Secrets of London
"Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 (/showthread.php?tid=877)

Strony: 1 2


"Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Castiel Flint - 27.01.2023

Mieli spotkać się dopiero pierwszego maja. Miał po niego przyjść do szpitala, mieli udać się na świętowanie Beltane i spędzić razem czas po to, aby zapomnieć o krzywdzie jaka spotkała Fergusa za sprawą zaniedbań Castiela. Kłótnię mieli już za sobą, pogodzili się, dogadali, wyznali co leżało na sercu, ubliżyli sobie, wytknęli wzajemnie błędy, wyjaśnili swoje odczucia i żale... wszystko to budowało fundament ich relacji tym samym wzmacniając ją już na samym początku ich wspólnej drogi. Regularnie przez kilka dni wymieniali się listami. Im więcej do siebie pisali tym wyraźniej odczuwali za sobą tęsknotę. Obaj potrzebowali zwyczajnego dnia kiedy mogą porobić coś normalnego bez usilnych prób powstrzymywania się przed zainicjowaniem dotyku. Rozłąka dawała się we znaki bo wzajemnie potrzebowali siebie do odzyskania równowagi. Mimo usilnych propozycji Fergusa miał go więcej nie odwiedzać. Nie chciał napotkać na drodze jego ojca, który to ewidentnie go o wszystko obwiniał - i słusznie. Niestety ale ostatni list Fergusa nie pozwolił mu ignorować spozierającego z tekstu przyciągania. Był przez niego notorycznie wabiony aż pękł i przybył. Deportował się niedaleko szpitala i od razu wszedł do środka, niemal automatycznie wypisując formularz uprawniający go do odwiedzin. Dłużące się piętnaście minut później wchodził po schodach na odpowiednie piętro, a od jego piersi odbijała się lekko wisząca przepustka, co tylko zdradzało tempo pokonywania stopni. Minę miał zdeterminowaną, końcówki jego włosów były za to jeszcze wilgotne, usta wysuszone co mogło oznaczać, że stosunkowo niedawno skończył pływać. Zbliżając się do odpowiednich drzwi rozejrzał się po korytarzu. Z satysfakcją nie odnalazł absolutnie żywej (ani martwej) duszy, co tylko dodało mu animuszu. Położył ciepłą dłoń na zimnej klamce i cicho wszedł do sali, darując sobie pukanie. Równie delikatnie zamknął za sobą drzwi, zasuwając też od wewnętrznej strony małą zasuwę. Zrobił to na tyle dyskretnie, że na samą myśl uderzyła go fala gorąca. Nie pamiętał w ogóle co niedawno robił bowiem odkąd przeczytał list Fergusa, w jego trzewiach wybuchła desperacka potrzeba znalezienia się blisko niego. Przestał analizować na ile to logiczne aby teraz go odwiedzać skoro nad ranem wstaje i pędzi pomagać przy przygotowaniach do Beltane...
Odwrócił się na pięcie w kierunku łóżka Fergusa, pospiesznie analizując, że jest tutaj sam. Widział jego zaskoczoną minę. Nie biegł do niego, oj nie. On szedł, powoli... ale za to robił zbyt duże kroki jak na normalny chód. Nie odrywał od niego intensywnego spojrzenia. Podchodząc zatrzymał się dopiero wtedy gdy na wysokości kolan poczuł metal stelażu łóżka.
- Mówiłem, że się do ciebie przejdę. - zabrzmiał groźnie... a przynajmniej próbował. Sekundę później pochylił się nad nim, przysiadając jednym pośladkiem na łóżku. Odsunął z jego ręki to, co aktualnie trzymał po to, aby wpleść na to miejsce swoje palce. Mrugnięcie powieki później opadł upragnionym pocałunkiem na jego usta. O Merlinie, przez ostatni tydzień właśnie tego potrzebował. Nie wody, nie rozmów, nie pocieszania tylko tego... tego kontaktu cienkiej i wrażliwej skóry ust, które od gorąca pocałunku aż mrowiły. Chciał do niego przylgnąć lecz nie mógł zrobić absolutnie nic poza wykradnięciem kilku pocałunków. Skazywał ich na męczarnie bo będą musieli wrócić później do rzeczywistości i czekać na ich planowaną randkę... ale teraz o tym nie pomyślał. Zatrzymał się myślami, duszą i całą magią na tej jednej krótkiej chwili, scałowania suchości z jego ust. Carpe diem.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Fergus Ollivander - 28.01.2023

Przeklął pod nosem, gdy pozioma trójka zamieniła się miejscami z pionową szóstką, całkowicie zmieniając szyk liter w haśle, nad którym akurat myślał. Najwyraźniej sięgniecie po zaawansowaną krzyżówkę dla czarodziejów było ponad jego możliwości, ale ograniczone zapasy szpitalnego sklepiku nie pozostawiały mu większego wyboru. Wszystkie poprzednie poziomy już ukończył, nudząc się niemiłosiernie i nie mając nic lepszego do roboty. Poza nudą miał jeszcze tęsknotę: za muzyką, możliwością swobodnego spacerowania, papierosami i Castielem. Ta za Flintem była porównywalna z brakiem dostępu do świeżego powietrza. Jak gdyby mu czegoś brakowało i wciąż się dusił, nie mogąc złapać oddechu. Listy mogły być jedynie namiastką kontaktu, przypomnieniem tego, że ta druga osoba naprawdę istniała, a nie była jedynie wytworem zbyt wybujałej wyobraźni. Po ostatniej wizycie wciąż czuł niedosyt, może też lekki niesmak wywołany kłótnią. I ze wszystkich sił chciał to naprawić, by myśl o Castielu wywoływała jedynie uśmiech i mrowienie w żołądku, o którym mówiono, że to motyle. Prędzej chochliki kornwalijskie rozbijające się o ścianki organów wewnętrznych, gdzie mościły sobie gniazdo.
