![]() |
|
[15.02.1972] Living Life, In The Night - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [15.02.1972] Living Life, In The Night (/showthread.php?tid=751) |
[15.02.1972] Living Life, In The Night - Sauriel Rookwood - 09.01.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - Piszę, więc jestem
I've been awake for days So we out living life in the night Pray to god, man I hope I don't die in the night CHERIIMOYA • LIVING LIFE, IN THE NIGHT Ciche były uliczki Londynu, kiedy na nie wkroczyli. Tonące w mroku nocy napawały swoim mrokiem i głębią, zupełnie inne niż w ciągu dnia. Aportowali się w okolice domu Victorii, żeby tam rzeczywiście zrobić jakże sprytną akcję zakradnięcia się do jej pokoju. Tak właściwie to była naprawdę dobra zabawa. Sauriel był całkiem uhahany. Ale jeśli było coś, za co fizycznie mogli ochrzcić Sauriela mianem kota to to, że rzeczywiście w tych objęciach nocy po prostu znikał. był taki moment, kiedy zostawił ją pod oknem, a kiedy się obróciła to jego po prostu nie było. Poszedł za róg budynku bezszelestnie i tak gładko, jakby stopił się z czernią wokół nich. Zaraz był z powrotem, powiedzieć, że świeci się światło w tym a tym oknie, że “we’re cool”. Poszło gładko, nawet bardzo gładko. Rodzice Victorii byli zbyt zajęci sobą, albo czymkolwiek, co razem robili. Żaden skrzat domowy wielce im nie przeszkodził, jak jeden się zbliżał, sprzątając korytarz, to Sauriel rzucił kamyczkiem w okno, odwracając jego uwagę iii… tadam! Oto mieli Victorię w idealnym ubranku! Idealnym na to, żeby pójść, gdzie zamierzali. Kolejna aportacja zabrała ich w okolice miejsca, do którego chcieli trafić. Tutaj już Londyn nie był taki gościnny. Tutaj nawet cisza była inna i powietrze wydawało się gęstnieć. Sauriel ściągnął z siebie marynarkę, schował ją do magicznej kieszeni, schował tam krawat, rozpiął bardziej koszulę, porozpinał rękawy koszuli - wszystko to kiedy szli. W ciszy. Był tak samo skupiony jak ona na badaniu otoczenia. A może mniej? A może bardziej? Victoria się jednak nie bała na taką wyprawę po nocnych bezdrożach z narzeczonym, bo w końcu nie miała się czego bać. To był fakt. A Sauriel nie myślał o tym, że jej instynkt jest zepsuty i ewidentnie nie działa. Bo teraz myślał o czymś zupełnie innym. - Gotowa na wszystko? - Najlepszy tekst, jaki świat wymyślił, a przynajmniej jeden z lepszych. “Jestem gotowy na wszystko”. Człowiek nigdy nie był wystarczająco gotowy. Zawsze pojawiał się jakiś element zaskoczenia. Niechciany, przeszkadzający, brudzący i mieszający. Nie szli do tego budynku, który być może już był przez aurorów obserwowany. Sauriel poprowadził ją do innego, ewidentnie opuszczonego. Skrytego. Znając jednak odpowiednie hasło można było się do niego przedostać, więc i różdżka z czarnego drewna poszła w ruch. Weszli do środka i chwilę poszukali klapy w podłodze. Tutaj też zatańczyła różdżka. Chwilę to potrwało, kiedy Sauriel przystanął nad tym i próbował ideaaaalnie powtórzyć ruuchyyy które mu przekazaaanooo. Co ciekawe jednak wykazał się wyjątkową cierpliwością do swoich błędów. W końcu jednak i ta przeszkoda została pokonana. Zeszli po wąskich schodach na dół, a Sauriel zapalił na krańcu swojej różdżki niewielkie światełko. - Zrób mi przysługę i cokolwiek by się nie działo siedź grzecznie za moimi plecami. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Victoria Lestrange - 09.01.2023 Dla Victorii było to niemałe wyzwanie, wspiąć się na pierwsze piętro budynku, otworzyć okno i przez nie przeleźć – a wszystko w tej paskudnej sukni. Z początku stała tam, zadzierając głowę do góry, modląc się po nosem do wszystkich świętości – na szczęście to nie było tak wysoko, żeby zaczęła panikować z powodu lęku wysokości. Sauriel musiał mieć prawdziwy ubaw i świetny widok, Victoria jednak się uparła. I prawdę mówiąc… Sama się dobrze bawiła. Trochę jak taka nastolatka, która robi coś wbrew zakazom rodziców – ale tu żadnego zakazu nie było. To po prostu Tori była tak uparta, że chciała zrobić coś po swojemu i mieć swoje tajemnice od rodziców. Odpłacić się pięknym za nadobne. Przebrała się w znacznie prostszą sukienkę – a to po to, żeby jednak w razie czego móc udawać, że są razem by się bawić, a nie pracować, znowu rozpuściła włosy, przebrała buty na znacznie bardziej stabilniejsze, a to co miała na sobie obecnie wcisnęła do magicznej torebki. I tak znowu przelazła przez okno i ślizgając się po małym daszku zeszła niżej i przewiesiła się rękoma, by w końcu znaleźć się na dole. Cała na biało. Tak naprawdę to nie – miała na sobie czarną sukienkę kończącą się nad kolanami, z długim rękawem, ale i wydekoltowaną. Tym razem miała też płaszcz. Rzeczywiście badała otoczenie. trzymała rękę w kieszeni płaszcza, zaciskając ją na swojej różdżce i uważnie skanowała otoczenie, nie mówiąc absolutnie nic, kiedy Sauriel dokonywał swoich własnych poprawek w wyglądzie. Nie bała się. Czuła dreszczyk emocji na myśl o tym, co może ich spotkać, ale… w obecności Sauriela rzeczywiście się nie bała. Nie bała się jego. Ufała mu? Właściwie… to tak. Może to absurdalne, może cholernie głupie, ale nie bała się go. Łatwo też zapominała, że tak naprawdę ma do czynienia z wampirem. Ale może musiała zapominać. Przecież… Ten mężczyzna w którymś momencie miał stać się jej mężem. Miałaby się więc bać własnego męża? Miałaby ciągle tylko myśleć o tym, że jest wampirem, który zakończy jej żywot? Przecież tak nie można było żyć. Dlatego wiedziała, że w momencie, w którym zacznie się bać, to przegra wszystko. - Oczywiście – wymruczała, nie dodając, że "na tyle na ile może". To wydawało się całkowicie zbędne… I nie pomagało na morale. Nie wiedziała czego może się spodziewać, w zanadrzu była przygotowana na rzucanie Protego i innych zaklęć, ale z czarnoksiężnikami nigdy nie było nic wiadome – tego nauczyła ją jej praca. Pierwszy raz widziała, żeby Sauriel w ogóle wyciągnął różdżkę, ale nic nie powiedziała. Kiedy on otwierał przejście – ona opierała się o mur budynku plecami i obserwowała otoczenie, by po chwili gładko obrócić się i jednym zgrabnym obrotem znaleźć się w środku. Tam odgarnęła włosy, ściągnęła płaszcz i wcisnęła go szybko do torebeczki, teraz już wyciągnąwszy swoją różdżkę i trzymając ją na widoku. Nadal obserwowała otoczenie – tak w razie czego. Pierwsze wymachy rękoma i nic. Próba numer dwa i trzy też nic nie dały. Victoria w końcu westchnęła głośniej zniecierpliwiona. - Przestań się bawić. Mam ci pomóc? – cisnęło jej się na usta i chyba w ostatniej chwili ugryzła się w język, bo klapa w końcu się otworzyła, a oni mogli zejść na dół. - Zamierzasz być moją nie-żywą tarczą? – mruknęła zza jego pleców, idąc za nim wąskim korytarzem. - Postaram się – rzuciła po chwili, bo domyślała się dlaczego. Bo "Eryk urwie mu jajca, jeśli coś jej się stanie", jakoś tak to szło. Nie zmieniało to faktu, że kobieta była nieprzyzwyczajona do tego, by się za kimś chować. W końcu po dłuższej wędrówce korytarzem zatrzymali się, bo przejście było zablokowane – chronione za barierą. I cokolwiek Sauriel próbował z nią zrobić, tym razem Viki już się nie powstrzymała. - Dobra, przestań się bawić. Ja to zrobię – i przecisnęła się zza pleców mężczyzny do przodu, by zacząć badać charakter bariery. Jeśli Victoria naprawdę była w czymś dobra, to w magii rozpraszania – oklumentką nie była przecież dlatego, że tę zdolność zdobyła na wyprzedaży. Była naprawdę dobra w obronie. W tarczach. I w tym, by odwrócić jakieś zaklęcia. Trwało to chwilę – kilka machnięć różdżką, milka wymruczanych pod nosem słów, zmarszczone brwi i… Pufff. Bariera zniknęła z cichym "zzzzzzp". - To co… Panowie przodem? – uśmiechnęła się krzywo do Sauriela. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Sauriel Rookwood - 09.01.2023 Życie, w którym boisz się każdego poranka i każdego wieczoru, kiedy ściska ci żołądek i wykręca go na widok osoby, z którą mieszkasz, kiedy nie możesz oddychać, gdy mijacie się na korytarzu… takie życie wydawało się wyjątkowo tragiczne. Lecz żyć tak się dało. Człowiek był stworzeniem, które bardzo łatwo się przystosowywało. Został stworzony do tego, by rosnąć w możliwości ewoluowania i by dostosowywać się do tego, co aktualnie było mu dane zarówno w wygodach jak i niewygodach. Niestety do tego drugiego ciężej się było przyzwyczaić. Ale tak, co to za życie? Pozbawione światła, a jedyne wytchnienie, które masz szansę dostać, to to, gdy znajdujesz się bardzo daleko od domu. I bardzo daleko od męża. Nie byłoby tu miejsca na śmiechy i uśmiechy. Mrok by pochłaniał i zbierał żniwa ze słodkim oblizaniem języka. - Jak już zauważyłaś - jestem martwy, co mi może zaszkodzić. - To nie było pytanie, a stwierdzenie. Wypowiedziane z sarkazmem, w ten jego charakterystyczny sposób, któremu brakowało tylko wywracania oczami. Ale nimi nie wywracał. Ten czarny humor… cóż, jedni mówili, że nadzieja umiera ostatnia, a Sauriel lubił mówić, że ostatni umiera czarny humor. - Jakoś wątpię żeby ktoś tu rzucał klątwami łaskotek czy tańca-wygibańca. - Albo tym podobnymi bzdurami, które po prostu mózg wybuchały pod względem tego, co za łeb w ogóle coś takiego wymyślił, a najgorsze było to, że te upokarzające zaklęcia były skuteczne. Nie chciał jej odbierać, jeśli o dumę chodzi, jej własnego poczucia wartości, sugerować, że sobie nie poradzi, albo coś podobnego. Nie. Zdecydowanie za mało się znali, żeby Saurielowi było przykro, gdyby trafiło ją jakieś paskudne zaklęcie. Okej, przez moment czułby się trochę niekomfortowo gdyby umarła. Przez moment. Nie był może złym gościem do szpiku kości, ale zdecydowanie za daleko mu było od tego dobrego. Od bycia “bohaterem”. Potrzebowali swojego villaina? Proszę bardzo! Tym nie mniej - to w ostateczności. Bo nadal mamy moment, w którym można było zapobiec temu, żeby w ogóle coś się jej stało. Mieli być na randce, jeśli włosek jej z głowy spadnie… łolaboga. W każdym razie - tak, nie chodziło o umniejszaniu jej zdolności. Chodziło o czysto praktyczne podejście. Odczuwał tak jak każdy normalny człowiek, ale śmierć… co najwyżej powodowała szok umysłu na krótki moment. Mimo wszystko był naprawdę młody jak na wampira. - Ciesz się widokami. Możesz podziwiać, na przykład, mój tyłek. - Zaproponował jej, kiedy usłyszał to “postaram się”. Hej, zawsze trzeba mieć pozytywy w życiu, prawda? W każdej sytuacji! - Po namyśle stwierdzam, że jednak panie przodem. - Uśmiechnął się jakże szarmancko i CIEPŁO, pokazując przejście otworzone. Taaak, było od razu wiadome, że ten uśmiech był totalnie sztuczny. Pasował do jego twarzy, ale na pewno nie w takiej formie. I nie z faktem, że on po prostu takich minek nie robił! Mimo wskazania jednak przejścia - sam ruszył naprzód. - Pominąłem oczywistość, że przecież Oklumentka będzie dobra w otwieraniu przejść. - Mruknął niby do samego siebie, ale wystarczająco głośno, żeby go usłyszała. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Victoria Lestrange - 09.01.2023 - Ale nadal może boleć – sam jej to przecież przyznał, że może trudno go zabić, ale ból nadal istnieje. Victoria… Wcale nie chciała żeby go bolało, szczerze, nie życzyła mu przecież źle. Nie chciała, żeby Eryk go katował. Nie chciała też, żeby odczuwał ból zadawany przez kogokolwiek innego. A skoro sam się zaoferował, by ją osłaniać, to było w tym coś miłego – nawet jeśli wiedziała, że to nie było bezinteresowne. - Klątwa łaskotek może cię wywalić z kapci i przerzucić na drugi koniec pokoju – Rictusempra to nie było tylko śmieszne łaskotanie. A taniec-wygibaniec… ha! Ileż zamieszania to mogło zrobić. - Ale zdaję sobie z tego sprawę, wiesz? Wiem jak to wygląda. Jestem gotowa – Sauriel chyba zapomniał, że jej codziennością było ściganie czarnoksiężników, walka z nimi. A więc i bronienie się przed nimi. I to nie było tak, że przyjmowali cię do pracy aurora po szkole i cześć – nie. Przecież najpierw musiała pracować jako brygadzistka w Brygadzie Uderzeniowej, dopiero po czasie mogła złożyć swoją kandydaturę na aurora – i wtedy przechodziła trzyletni (!) kurs. Trzy lata się do tego uczyła, szkoliła, obserwowała, wykonywała polecenia i chodziła na akcje z aurorami. Nie była nieopierzona, to nie była jej pierwsza akacja. Ale miała wrażenie, że Sauriela zwodzi jej niepozorny i schludny wygląd. - Byłoby więcej do podziwiania, gdyby nie był tak zakryty – hooh, myślał, że ją zawstydzi? Że się zamknie? Zająknie? Nie będzie wiedziała co mu odpowiedzieć? Czy może badał dalej sytuacje, na ile może sobie przy niej pozwolić? Victoria starała się dotrzymać mu tempa i nie chodziło wcale o to, że miał dłuższe nogi więc stawiał dłuższe i szybsze kroki niż ona. Tym niemniej… Gdyby się teraz odwrócił, to spąsowiałaby lekko dopiero pod ciężkim spojrzeniem, bo póki co brzmiało to tak, jakby nie do końca odfiltrowała co sama gada. - Cykasz się? – przymrużyła lekko oczy, ale już faktycznie chciała wysforować się na przód, skoro Sauriel nagle zmienił zdanie, ale jednak się ruszył. - Och, ależ pan jest dobrze wychowany, panie Rookwood – podjęła tę glupią, bezsensowną wręcz giereczkę – tę gdzie czarnowłosy mial na twarzy przyklejony ten nieprawdziwy uśmiech i udaje kulturalnego dżentelmena przepuszczającego panie w drzwiach. - Taki mężczyzna to skarb – paplała dalej i pod koniec nawet prychnęła, ale nie jak rozjuszona kotka, tylko jakby próbowała powstrzymać śmiech. - Mam też inne zalety, jakbyś był zainteresowany. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Sauriel Rookwood - 09.01.2023 Tak, mogło nadal boleć. Jak każdego normalnego człowieka. Faktycznie - zapomniał niemal, że jej to powiedział tamtego dnia. Frustrującego dnia i zarazem coś zmieniającego. Prawda oczyszcza. Czy ktoś kiedyś nie powiedział takiego mądrego zdania? Że prawda oczyszcza. Sauriel miał zbyt wiele kłamstw do opowiedzenia, żeby mógł sobie pozwolić na takie oczyszczenie. I jednocześnie na tyle dużo, że naprawdę mogło zadziałać. - Brr… paznokcie bym sobie połamał. - Spojrzał aż w tym półmroku rozjaśnianym przez jego różdżkę na własne paznokietki. No… paznokcie jak paznokcie. Sauriel je obcinał, żeby nie były krogulczymi, ale to na tyle. Za to potrafiły się całkiem ładnie wydłużyć. I naostrzyć. - Czyżby. - I nie, nie chodziło o to, że wątpił, że wiedziała, chociaż dokładnie tak to zabrzmiało. Była aurorem. Nie była człowiekiem siedzącym z dokumentami, w okularkach i potykającą się o własne stopy. Aurorzy potrafili być niebezpieczni. Ba, BYLI niebezpieczni. Na ile niebezpieczna była ta konkretna aurorka tego nie wiedział, ale przyjdzie mu się o tym chyba przekonać w najbliższym czasie. Obejrzał się za siebie, ale nie na kobietę, tylko spojrzał na swój tyłek. Poprawił koszulę i wsunął ją w spodnie. - Tak lepiej? - Proszę bardzo, jaki miły i sympatyczny był pan Sauriel! Miała szczęście, że nie zobaczył jej pąsowienia, bo zaraz