![]() |
|
[listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick (/showthread.php?tid=768) Strony:
1
2
|
[listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Patrick Steward - 12.01.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic Z boku Tower Bridge wydawał się budowlą tyleż majestatyczną, co swoją majestatycznością przygniatającą obydwa brzegi Tamizy. Położony w pobliżu Tower of London, mimo iż wybudowany przeszło osiem wieków później, nawiązywał do tamtej budowli stylem architektonicznym. Majestatyczny wydawał się nawet z poziomu pełnej przejeżdżających samochodów ulicy. Na tym wyrazie tracił dopiero wyżej, podczas marszu po ciasnych, otoczonych metalowymi zaporami, zawieszonych między dwiema wieżami, pomostach.
Patrick sam nie wiedział, co pociągało go w chodzeniu po nich. Może chodziło o wysokość, o te trzydzieści cztery metry nad jezdnią i kolejne dziesięć, które dzieliło od wody. Z góry wszystko wyglądało inaczej. Świat był mniejszy, mniej chaotyczny, ułożony jak puzzle i prostszy do zrozumienia. W teorii, Steward mógłby – wsiąść na miotłę i wzbić się w niebo, ale tam byłby sam jak palec. Tu stał w otoczeniu bezimiennych mugoli, mimowolnie udając, że chociaż częściowo należał do jakiejś większej grupy. Bo może właśnie chodziło o przenikające go na wskroś poczucie osamotnienia. Patrząc z góry, świat wydawał się prostszy, ale też bardziej odległy. A bywały takie chwile w życiu, gdy należało nabrać dystansu. Sprawa Emily Hill i jej zaginionego syna, Lyndona, była jedną z takich spraw. Zwłaszcza, że chociaż pośrednio, wiązała się z innym chłopcem, który dawno temu stracił rodziców. Patrick oparł się o barierkę pomostu i zapatrzył na pływające po Tamizie statki. Jakkolwiek strasznie by to nie zabrzmiało, wcale nie był pewien, czy powinien ratować Lyndona Hilla. Od czasu, gdy wspólnie z Brenną Longbottom przeszukiwał dom Emily, minęły dwa dni. Dwa dni, podczas których zdołał ustalić trochę potrzebnych informacji i chociaż myślał za dużo, to nie potrafił podjąć żadnej sensownej decyzji. Jeszcze w sypialni zmarłej znalazł notes a przeglądając go rozpoznał kobiece pismo. Niespełna dwa miesiące wcześniej otrzymał anonimowy list, którego nadawca znał ten najbardziej skrywany z jego sekretów rodzinnych. Dodanie dwóch do dwóch, kiedy się już posiadało wszystkie informacje, nie zajęło mu wiele czasu, ale podjęcie decyzji… W najbardziej banalnym ze wszystkich porównań, w Stewardzie bitwę toczyły dwa wilki. Ten pierwszy, prawy i dzielny; chciał ruszać na ratunek Lyndonowi. Drugi, rozsądniejszy, cichszy i chroniący jego własne sekrety, głośno oponował. Patrick tkwił w marazmie. Oparł się łokciami o barierkę i ukrył twarz w dłoniach. Naprawdę nie potrafił podjąć tej jednej, zdaje się najwłaściwszej decyzji. Na szali nie leżało tylko jego życie i reputacja. Leżały też interesy Zakonu Feniksa, dziadkowie i dobre imię wujka dyplomaty. Przeciwwagę stanowił niewinny chłopiec. Ośmiolatek, który do niedawna miał tylko mamę a teraz był sierotą. Właśnie dlatego napisał do Florence z prośbą o spotkanie a teraz na nią czekał. Podał jej godzinę i miejsce. Tu niedaleko była przytulna mugolska kawiarnia, w której