naprawdę dobrze Cię widzieć.- Powiedziała jeszcze, jakoś odczuła taką potrzebę.




RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Thomas Hardwick - 16.01.2023

Wiele osób pomagało takim jak on. Szczerze? Bez pomocy rówieśników mało który czarodziej mający za rodziców mugoli potrafił wbić się w świat magii. Szkoła miała mały wkład w naukę obyczajów czy tego, jak ma wyglądać życie czarodziejów. Poza wizytą nauczyciela przed wyruszeniem do Hogwartu przygotowań na to, co może się wydarzyć, było mało. Sam pierwszy dzień w szkole dla czarodziei był dla Thomasa szokiem, miłym, ale jednak. Potem zaś, w coraz większej ilości rzeczy można było się pogubić, począwszy od lekcji, poprzez wizyty u kolegów, po jedzenie dostępne w Hogesmeade. Bez wsparcia swoich przyjaciół, pewnie nigdy nie osiągnąłby przyzwoitych wyników w edukacji, czy nie stałby się członkiem magicznej społeczności.
W końcu jego rodzina naciskała, by tak jak oni pracował na gospodarstwie, najlepiej idąc do jakieś szkoły, która nauczy go elektryki czy mechaniki. Zawiódł ich, idąc drogą, na którą wrzucił go los niedługo po jego jedenastych urodzinach. Było mu przykro, z rodziną nie raz tak jednak było. Mimo bycia czarną owcą nadal chciało się być jej częścią, choć to bolało. Inni zaś mieli za złe, że zboczyłeś ze ścieżki, która oni dla ciebie wymarzyli. Przynajmniej nikt nie był zadowolony.
Rzeczywiście, wszystko było zupełnie inne. Bo przecież chodził nie raz na różne spotkania, czy to czysto przyjacielskie, czy to randki, nigdy jednak nie czuł się tak swobodnie, przy jednoczesnym ataku stada wściekłych motyli. Trochę się bał, że to tylko pozostałość po młodzieńczym wspomnieniu Ger, choć im dłużej z nią rozmawiał, tym mniejsze były jego obawy. Nadal gadał przy niej głupoty, choć tym razem przynajmniej nie powodowały u dziewczyny wybuchu wściekłości, nadal czuł ciepło w policzkach i to właśnie widząc ją taką jak teraz. Starszą, nadal ładną, z tym pięknym uśmiechem, błyskiem pasji w oczach i mówiącą rzeczy, które wprowadzały go w co najmniej zakłopotanie. Specjalnie czy nie, działało całkiem dobrze.
Miło było powspominać stare czasy. Z większością znajomych historie ze szkoły przerobił już tyle razy, że już po prostu się im to znudziło, z Gerry mógł jednak znów przytoczyć wydarzenia, które maglował już setki razy, choć tym razem z nowym komentarzem. A także poruszyć te, których jeszcze nigdy z nikim nie wspominał, bo dotyczyły tylko tej dwójki i tego, co między nimi się działo.
- Oj tak, powinniśmy dostać medal za to, że jakimś cudem nikt się nie pozabijał, a mury nadal stoją nienaruszone. Choć pamiętam jeden szlaban, który dostałem, jak niemal nie znokautowałem się z jakimś chłopakiem z roku wyżej, w szkolnych lochach. Choć to on zaczął! Tak czy siak, musiałem czyścić męskie kible szczoteczką, czego nie polecam. Filch dawał najgorsze kary. - Wzdrygnął się na samą myśl. Zawsze bał się zostać oddanym w ręce woźnego i jego kota, który Thomasa zdecydowanie nienawidził.
