![]() |
|
Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus (/showthread.php?tid=782) Strony:
1
2
|
Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 14.01.2023 Rozliczono - Fergus Ollivander - osiągnięcie "Piszę, więc jestem"
Minęło kilka dni. Dopiero dzisiaj był w stanie otrząsnąć się na tyle aby ponowić próbę odwiedzin Fergusa w szpitalu. Dostatecznie długo tkwił pod wodą i próbował utonąć więc teraz czas wziąć się w garść i przyjść porozmawiać, sprawdzić jak się czuje, wybadać sytuację czy go obwinia czy może nie chce go widzieć na oczy. Dwa dni temu został pogoniony przez ojca Fergusa. Nie potrafił pozbyć się z głowy widoku tych pokrytych purpurą policzków mężczyzny i wściekłości w oczach. W innej sytuacji nie pozwoliłby siebie tak potraktować lecz z jednym się zgadzał - to była jego wina, że Fergus tu wylądował w takim stanie. Martwił się ale też wewnątrz tłumił złość. Nie potrafił wyjaśnić natury tych uczuć. Nie miał pojęcia co się stanie kiedy się zobaczą i porozmawiają. Brał pod uwagę, że Fergus może przejrzał na oczy i stwierdził, że jednak zbliżanie się do niego nie jest zbyt dobre dla zdrowia i własnego bezpieczeństwa. Olivander miał teraz w swoich rękach sporą władzę na nim. Mógł pozbawić go pracy i narazić jego reputację na jeszcze większe szkody. Powtarzał sobie aby zachować spokój i podejść do sprawy łagodnie, z pokorą, skruchą. Przychodziło mu to z trudem więc przede wszystkim skupił się na zmartwieniu o jego samopoczucie. W godzinach odwiedzin upewnił się, że nie ma do Fergusa kolejki gości. Lodowatą z nerwów ręką zapukał w białe drzwi i cichym krokiem wszedł do środka. Włosy miał wyjątkowo uwiązane na karku co uwydatniało rysy jego twarzy. Fergus spał. Ze wstrzymanym oddechem patrzył przez kilka dłuższych chwil na jego twarz i dopiero wtedy usiadł na białym krześle. Postawił na komodzie samonagrzewający się plastikowy kubek z czarną kawą. Pamiętał jaką lubił. Z miną winowajcy siedział nieruchomo i patrzył na śpiącego Fergusa, szukając na jego twarzy oznak niemego cierpienia czy umierania. Nic takowego nie znalazł, wyglądał spokojnie. Nie był tak blady jak ostatnio. Ze zgrozą zerknął na obandażowaną dłoń i przyglądał się jej natarczywie do momentu aż Fergus nieświadomie nie poruszył koniuszkami palców. Uff, jest sprawna. Dosyć grubo obandażowana ale skoro nią poruszył to musiała być odratowana. Usadowił się wygodnie na krześle, starając się za bardzo nie szeleścić. Nie umiał oderwać od niego wzroku. Analizował swoje odczucia. Martwił się. Był na niego zły. Chciał żeby czuł się lepiej. Chciał żeby zapomniał o tym, co mu zafundował. Chciał go obwinić o to, co się dzieje w jego życiu odkąd go pocałował. Chciał go dotknąć ale wtedy mógłby go obudzić. Zapomniał oddychać gdy Fergus zaczął wykazywać oznaki przebudzenia się. Może jednak zostawić list i uciec? Nie, wolał zostać i przyglądać mu się niczym początkujący psychopata. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus & NPC - Fergus Ollivander - 14.01.2023 Pierwszej nocy w szpitalu nie potrafił zasnąć z powodu wciąż pojawiających się koszmarów, każdą kolejną spędził otumaniony eliksirem wywołującym brak snów. Za dnia nudził się niemiłosiernie, wieczorem – gdy w końcu poczuł się lepiej – szwendał się po korytarzach oddziału, gdy na dyżurach było mnie uzdrowicieli i nie zwracali na niego aż takiej uwagi. Zazwyczaj jednak przyjmował gości, którzy raczyli go pretensjami o to, że był zbyt lekkomyślny i wciąż pakował się w kłopoty. Tak jakby dostrzegli to dopiero w momencie, gdy prawie stracił życie. Im bardziej poprawiał się jego stan zdrowia, tym rzadziej odwiedzała go rodzina, wracając do swoich codziennych obowiązków. A on zyskał trochę oddechu. Nie, mamo, nic mi nie jest. Nie, Nora, nie dotknę więcej czarnomagicznych pułapek. Tak, tato, wrócę do pracy, jak tylko będę mógł. Miał już dosyć zapewniania wszystkich, słowa w większości wypływały z niego same, bez zastanowienia. Słyszeli to, co chcieli, byle tylko nie drążyć tematu. O ile swojej przyjaciółce się nie dziwił, bo zazwyczaj martwili się o siebie nawzajem, tak odwiedzających go codziennie rodziców miał już po dziurki w nosie. Dzisiaj dali mu spokój, dzisiaj miało być lepiej. Ale okazało się, że w szpitalnym sklepiku nie mieli zbyt wiele artykułów zapewniających jakąkolwiek rozrywkę. Nie chciał już prosić stażystów o partię w karty lub szachy, bo mieli zbyt dużo obowiązków na głowie. Nic więc dziwnego, że skończył z książką Lockharta w ręku, nad którą – niestety – zasnął. Chyba bardziej z przemęczenia, niż nudy, ale faktem było, że najnowsze dzieło pisarza w końcu wypadło mu z ręki, lądując gdzieś na podłodze, a nawet ten hałas, który poniósł się echem po nazbyt pustym pomieszczeniu nie zdołał go wybudzić. I chociaż nie wcisnęli mu po raz kolejny eliksiru, wciąż nie miał żadnych snów. Ciemność, pustka. Jak w jego umyśle, gdy tracił przytomność. Czy właśnie tak się czuli ludzie, gdy umierali? Nie czekało ich zupełnie nic, choć według wszelkich legend i wierzeń powinni widzieć bóstwa i wizję lepszego żywota? Czuł się, jakby zamknął oczy na zaledwie chwilę, choć musiało minąć dużo więcej czasu, nie zdziwiłby się, gdyby i godzina. Nie czuł się ani trochę wyspany, wciąż był osłabiony po utracie krwi i przeżyciach tamtego dnia. Chociaż może tylko mu się wydawało, że się obudził, bo kiedy spojrzał w lewo, dostrzegł