mogli porozmawiać. Tylko Patrick wciąż nie wiedział jak właściwie powinien zacząć tę rozmowę… RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 12.01.2023 Mugolski Londyn zawsze zdawał się Florence trochę innym światem, choć przecież położonym zaledwie o rzut kamieniem od tego magicznego, do którego należała. Nie mogła powiedzieć, że w ogóle jej nie ciekawił. Był nawet czas, kiedy odwiedzała go dość często - choć krótki i tak dawny, że jego wspomnienie zamazało się i zdawało należeć do innej osoby. Ale nigdy nie umiała go w pełni zrozumieć i teraz nie bywała tu często, a jeśli już, pokonywała stałą trasę, na drodze do Munga. Dlatego trochę dziwnie czuła się listopadowego dnia, gdy po dyżurze wędrowała ulicami niemagicznego Londynu. Żyła w Londynie od lat, a tu była trochę turystyką, wodzącą wzrokiem po obcych zakątkach, na moment przystającą, by przyjrzeć się zarysowi Tower. Nie pojmującą, o czym rozmawiają ludzie wokół niej, choć nie mówili przecież w obcym języku. Jej obcasy postukiwały o chodnik, gdy wędrowała po moście ku wyznaczonemu miejscu spotkania. Jak przy nieomal każdej okazji: ubrana schludnie, ale tak, by nie przyciągać zbyt wielu spojrzeć. Wydobyła ze swojej szafy najbardziej mugolską spódnicę i bluzkę, jaką miała, narzucając na to płaszcz, oczywiście kolorystycznie dopasowany do butów, bo Florence nie lubiła dysonansu. Chłodny, listopadowy wiatr co jakiś czas szarpał jej szalik i ciemne włosy, związane w ciasny kucyk. Patricka wypatrzyła z daleka. Jego postawa, twarz ukryta w dłoniach, mogły w teorii być efektem zmęczenia czy po prostu nudy, ale Bulstrode czuła podskórnie, że oznaczają coś innego. Coś, co niejasno przeczuwała, kiedy poprosił o spotkanie w tak lakoniczny sposób, wyznaczając na nie mugolski Londyn. Może nieco generalizowała, miała jednak wrażenie, że większość czarodziei, o ile nie pochodzili z mugolskich rodzin, wybierali takie dzielnice na rozmowy głównie wtedy, gdy chcieli mieć pewność, że nikt w takiej nie przeszkodzi. Kiedy próbowali uciec od magicznego świata, znajomych twarzy, przypadkowych wybuchów w mijanych sklepach czy małych magów, niechcący używających swoich nieukształtowanych jeszcze mocy. Steward miał jakiś problem. Nie było to znowu takie dziwne, kiedy jesteś aurorem, po kraju szaleje Voldemort i zbliża się rocznica śmierci twojej ukochanej, ale w sprawach śmierciożerców pewnie nie wzywałby ją nad Tamizę… Florence zbliżyła się, podparła o barierkę tuż koło niego. Chłodny wiatr, niosący ze sobą wilgoć, wiał teraz prosto w jej bladą twarz, gdy spoglądała na ciemną wodę rzeki. - Czasem zastanawiam się, jak to wybudowali bez magii – rzuciła niezobowiązująco, ot by dać znać o swojej obecności. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Patrick Steward - 13.01.2023 Było coś takiego w znajomości Patricka i Florence, co sprawiało, że zawsze w jej obecności czuł się trochę jak złodziej. Nigdy jej oczywiście naprawdę nie okradł, ale zwracał się ku niej, ilekroć miał jakiś gnębiący go głęboko problem. To sprawiało, że gdzieś tam w jego głowie rósł wobec niej coraz większy dług, którego nie tylko nie miał, jak spłacić, ale jeszcze stale mógł tylko powiększać.