Ze wszystkich gości, jacy go odwiedzali, jego spodziewał się ujrzeć najmniej, choć najbardziej tego pragnął. Uniósł wzrok znad krzyżówki, spodziewając się kasztanowego koka i wykrochmalonego fartucha pani Bulstrode. Poczuł się jednak miło zaskoczony, a jego usta wygięły się w szerokim uśmiechu na widok zmierzającego w jego stronę Castiela.
- To dlatego, że nazwałem cię Cassie jakoś tak z dziesięć razy? - dopytał, gdy blondyn przysiadał na jego łóżku, zabierając mu z rąk krzyżówkę i ołówek. Nim ponownie po nią sięgnie, hasła kilkukrotnie zmienią swoje położenie, ale zupełnie się tym nie przejmował. Dłoń Castiela była przyjemnie ciepła, zwłaszcza w zetknięciu z przemarzniętymi palcami Fergusa. Wciąż miał niewielkie problemy z krążeniem krwi, zapewne również anemię, jak twierdzili medycy. Nie żeby nie podejrzewano jej u niego wcześniej. Zamierzał coś dodać, nazwać go znów po złości Cassiem, ale ten uciszył go, nim Ollivander w ogóle zdołał się odezwać. Poczuł się, jakby upił się samą tą bliskością i ciepłem. Nawet zapach morskiej bryzy, który unosił się od blondyna, świadcząc o tym, że niedawno znajdował się w wodzie, bardziej kojarzył się z tym upojeniem i tęsknotą, niż przeklętą szkatułką. Niewielki strach wciąż pozostawał, ale został gwałtownie odepchnięty w tył głowy za sprawą delikatnego dotyku. Mógłby zapomnieć, że znajdowali się w szpitalu, przyciągnąć go do siebie albo wciągnąć pod kołdrę, ale hałas dochodzący zza drzwi dostatecznie go przystopował. Nie zorientował się, że Castiel je zamknął, choć gdyby wiedział, nie sądził, by to miało zatrzymać uzdrowicieli przed wtargnięciem do środka, tym bardziej zaniepokojonych.
- Tęskniłem za tobą - wyszeptał w jego usta pomiędzy pocałunkami. Naprawdę nie spodziewał się go zobaczyć przed Beltaine. W końcu jednak musiał się od niego odsunąć, by złapać oddech, nadal osłabiony po wypadku. Nie bez powodu zresztą wciąż leżał w Mungu. Spoglądał na Castiela z uśmiechem na twarzy i radosnymi iskrami w oczach, jak gdyby widział go pierwszy raz od dawna. Tak mu się nawet wydawało, bo czas w tych czterech ścianach ciągnął się w nieskończoność. - Znasz może łacińską nazwę skrzeloziela? Potrzebuję do krzyżówki - zapytał po chwili, pół żartem, pół serio dla zabicia ciszy.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Castiel Flint - 28.01.2023

Przychodząc tutaj wiedział, że spotkanie nie będzie trwało długo. Skoro jednak był notorycznie przyzywany to nie był w stanie kolejny raz zignorować jego słów. Nie zliczy ile razy przeczytał w listach "przyjdź do mnie", choć obaj wiedzieli, że spotkać mogą się w innych warunkach. Te dni dłużyły się a więc uciekał w odmęty wody i nie rozmawiał z ludźmi. Wychodził na ląd gdy miał ważny powód - Fergus był argumentem najważniejszym. Niestety ale nie był przygotowany na to spotkanie. Niczego nie przyniósł ze sobą, żadnej atrakcji, żadnego urozmaicenia dla umilenia mu ostatnich dwóch dni pobytu w szpitalu. To tylko chwila rozmowy ale najpierw musiał zobaczyć go na własne oczy.