Na wspomnienie o przestrodze o płaszczu prychnął śmiechem. Był w wyśmienitym humorze, łatwo było więc go rozbawić, nawet zwykłą głupotą. Tak samo łatwo Ger zresztą wywoływała u niego speszenie, którego nawet nie starał się maskować. Może, próbował na początku, teraz jednak coraz bardziej miał ochotę grać w otwarte karty. Co mogło się w końcu stać? Ger znów zniknie? Owszem będzie mu cholernie przykro, ale jeszcze gorzej było chyba nie wykorzystać szansy.
- Chyba że chcesz się mnie pozbyć, co prawda łatwo się nie dam, bo nie po to nas los znów spiknął, bym znów zaniedbał tę znajomość - przyznał. Nie chciał być zbyt namolny, wiedział, co oznaczają słowa spadaj, ale nie potrafiłby teraz tak ot zrezygnować. Nie po tym, jak wylądowali w tym całym pubie. - I cóż, masz szczęście, że na patrolu byłem ja, a nie mój jakiś starszy kolega. Choć przyznaj, Erikiem być też nie pogardziła - dodał pół żartem, pół badawczo. Był ciekawy odpowiedzi, nie, żeby nie był siebie pewien czy coś, po prostu wolał wiedzieć, gdzie w rankingu się znajduje by znać ewentualne zagrożenia. Nie, żeby coś.
Czekając na odpowiedź, znów upił piwa, przytakując słowom Ger.
- Zdecydowanie, choć najlepsze jest te  zimne, wypite latem gdzieś na łonie natury. Tego smaku nie zastąpi żaden pub, choć nie wątpię w czarodziejską kreatywność - przyznał, zanim nie pochłonęła go opowieść Geraldine. Lubił jej słuchać. To stwierdzenie dotarło do niego nagle, niespodziewanie, a jednak. Mógł się wtedy bezwstydnie na niej skupić, wsłuchiwać w jej głos i patrzeć w te jej oczy, błyskające przenajróżniejszymi emocjami. Szybko jednak uśmiech zniknął z jego twarzy, na pytanie o wiadomą sytuację. Która była kijowa, przynajmniej dla niego.
- Wiesz, czasami jest trudniej. Szczególnie kiedy ktoś na ciebie poluje - rzucił, zanim nie ugryzł się w język. Zaraz potem jednak uśmiechnął się, mało szczerze. - Ale cóż, przynajmniej mi się nie nudzi, tyle emocji w pracy to się nie spodziewałem. - Zaśmiał się. Czuł, że i dla niego pora by zapalić. Dym potrafił zamaskować każdy inny ciężar w piersi, był to jego sprawdzony sposób. Sięgnął po paczkę fajek oraz swoją zapalniczkę ze zdjęciem motocyklu. Zapalił, po czym zapadła chwilowa cisza. Przynajmniej, dopóki Ger znów nie sprawiła, że zrobiło mu się cieplej, tym razem jednak na sercu.
- Dzięki. Ciebie też. Wiesz, szczerze mówiąc, chyba brakowało mi twojego ciętego języka i  ciągłej gotowości, by rzucić się w wir nawet najbardziej pokręconej akcji. Zawsze to w tobie lubiłem - dodał szczerze, patrząc na nią z nostalgiczną łagodnością.


RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.01.2023

Gerry wydawało się właśnie, że każdy czarodziej, który zaczynał swoją przygodę w świecie magii zupełnie niespodziewanie, potrzebował przewodnika. W końcu nie mieli zielonego pojęcia, jak wygląda takie życie. Wszystko było dla nich zupełnie nowe, to tak jakby ona trafiła do mugolskiego świata i musiała się tam odnaleźć. Wiedziała, że nie byłoby to wcale takie proste. Hogwart był jednak miejscem, gdzie każdy dostawał pomoc, wielu dzieciaków wyciągało rękę do tych osób, które były w tym zupełnie nowe, a i ona należała właśnie do nich. Uważała, że warto pomagać, szczególnie osobom bezbronnym, jej zdaniem niewiedza mimo wszystko czyniła ich na początku łatwymi celami, a Ger uważała, że słabszych należy bronić. Dlatego tak się angażowała w te konflikty. Wiedziała, że jest na tyle silna, że była w stanie poradzić sobie z oprawcami. Miała powód, aby wdawać się w bójki, zdarzyło jej się nawet kilka razy skończyć z podbitym okiem, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, była gotowa bronić swoich ideałów.

To ich łączyło, bo choć Ger pochodziła z magicznej rodziny, to też była czarną owcą. Musiała się z tym pogodzić, że przez poglądy, które wyznawała patrzyli na nią z dystansem, nie traktowali jej jak innych członków rodziny, może trochę ograniczali informacje, które do niej docierały, chociaż miała swoje sposoby. Może z braćmi nie było tak łatwo, jednak ojciec czasem się zapominał i mówił trochę więcej. Miała świadomość, że mogą się bać, iż Gerry gdzieś komuś coś chlapnie, bo będzie chciała pomóc, ale niekoniecznie im. Nie ukrywała nigdy jednak tego, w jaki sposób patrzy na świat, przygotowała ich na to, że nie będzie spełniać ich oczekiwań, choć nadal próbowali ingerować w jej życie. Mieli takie zrywy, kiedy trochę za bardzo zaczynali się interesować tym gdzie i z kim można ją spotkać.

Ona nie utrzymywała kontaktu praktycznie z nikim. Theseus był jedyną stałą w jej życiu, która znalazła się tam jeszcze w czasie nauki w Hogwarcie. Zdarzało jej się spotykać z Erikiem, dzięki temu, że należeli do klubu pojedynków, ale z nikim poza nimi nie nawiązała bliższych relacji. Wolała się trzymać z daleka, w końcu i tak rzadko kiedy miała czas, aby pielęgnować znajomości, a były one jak kwiaty bez wody, usychały zazwyczaj z powodu braku zainteresowania. - Każdy zaliczał bójki, ja najgorzej wspominam tę, w której pobiłam się z Theonem, wiesz jak to jest z rodzeństwem, wcale nie tak łatwo było nad rozdzielić. Dostałam wtedy wyjca od rodziców, przy całej sali, bo odbiłam mu twarz, zresztą sama skończyłam z rozcięta wargą, ale warto było. - Mieli dosyć ogniste temperamenty, a Geraldine zupełnie nie panowała nad swoimi czynami, także zazwyczaj próbowała przekazać bratu siłą, co myśli. Z wiekiem nauczyła się nieco inaczej podchodzić do dyskusji, nie wypadało przecież, żeby nadal rzucała się na niego korzystając z argumentu jakim jest siła i pięści.

- W ogóle, jeśli to on zaczął, to nie wiem dlaczego dostałeś szlaban, w końcu się tylko broniłeś, ale nie ma co szukać w Filchu choć trochę rozsądku, nigdy nim nie grzeszył. - Jej samej udało się kilka razy uciec przed gniewem woźnego, zupełnie niezauważenie, choć była bliska poniesienia konsekwencji chociażby za rozbitą umywalkę w damskiej toalecie, kiedy trochę za bardzo pokłóciła się że ścigającą z ślizgońskiej drużyny. Miło było powspominać ten beztroski czas, dawno nie wracała do tego co było i żyła raczej teraźniejszością. Dobrze jej zrobiło takie oderwanie się od rzeczywistości.

Yaxley miała świadomość, że nie wszystkim odpowiadała jej bezpośredniość, w końcu zawsze mówiła to, co myśli. Mogło to nieco peszyć towarzyszy, uważała jednak, że ułatwiało to komunikację, nie udawała, nie wprowadzała domysłów, wszystko, co mówiła było szczere. - Gdybym chciała się Ciebie pozbyć... - Zamyśliła się chwilę spoglądając na Thomasa. - - to już dawno bym to zrobiła. Nie byłoby mnie tutaj.- Tego była pewna, nie marnowała czasu na spotkania, które miały nic nie znaczyć. - Możesz być pewien, że nie zamierzam uciekać, mam nadzieję, że Ty również zechcesz zostać, choć na chwilę. - Sprawdzić, czy warto, czy rzeczywiście ten dziwny ciężar, który czuła na żołądku, kiedy na niego spoglądała to coś więcej, uczucie które znała tylko z opowieści.