Była jak latarnia na morzu, która wskazywała marynarzom drogę do portu. Florence potrafiła go uratować, nawet jeśli nie miała pojęcia, że to robiła – a nie oszukujmy się, Patrick bardzo by nie chciał, by wiedziała jak wielką miewała chwilami nad nim moc. Posłał jej przyjazny, tylko odrobinę zmęczony uśmiech. Mimowolnie zaczął się zastanawiać nad tym, jakby to było, gdyby powiedział jej prawdę. Ale myśl o tym była cierpka i nieznośna. Od razu wiązała się z wieloma innymi, jeszcze bardziej cierpkimi i nieznośnymi. Może był fatalistą, ale nie potrafił sobie wyobrazić, że po wyrzuceniu z siebie prawdy, miałby jeszcze jakieś dotychczasowe życie. - Byłaś kiedyś w Paryżu? Ja zawsze zastanawiam się w jaki sposób postawili wieżę Eiffla. Albo Sagradę Familię w Barcelonie – odpowiedział, znowu odwracając głowę w stronę Tamizy. Pływające po niej tego dnia statki, były zbyt małe by specjalnie dla nich wstrzymywać ruch i podnosić most Tower Bridge. Paradoksalnie, na przekór temu kim byli jego rodzice, Patrick nigdy nie nabył lekceważącego stosunku do mugoli. Być może stało się tak właśnie przez to kim byli jego rodzice. – I pomyśleć, że Grinewald chciał ich zniewolić. Für das Größere Wohl – powtórzył smutno jego maksymę. Tym razem Patrick wyglądał dość schludnie. Zdążył się wykąpać, ogolić. Miał na sobie ciepłą kurtkę, nie śmierdział wonią przetrawionego alkoholu, papierosów i pubu. Wyglądał prawie tak, jakby naprawdę wyszykował się na spotkanie z Florence, nawet jeśli jego wyjątkowe starania związane były raczej z chęcią zajęcia czymś myśli, niż próbą wywarcia na niej nie wiadomo jakiego wrażenia. Tylko oczy miał trochę przekrwione, jakby źle spał ostatniej nocy. Przesunął wzrokiem po twarzy Florence, jakby w oczekiwaniu na jakąś głębszą odpowiedź, chociaż sam wiedział, że nie powinien się jej spodziewać. Nie musiała się wcale interesować Grinewaldem bardziej niż większość angielskich czarodziei. Na całe szczęście dla nich, czarnoksiężnik nie zdążył tu przecież wprowadzić swoich porządków. Odsunął się od metalowej barierki. - Tu niedaleko jest całkiem przytulna kawiarnia. Podają znośną herbatę i całkiem niezłą szarlotkę – powiedział, posyłając czarownicy zachęcający uśmiech. Wyciągnął w jej stronę rękę, by podać jej ramię. - O szarlotce tylko słyszałem, że jest znośna, ale herbatę czasem biorę na wynos. Właśnie po to by przyjść tutaj. – I pomyśleć. Tego ostatniego zdania nie wypowiedział już na głos. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 14.01.2023 Może było faktycznie lepiej, że Florence nie miała pojęcia, co myślał Patrick. Mogłaby wtedy stracić trochę tej pewności siebie, którą zwykle emanowała i w pracy, i w życiu prywatnym, bojąc się, że coś zrobi nie tak i przypadkiem w złym momencie, gdy splecie się zbyt wiele rzeczy, popchnie Stewarda na sam krawędź jakiejś przepaści. Chociaż nigdy nie pomyślałaby, że ją okrada on lub ktokolwiek inny. Choć dość surowa, czasem może nieco oschła, i na pewno nie emanująca urokiem, do licznych krewnych, zwłaszcza rówieśników lub młodszych i nielicznych przyjaciół Florence miała ogromną słabość. Nawet jeśli niektórzy z nich nie gościli w jej życiu już bardzo często, byli jego częścią. Zakotwiczali ją w rzeczywistości i sprawiali, że nie była tylko uzdrowicielką – nawet jeżeli jako taka identyfikowała się przede wszystkim. - Tak. To jedyne miasto poza wyspami w jakim byłam – przyznała. Spędziła tam nawet kilka tygodni, poznając działanie magicznej służby zdrowia poza