Kiedy na niego patrzył to od razu miał ochotę podejść. Gdy to robił, rodziła się w nim potrzeba dotknięcia. Gdy i temu ulegał, sięgał do pocałunku wiedząc, że dostanie zadowalającą odpowiedź. Upewniał się, że wszystko jest między nimi w porządku i to wciąż trwa. Nie wmawia sobie tych uczuć, one przetrwały ten przykry wypadek w jego gabinecie (do którego notabene nigdy w życiu już nie wróci; posprzątał i wymówił wynajem). Nie odpowiedział mu na zaczepne pytanie tylko pochylał się już blisko smukłej twarzy i nagrzewał się jego ciepłem. Ach, czuł się tak jakby całował go pierwszy raz w życiu - ekscytacja wibrowała pod jego skórą. Nie oponował gdy Fergus to przerwał bowiem słyszał jego nierówny oddech. Przesunął knykciami po jego poliku, odsuwając ze skroni ciemne włosy bliżej ucha.
- Udało ci się mnie zwabić. Jestem dla ciebie zbyt miękki. - uznał i uśmiechnął się bo nie miał nic przeciwko temu. Usiadł wygodniej na brzegu łóżka, a ich złączoną dłoń oparł na swoim udzie. Ścisnął mocniej jego palce co było niewypowiedzianą na głos odpowiedzią na jego utęsknienie. Patrzył w te ciemne oczy i odzyskiwał uśmiech na ustach. Cieszył się... tak po ludzku cieszył się, że go widzi. Pilnował się aby nie myśleć o chęci przytulenia go, położenia się obok, wsunięcia dłoni pod szpitalną piżamę... pilnował się choć mógłby przysiąc, że jego pomysły spędzania razem czasu ma wymalowane na twarzy.
- Branchaie herba, a co? Całujesz mnie i myślisz o krzyżówce? - mógłby uznać to za obrazę ale ogarnęła go wesołość na widok jego błyszczących oczu i nie był w stanie wytykać mu tego detalu. Uniósł jego rękę do swoich ust i scałował zagłębienie pomiędzy jego knykciami. Przymykał przy tym oczy widocznie przy tym się relaksując.
- Czas odwiedzin kończy się za trzydzieści minut. - mówił cicho. Przesunął palcami po jego nadgarstku, wsuwając je zaraz pod materiał rękawa aby pomknąć wzdłuż przedramienia aż do łokcia... i z powrotem do wnętrza jego dłoni. Przyjemna, niema, krótka wędrówka. Ten kontakt musiał mu "wystarczyć" na najbliższe dwa, a może i trzy dni. Nie miał pojęcia kiedy następnym razem będzie mógł go dotknąć.
- Pojutrze po ciebie przyjdę. Wysłałbym ci patronusa gdybym był w stanie go wyczarować. I mam rozumieć, że bez teleportacji? W takim razie podróż zajmie nam nieco dłużej. - mówił i co chwila na niego zerkał, aby upewnić się czy naprawdę widzi na jego twarzy radość, że go tu zwabił. Byłby w stanie zarzucić go teraz masą informacji, opowieści, historii, odczuć, planów... ugryzł się w język i zamiast streszczania swojego jestestwa, delektował się chwilą.
- Nic ci nie przyniosłem. Ledwie dostałem list i chwilę potem wpadłem w trzy schematyczne teleportacje. Dobrze, że byłem chociaż w normalnym ubraniu a nie w kombinezonie pływackim. - znów się uśmiechnął i zapatrzył się na kąciki jego ust, gdy odpowiadał na ten jego raczkujący potok słów.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Fergus Ollivander - 29.01.2023

Zdziwienie Castiela, że Fergus bezustannie starał się go przyciągnąć do siebie zdawało się zaskoczeniem. To było coś naturalnego, jak deszcz z szarych, ciężkich chmur czy zielone pąki na drzewach po przejściu mroźnej zimy, która odchodziła w zapomnienie. Tęsknił za nim, więc chciał mieć go przy sobie, niezależnie od tego, co myśleli wszyscy wokół i czy obwiniali Flinta o wypadek, który mu się przydarzył. Fergus nie widział w tym winy Castiela, a choć wciąż czuł się nieco niepewnie po tym, jak ostatnim razem na siebie krzyczeli, dzięki temu, że zdołali się jednak pogodzić, cieszył się na jego widok. Nie znaczyło to, że nie będzie zachowywał się przy tym ostrożniej, niż zazwyczaj, by przypadkiem nie nadepnąć na jakiś odcisk. To jak obchodzenie się z porcelaną - wzmocnioną zaklęciem, ale wciąż na tyle delikatną, że przy silniejszym uderzeniu mogła się rozsypać w pył.