przyglądającego się mu Castiela. Nie spodziewał się go tu ujrzeć, biorąc pod uwagę, że nie zajrzał do niego ani razu, odkąd Fergus tu trafił. Związał włosy, całkiem nowa fryzura, która dodawała mu uroku, co tylko potwierdzało, że mogła to być senna mara. Nie widział go wcześniej w takim wydaniu. Ale miał też podkrążone oczy i dość nietęgą minę – oznaka rzeczywistości. Musiał się upewnić, wmawiając sobie, że jeśli na krześle tuż obok niego siedziała postać z jego własnej wyobraźni, to zupełnie nic się nie stanie. Niewiele myśląc wyciągnął zdrową dłoń i trącił jego kolano. Spotkał opór, co zaskoczyło go na tyle, że mimowolnie się wzdrygnął, choć wcale nie zamierzał. - Jesteś prawdziwy – powiedział cicho, wciąż zachrypnięty po śnie i otumaniony. Cieszył się, że go widzi, ale jednocześnie się tego bał. To zmuszało ich do rozmowy na temat, którego Fergus jeszcze nie był gotowy poruszyć. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus & NPC - Castiel Flint - 14.01.2023 W trakcie obserwacji jego twarzy szukał też oznak jakiejkolwiek zmiany. Kilkukrotnie dotykał już tych policzków i ust i za każdym razem znajdował coś nowego. Na szczęście nie dostrzegał niczego niepokojącego co mogłoby być objawem trucizny, która przelewała się wraz z jego krwią. Lekko podkrążone oczy były niemalże nieodłącznym elementem Fergusa więc nie stanowiły dla niego żadnego odkrycia. Wodził wzrokiem po całej jego sylwetce schowanej pod śnieżnobiałą kołdrą - ta sterylność i barwy kojarzyły mu się z pedantyczną panią Balustrode. Pamiętał jak dostawał mdłości od tej czystości i porządku, jakby jego naturą było tylko i wyłącznie tworzenie nieporządku wokół siebie. Teraz bolał go brzuch ale z nerwów. Organizm żywo reagował na emocje, a tych miał w sobie całą mieszankę związaną w ciasny supeł. Odplątanie tego skończy się obtarciami i być może wypompowaniem. Wzrok uciekł mu na przedmiot leżący pod łóżkiem. Cicho pochylił się w tamtą stronę i chłodnymi palcami podniósł prenumeratę z błyszczącej podłogi. Z okładki szczerzył się Lockhart. Uniósł brwi i popatrzył ze zmartwieniem na spokojną buzię Fergusa. Dopiero teraz wpadł na pomysł aby poprosić Laylę o kupno od mugoli czegoś z tym Davidem Bowim o którym słyszał. Niestety, ale było na to za późno. Mimo wszystko plan był dobry, wystarczy poprosić kogoś by to za niego zrobił bo jednak nie kwapił się do odwiedzin świata niemagicznego. Przekartkował czasopismo szukając czegokolwiek co mogłoby zainteresować Fergusa. Przepis na żel do włosów? O zgrozo, była nawet "fantastyczna fryzura Lockharta, zdobywcy siedmiu tysięcy wielbicieli". Tytuły go zmroziły i miał nadzieję, że Fergus nie będzie się wzorował na tym czarodzieju. Zwinął w rulon egzemplarz i wsunął za wazon z perfekcyjnie wyprostowanym kwiatem. Nie było to jednak tak interesujące jak poruszające się brwi Fergusa. Zarejestrował nawet jego oddech będący niejako ostatnim stadium wybudzania. Mógłby go oglądać tak godzinami. Nie poruszył się nawet gdy otworzył oczy i zaspanymi oczami na niego patrzył. Czy go widział? Co pomyślał? Co poczuł? Dlaczego jeszcze nie powiedział? Cierpliwości... Wygiął kąciki ust w niepewnym uśmiechu i byłby powitał go cichym ciepłym szeptem gdyby nie zauważył wzdrygnięcia po tym jak trącił go w kolano. To wlało w jego trzewia mrożący krew w żyłach strach. Zrobiło mu się ciężko, chłodno, niewygodnie. Coś w nim tykało, niemal tak samo jak tamten artefakt odliczający sekundy do pełnej aktywacji. Wypuścił powoli powietrze przez zaciśnięte zęby. - Zadowolony czy zawiedziony? - zapytał i nie poznawał swojego głosu. Był spięty jak struna, a choć mówił cicho to czuł się jakby właśnie krzyknął. Fergus się wzdrygnął. Do jasnej avady, to mu łamało serce. Nie było wzroku pełnego ulgi, nie było uśmiechu, nie było westchnięcia tylko grymas. Czy widział jak jego gość rozpada się kawałek po kawałku? Czy, jeśli spojrzy na swój tors to zauważy pękające szczeliny serca? Zaraz, chwila. Nie może panikować. Wdech, wydech. Opanuj się. - Jak... twoja ręka? - zapytał i odkrył jak wiele energii musiał włożyć w opanowanie intonacji głosu. Jak wcześniej przyglądał mu się bez mrugnięcia okiem tak teraz spoglądał na jego obandażowaną dłoń. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy w obawie, że zobaczy w nich niechęć. - P-przy... przyniosłem ci kawę. Tę z Pokątnej, co ostatnio. - wskazał kciukiem stojący na szafce kubek. Mrugał powiekami aby odgonić stres. Nigdy nie był tak spięty jak dzisiaj. Emocje ściskały go za gardło i odbierały dech w piersiach. Dusił się lecz nie tak jak pod wodą. W wodzie mógł pozwolić bólowi płynąć wraz z nurtem zaś teraz w garściach trzymał swoje odczucia byleby nikt ich nie dostrzegł. Mimo wszystko Fergus miał już sposobność nauczyć się co nieco z jego zróżnicowanych zachowań. Wbił wzrok w pościel i próbował się trzymać w ryzach choć serce wewnątrz chciało pęknąć na pół. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 14.01.2023 Posłał Castielowi skonsternowane spojrzenie, nie do końca wiedząc, jak interpretować jego przerażony wzrok. Bał się o niego? Czy może jego samego? Nie podobało mu się to, zwłaszcza że sam nie do końca zarejestrował swoją własną reakcję, wciąż znajdując się na wpół w śnie. - Ulżyło mi, że nie jesteś duchem - powiedział po tym, jak odkaszlnął, by jego głos wrócił do normy. Po kilku dniach bez snów, kiedy jego umysł nie mógł odpocząć na tyle, na ile by chciał, czuł się niepewnie w nowych sytuacjach. A obecność Castiela w szpitalu była jedną z nich. Już zdążył się pogodzić z tym, że najwyraźniej nie zamierzał go odwiedzić, pewnie wściekły za fakt zniszczenia jego życiowej pracy. A oto był, siedząc tuż przy jego łóżku i patrząc na niego, jakby musiał się tu pojawić za karę. Uśmiechnął się lekko, próbując jakkolwiek się zrelaksować i przede wszystkim poprawić też samopoczucie Flinta. Nie było to łatwe. Nasłuchał się tak wiele o tym, że cała ta sytuacja była wyłącznie winą Castiela, że miał wrażenie, że sam mógłby w to uwierzyć. Wspomnienia mieszały mu się w głowie, zatrzymując wyłącznie na tym, że bolało. W sytuacji zagrożenia człowiek robi różne rzeczy, ale jego organizm też stara się to później wyprzeć. Fergus nie był pewien, czy chciałby pamiętać, czy wymazać wspomnienia o tym, co się wydarzyło. Znajdując się na granicy jawy i snu nie radził sobie najlepiej. Być może Castiel mógłby mu pomóc, gdyby tylko chciał. - Będzie sprawna, ale minie trochę czasu, zanim się zagoi - wyjaśnił, próbując poruszyć dłonią prawej ręki, żeby mu to udowodnić, ale opatrunek dostatecznie ograniczał mu mobilność. Poza tym wciąż trochę bolało, ale próbował to ukryć za niemrawym uśmiechem. Czuł się tak cholernie zmęczony, że mógłby przespać kolejny rok. - Dziekuję - powiedział, podpierając się, by się podciągnąć, ale miał już dosyć tych wszystkich poduszek, więc ostatecznie wysunął się spod kołdry i usiadł naprzeciwko Castiela, krzyżując nogi na łóżku. Sięgnął po kubek, obejmując go mocniej palcami, tak że niemal parzył. - Tylko nie mów uzdrowicielem, że to dla mnie, bo nie podoba im się, że piję tyle kawy - dodał, uśmiechając się trochę szerzej, choć wciąż czuł napięcie w powietrzu. Zbyt wiele niewiadomych i niewypowiedzianych słów. Upił łyk kawy, która ciężko przechodziła mu przez gardło. Czekał, aż Castiel powie coś więcej, ale milczał. Więc Fergus milczał razem z nim, patrząc na plastikowy kubek w swoich palcach. Czy powinien dodać coś od siebie? Wytłumaczyć się? Zapytać, jak się miał, choć po reakcjach Brenny wiedział już, że raczej czekały go ciężkie momenty? Chyba wolałby, żeby Flint do niego nie przychodził, dając mu jeszcze trochę czasu na pogodzenie się z tym, jak bardzo sobie u niego nagrabił. - Przepraszam - powiedział w końcu, ledwo słyszalnie. Nie wiedział tylko, za co. Chyba za wszystko, co mógł zawrzeć w tym jednym słowie. - Schrzaniłem, co nie? RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 14.01.2023 Póki pilnował regularnego oddychania to jako tako dało radę opanować swoje emocje. Uczucie mógł porównać do utrzymywania głowy nad wodą podczas gdy podwodny wir próbował wciągnąć na samo dno, które to ochoczo ostatnio zwiedzał. - Pytałeś mnie ostatnio o duchy i parę dni temu prawie umarłeś. Nie o mnie tutaj masz się martwić. - zwrócił mu uwagę na pewną nieścisłość tych słów. Czy to przypadek, że tak ciekawił go ten temat a chwilę później niemal skończył jako brutalnie wyrwana część duszy zmuszona do pozostania na ziemi jako dawny cień samego siebie. Może to początki zapędów samobójczych? Nie chciał jego troski bo to Fergus skończył najgorzej ze wszystkich. Do tej pory nie może pozbyć się tego widoku sprzed oczu. Głupi był bo wydawało mu się, że potrafi sobie poradzić ze stresem związanym z zagrożeniem życia wszak widział śmierć swej matki i co więcej, był tym "silniejszym", który wspierał przerażoną siostrę. Teraz okazywało się, że to kłamstwo. Myśl o utracie bliskiej osoby napawała go zimnym strachem, który wciąż tkwił skryty w jego mimice. - To dobrze, że skończy się tylko na bliźnie. - pokiwał powoli głową i ugryzł się w język aby nie wspomnieć mu, że mógł skończyć po stokroć gorzej gdyby Brenna nie przybiegła na czas. Nie powinien narażać swojego życia w towarzystwie Castiela. Teoretycznie zajmował się ratowaniem ludzi przed działaniem klątw, wyrywał ich ze szponów czarnomagicznego paskudztwa... ale wtedy miał więcej czasu na rozeznanie. Fergus mu tego nie dał, zaczął od razu umierać. Może powinien rozważyć zmianę zawodu klątwołamacza... może faktycznie się do tego nie nadawał? Najwyraźniej potrzebował porażki aby to zrozumieć. Zapisał w pamięci jego niemrawy uśmiech, którego nie potrafił odwzajemnić. Choć próbował to usta nie chciały się ułożyć w nic innego poza cienką zaciśniętą linią. - Cóż, według słów twojego ojca sprowadzam cię na złą drogę. Czarna kawa to chyba najmniejszy problem. - odezwał się zgryźliwie na myśl o krótkiej acz piekielnej rozmowie z jego zdenerwowanym rodzicielem. Przy okazji mógł odkryć po kim Fergus ma tak krótkie nerwy. Ten temperament musiał podchodzić od ojca. Pochylił się lekko aby oprzeć łokcie o swoje kolana i tak przyglądał się plastikowemu kubkowi. Miał ochotę wyciągnąć rękę i zająć miejsce tego kubka lecz zacisnął je w pięść i podparł o nią brodę. Nigdy nie sądził, że będzie tym złym co sprowadza nieszczęście. Całe życie nosił rolę ułożonego, posłusznego chłopaczka, takiej cichej wody, która brzegi rwie. Zastanawiał się czy faktycznie wszyscy wokół mają rację i powinien zastanowić się nad sobą, swoją pracą. Atmosfera gęstniała kiedy obaj zamilkli. Przez ten czas pilnował swojego oddechu bo dzięki temu trzymał w ryzach zdenerwowanie. Co miał mu powiedzieć? Nie znajdował słów. Myślał, że gdy spotkają się