Anglią. Barcelona i wszystkie inne kraje, bliskie czy dalekie, były dla niej tylko opowieściami i zdjęciami z gazet. – Francuski jest koszmarny. Jego nauka to chyba jedyna rzecz, przy której musiałam uznać swoją bezwzględną porażkę – dodała, kąciki ust drgnęły jej lekko, chociaż wtedy było to źródłem ogromnej frustracji. Próbowała przed wyjazdem, będąc we Francji i po powrocie, nic jednak z tego nie wyszło. Głębsza odpowiedź faktycznie nie padła. To nie tak, że Florence wcale nie interesowała się Grinewaldem. Słyszała o nim czasem w dzieciństwie, potem w szkole, a wreszcie nastąpiła niedawna powtórka z historii. Z drugiej strony uzdrowicielka jednak też nie skupiała się ani na tym starym, ani na tym nowym konflikcie, a choć ze swoim poszanowanej dla cudzego życia nigdy nie mogłaby poprzeć postulatów Voldemorta, dorastała wśród rodów czystej krwi. Jej poglądy na mugoli i czarodziejów wcale nie było więc takie jednoznaczne. - On i wielu innych spośród nas. Z drugiej strony wśród nich byli tacy, którzy chcieli nas palić na stosach. Za bardzo się różnimy, żeby nasze kontakty mogły być proste. Również odsunęła się od barierki i ujęła zaoferowane ramię, pozwalając, by poprowadził ją w stronę kawiarni. Miała przez chwilę chęć spytać, co go tu przyciągało: widok, most ta szarlotka – ale tym razem trzymała język za zębami. Wciąż zastanawiała się, czy było to towarzyskie spotkanie, czy nie myliła się i Steward faktycznie miał problem. Postanowiła nie wypytywać od razu i nie naciskać: w końcu pewnie prędzej czy później i tak się dowie. - Sprawdźmy więc tę herbatę. Mam nadzieję, że jest lepsza niż w herbaciarni Munga – rzuciła więc tylko. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Patrick Steward - 17.01.2023 W środku, most łączący dwie wieże na Tower Bridge, nie był zbyt przestronny. Brakowało tu prywatności a mijając się z idącymi z naprzeciwka, trzeba było liczyć się z potencjalnym potrąceniem. Na podłodze znajdowały się przeszklenia, dzięki którym można było obserwować jeżdżące trzydzieści cztery metry niżej samochody. Mimo to sprawiał piorunujące wrażenie, choć kogoś z lękiem wysokości mógłby przyprawić o zawrót głowy i zwrócenie obiadu.
Patrick uśmiechnął się pod nosem, słysząc odpowiedź Florence. Łatwo było mu sobie wyobrazić, że pedantyczna i skłonna do przesadnej perfekcyjności czarownica, czuła frustrację, gdy coś zaczęło sprawiać jej ciężką do pokonania trudność. - Myślę, że jesteś dla siebie zbyt surowa – powiedział, prowadząc ją w stronę schodów. Po głowie chodziło mu jeszcze, że mogła chcieć zbyt szybko opanować cały język i zamiast skupiać się na nudnych, ale dość prostych podstawach, z zacięciem lepszej sprawy zaczęła od wkuwania zasad całej gramatyki, tylko po to, by przypadkiem nie popełnić jakiegoś kuriozalnego błędu. Steward należał do tej – pewnie nielicznej – grupy ludzi, która nie znosiła schodzenia po schodach, za to nie przeszkadzało jej wchodzenie. Dostosował tempo swojego marszu do Florence, podświadomie znowu zastanawiając się nad sprawą, o której chciał z nią porozmawiać. Wiele by dał za to, by wszystko to o czym myślał, stało się w jego głowie jakieś takie prostsze. I może przez to, że tak naprawdę pochłaniały go głównie myśli o Lyndonie i o sobie samym, niespecjalnie garnął się do tego, by komentować słowa o mugolach i paleniu na stosie. Westchnął. Byli już w połowie schodów, gdy zdecydował się wreszcie zacząć rozmowę o tym, co go tak gnębiło. - Pracuję ostatnio nad pewną sprawą – zaczął ostrożnie, ciągle jeszcze nie wiedząc, jak właściwie powinien powiedzieć to, co chodziło mu po głowie. – To strasznie nieprzyjemna historia. Zabójstwo połączone z porwaniem dziecka. – Kiedy wypowiedział te słowa na głos, nagle dotarło do niego, że przecież zdążył podjąć już decyzję. Nie mógł zostawić Lyndona na pastwę losu. Nieważne kim była jego matka i jakie stosunki łączyły ją z porywaczami jej dziecka i jej mordercami jednocześnie. Nieważne nawet, że jeśli wszystko pójdzie nie po jego myśli – a był pewien, że tak się stanie, to ośmieszy nie tylko siebie (to mógł przeżyć), ale również swoją rodzinę i wuja dyplomatę. – Im więcej w niej kopię, tym z większą ilością nieprzyjemnych szczegółów przychodzi mi się mierzyć. Wyszli z London Bridge na ruchliwą, londyńską ulicę. Steward wskazał wolną ręką na mugolską kawiarnię, do której prowadził Florence. - Zamordowana była szantażystką. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 18.01.2023 Patrick mógł mieć sporo racji. Florence frustrowały własne błędy. A w przypadku francuskiego nie dało się go nauczyć od razu bezbłędnie. Próbowała dbać o gramatykę, słownictwo i akcent jednocześnie, w efekcie nie mając szans na naprawdę dobre opanowanie języka. Nie ciągnęła jednak tematu. Milczała też wraz z Patrickiem, gdy szli w dół po stopniach, nie popędzając go. Dawała mu czas na zebranie myśli. Słowa o sprawie, nad którą pracował, trochę ją zaskoczyły – nie na tyle, by zabarwiło to jej spokojną aurę na nowe kolory, ale poczuła lekkie ukłucie zdziwienia, bo chociaż podskórnie czuła, że Steward chciał o czymś porozmawiać, chyba spodziewała się, że może to dotyczyć Clare. Zbliżającej się wielkimi krokami rocznicy śmierci. - Zawsze jest trudniej, gdy chodzi o dzieci – odparła cicho, choć wciąż spokojnie. Może nie prowadziła spraw porwań czy dziecięcych morderstw, ale miewała małoletnich na oddziale. I nie, nie było łatwo ani, kiedy przez palce przeciekało ci życie staruszki i patrzyła na rozpacz jej córek, ani gdy było za późno dla mężczyzny w średnim wieku, któremu towarzyszyła żona, ani nikogo innego. Ale gdy to było dziecko, stawało się to jeszcze trudniejsze. Jakby już tak ich stworzono, a może wytresowano, by to młode życie uważać za ważniejsze. „Nieprzyjemne szczegóły” i „szantażystka” sugerowały jednak, że sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana i trudniejsza, wcale nie przez chłopca. Florence spojrzała więc nie ku kawiarni – choć jeżeli on tam ruszył, oczywiście nie przerwała marszu – a na moment skupiła spojrzenie jasnych oczu na twarzy Patricka. - Rozumiem, że albo szantażowała kogoś nieodpowiedniego, albo wiedziała coś, co twoim zdaniem nie powinno ujrzeć światła dziennego? Nie, nie wpadła na to, że to mogło mieć związek z rodziną Patricka. To nawet nie przeszło jej przez głowę. Ale było mnóstwo innych możliwości, o których pomyślała, choćby w rodzaju „zabita kobieta szantażowała moją szefową” albo „jakiś ród czystej krwi naciska nas, żebyśmy zostawili tę sprawę i nie wiem, co zrobić”. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Patrick Steward - 18.01.2023 Patrick pokiwał odruchowo głową. Florence miała rację. Istotą całej sprawy był Lyndon, to on niepotrzebnie zrównywał życie niewinnego dzieciaka z samym sobą. Ale sam miał tę przewagę, że był dorosłym, wykształconym czarodziejem. Chyba potrafiłby się obronić przed atakiem. A na pewno potrafiłby to zrobić lepiej niż dzieciak, który jeszcze nawet nie poszedł do Hogwartu.