Zdawało mu się, że zobaczą się dopiero na chwilę przed sabatem, że będzie lekko niezręcznie pod ciężarem zdobytych niedawno wspomnień i że nawet te listy, choć złagodziły sytuację i pozwoliły przetrawić nieprzychylne słowa wypowiedziane do siebie nawzajem, nie sprawią, że ta relacja będzie taka sama jak przedtem. Mylił się, a jednocześnie miał rację. Nie doczekali do Beltaine, bo obaj byli w ośli wręcz sposób uparci i niecierpliwi. Nie było niezręcznie, bo Fergus nie miał nawet szansy zastanowić się, co mogła oznaczać obecność Castiela, gdy ten znalazł się tuż obok. To, co między nimi kiełkowało, nie miało jednak szansy pozostać w niezmienionej formie: nie po tym, co zaszło i doprowadziło do tego, że siedzieli na szpitalnym łóżku.
- Gdybyś był zbyt miękki, wróciłbyś do mnie po pierwszym liście - zauważył, udając zbolały ton, ale zaraz na powrót się uśmiechnął. Nie potrafił nie cieszyć się jego obecnością. Był blisko, tuż obok. Dotykał go, choć tylko w ten delikatny, niewinny sposób, ale na więcej nie mogli sobie pozwolić. Rozmawiał, nie widząc w nim ofiary, z którą należało się cackać - tak normalnie, zaczepnie.
- Smakujesz czymś morskim i mglistym, więc przypomniało mi się skrzeloziele - odpowiedział mu, gdy Castiel uniósł ich złączone palce do swoich ust. Czy miał rację, wspominając o tej roślinie? Flint uwielbiał pływać, przesiadywać w wodzie całymi dniami. Nie zdziwiłby się, gdyby skrzeloziele było jedną z tych opcji, które wykorzystywał, by ułatwić sobie funkcjonowanie pod wodą. Niegłupie, choć pewnie dość kosztowne, jeśli nie posiadało się własnej uprawy lub odpowiednich znajomosci. - Krzyżówka, albo test jakim rodzajem pieczywa jesteś z Małej Czarownicy. Wybieraj, Cassie - zażartował, zerkając na stos kolorowych czasopism, który piętrzył się na stoliku tuż przy jego łóżku. Nie czytał wszystkich tych artykułów, wybierając jedynie to, co go najbardziej interesowało. Ewentualnie mimochodem zerkając na jakieś co większe głupoty, jak na przykład to, że camel powracał do łask w modowym świecie, cokolwiek to oznaczało. Gdyby wiedział, że to przezwisko tak szybko go tu przyciągnie, naprawdę użyłby go dużo wcześniej.
- Pół godziny to tyle, co nic - jęknął, uświadomiwszy sobie, że kiedy się widywali, zazwyczaj pochłaniało im to kilka godzin z całego dnia. Tak krótki urywek czasu zdecydowanie mu się nie podobał. Przyjemne mrowienie rozchodziło się po jego skórze w miejscach, w których stykały się z nią palce Castiela, wzmagając w momencie, gdy powrócił do jego dłoni. Wpatrywał się w niego oczarowany jak w obrazek, słuchając wszystkiego, co miał mu do powiedzenia.
- Nie potrafisz wyczarować Patronusa? - zdziwił się na tę wiadomość, bo zazwyczaj zakładał z góry, że większość osób to potrafiła. Nawet pomimo świadomości, że było to zaklęcie trudne i przerastało wielu zdolnych czarodziejów. W jego głowie Castiel był na tyle zdolny, że swoimi umiejętnościami przewyższałby nawet Dumbledore’a, choć brzmiało to absurdalnie. - Teleportacja mnie nie zabije, na pewno będzie przyjemniejsza niż wdychanie popiołu z kominka - zauważył, unosząc przy tym brew, bo jedynym sposobem w ich świecie, aby podróż się ciągnęła, pozostawało poruszanie się pieszo. Jeśli chcieliby w ten sposób dostać się na sabat, tempem Fergusa pewnie w końcu by dotarli… na ten przyszłoroczny.