to dozna olśnienia i będą mogli przepracować to wydarzenie lecz okazywało się, że jego głowę dopadała pustka. Chciał zaprzeczyć, wybielić Fergusa, zapewnić, że jest niewinną ofiarą. Powinien to zrobić bo tak nakazywało wychowanie. Niestety ale nie potrafił zignorować goryczy towarzyszącej mu od paru dni. Zamknął oczy kiedy gorąc niepokoju omiótł jego kark. Przynajmniej Fergus zdawał sobie sprawę, że rozpoczął to nieszczęście. - Fakt, schrzaniłeś to. - usłyszał swoje cierpkie słowa i aż wykrzywił się w grymasie niezadowolenia. Wyprostował plecy i oparł pięść o swoje udo a drugą rękę zmusił do rozprostowania palców. - A potem schrzaniłem ja. Nie powinienem cię z tym zostawiać nawet na chwilę. - czy dostatecznie mocno stłumił w sobie złość czy tylko wydawało mu się, że słowa zaczynają nią ociekać? - Gdybym przypuszczał... - potarł palcami swoje powieki, brwi, zbierając słowa w całość. - Wszyscy wieszają na mnie psidwaki i wylewają na mnie pomyje bo ci zaufałem, Fergus. - podniósł wzrok na jego ciemne oczy za którymi tak tęsknił. Nawet jego imię nie brzmiało odpowiednio w jego ustach. - Przez moje zaufanie prawie straciłeś życie. - teraz już nie umiał kryć złości. Nie można oczekiwać po nim cudów. - Nie było mnie tylko dwie minuty. Dwie, Fergus. - teraz w głosie słychać było żal, może cień rozpaczy, niedowierzania. Potrzebował wyjaśnienia dlaczego podszedł do artefaktu, czemu tak brutalnie zniszczył zaufanie, które mu ofiarował. Ten błąd kosztował Olivandera zdrowie a Castiela być może zawodową przyszłość. Fergus nie zdążył się dowiedzieć ile znaczy dla niego praca, nie poznał treści jego badań, ambicji. Czy przez tę chwilę zaufania miał to utracić już na zawsze? RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 14.01.2023 Zamyślił się na moment, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak dziwnie wyglądały jego rozważania na temat duchów w kontekście tego, że omal nie umarł. Nie zrobił tego celowo, ale gdyby jeszcze dodał kwestię wróżby z ponurakiem, którą uważał za nieśmieszny żart, sytuacja przybrałaby na powadze. Pomijając, że już teraz dało się nią pokaleczyć. Czuł niepokój wżerający mu się pod skórę niczym klątwa, a choć obecność Castiela powinna to złagodzić, tylko potęgowała nieprzyjemne wrażenie. Przypominało mu to, jak wielu błędów się dopuścili. - Tyle że wiem, w jakim stanie jestem ja – odparł ponuro. – Widziałem się z Brenną, więc wiem, że nic jej się nie stało. Nikt mi za to nie mówi, co działo się z tobą. Był zły, niekoniecznie na Casa, a na wszystkich pozostałych, którzy nie udzielali mu żadnych odpowiedzi. Niby nie powinien im się dziwić, zwłaszcza że sam wściekałby się, gdyby informowano na prawo i lewo o stanie jego zdrowia. Ta sytuacja jednak była inna… Tyle że nikt o tym nie wiedział. Merlin jeden wiedział, jakby zresztą zareagowali, gdyby Fergus wymuszał na kimkolwiek wiadomości na temat Castiela, podając za jeden z powodów zażyłość, która ich łączyła. O ile nadal tak było, bo patrząc na to, że Flint nie potrafił nawet odwzajemnić jego uśmiechu, zaczynał w to powątpiewać. Mina mu nieco zrzedła. Może sednem problemu nie było to, że Castiel nie nadawał się na klątwołamacza, bo widać było, że traktował swoją pracę z należytą pasją i oddawał jej się w całości. Katastrofę wywołało to, że zbliżył się do Fergusa, pozwalając sobie na lekkomyślność i swobodę. Ollivander go rozpraszał, sprawiając, że zapominał o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. A to nie wróżyło dobrze, choć z pozoru mogło wydawać się pełne pożądania, swego rodzaju fascynacji. Pójście za głosem serca nie szło w parze z gwarancją stabilności i zaufania. - Według słów… Co ci nagadał mój ojciec? – zapytał, podrywając głowę znad kubka kawy i patrząc na Castiela z irytacją wymalowaną na twarzy. Nie była jednak skierowana w jego stronę, a wywołana raczej uczuciem zawodu, że jego rodzina znów wtrącała się w jego życie. Czy mieli prawo? Biorąc pod uwagę, że ich jedyny syn prawie stracił życie, pewnie tak. Ale wciąż był dorosłym człowiekiem, który sam mógł decydować o tym, z kim powinien się zadawać. Nic dziwnego, że uniósł głos bardziej, niż powinien. Flint jednak mylił się co do jednego: Fergus nie odziedziczył charakteru po ojcu, złość prezentował w równym stopniu, co jego matka. Starcie z panem Ollivanderem było ledwo szczytem góry lodowej wystającej nad powierzchnią oceanu. I góra ta topiła się, podnosząc poziom wody, by zalać otoczenie. Pierwszego dnia podnosił głowę za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, wierząc, że ujrzy w nich Castiela. Po rozmowie z Brenną wiedział już, że tak się nie stanie. Nie był gotowy na to, że gdy się obudzi, rzeczywiście zobaczy go tuż obok siebie. Został bez szans na przygotowanie się do tej rozmowy, a tym samym utemperowania tego, co nosił w środku. Zbyt wiele czasu na przemyślenia podczas wpatrywania się w sufit tylko potęgowały to okropne uczucie zawodu – zarówno samym sobą, jak i Flintem. Chciał się uspokoić. Zamknął oczy, próbując policzyć do dziesięciu, by nie wybuchnąć, ale kolejne słowa Castiela sprawiły, że poderwał się gwałtownie, omal nie oblewając kawą. Odstawił kubek na komodę, przy okazji rozlewając napój. Ciemna ciesz lała się ciurkiem po ściance mebla, ale zignorował ten fakt. Schrzaniłeś to. Czego się spodziewał? Że mu zaprzeczy? Tak bardzo skupił się na tych słowach, że