Poprowadził ich ku przejściu dla pieszych. Steward poruszał się po części Londynu zamieszkanej przez mugoli dość swobodnie, jakby albo często tu bywał, albo dobrze znał mugoli i ich zwyczaje. - Szantażowała przynajmniej trzy osoby – odpowiedział. – Trzy różne osoby. O ile wiem, oni raczej nie wiedzieli o sobie nawzajem. Doszli do kawiarni. Patrick otworzył drzwi i przepuścił przodem Florence. Wnętrze kawiarni wyglądało dość przytulnie. Umiejętnie połączono w nim drewnianą, ciemną podłogę z wielkimi, przeszklonymi oknami i ceglaną ścianą. Poza stolikami i krzesłami, były tu również pufy i siedziska z nadprogramową ilością poduszek. Dla najbardziej wybrednych gości umieszczono miękkie, wyglądające na bardzo babcine fotele. Na ścianach wisiały obrazy, zatopione w ramkach fragmenty filiżanek, imbryczków i talerzyków. Było też sporo zielonych roślin, w tym paprotek, skrzydłokwiatów i monster. Pachniało tu intensywnie świeżo zmielonymi ziarnami kawy, orzeźwiającą zieloną herbatą i jakimiś korzennymi przyprawami. Patrick od razu ruszył w stronę stojącej za ladą i uśmiechającej do nich mugolki. - Dzień dobry – przywitał się jowialnie, jakby dobrze znał sprzedawczynię, choć pewnie widział ją po raz pierwszy w życiu. – Coś bardzo ładnie pachnie. - To nasza zimowa herbata – wyrecytowała. – Z jabłkami, goździkami, imbirem i cynamonem. - Skusisz się? – posłał pytające spojrzenie Florence. – A ta obok? – znowu dopytał młodziutką sprzedawczynię. - Ta obok jest w wersji z pomarańczami i niewielką ilością malin oraz kardamonu. Mamy też bardzo dobrą kawę dyniową. I szarlotkę na ciepło. Patrick zaczekał aż Florence wybierze cokolwiek z tego, co polecała sprzedawczyni. Oczywiście poza sezonowymi herbatami i kawami, były tu również napoje dostępne przez cały rok. Od zwykłych herbat – podawanych tradycyjnie po brytyjsku po yerba matę. Podobnie było z przekąskami. Choć sprzedawczyni wymieniła szarlotkę, bez problemu mogli zamówić zwykłe kruche ciastka, muffinki, sernik lub croissanty. - Dla mnie to samo – powiedział, gdy już wybrała na co miała ochotę. – Wolisz na wynos czy posiedzimy gdzieś tutaj? – Ręką wskazał na stolik znajdujący się w kącie, sprawiający wrażenie dającego więcej prywatności niż reszta wolnych miejsc. Zaraz po tym zapłacił za zamówienie, z góry zakładając, że Florence mogła nie nosić ze sobą mugolskiej gotówki. RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 18.01.2023 Florence weszła do kawiarni, rozglądając się po niej z pewną ciekawością. W przeciwieństwie do Patricka nie była zaznajomiona ani z tym miejscem, ani jakoś szczególnie z mugolskim Londynem: znała ledwo parę jego obszarów, a