- Erik to nie mój typ, jest zbyt idealny. - Powiedziała dość szybko, przeniosła spojrzenie na Thomasa i zaczęła się tłumaczyć. - Nie to, że Ty nie jesteś idealny, bo dla mnie jesteś, ale Erik, sam wiesz, o nim piszą w gazetach, myślę, że wiele dziewcząt by chciało, żeby na nie spojrzał. Mnie to nie kręci. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi to, że od czasu do czasu sprawdzi, czy nie wypadłam z obiegu i jestem w stanie sobie poradzić w walce. - Przede wszystkim na tym polegały ich spotkania, dzięki temu mogła zauważyć, gdzie ma braki i nad czym powinna popracować. - Erik nie jest w moim guście.- Czuła, że chce, żeby Thomas o tym wiedział.

- Nie mogę się doczekać, aż zrobi się cieplej. Będzie można położyć się gdzieś na trawie, zabrać ze sobą trochę piwa i leżeć, z dala od tego zgiełku. Masz rację, piwo w knajpie nie smakuje tak wspaniałe. - Zgodziła się z nim bez wahania, zdecydowanie brakowało jej lata, nie mogła się doczekać kiedy nadejdzie.

Wpatrywała się w niego uważnie, zauważyła zmianę nastroju spowodowaną pytaniem, które zadała. Może powinna odpuścić, w końcu udało im się na chwilę wyrwać od tego, co działo się na zewnątrz, z drugiej strony nie mogli ignorować tego wszystkiego i udawać, że jest normalnie. - Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak musi być Ci ciężko.- Jej dłoń, która znajdowała się na stole, ta wolna, bez papierosa skierowała się w kierunku jego dłoni, chciała go dotknąć, ścisnąć jego dłoń tak po prostu, okazać swoje wsparcie. Zdawała sobie sprawę, że to nic przyjemnego, co chwilę odwracać się za siebie, aby mieć pewność, że nikt nie chce Cie zabić. - Nie wiem, czy w takiej sytuacji nie wolałabym nudy, jeśli mam być szczera. Musisz na siebie uważać Thomas, szkoda by było, gdyby coś złego Ci się przytrafiło, szczególnie teraz, kiedy Cię spotkałam po latach.- Zdarzyło jej się już zastanawiać nad tym, czy jej znajomi z Hogwartu są bezpieczni, szczególnie, że co chwile dochodziły do niej informacje, o kolejnych atakach popleczników Voldemorta.

- Brawura nadal jest moją cechą rozpoznawczą, aczkolwiek będę grzeczna! Nie zamierzam dać się zakuć w kajdanki, przynajmniej jak na razie.- Zaśmiała się cicho, musiała pamiętać o tym, że Thomas jest brygadzistą, bo jeszcze złamie przy nim prawo i co wtedy? Będą mieli konflikt interesów. - Jeśli jednak będziesz miał chęć przymknąć oko, to możemy razem, jak za starych czasów trochę zaszaleć, wystarczy tylko słowo. - Nie zatraciła w sobie tej lekkości bytu, nadal wcale nie tak trudno było ją namówić do dobrej zabawy.