puścił mimo uszu to, że Flint zrzucił też część winy na siebie. Jakby nigdy nie wypowiedział zdania dotyczącego jego osoby. Fergus widział już w tym tylko zrzucenie winy na niego, choć sam starał się ukryć to wszystko przed Brenną. Winę za wypadek miała ponosić wyłącznie czarna magia. Wyszło zupełnie inaczej, o czym jeszcze nie wiedział. - Żałujesz, że mi zaufałeś? – wycedził, mierząc go spojrzeniem. Postawił stopy na podłodze, by zyskać trochę stabilności. W tej skulonej pozycji, w której siedział, czuł się nie do końca pewnie. A skoro mieli ścierać się na argumenty, nie mógł sobie na to pozwolić. Bolało. Paliło go od środka jak diabli, że Castiel mówił mu takie rzeczy. – Nie jestem godny zaufania, prawda? Ale sam mówiłeś, że mi wierzysz. I na co to było, skoro kłamałeś? Zacisnął zdrową dłoń w pięść, mając potrzebę zrobienia tego samego z drugą, ale wciąż było to zbyt bolesne, bo napinało zraniony nadgarstek. Paznokciami prawie przebił sobie skórę, ale ten fakt ignorował z równą łatwością, co rozlaną kawę, której zapach nęcił nos. Zrobiło mu się słabo z tych wszystkich nerwów i faktu, że coś go rozpraszało. Podniósł się z łóżka, stając na podłodze. Przez chwilę zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale nie dawał tego po sobie poznać, nie odrywając rozwścieczonego spojrzenia od Castiela. Chciał mu ufać, ale to działało w dwie strony. I obaj zawiedli się nawzajem, stawiając w niezręcznej sytuacji. - Nie mam wpływu na to, co mówią inni ludzie – warknął, kolejny raz unosząc głos. – Nie rozumiem, czemu obwiniają ciebie, skoro mówiłem wszystkim, że ta durna szkatułka mnie zahipnotyzowała. Nawet nie pomyślał o tym, że wychodziła tu na pierwszy plan kwestia braku zaklęć ochronnych. Chciał pomóc, naprawdę. Nie bez powodu odmówił Brennie składania donosów na Castiela. Zależało mu na nim, ale wszystko zaprzepaścił, dotykając tego okropieństwa. Flint mu nie ufał. Nie ufał. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 14.01.2023 Nie dziwiło go, że nikt o nim nie wspominał. Nie mieli powodu, w końcu był winowajcą. Z drugiej strony było to bolesne, a może i to, że Fergus nie wydawał się o niego pytać. Przecież gdyby skierował pytanie do Danielle to odpowiedziałaby mu, że wszystko jest z nim w porządku. Znał ją od lat, nie przemilczałaby tej kwestii bez względu na to co mogłaby sobie o nim pomyśleć. To samo dotyczy Brenny. - Jak sam widzisz, nic mi nie jest. - poza problemami w pracy, brakiem różdżki, brakiem jakiejkolwiek stabilności emocjonalnej, skrajnym deficytem szczęścia, co dopowiedział w myślach choć w wypowiedzi można było wyczuć, że kryło się znacznie więcej. Nie chciał jednak się nad sobą tutaj użalać bo to Fergus walczył o życie. Przemilczy konsekwencje jakie na niego spadają. Być może uda się odkładać w nieskończoność wyznawanie tego Olivadnerowi. Wiedział, że się przejmie a wolał tego uniknąć. Odłoży to w czasie jak tylko się da; musi najpierw sam się odnaleźć w tej niepewnej zawodowej sytuacji. - To, co oczywiste, że to moja wina i mam się tu nie pokazywać. Jak widzisz, nie posłuchałem. - odpowiadał nieco oschle bowiem miał już serdecznie dość tego metaforycznego wytykania go palcami. Męczyło go to i wielokrotne powtarzanie prawdy niczego nie zmieni, przecież zmieniacze czasu są zbyt trudne do zdobycia a i cała procedura uzyskania takiego artefaktu mogłaby zająć wieki. Widział na jego twarzy zirytowanie i to go trochę uspokoiło... ale tylko trochę. Sytuacja trochę go przerastała bowiem był zbyt przejęty Fergusem. Za bardzo się o niego martwił i bał się jego utraty przez co uczucia niepotrzebnie się komplikowały. Podniósł wyżej podbródek kiedy Fergus zerwał się gwałtownie do pionu. To oznaczało, że i on oczekiwał uniewinnienia i zapewniania, że to wypadek i nie mieli na to wpływu. Miałby kłamać? Skoro są ze sobą... blisko... może nie teraz ale ogólnie, to nie może dawać mu taryfy ulgowej. On musi wiedzieć, że i Castiela to boli. Musi się tym zainteresować, musi bo jak nie... bo jak nie to oznacza, że ich relacja jest słabsza niż myśli. Powoli podniósł się z krzesła, podniósł je jeden cal nad podłogę i przystawił do stolika. Robił to w nienagannej ciszy choć widoczne na wierzchu dłoni żyły zdradzały zdenerwowanie. - Jeśli kosztem tego zaufania jest zagrożenie twojego życia to tak, żałuję. - po tych słowach skrzyżował z nim wzrok. Bolało to i jego, ale to była gorzka prawda. Czy ją udźwigną? Słowa Fergusa przez chwilę zbiły go z pantałyku. Uniósł brwi w zaskoczeniu kiedy powrócił wspomnieniem do tamtych słów. Ledwie je pamiętał. Ba, miał nadzieję, że Fergus o nich zapomni. Oczywiście nic nie może iść po jego myśli. - Postaw się na moim miejscu, do jasnej cholery. Daję ci moje zaufanie a ty je depczesz i podchodzisz do artefaktu, który cię prawie zabił a za który JA ODPOWIADAM. - te ostatnie dwa słowa bardzo wyraźnie zaakcentował, cedził je podnosząc też trochę głos. Trzymał dłoń na oparciu krzesła na którym dotychczas siedział. Jednak kiedy Fergus wspomniał co opowiadał innym to był... to przeważyło szalę. - Co, kurwa? Co rozpowiadasz? - pobladł i gwałtownie do niego podszedł, zmniejszając dystans do pół metra. Nigdy nie miał tak wściekłego wzroku, nawet względem arogancji Sophie. - Nie, to chyba jakiś żart. - ręce mu się trzęsły. - Dziękuję ci bardzo, właśnie mnie pogrążyłeś zawodowo! - już głos podniesiony, zrobił dwa kroki w tył, obrócił się, zacisnął palce na swojej głowie i tłumił przekleństwa. Nie wierzył własnym uszom. - Powiedz mi jeszcze, że Brenna to zapisała i wyśle to do Banku Gringrotta... kurwa, Fergus, nie mogłeś mówić, że nie wiem, potknąłeś się i upadłeś na biurko? Właśnie rozpowiadasz wszystkim, że jestem durnym klątwołamaczem, który zapomina o zaklęciach ochronnych przeciwko wpływowi na umysł... czyli PODSTAWY. Teraz to już jak nic mnie wywalą z pracy.