wspomnienia o nich pozostawały mgliste. Było więc dla niej coś fascynującego w absolutnie niemagicznym wnętrzu, w nieruchomych obrazach, oświetleniu wnętrza, a nawet w mugolce, która stała za ladą i w oferowanych napojach oraz serwowanych ciastach. Wyglądały jakoś inaczej niż te, które widywała w czarodziejskich kawiarniach. - Zimowa herbata z jabłkami brzmi bardzo dobrze – powiedziała, kiedy sprzedawczyni poinstruowała ich, co może zaoferować. Normalnie Florence raczej zapłaciłaby za siebie, ale w tym przypadku faktycznie pozwoliła na to Patrickowi. W torebce miała może ze trzy mugolskie funty i kilkadziesiąt pensów, noszone ot tak na wszelki wypadek i prawdopodobnie nawet jeżeli wystarczyłyby na zapłatę za zamówienie, jej nieobeznanie z monetami mogłoby wzbudzić podejrzenia. Fakt, że on je nosił i umiał z nich korzystać, stanowił kolejny dowód na to, że albo lubił niemagiczny Londyn, albo czasem ten stanowił dla niego miejsce ucieczki. – Wypijmy na spokojnie tutaj – zaproponowała. Nie lubiła ani jeść, ani pić w biegu, choć czasem podczas szczególnie zajętych dyżurów bywała do tego zmuszona. Jeżeli miała wybór, wolała spokojnie usiąść przy stoliku niż w tłumie mugoli. Zwłaszcza że Patrick chciał chyba porozmawiać o sprawie. Albo o czymś z nią związanym. Chociaż nie skomentowała słów o szantażu, bo wchodzili akurat do środka, wcale o tym nie zapomniała. Wydawało się jej, że stolik nieco na uboczu jest do tego lepszym miejscem niż środek zatłoczonej ulicy. Florence podeszła do wskazanego miejsca, zdjęła płaszcz i szalik, a potem bardzo starannie rozwiesiła je na oparciu krzesła. Dopiero później zajęła miejsce, naprzeciwko Patricka. Wcześniej rozglądała się po wnętrzu, zaintrygowana wystrojem i ludźmi, ale teraz skupiła spojrzenie na nim. - W tej sprawie dręczy cię coś jeszcze, poza porwanym dzieckiem? – spytała wprost, zniżając trochę głos. Może podeszła do tego trochę zbyt bezpośrednio, ale zakładała, że nie bez powodu poruszył temat. Zdawało się jej, że coś go męczy. Jeśli się myliła… cóż, mógł po prostu zmienić temat, prawda? RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Patrick Steward - 19.01.2023 Patrick kiwnął głową, zgadzając się z wyborem dokonanym przez Florence. Na dobrą sprawę jemu było całkiem obojętne, czy wypiją herbatę na miejscu, czy przespacerują się po chodniku dalej. Tak bardzo próbował odwlec w czasie rozmowę, którą chciał przeprowadzić (i jednocześnie, tak bardzo chciał, żeby już było po niej), że gotów był nawet w pierwszej kolejności przebiec maraton. Płacąc, wskazał kobiecie stolik, przy którym mieli usiąść, by później mogła przynieść im zamówioną herbatę.