RE: 06.03.1972 Thomas i Gerry spontaniczne spotkanie po latach - Thomas Hardwick - 21.01.2023

Thomas z czasem też przestał się bać świata, do którego trafił, zdał sobie sprawę, że nienawiść tak o po prostu nie zniknie, jeśli będzie schodził z oczu, że ludzie, którzy rozsmakowali się w przemocy, nie odpuszczą. A, że zawsze był trochę do tyłu z zaklęciami nieuczonymi konwencjonalnie w Hogwarcie, tak jego głównym atutem stała się czysta fizyczna siła i pięści. Dopiero potem nauczył się pojedynkować, sprawiając, że zaczęto czuć do niego większy respekt. Nie, żeby udawało mu się unikać kolejnych siniaków i urazów, bo zawsze, tak jak Ger, pakował się w kłopoty w imię sprawiedliwości. Co patrząc na jego zawód, pozostało mu do dziś.
Zabawne, jak z czasem podobni stali się do siebie. Albo zawsze byli, choć żadne z nich tego nie dostrzegało, co właśnie mogło być powodem tych wszystkich napięć. Mieli podobne charaktery, oba burzliwe, do tego mierzyli się z podobnymi problemami. Nieświadomie potrafili przez to rzucić najbardziej krzywdzące siebie słowa, tak samo woleli załatwiać sprawy za pomocą czynów, a nierozumiane uczucia, które nimi targały i których bali się wyznać, tylko pogarszały sprawę. Teraz jednak mogli dzięki temu wszystkiemu lepiej się zrozumieć. Jeśli tylko zechcą.
Zaśmiał się, gdy mówiła o swoim bracie. Nawet nie wyobrażała sobie, jak dobrze wiedział, o czym mówiła.
- Mam piątkę rodzeństwa, nie musisz nic więcej mówić. To ile razy rzucaliśmy się na siebie, to wiemy tylko my, bo przed rodzicami staraliśmy się kryć. Zresztą, nie tylko wszczynaliśmy między sobą bójki. Siniaki znikały i nikt za długo o nich nie pamiętał. Najgorsze jednak był te kłótnie, w których raniliśmy się słowami. Tych ran nie widać, a są chyba najgorsze. - Zamyslił się na chwilę. - Dobrze w sumie, że moi rodzice nie umieli wysyłać wyjców - przyznał nagle. - Nie mogę sobie wyobrazić, jaki to musiał być wtedy wstyd. Teraz bym chyba nawet się ucieszył, oznaczałoby, że się martwią. - Wzruszył ramionami. Rzadko do niego pisali, nie rozumiejąc, czemu po prostu nie mogli na przykład zadzwonić do niego. Zresztą, nawet w Hogwarcie ich listy nie przychodziły za często, a jeśli już, to głównie mówili, co się działo na farmie. Rzucali rady, co powinien zrobić, gdy wróci z tej swojej magicznej szkoły. Mało kiedy pytali co u niego, może poza próbą dowiedzenia się, czy jest zdrowy, czy dobrze je i czy już nie zatęsknił za domem. Dla niektórych było to już i tak całkiem dużo. Opowiadał o szkole, o przyjaciołach, grze, ocenach. A jednak nigdy nie mógł w tę rozmowę wciągnąć, dostając tylko zdawkowe reakcje. Po pewnym czasie się poddał, oni widocznie też.
Wzruszył ramionami na wzmiankę o niesprawiedliwości.
- Może dlatego, że mój napastnik skończył gorzej ode mnie. Zresztą, w Hogwarcie zawsze karali każdego, kto dopuścił się przemocy, nawet jeśli to była obrona własna. Według nauczycieli mieliśmy chyba dać ciskać w siebie klątwami, bo walki są złe. Jakby sami nie chodzili do tej szkoły i nie wiedzieli, jak wyglądają jej korytarze, gdy nikt nie patrzy. - W jego głosie nie było słyszeć złości, raczej coś bliższego smutkowi. Czasami miał wrażenie, że udało mu się poznać też te najgorsze warstwy Szkoły Magii i Czarodziejstwa, gdzie wielu nie było ich świadomych. Wszystko przez jego krew.