- jęknął z przerażeniem bo nie wyobrażał sobie siebie w innej roli. - Na gacie Merlina, Fergus, a ja myślałem, że to, co do ciebie czuję ma mnie uszczęśliwiać. - nie kontrolował już słów, pieklił się. Nie był przyzwyczajony do okazywania gniewu dlatego ręce mu się trzęsły, nerwowo spacerował po tym małym obszarze salki i mamrotał pod nosem soczystą wiązankę przekleństw. Chciało mu się krzyczeć, wyładować, uderzyć, umniejszyć tej impulsywności która wpędzała jego organizm w palpitacje. Oto człowiek, w którym się zakochał doprowadza do utraty ukochanej pracy. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 15.01.2023 Miało być tak pięknie, Castiel miał wbiec za Brenną. Mieli rzucić się sobie w ramiona i płakać, zapewniając nawzajem, że wszystko będzie dobrze i nikomu nie stanie się krzywda. Chyba przesadził z ilością przeczytanych pisemek dla młodych czarownic, które zdobył ze szpitalnego sklepiku, skoro takie wizje zaglądały mu do głowy. To tylko wymyślone romansidła, które miały ubarwiać życie naiwnym dziewuchom. Czy w związku z tym on zachowywał się jak jedna z nich? Życie nie było tak kolorowe, jak zapewniali perfidni redaktorzy mamiący umysły dojrzewających osobniczek płci przeciwnej. To Fergusa było pełne złości, niedopowiedzeń i niezrozumiałych uczuć. Nie podobał mu się ton głosu Castiela, ale tego nie skomentował. Miał pełne prawo wściekać się o te cholerne duchy, choć ze strony Ollivandera były jedynie żartem, ot ciekawostką wtrąconą w rozmowę. Nie doszukiwał się w tym żadnej głębszej idei, ani tym bardziej nie zapowiadał swoich czynów. Nie mógł się spodziewać tego, że otrze się o śmierć, chociaż jego własna bezmyślność i bolączka dotycząca tykania przedmiotów, które do niego nie należały, prędzej czy później musiały go narazić. Szkoda, że akurat teraz, kiedy zaczynał wierzyć, że mógł być choć przez chwilę szczęśliwy u czyjegoś boku. - Dobrze, że nie posłuchałeś, sam bym go olał – powiedział mu i może nawet by złagodniał, ale uraza w tonie głosu Castiela mu na to nie pozwalała. Miał wrażenie, że Flint winił go za słowa jego ojca, chociaż doskonale wiedział, jakim człowiekiem był i że potrafił krytykować wszystko, na czym Fergusowi zależało. I chociaż nie był świadomy, jaka relacja łączyła jego syna z tym mężczyzną, nie przeszkodziło to w tym, by znalazł się na czarnej liście. Darujmy sobie to, że prawie zginął w gabinecie tegoż człowieka. Skoro się do siebie zbliżyli, właśnie tego oczekiwał Fergus. Taryfy ulgowej, łagodniejszego spojrzenia i drugiej szansy. Nie ostrzejszego traktowania i obwiniania. W tę stronę nigdzie nie zajdą, skoro każdy z nich miał do tego zupełnie przeciwne podejście. Roznosiło go od środka na samą myśl, że naprawdę stracił w oczach Castiela. I było coraz gorzej. Zacisnął szczękę, powstrzymując się przed tym, by w coś uderzyć, zwłaszcza że przypadkiem mógłby użyć nie tej ręki, którą powinien. Stworzyłby jeszcze większe kłopoty. A miał ochotę wrzeszczeć i walić w ścianę. Rozbić to cholerne lusterko, które wisiało nad komodą, strasząc jego własnym obliczem, które widział stojąc naprzeciwko niego. Odwrócił wzrok od wymizerowanej twarzy z odbicia, kierując go na Castiela, który wyglądał na równie rozjuszonego. Dlaczego czuł się teraz gorzej, niż wtedy, gdy szkatułka wysysała z niego życie? Strach gnieździł się w jego wnętrzu przeplatając z irytacją i tworząc coś na wzór chaosu, który nie pozwalał na rozsądek. Miał w ogóle jakiekolwiek szanse w tej kłótni? - Mam ci przypomnieć, że sam pozwoliłeś mi się do niego zbliżyć?! - Nie wytrzymał, podnosząc głos jeszcze bardziej. Przecież wcisnął mu do ręki maseczkę, uprzedzając o niebezpieczeństwie. To, że było za późno na jakiekolwiek zasady i informacje powierzone mu przez Castiela, to już inna kwestia. - Nie czułeś tego. Miałeś tę durną maseczkę, więc nie czułeś. Zarzucasz mi kłamstwo, ale kiedy wyszedłeś, to stało się nie do zniesienia. Jak jakaś pieprzona syrena, która przywołuje cię zapachem. Co w tym było, Castiel? Amortencja, czy tylko czarna magia? To pachniało jak ty, chciał mu powiedzieć. Utrzymywało się na końcu języka ze swoim cierpkim smakiem, pragnąc wydostać się na zewnątrz, ale tłumił to w środku. Nie czuł się na siłach, by nagle to wtrącać. - A SKĄD MIAŁEM WIEDZIEĆ? - wybuchł na dobre, krążąc po niewielkim pomieszczeniu i zaciskając już obie dłonie w pięści. Bolało, pewnie coś sobie naruszył, ale nie przejmował się tym teraz. - Skąd mogłem wiedzieć? Dopiero zaczynałeś to badać, myślałem, że to da ci jakąś taryfę ulgową. Nie możesz przewidzieć wszystkich zaklęć ochronnych, zwłaszcza przy czymś tak starym. Ale najwyraźniej twoim zdaniem nie mam co robić, tylko chcę ci zniszczyć karierę - prychnął, wyrzucając z siebie kolejne słowa. Im dłużej się sprzeczali, tym bardziej się nakręcał, a przebieg tej rozmowy ani trochę mu się nie podobał. - Mówiłem ci, że przyciągasz katastrofy - zauważył, komentując ostatnie słowa na temat uczuć. - Najwyraźniej jestem jedną z nich. Jaki miałby cel w rujnowania mu kariery zawodowej? Życia? Zależało mu na nim, nie zrobiłby mu tego. Ale skoro mu nie ufał, Castiel nie mógł o tym wiedzieć. Zaprzepaścił nie tylko jego szansę na dobrą pracę, ale też wszystko to, co się między nimi narodziło. I czuł się z tym podle. Tylko że jeszcze gorzej mu było z tym, że Castiel miał do niego pretensje. - Jeśli tak bardzo mnie nienawidzisz, to po prostu sobie odpuść i dajmy z tym spokój - powiedział, choć bolało jak diabli. Chyba najbardziej ze wszystkich słów, które do niego powiedział i jakie od Castiela usłyszał. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 15.01.2023 Ani razu nie otrzymał zrozumienia. Nikt nie powiedział mu "miałeś prawo popełnić błąd" bowiem zajmowano się przekonywaniem go, że zawinił. Owszem, przyznał się, że zrobił źle. Musiał to powiedzieć Fergusowi, a także to, co było drugim dnem - wyrzut, że zawiódł jego zaufanie. Dopiero konfrontując się z Olivanderem zrozumiał co przez wiele dni tak mu doskwierało - żal, że po zaufaniu Fergus umierał mu na rękach. Jak ma się z tym czuć człowiek, który jest w nim zakochany? Teraz uczucie wirowało jakby miało zmienić swoją formę. Czuł wewnątrz niepokój na myśl, że mogłoby zgasnąć. Nie był gotowy, nie nacieszył się nim, nie zdołał mu powierzyć swoich marzeń. Jeszcze tyle przed nimi... a zaczęli na siebie krzyczeć. - Wiesz mi, żałuję szczerze. Ale to nie zwalnia cię z słuchania instynktu samozachowawczego. - syknął przez zęby, będąc zarazem w szoku jak bardzo potrafił przypominać teraz swoją bliźniaczą siostrę. Dopiero w takiej sytuacji odkrywane były podobieństwa ich charakterów. Ta kłótnia będzie zadrą, bardzo bolesną i trudną do usunięcia. - Do licha, niby po co dałem ci maseczkę? Niby po co, Fergus? Przecież nie do ozdoby. - jęknął, jeszcze bardziej niedowierzając, że Fergus i to zaniedbał, po prostu rzucając się na artefakt. Potrząsnął głową. - Tak, to był przejaw amortencji ale nie powinien cię tak przyciągać. Czemu mnie nie zawołałeś? Czemu mi nie powiedziałeś, że tak mocno to czujesz? Byłem pięć metrów dalej, do cholery jasnej. - ale też Fergus dał mu jedną wskazówkę - był podatny na eliksir miłości bądź na wpływ artefaktu. Powinien wspomnieć o tym Brennie, która zbierała wszak informacje na temat tego wydarzenia. Dlaczego z całej magii akurat ta go przyciągała? Czy porównanie do nęcącego śpiewu syreny powinno go jakoś zaboleć? Nie widział jeszcze Fergusa tak wściekłego i kiedy on płonął z gniewu to Castiela mroziło z wściekłości - niczym ogień i woda. Jego słowa go paliły do żywego. Piekło. Nie umiał sobie z tym poradzić, to go dławiło, a gniew rozpychał całe jego ciało od środka chcąc z niego wybuchnąć niczym Bombarda Maxima. - Z artefaktami NIGDY nie ma taryfy ulgowej. Czy ty mnie w ogóle słuchałeś gdy mówiłem, że badanie tego zajmie mi rok? A ty pierwszego dnia zostałeś złapany... kurwa, to nie tak miało wyglądać. - przemieszczał się nerwowym krokiem od komody do łóżka i z powrotem, zauważając po drodze ślad kawy na ścianie. Skojarzyło mu się to z kleksem tryskającej krwi, tak szybko ulatującej z Fergusa. Tak bardzo bał się, że on się już nie obudzi... Gwałtownie odwrócił się w jego stronę słysząc te absurdalne słowa. Och, jaką miał ochotę zrobić mu na złość i wyjść. Fergus go tylko podjudził, doprowadzał do szału ale takiego od którego będzie się dławić przez kolejne kilka dni. Z mocno zaciśniętą szczęką w dwóch susach znalazł się przy nim i z furią w oczach chwycił go za ramię, jakby mając zamiar wygarnąć mu co sobie o tym myśli. Rozumiał już co miała na myśli Brenna obiecując, że ich obu udusi. - Właśnie sęk w tym... - cedził o dziwo, ale cicho. - Sęk w tym, że cię nie nienawidzę i to dlatego tak mi doskwiera. Wszystko na niebie i ziemi pokazuje, że mamy się od siebie trzymać z daleka a ty mi właśnie mówisz, że mam odpuścić. - cóż, powinien go posłuchać. To Fergus jest tu poszkodowany, ma prawo uznać, że już nie chce go widzieć. Nie pasowało mu to do tego, co zdążyli razem doświadczyć - nie było tego dużo ale za to intensywnie. Zbyt wiele razy widział radość w jego oczach na swój widok i za każdym razem nie mógł wyjść ze zdziwienia, że ktoś może się cieszyć gdy się pojawia w zasięgu wzroku. Żaden z nich nie udawał z uczuciami. - Nie widzisz, że ignoruję te wszystkie znaki? Że wypruwam sobie żyły żeby cię ratować i zatrzymać? - nie krzyczał już, wciąż był nabuzowany ale bliskość go powstrzymywała przed kolejnym wybuchem. - Nie zdajesz sobie sprawy ile jestem w stanie wykrzesać z siebie magii żeby zatrzymać twoje życie blisko mnie. - to już mówił cicho, niemal szeptem a jego wzrok był dziwny, jakby krył się za tym mrok. Po części tak było, pierwsze zaklęcie zakazane niosło za sobą chęci do kolejnych. Ten cień miał w nim już zostać. - Tylko ty możesz mi kazać sobie nas odpuścić po tym, co się wydarzyło. - nachylał się przy jego twarzy aby dokładnie usłyszał to, co zamierza mu powiedzieć. Patrzył rozognionym wzrokiem na jego wściekłą mimikę. - Więc zastanów się jeszcze raz czy chcesz żebym to zrobił. - oddychał płytko, szybko bowiem serce wciąż szaleńczo pompowało krew. Jeśli usłyszy odpowiedź twierdzącą to... będzie koniec. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 15.01.2023 Wszak czy rozsądnym było pragnienie powierzenia swoich marzeń i celów komuś, kto stłamsił całe zaufanie, zgniatając je w dłoni i przesypując między palcami niczym piasek? Instynkt samozachowawczy, ha! Ostatnie, czym można by było Fergusa określić. I Cynthia wiedziała o tym od dnia, w którym się poznali. Tyle że Castiel nie miał skąd zebrać takich informacji. Widział Ollivandera takim, jakim sam mu się przedstawił, choć pochopne zachowanie, wybuchy energii i brak samokontroli zdążyły już ujrzeć światło dzienne, gdy spędzali ze sobą czas. Mimo to ubodło, dołączyło do tańca złości i niepokoju w jego żyłach, tym bardziej potęgowanego, im bardziej miał ochotę teraz zapalić, by ukoić nerwy. A nie mógł tego zrobić, znajdując się w pieprzonej sali szpitalnej, którą mógł opuścić wyłącznie w kierunku toalety lub szpitalnego sklepiku. A tam, gdy usłyszeli o nałogu, zaproponowali mu paczkę biszkoptówi krzyżówkę. Co miał niby z tym zrobić? - I tak mi nie uwierzysz - powiedział słabo, uświadamiając sobie, że właśnie taka była prawda. Nawet jeśli początkowo zaniedbał parę spraw, nie spodziewał się, że coś mogło go omotać na tyle, by odebrać mu nie tylko mowę, ale też świadomość. - Bo przecież kiedy coś mami ci rozum, żeby cię zabić, to masz siłę, żeby jeszcze kogoś zawołać - zakpił. Nie rozumiał, czemu Castiel nawet nie chciał poznać jego wersji wydarzeń, tylko z góry założył, że Fergus wpakował się w kłopoty z własnej woli. Przecież nie było tak, że Ollivander radośnie podskoczył do biurka i chwycił szkatułkę, przytulając ją do siebie niczym największy skarb. Stracił rachubę czasu, zmysły, poczucie rzeczywistości. Jak wpłynęło to na niego w tak silny sposób? Nie potrafił tego wyjaśnić; w jego mniemaniu Castiel powinien próbować to zrobić, a nie oskarżać go o bezmyślność. Stało się, nie wyplączą się z tego. Najwyraźniej tak właśnie miało być, że w końcu musieli na siebie nawzajem wybuchnąć przez wszystkie te emocje kumulowane i utrzymywane w środku, bo nie mogli się nimi z nikim podzielić. - Bo na początku nawet nie zdawałem sobie sprawy, że coś jest nie tak z tym zapachem! Byłeś tuż obok! - krzyknął, dopiero po fakcie uświadamiając sobie, co mu powiedział. Może w przypływie gniewu to do niego nie dotrze? Poczuł, jak ciepło wypływa na jego policzki mieszaniną irytacji i zawstydzenia. Zbyt łatwo się uzależniał: od ludzi, przedmiotów, uczuć, nawet znajomej woni, której obecność naprawdę go zaskoczyła. Był słaby, hedonistyczny, a przede wszystkim beznadziejnie zakochany w osobie, która chciała dezaktywować tę szkatułę. Czy czarna magia potrafiła to wyczuć i wykorzystać w chwili poczucia własnego zagrożenia? Brzmiało nazbyt inteligentnie, najwyraźniej starał się naciągać fakty na swoją własną korzyść. Schrzanił po całości, wiedział to już w chwili, gdy ocknął się z ręką na uruchomionej pułapce. I nie miał szanse na żadne wyjaśnienia, tym bardziej chwilę zastanowienia, bo umierał. Do jasnej cholery, to coś wysysało z niego życie. Czy Flint wiedział, że to działało w ten sposób? Czy po prostu przypuszczał, że coś mogło się zadziać, ale jego umysł nie obejmował możliwości? Przyglądał się zszokowany, jak Castiel się zatrzymał, a potem ruszył w jego kierunku. W pierwszej chwili spodziewał się, że go wyminie i zniknie za drzwiami. W kolejnej, że popchnie na ścianę i zagrozi śmiercią, choć takie zachowanie raczej do niego nie pasowało. Za nic w świecie nie odgadłby słów, które opuszczały usta Flinta. - Dlaczego tak bardzo się poświęcasz, skoro wszystko niszczę? - zapytał, wciąż rozdrażniony, ale starał się utrzymać głos ściszonym. Ich krzyki i tak już pewnie przykuły czyjąś uwagę. Nie potrzebowali natrętnych uszu w chwili, gdy rozmowa odwróciła swój bieg od przeklętego artefaktu. - Po co? Nie potrafił zrozumieć intencji Castiela. Sam ledwie układał sobie w głowie wszystkie uczucia względem niego, a on mówił mu, jak wiele był w stanie dla niego zrobić. Nie wiedział, na co go było stać, leżał nieprzytomny, choć Brenna zapewniła go, że Castiel pomógł Fergusa uratować. Nie wnikał jak, widząc w wyobraźni jakieś podstawowe zaklęcia medyczne, z których na bank przeszkoliła go siostra. Może się mylił? Guła w gardle wywołująca mdłości powróciła. Bal się tego, jak wiele Castiel mógł od niego oczekiwać, ale jeszcze bardziej obawiał się go stracić. Odsunął się od mężczyzny, opierając o ścianę, by zyskać trochę stabilności. Zbyt wiele energii zmarnował na tę kłótnię, wciąż będąc osłabionym po utracie krwi. Miał ochotę się ukryć przed całym światem, a zwłaszcza przed Flintem. Podciągnął nogi, obejmując je rękami i opierając czoło na kolanach. Łapał powietrze krótkimi oddechami, próbując się nie rozpaść. Złość, strach, poczucie beznadziei - to wszystko się w nim skumulowało, szukając ujścia dla jeszcze podlejszych uczuć. Chyba zaczynał panikować. - Nie wiem, czego chcę - powiedział cicho, drżącym głosem, wciąż z ukrytą twarzą. Podniósł wzrok, szukając w górze Castiela i obawiając się jego reakcji. - Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Przygryzł usta, próbując utrzymać emocje na wodzy. To zdanie nie zabrzmiało na żywo tak samo, jak w jego głowie. Jeśli Castiel zechce wyjść, zrozumie. Jeśli znów zacznie na niego krzyczeć, tym bardziej. Pewnie sam do niego na powrót dołączy, choć teraz miał wrażenie, że się trzęsie. Irytacja, strach, nieprzyjemny chłód ściany tuż za jego plecami. To wszystko się ze sobą łączyło. |