Powoli rozpinał guziki okrycia wierzchniego, wracając myślami do właściwego tematu, który sprawił, że sprowadził tu Florence. Jak opowiedzieć tę historię? Jak opowiedzieć ją w taki sposób, by nie zostać osądzonym? Jak wyjaśnić, że chciał ratować Lyndona i jednocześnie obawiał się tego, co się stanie, kiedy uratuje chłopca? W odróżnieniu od towarzyszącej mu czarownicy dość niedbale przewiesił kurtkę przez oparcie krzesła. Zanim usiadł, wyciągnął jeszcze z tylnej kieszeni spodni niewielki notesik i ołówek. Świerzbiły go ręce, żeby zacząć rysować. Rysowanie pozwalało mu na zebranie myśli. Odczekał aż kelnerka przyniesie im zamówioną herbatę i dopiero wtedy zdecydował się odpowiedzieć na pytanie Florence. - Tak. Jest coś jeszcze – przyznał ostrożnie, otwierając swój notatnik. Z boku wyglądało to pewnie tak, jakby postanowił przesłuchiwać kobietę, z którą przyszedł do kawiarni, ale pierwsze co zrobił, to zaczął szkicować jej siedzącą sylwetkę. – Informacje o ostatniej szantażowanej osobie, szantażystka zdobyła od jej późniejszych morderców i porywaczy jej dziecka. Jeśli ich złapię, informacje i tak wypłyną. A swoim zasięgiem dotkną przynajmniej jednej niewinnej osoby i kilku pośrednio uwikłanych w całą historię. Ja… ja znam bardzo dobrze tych ludzi – opisał najogólniej jak potrafił. I kiedy wspominał o niewinnej osobie, wcale nie myślał o sobie, bo Patrick w jakiś sposób czuł się współodpowiedzialny za to, co robili i komu służyli jego rodzice. Myślał o swoim wuju dyplomacie, który przez lata rozwijał karierę w Ministerstwie Magii. – Już rozumiesz czemu ta sprawa tak bardzo chodzi mi po głowie? RE: [listopad 1971] Für das Größere Wohl, niemagiczny Londyn – Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 19.01.2023 Florence nawet nie zwróciła uwagi na to, że Patrick wyciągnął notatnik. A raczej nie było to coś, co mogłoby przyciągnąć specjalnie jej spojrzenie, bo właściwie od zawsze gdy myślała o Stewardzie, widziała go z ołówkiem i jakąś kartką albo dziennikiem w ręku. Pod tym względem on i Kornelia dobrali się jak w korcu maku. Zupełnie nie przeszkadzało jej więc, że i tym razem chciał czymś zająć ręce. Rysowanie Florence zaś nie było specjalnie trudne, bo siedziała spokojnie, niemal się nie ruszając, a gdy już wykonywała jakieś ruchy, były raczej oszczędne. Nie naciskała na rozmowę, czekając również aż pojawi się przed nimi zamówienie. Herbata, na razie jeszcze zbyt gorąca, żeby się jej napić, faktycznie pachniała wspaniale. - Przynajmniej po części – przyznała, gdy wysłuchała, co miał do powiedzenia. Przemknęło jej przez głowę, że zamordowana kobieta przeliczyła się z własnymi siłami, ale nawet jeżeli kogoś szantażowała, Florence nie potrafiła powiedzieć, że dostała to, na co zasłużyła. A był jeszcze chłopiec. Biedny dzieciak, który nie tylko stracił matkę, ale został też gdzieś wywieziony. - Jeżeli ich ostrzeżesz, że to wyjdzie na jaw, możesz wpaść w kłopoty? Albo przeszkadzaliby w śledztwie? – spytała. Bo mając tę wiedzę, którą miała… nawet przez sekundę nie pomyślała, że mogłoby to dotyczyć Patricka. I choćby przez ułamek sekundy nie przyszło jej do głowy, że Steward mógłby rozważać porzucenie tej sprawy. Pewnie gdyby domyśliła się, że ta niewinna osoba to jego krewny, że on sam ucierpi, też nie potrafiłaby go o coś takiego podejrzewać. Zawsze postrzegała go jako "porządnego gościa". Tego normalnego, dobrego chłopaka, którego wszyscy lubią, ale który zarazem nie rzuca się najczęściej w oczy. - Przykro mi, że masz taki problem. Ale cokolwiek się stanie, nie ty za to odpowiadasz. Chodzi w końcu nie tylko o ukaranie morderców, ale też o życie niewinnego dziecka – dodała Florence, dłonie oplatając wokół filiżanki. Mogła zrozumieć dylemat, przynajmniej częściowo, choć nie zdawała sobie sprawy z jego pełnej powagi. |