się obrócił, żeby patrzeć przed siebie. I zrobił gwałtowny schyl w dół, bo prawie przywalił o jakieś deski wystające z szafy tu ongiś ustawionej. - Drżę ze strachu. Spójrz, jak mi ręką trzęsie. - Dla odpowiedniego efektu pomachał ręką, jakby drżała. Wrócił w większości do swojej normy, bo powoli (w zasadzie całkiem szybko i sprawnie) badał ten grunt pod swoimi nogami, na którym Victoria stała i który się ostatnim razem osunął. Teraz był stabilny. Wewnętrznie mu to nie pasowało, to jest - instynkt mu mówił, że chyba jednak coś tu jest nie halo. Nie powinno iść aż tak łatwo, że to pułapka. Szedł dalej. Jak na razie udało się nawet nie wywalić na ten głupi ryj. - Oczywiście, panienko Lestrange. Czy może już mam mówić: pani Rookwood. - Specjalnie zaakcentował ostatnie dwa słowa. Uśmiechnął się słysząc jej następne słowa. - Całe szczęście, że masz do niego mapę. - Przesunął palcami po włosach, jakby chciał je poprawić, cofnąć te niepokorne kosmyki, albo zrobić taki teatralny gest, którym przyciągnie spojrzenia i pokaże się z tej najlepszej strony. Może nawet wszystko na raz. - Zaskocz mnie. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Victoria Lestrange - 09.01.2023 Gdyby ktoś jej miesiąc temu powiedział, że będzie taką dziwną rozmowę prowadzić z Saurielem i że nie będzie ona podszyta złością, nienawiścią i chęcią dopieczenia drugiej stronie, to by się uśmiała i powiedziała, że niezły żart, ale takie bajki to proszę zostawić dla bajkopisarzy. A tymczasem szli sobie korytarzem do niebezpiecznej kryjówki i… tak. Droczyli się ze sobą. Przekomarzali. To było tak surrealistyczne, ale proszę bardzo – działo się. I przy tym oboje mieli poczucie, że coś tutaj chyba nie gra, a przy tym brnęli w to sobie dalej, sprawdzając te granice i na ile można sobie pozwolić. Victoria się rozluźniła w pewnym sensie – pomijając samą otoczkę sytuacji, gdzie mimo wszystko trzymała swoją różdżkę pewnie w dłoni, i wcale nie dźgała nią w plecy Sauriela; Sauriel też się rozluźnił. - O wiele – usłyszał w odpowiedzi, a tuż za tym gwałtowne: – Uważaj! – kiedy zobaczyła, że zaraz przydzwoni głową w belkę. Ale nie przydzwonił. Miał dobry refleks. Ona sama nie musiała się schylać – była o tyle niższa od Sauriela, że jej głowa nie sięgała tak wysoko. Żeby nie było – nie odmówiła sobie i faktycznie spojrzała kilka razy na wyeksponowany teraz tyłek i pokręciła głową do siebie z niedowierzaniem. Nie, zdecydowanie nie spodziewała się, że będa prowadzili ze sobą tak swobodną rozmowę. O gapieniu się na czyjś tyłek. - Aż tak ci się spieszy? – pani Rookwood… Taaa. Póki co była to matka Sauriela i pewnie kilka innych kobiet, ale nie Victoria. Jeszcze nie. - Może najpierw dojdźmy do punktu zaręczyn i wtedy zobaczymy – brzmiała na całkiem rozbawioną. - No chyba, że bardzo chcesz i potrzebujesz poćwiczyć… – ostatnio nie wiedział jak ją traktować, wtedy zaproponowała mu, że może zwracać się do niej per Tori. Dzisiaj bardzo szybko przeskoczył do pani Rookwood i nie miał tego problemu. - Prawda? Co ja bym biedna bez niej zrobiła – mapa… Tak. Jej rodzice wręczyli jej w dłonie taką mapę, a ta wcale nie prowadziła przez żaden labirynt. Ledwie na przestrzał do celu, który był jasno wytyczony i zarysowany przez ich rodziny. - O nie nie, to będziesz musiał odkryć sam – jeszcze czego, wszystko mu podawać na talerzu. A gdzie w tym ekscytacja z poznawania i z nieznanego? - Powiedz mi lepiej co nas będzie czekać teraz, o ile wiesz. Bo póki co były to dwa hasła, jedna bariera… Zakładając, że nie idziemy wprost w jakąś malowniczą pułapkę – i niemalże jak na zawołanie korytarz za chwilę się skończył i weszli do jakiegoś opuszczonego pokoju, w którym drzwi leżały na podłodze, a ściany były obdrapane i pozbawione jakichkolwiek ozdób. Nie było tu praktycznie niczego. Żadnych mebli, żadnych innych drzwi. Nic. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Sauriel Rookwood - 09.01.2023 Nic tu nie było normalne. To z nerwów? Chyba nie. Sauriel nie czuł, żeby rosło mu ciśnienie. Ale przecież… nie mógł tego czuć. Dopiero kiedy zeszli tymi schodami w dół, tym wąskim korytarzem, który rozszerzył się na dole, coś poczuł. Gdy mijali drzwi, niektóre wywalone ze swoich zawiasów, inne wciąż się trzymające, pół otwarte. Kiedy w tej ciszy słychać było ich kroki, a on przez to zaczynał iść coraz uważniej, coraz wolniej. Coraz ciszej. W takich miejscach człowiek zaczynał inaczej funkcjonować. I nie chodziło o to, że Sauriel miał jakiś szósty zmysł ostrzegający go przed zagrożeniem. W takich miejscach po prostu spodziewałeś się czegoś złego. Tylko że jak dotąd wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Zastanawiał sie, czy na pewno dobrze prowadzi tunel - pod dom, gdzie mieli się dostać do jego piwnicy, a potem już prosto do ich poszukiwanego. Był tego tak pewien… i jednocześnie wcale nie ufał. Czy mógł to zrobić sam? Ano - mógł. Tylko że wtedy mogłoby to nastręczyć dziwnych problemów z powodu różnych możliwości zakończenia tego typu wątku. Nie, wiadomo, że mu się nie śpieszyło. Z tym, że według niego już i tak nie było o czym gadać. była to już tylko kwestia przygotowań i formalności. - Wolę nie. Im mniej Rookwoodów tym lepiej. - Dla tego świata. I dla jego własnego spokoju. Jej przyjęcie nazwiska nie było kwestią wyboru, już to przerobili, więc to też nie był atak w nią, w jej osobę i w to, że lepiej by było, żeby… a nie, w sumie to tak. Dokładnie miał na myśli to, co powiedział. Że lepiej by dla niej było, gdyby nie nosiła tego nazwiska. - Ale widzisz? Już mnie nawet lubisz. - Powiedział to z trochę większym stresem w środku niż powinien się tym przejmować. Oczywiście nie przejmował się tym, czy go lubiła czy nie tak od relacji. Przejmował się za to konsekwencjami, jakie lubienie czy nielubienie mogłoby przynieść. Ale poza tym to… tak. Właściwie to podobała mu się TAKA Tori, jaką poznał tego wieczoru. Naprawdę mógłby jej czasem podokuczać. Zwłaszcza, że tym razem się nie obrażała i traktowała to właśnie tak - jak żart. Bo i tym to było. Zanotował w głowie, że dostał kolejne wyzwanie, ale te potraktował też raczej jako żart. Tak jak on żartem rzucał o odkrywaniu tych zalet i wad. Było to nieuniknione, skoro poznawać się chcieli. Tyle ustalili. - Koniec korytarza, wejście do piwnicy i potem prosto do docelowego budynku… albo i nie. - Pusto. Było to tak abstrakcyjne, że Sauriel właściwie nie bardzo wiedział, na co patrzy. Tak, na ścianę. A kiedy się obrócił to zamiast patrzeć na korytarz - też patrzył na ścianę. Prostokąt był idealnie prostokątny, o chropowatej, starej ścianie pachnącej wilgocią i zlepionym do niej kurzem. A jedynym źródłem światła tu było małe światełko różdżki. - Ukradłaś może coś dla siebie do jedzenia przy okazji przebierania się? - Może to nie był czas na żarty, bo to wcale nie było śmieszne, ale powaga tej sytuacji jeszcze nie wskoczyła na swoje miejsce u Sauriela. A przecież nikt nie wiedział, że tu byli. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Victoria Lestrange - 10.01.2023 Po prostu szła za Saurielem, bo nie miała zbyt wielkiego wyboru. To on mówił, że znalazł wejście, więc… Cóż. Mogła to być też wielka pułapka na nią samą. Zeby się jej pozbyć i mieć święty spokój od jej osoby i wtedy to, że nie chciała nic mówić swoim rodzicom obróciłoby się przeciwko niej. Ale jakoś go o to nie podejrzewała. Może to była naiwność – skoro tak… cóż. Victoria nie była bezwzględna. To akurat była prawda. To wszystko to była tylko kwestia czasu i Victoria doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Przez te dwa i pół miesiąca już się z tym oswoiła. Teraz zostało po prostu… Wejść w to wszystko z twarzą i z miejscem dla siebie, a nie z chęcią ucieczki w kąt. - No cóż… W takim razie zostańmy przy panience Lestrange póki jest ku temu jeszcze miejsce – zakładała, że pił do tego, że ta rodzina jest spierdolona i że jeszcze zobaczy. Że będzie miała powody, by ich wszystkich sprzątnąć – czy jakoś tak to mówił, albo sugerowa. Biorąc pod uwagę jego późniejsze wyznanie o ojcu… cóż. Mniej-więcej wiedziała już czego się spodziewać. - Tak? Po czym poznajesz? – był w tym cień prawdy… Dało się go lubić, choć na to stwierdzenie chyba było jeszcze odrobinę zbyt szybko? Albo i nie. W sensie… Dzisiejszy dzień był właściwie całkiem przyjemny. I była pewna, że gdyby w ten sposób zaczęli znajomość, to w tej chwili byliby w zupełnie innym jej punkcie. Ale… tak naprawdę to można powiedzieć, że dopiero co ją zaczynali i przed nimi była jeszcze długa droga. Ale teraz nie mogła z kolei powiedzieć, że go nie lubi. Więc skoro nie mogła powiedzieć tego… to co jej pozostało? Sauriel nie dostał za to jasnej odpowiedzi. Ale nie dostał też odmowy, która byłaby bardzo szybka, gdyby nie zgadzała się z jego zdaniem. Kiwnęła głową notując to co miało ich czekać i… Nie doczekała się tego. Widziała za to zdziwienie na jego twarzy. Ona sama… To było dziwne uczucie. I dziwne wrażenie. Aż sama okręciła się w miejscu tylko po to by zobaczyć, że nie ma tutaj tego, co spodziewała się widzieć. Z każdej strony widać było za to dokładnie to samo. - Huh – wyrwało jej się z ust, po czym stuknęła obcasem o podłogę. A później wyciągnęła ostrożnie nogę do przodu i poczuła opór. Obróciła więc stopę i nią też delikatnie postukała, by wyczuć fakturę. - Ciekawe… – powiedziała i sama zapaliła światełko na końcu swojej różdżki, oświetlając nieco większy obszar dzięki temu. Wyciągnęła też dłoń z różdżką przed siebie, w stronę Sauriela, by lepiej przyjrzeć się, czy i obok niego sytuacja jest podobna. - Nie, ale chyba zostały mi jakieś czekoladowe żaby i fasolki z urodzin – odpowiedziała bez większego zastanowienia, ewidentnie myślowo skupiona na czymś innym – na tym, jak wyciągnąć ich z tego bałaganu. Nie panikowała. Na to było jeszcze trochę zbyt szybko. Była wyszkolona, że można wpaść w przeróżne pułapki i że kluczowe to nie stracić głowy. Bo zawsze jest jakieś wyjście. Musi być. Kobieta zaczęła z początku po prostu się przyglądać, marszczyła brwi w ewidentnym znaku, że prowadzi bardzo intensywne rozmyślania. Kilka razy machnęła dłonią – wykonując przy tym różne ruchy. - Nie, nie tak… – wymruczała pod nosem do siebie i przygryzła dolną wargę, niemalże zapominając o tym, że tuż obok niej stoi Sauriel, właściwie… obcy facet. - Hmm – wyrwało jej się, kiedy zmrużyła oczy i uniosła w górę głowę, patrząc na… nic konkretnego. Bo żadnego sufitu tam nie było. - W ścianie mnie jeszcze nie uwięzili – powiedziała po chwili i ponowiła próbę kilku różnych ruchów nadgarstka, dłoni i ręki. Nic to nie dawało. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Sauriel Rookwood - 10.01.2023 Patrząc z trzeźwiej perspektywy na tę sytuację było czego się bać. Nieznana lokalizacja, nie wiedzieli, co się stało, właściwie nie mieli pewności, czy w ogóle wędrowali w dobrą stronę. Sauriel zastanawiał się, czy w ogóle było tam miejsce na mówienie o tym, że “dobrze trafili”. Ale raczej tak. Skoro wdepnęli w coś, co miało powstrzymać niechcianych gości, to zdecydowanie zbliżali się do celu. Z tym, że ewidentnie ktoś nie chciał, żeby Sauriel tam dotarł. Nie zdziwiło go to. Zaskoczył bardziej efekt, nie sam fakt, że się pojawił. To znana zasada - jeśli masz kryjówkę to nie chcesz, żeby ktoś się do niej dostawał. Saurielowi wydawało się, że posłaniec miał wystarczająco obitą mordę, żeby jednak dać się przekonać, że to dobry pomysł, żeby być szczerym. Najwyraźniej nie do końca. - To możesz żaby wypuścić. Mają naturalny wybieg. - Brak paniki był spowodowany dokładnie tym: doświadczeniem. A raczej przyzwyczajeniem do krytycznych sytuacji, które mogą zagrażać twojemu życiu. Może wypadałoby myśleć o tym, a co jak się skończy powietrze, a co jak “bla bla bla”. Dużo było tych “cosiów”. O tyle jednak powaga nastała, że żarciki o panienkach, nazwiskach i tym, jak to się lubią czy nielubią zostało stanowczo odłożone na bok. Wyparowały z głowy Sauriela. Bo on również, odpowiadając tak bez sensu na te fasolki i żaby był myślami w tym samym punkcie co i ona. W ścianie? Skupiony umysł Sauriela odebrał to bardzo niedosłownie. W ścianie, znaczy ściana się zamknęła, znaczy w pokoju. Ta kategoria myślenia. Zbliżył się do miejsca, gdzie przed chwilą było ich wejście i parę razy uderzył nią w cegłę. Nic. Nie było nawet specyficznego, głuchego tętnienia sugerującego, że za tą ścianą jest pusta przestrzeń. Obstukał tak całą długość, nasłuchują i kiedy ona machała magiczną pałeczką, on się zajął dokładnie tym. Bez żadnych fascynujących rezultatów. No ściana. Ale Sherlockiem nie był, żeby stwierdzać takie oczywistości. Spojrzał na Victorię, która była teraz w pełni skupiona na różdżce i ruchach nią. Nie chciał jej przerywać. Nie chciał jej przeszkadzać. Nie zamierzał jej dekoncentrować. Oparł się plecami o ścianę, zaplótł ręce na klatce piersiowej. Czekał. RE: [15.02.1972] Living Life, In The Night - Victoria Lestrange - 10.01.2023 Można było odnieść wrażenie, że teraz przez jej głowę przebiega milion obliczeń i schematów, próbujących się dopasować. Nie bez powodu była nazywana prymuską, kujonką – lubiła się uczyć, lubiła wiedzieć, lubiła logikę i porządek – a wbrew pozorom magia też takie schematy lubiła. Kiedy już się ją ujarzmiło, to wydawało się to wręcz oczywiste. Usta jej lekko zadrgały, kąciki ust uniosły się w górę, kiedy Sauriel wspomniał o tym wybiegu – ale prócz tego, innej reakcji z jej strony nie było. Nie przeszkadzał jej. Prowadził swoje badania, ale jej nie rozpraszał, co kobieta przyjęła z pewnym zadowoleniem. Miała na to mnóstwo pomysłów, problem polegał na tym, że jakoś… Żaden nie zadziałał. Po pół godzinie takiego machania różdżką bez większego efektu, Lestrange westchnęła głośno, oparła się plecami o… ścianę i traktując ją jako podpórkę osunęła się, by sobie usiąść. Zgięła też nogi na ile mogła i położyła je na ziemi, by nie świecić tym, co miała pod sukienką. - To potrwa chyba trochę dłużej… Jak nic nie wymyślę to możemy poczekać, aż zaklęcie się wypali, ale… – westchnęła. - Zastanawiam się w którym momencie to poszło źle. Może gdybym to prześledziła, to… – nic nie wyczuła wtedy, gdy ściągała barierę. Więc może to było jeszcze wcześniej? Kiedy trzeba było odblokować klapę? Albo jeszcze wcześniej – przy haśle do budynku? Oparła potylicę o cegły za sobą i zapatrzyła się na Sauriela. - Jakieś pomysły? – zapytała po chwili i z westchnieniem wzięła swoją różdżkę w palce i zaczęła się nią bawić. Nie panikowała. Na to było jeszcze trochę za daleko. To wcale nie tak, że właśnie utknęła zamknięta w ścianie z wampirem. Który w każdej chwili mógł się zrobić głodny. Wcale nie tak, że ten wampir miał się stać jej najbliższą rodziną. - To co… Posiedzimy tu sobie tak pewnie aż czegoś nie wymyślę… Możemy tak sobie siedzieć w milczeniu, albo o czymś porozmawiać. |