- Wystarczy mi, że przyniosłeś siebie - odparł, zaciskając palce na jego dłoni. Zerknął ukradkiem w kierunku drzwi, które wciąż pozostawały zamknięte i pociągnął go delikatnie w swoją stronę. Musnął jego usta swoimi, delikatnie i ledwo zauważalnie, jakby wciąż obawiał się, że ktoś niepożądany może tu zajrzeć. I oparł się czołem o jego własne, przymykając oczy, by delektować się bliskością. - Cieszę się, że naprawdę przyszedłeś - powiedział cicho, czując, jak otacza go woń morza, czegoś korzennego i mgły. Zacisnął mocniej dłoń na ręce blondyna. To tylko Castiel, nic ci nie grozi, powtarzał sobie, odpychając w tył głowy nieprzyjemne wspomnienie. Nie chciał kojarzyć go z niczym złym. Nie mógł.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Castiel Flint - 29.01.2023

Teraz było już wszystko niemal dobrze. Przez najbliższe trzydzieści minut nie musiał się spieszyć ani myśleć o niczym jak o tym nieplanowanym spotkaniu. Zazwyczaj to Castiel pełnił rolę tego rozsądnego, który wie kiedy najlepiej się spotkać aby nikt nie popatrzył na nich podejrzliwie. Musieli dbać o te szczegóły jeśli chcieli być razem. Ani jednego ani drugiego nie było stać aby wyrzucić swym ojcom prosto w twarz prawdę. Pozostało więc pozostać w tym szpitalnym pokoju i delektować się ulotną chwilą. Nie żałował, że przyszedł. Warto było dla samego spojrzenia Fergusa. Dotąd nigdy nie spotkał osoby, która tak ucieszyłaby się na jego widok. To podnosiło na duchu, dodawało animuszu, wiary w siebie. Przestawał traktować siebie tak surowo jak dotychczas.
- Dobrze wiesz, że czasami nie możemy się spotkać a mimo to skłaniasz mnie do odwiedzin. - potrzasnął głową ze śmiechem bo nie mógł mieć o to do niego pretensji. Ulegał mu choć opierał się i próbował zachowywać się jak należy zaś te wszystkie większe bądź mniejsze przyjemności wplatał wtedy kiedy świat na nich nie spoglądał z zaciekawieniem.
- Kilka godzin temu miałem skrzeloziele we krwi. Wyjadłem zapas od każdego z całej rodziny. Ale poprosiłem przyjaciela aby pomyślał nad uwarzeniem eliksiru pozwalającego oddychać pod wodą. - przyznał się choć nie ukrywał, że spędzał pod wodą większą część dnia. Te kilka dni znieczulał się w objęciach ukochanego żywiołu lecz teraz tę czynność zastępowała obecność Fergusa. Z tego też powodu co chwila przedłużał kontakt fizyczny, łaknąc tych drobiazgów a przede wszystkim uczucia wesołości jakie się w nim iskrzyło.
- Mówiłem poważnie. Przestań z tym kobiecym zdrobnieniem. - wywrócił oczyma a przez jego głos spozierało zirytowanie. Nie obchodziła go ani krzyżówka ani dziwaczny test z magazynu. Interesował się tylko Fergusem, którego cera miała już lepszy odcień niż podczas ostatniej wizyty.
- Przyjdziesz do mnie po Beltane i będziemy mogli spędzić ze sobą tyle czasu ile chcemy. Jestem zawieszony w pracy przez dwa miesiące więc mogę minimum osiem godzin dziennie być z tobą. - obiecywał, bawiąc się jego zdrową ręką już na wpół świadomie. Tak jak potrzebował jeść, pić i spać, tak potrzebował do najlepszego samopoczucia spotkania z Olivanderem. Cały czas tkwił w pierwszym etapie zakochania w nim choć musiał przyznać, że wypadek i kłótnia zweryfikowały jego uczucia. Potwierdził sam przed sobą, że nie jest nim zauroczony a zwyczajnie zakochany. Nie chciał z tego rezygnować nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i na ziemi karały go za tą zuchwałość.
- Odkąd tu trafiłeś to nie umiem. Nie jestem w stanie skupić w sobie dostatecznie dużo mocy. - sprostował bo jednak z zaklęcia tarczy korzystał regularnie i ubolewał nad brakiem zdolności do praktykowania go. Potrzebował czasu i pozytywnych bodźców aby na nowo był w stanie się odnaleźć w tej białej magii.
Pokiwał głową i zapisał w pamięci zgodę na teleportację łączoną. Zajmie im to kilka sekund i cieszył się z tej decyzji bowiem nie uśmiechało mu się spacerować taki kawał drogi. Już jutro zorientuje się w trasie teleportacyjnej skoro zgłosił się na ochotnika do pomocy przy przygotowaniach. To zawsze inne zajęcie niż uciekanie w toń. Uśmiechnął się do jego pocałunku, nie stawiając przy nim absolutnie żadnego oporu. Westchnął z ulgą.