Rozmowa zaczęła coraz bardziej zmierzać na tory, w których badali siebie nawzajem, próbowali wyczuć kłębiące się w nich uczuciach, odgadnąć, czy ich myśli szły w tym samym kierunku. Ich słowa czasem niechcący opuszczały ich usta, czasem świadomie zaczepiali, grając w grę, w której dopiero co ustalali zasady.
- Też nie zamierzam znikać, na pewno nie teraz - i nie chodziło tylko o ten pub. Chciał skorzystać z szansy danej mu przez los. Nie spodziewał się, że kiedyś ją co prawda dostanie, teraz jednak nie zamierzał zamiatać pod dywan tego, co powoli się działo w tym trochę dusznym, cichym pomieszczeniu, nad tymi kuflami piwa i paczkami papierosów.
Tym bardziej że niemal się zakrztusił piwem, gdy Ger pewnie nieświadomie, rzuciła komentarz, którego nie mógł nie wykorzystać. Obudziła się w nim pewna psotna nuta, która pierwszy raz zakiełkowała wtedy w Hogwarcie, gdy się z nią droczył. Bał się, że może przesadzić, nie mógł jednak tego powstrzymać.
- Too… - zaczął lekko niepewnie. - Sądzisz, że jestem idealny? - zapytał, uśmiech błąkał mu się po ustach, choć w jego żołądku pojawił się jakiś dziwny ciężar, gdy tak czekał na jej odpowiedź.
- Wiesz, możemy się razem wybrać gdzieś razem na piwo, nad jakieś jezioro, albo coś - zaproponował, mając nadzieję, że kobieta się zgodzi. Cieszył się, że znajdował kolejne podobieństwa między nimi. Trochę się bał, że nagle okaże się, że kompletnie do siebie nie pasują, z każdą chwilą jednak czuł zupełnie inaczej.
Klimat na chwilę stał się bardziej smętny, wszystko przez jego brak pohamowania dla tego, co mówił. Znów wzruszył ramionami, jakby próbując samego siebie przekonać, że to nic takiego. Że przecież to, że raz prawie stracił przez tę całą ideologię życie, nic nie znaczy. Że przecież wcale nie mieszkał z Longbottomami tylko dlatego, że ktoś może znów ponowić próbę ataku na niego.
- Wiesz, to nie tak, że to tylko ja, wiele osób cierpi przez to, co się dzieje. - Jego ręka drgnęła, gdy dłoń Ger się zbliżyła. Trochę żałował, że ta się powstrzymała. Lubił ludzki dotyk i komfort, który ten przynosił. Nie bał się przytulić na pocieszenie, przywitanie, czy też w ramach okazania przyjaźni. Szanował jednak granice innych, więc nigdy się nie narzucał. - Uważam na tyle, ile się da, choć wiesz, praca zobowiązuje. - Uśmiechnął się, choć w jego twarzy było coś smutnego, nie ważnie, jak bardzo chciał to zamaskować. - Ty też musisz jednak być ostrożna. Szczególnie gdy wyjeżdżasz. Nie rób tego sama, tak na wszelki wypadek - dodał, bo czuł, że w tej chwili, wiadomość, że coś jej się stało, zabolałaby znacznie mocniej, niż jeszcze dzień wcześniej.
Udało im się jednak w miarę szybko otrząsnąć i znów przejść do normalnej konwersacji, bez niepotrzebnego smęcenia. Wolał słuchać śmiechu Gerry, niż oglądać jej zmartwioną twarz.
- Naprawdę? Bo wcześniej wykazywałaś znaczne zainteresowanie tymi moimi kajdankami - przypomniał jej, mając nadzieję, że ta nie wyjdzie teraz, trzaskając drzwiami. - Chętnie jednak wybiorę się gdzieś z tobą, ot, dla przygody - dodał więc szybko, czując, jak jednak mrowią go policzki. Te cholerne kajdanki chodziły za nim naprawdę cały dzień, nic więc dziwnego, że musiał coś o nich wypalić.