- Nie mogę się doczekać aż stąd wyjdziesz. - mówił cicho blisko jego twarzy i przymykał oczy, aby wyostrzyć zmysł węchu i dotyku.
- Morale podniesione? - zapytał nieco żywszym głosem, a uśmiech ozdobił większą część jego twarzy. Objął jego policzki dłońmi i odsunął się aby popatrzeć w ciemne oczy. Z własnych spozierało uwielbienie.
- Trzeba wlać w ciebie trochę energii, rozbudzić cię. Jakieś propozycje? Za pasem święto, będziemy mogli się bawić i spędzić normalnie czas. Zapomnimy o tym, co było./b] - sięgnął ostrożnie do tej chorej, ujmując ją poza opatrunkiem i przy samych koniuszkach palców.
- [b]Jak ręka? Będziesz mógł nią ruszać?
- dopytywał jeszcze, co chwila zmieniając wątek i okazując tym samym ekscytację jego towarzystwem. Jak przez prawie tydzień nie mówił za wiele tak przy Fergusie nadrabiał... a i tak się powstrzymywał.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Fergus Ollivander - 29.01.2023

Fergus nie miał pojęcia, jak ugryźć to wszystko, co się między nimi działo. Chciał wykrzyczeć całemu światu, co czuł do Castiela, mimo że jednocześnie to właśnie Castiel stał się jego całym światem. Zakochiwał się nawet w słowach na papierze, które ten specjalnie dla niego zapisywał w swoich listach. W tym, jak mrużył oczy, gdy się uśmiechał. Jak pochylał się w jego kierunku, gdy coś mu opowiadał. I w sposobie, w jaki na niego patrzył, jakby widział w nim coś więcej, niż tylko wyciągnięte na światło dzienne pozory.
- Nie skłaniam, wypowiadam tylko twoje własne pragnienia i udowadniam, że warto je realizować. Przyznaj, że i tak chciałeś mnie odwiedzić. - Uśmiechnął się nieco zaczepnie, pochylając w jego kierunku. Kiedyś myślał, że to on był tym zadziornym diabłem na ramieniu, podsycającym człowieka do niecnych czynów, ale im bardziej poznawał Castiela, tym bardziej przekonywał się, że potrafił dopiec. Może nawet przerastał „mistrza”, który momentami tracił rezon, zdziwiony tym, na co było go stać. Białe ściany sterylnie czystego pomieszczenia przytłaczały jeszcze bardziej w momencie, gdy musieli uważać na wszelkie gesty wobec siebie nawzajem, prawie trzymać ręce z daleka. Pudełko, w którym się zamknęli, zdawało się kurczyć. Powinien się tym odczuciem stresować, ale czy zminimalizowanie przestrzeni nie pozwoliłoby mu jeszcze bardziej się zbliżyć? Metafora, która miała wprowadzać niepokój, przeistoczyła się w jakieś dziwaczne pragnienie, które miało sens wyłącznie w jego głowie.
- Jeśli mu się uda, będzie to oznaczało, że twój przyjaciel jest całkiem inteligentny. Nie wydaje mi się, żeby nikt przed nim nie próbował, więc musi to być najwyraźniej dosyć skomplikowane - zauważył, pozwalając Castielowi bawić się swoją dłonią i samemu przesuwając ją co jakiś czas, by zaczepnie zahaczyć o niego palcami. Nie zwracał na to większej uwagi, stało się to zupełnie naturalne jak oddychanie czy spoglądanie z zaciekawieniem na swojego rozmówcę, gdy nie liczyło się zupełnie nic wokół.
- To tylko zdrobnienie, nie ma żadnej płci - odpowiedział mu, nonszalancko wzruszając ramionami, choć w rzeczywistości poczuł się urażony ostrym tonem Flinta. Wcześniej zdawało mu się, że zirytowanie z jego strony było jedynie grą, jakimś rodzajem żartu, ale najwyraźniej rzeczywiście się na niego z tego powodu denerwował, więc zanotował sobie w głowie, żeby więcej tego nie robić. Nawet jeśli osobiście podobało mu się to słowo, bo nie zauważył, by ktokolwiek inny zwracał się do niego w ten sposób.
- Znów określasz dokładnie czas. Półtora dnia, osiem godzin. Dlaczego akurat osiem godzin? Zacznę się czuć, jakbym był twoją pracą. Gdy zadzwoni budzik, będę musiał się podnieść i wyjść? - zażartował, wciąż jednak trochę pogubiony w tych wyliczeniach. Dla niego czas spędzany z Castielem nie był nawet linearny. Gmatwał się, rozwarstwiał i tracił na jakimkolwiek znaczeniu. Minuty mogły być godzinami, godziny minutami. Jedyne, czego by chciał, to aby zegar się cofał, dając im jeszcze więcej chwil dla siebie. Wciąż było mu za mało.
- Robię ci tylko pod górkę. Straciłeś pracę, zepsułem twoją magię - westchnął, spuszczając wzrok na ich dłonie, obie równie blade, choć wciąż wyróżniające się na tle śnieżnobiałej pościeli. - Będziesz potrzebował nowego szczęśliwego wspomnienia, skoro dotychczasowe się przeterminowały.
Sam zrobił szybki przegląd swoich własnych, uśmiechając się pod nosem. Nie były dostatecznie dobre, by wspomóc go względem ostatnich wydarzeń, ale na tyle przyjemne, by choć na chwilę sprawić, że wytworzony w jego głowie chaos przycichł.
- Ja też - wyszeptał, czując jak ich oddechy zlewają się, tworząc wokół nich ciepłą bańkę. Chciał znów zniszczyć tę przestrzeń między nimi, ale poruszenie się Castiela i dotyk dłoni na jego policzkach sprawiły, że otworzył oczy. Pocałuj mnie znowu. Zapatrzył się w niego, w morski błękit jego tęczówek i uśmiech rozjaśniający twarz. Słowa blondyna niby do niego docierały, ale gdzieś po drodze gubił ich znaczenie.
- Hm? - mruknął pod nosem, uświadamiając sobie, że Castiel zadał mu pytanie, odsuwając się od jego twarzy i chwytając zranioną rękę. - Ah, tak, wrócę do formy. Tylko okropnie swędzi i czasem drętwieje - odpowiedział, poruszając i kręcąc nadgarstkiem, by udowodnić mu, że rzeczywiście tak było. Położył swoją dłoń na jego, wodząc palcami po ciepłej skórze. Starał się przy tym ignorować chęć zdjęcia nasączonych ziołami bandaży, których zapach wywietrzał na tyle, że nie nęciła już nosa.
- Mówiłeś coś o rozbudzeniu, ale ja chyba nie chcę budzić się z tego snu - zaczął, brzmiąc przy tym nieco obłąkańczo i znów zawiesił wzrok na ustach Castiela. Powinien trzymać ręce przy sobie, siebie zupełnie z daleka, pozwalając sobie jedynie na drobne zaczepki. Nuda potęgowała jednak tęsknotę, tak samo jak wszelkie słowa uświadamiające go, że relacja z Flintem była niebezpieczna. A żadna z wypowiadających je osób nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co ich łączyło. Ciągnęło go do Castiela jak ćmę do zapalonej nocą lampy. Nie wyobrażał już sobie siebie bez niego i tak samo nie widział jego bez siebie, choć przecież nie mógł mieć wpływu na podejmowane przez drugiego mężczyznę decyzje. Zazdrość o jego czas dzielony z kimś innym oplatała go niczym diabelskie sidła. A wiedział przecież, że Castiel nie wychylał się ze swojej łodzi, sam mu o tym powiedział. Odpędził tę myśl niczym natrętną muchę.
Wysunął się spod kołdry, by znaleźć się bliżej blondyna i oplótł go ramionami, niepozornie się w niego wtulając tylko po to, by zaraz pociągnąć go w swoim kierunku. Opadł plecami na poduszki, przytrzymując Flinta tak, że leżał teraz na nim w jakiejś dziwacznej, na wpół siedzącej pozycji.
- Ładnie pachniesz - mruknął, śmiejąc się i zatapiając nos w jego włosach. Pozwolił sobie na chwilę zapomnieć, że znajdowali się w opustoszałej, szpitalnej sali.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Castiel Flint - 29.01.2023

- Myślałem o tym jedynie dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt siedem razy w ciągu ostatniego tygodnia.- odparł z porządnym uśmiechem, odsłaniającym już nawet zęby. Przekomarzanie się bardzo mu się podobało, traktował to jako nowe i ulubione hobby. Cieszył się, że przychodziło ono z taką łatwością. Gdyby Fergus zobaczył go podczas rozmowy z Heather, Sophie bądź Brenną to złapałby się za głowę. Różnica między dzisiejszym Castielem a z tamtych dni była nieporównywalna. Dzięki temu spotkaniu będzie miał więcej energii, którą będzie mógł przeznaczyć na cele interakcji społecznych.
- Jest piekielnie inteligentny więc pozostaje tylko czekać aż to stworzy.- potwierdził, myśląc rzecz jasna o Williamie i ich krótkiej acz treściwej wymianie korespondencji, gdzie omawiali ten eliksir. Splatał i rozpłatał ich palce, wchodząc w ten sam etap półświadomości w trakcie tej czynności. W każdej tej sekundzie czuł palące w trzewiach zakochanie. Każdy oddech był tym naładowany, każde muśnięcie i spojrzenie. Pozwalał sobie na ten rodzaj uśmiechu, rozluźnione ramiona, kark i szczerość spozierającą z oczu.
Nie komentował już zdrobnienia, aby nie kusić Fergusa do ponawiania, w jego odczuciu, głupiego streszczenia imienia. To raziło w jego dumę bowiem miało ono dla niego mocne żeńskie brzmienie. Miał nadzieję, że do tego nie będą już wracać bo mają co robić… zostało im dwadzieścia minut.
- Czepiasz się moich przybliżonych obliczeń.- wywrócił oczyma, a uśmiech cały czas utrzymywał się na jego twarzy.
- Ja tylko myślę i planuję na zapas aby wszystko miało ręce i nogi. Wiem ile czasu możemy razem spędzić a kiedy będzie trzeba się rozstać aby twój ojciec nas nie ukatrupił. - wyjaśnił i rozplótł ich ręce po to, aby oprzeć się dłonią o materac, tuż obok jego uda. Tak zdecydowanie wygodniej siedzieć i mu się przyglądać.
- Nie psujesz mi magii, głuptasie.- musnął palcami kawałek jego brody i policzka, zahaczając też o kącik ust.
- Póki sobie nie wybaczę tego zaniedbania to żadne wspomnienie na mnie nie zadziała. Ale możesz mi pomóc stworzyć kilka mocnych.- nie umiał się nie uśmiechać, nawet jeśli nawiązywał do swojego ogólnego samopoczucia i stłumionego, skopanego na dnie serca załamania nerwowego. Teraz nie było to ważne, aktualnie cieszył się i oddychał z ulgą, że mogą chwilę porozmawiać. Wiedział, że tylko teraz - na początku ich związku - będzie zachwycać się każdą wspólną chwilą. Później to zelżeje i ustąpi miejsca uldze na jego widok. To wszystko miało swoją chronologię a więc łapał garściami każdy etap ich relacji. Wyciągnął wnioski z kłótni więc i wyciągnie wnioski z tej rozmowy gdzie obaj wydawali się w pewien sposób szczęśliwi.
Nie przeszkadzał mu gdy ten się zamyślił. Zawiesił wzrok na jego wędrującej dłoni i delektował się ciszą, spokojnym oddechem Fergusa i ciepłem. Uniósł lekko brwi kiedy się podniósł, bez żadnego uprzedzenia. Zdążył cofnąć rękę lecz nim usiadł wygodniej to miał przy ramieniu jego głowę. Zaśmiał się cicho i go objął. Pozycja jaką narzucił nie była dla niego ani trochę wygodna ale nie narzekał. Oparł cały ciężar na łokciu i barku, a wolną rękę wsunął pod jego koszulkę i przesunął dłonią drapiąc go po plecach.
- Cieszę się, że się miło kojarzy. Nie mogę powiedzieć tego samego… czuć od ciebie eliksiry. - znów się roześmiał szeptem, jakby ta chwila nie miła prawa wyjść poza to łóżko.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Fergus Ollivander - 31.01.2023

Przechylił głowę, przyglądając mu się z uwagą większą, niż wymagała tego sytuacja. Właściwie to prawie w ogóle mógłby nie odrywać od niego wzroku, ciesząc się widokiem uśmiechniętego Castiela. Zupełnie innego od tego, który jakiś czas temu się na niego złościł, przerażając go wizją rozstania w gniewie.
- Zamierzasz zostać numerologiem, czy po prostu nudzisz się tak bardzo, że wszystko obliczasz z niezrozumiałą dla mnie precyzją? – zapytał, wciąż skonsternowany dokładnością liczb podawanych przez blondyna. W tej chwili nie zdziwiłby się, gdyby mu powiedział, że przeliczył wszystkie kroki, jakie pokonał w drodze do szpitalnej sali, w której leżał Fergus. Nawet by mu to schlebiało – ta dokładność w określeniu czasu, jakiego potrzebował, by się do niego dostać.
- Jak długo może to potrwać? – dopytywał, niespecjalnie znając się na tworzeniu eliksirów. To było jak z gotowaniem? Odtworzenie istniejących już mikstur przypominało przepis na zupę, więc czemu nie porównać tego do pisania książki kucharskiej? Matka by go pewnie zatłukła, gdyby usłyszała tego rodzaju porównanie i zniżanie jej do roli kury domowej. Którą de facto była, ale cii.
- Nie czepiam! To po prostu zabawne – przyznał. I może też trochę rozczulające, że tak bardzo skupiał się na tych wszystkich liczbach. – A mój ojciec nie ma za wiele do powiedzenia. Ostatnio sobie nieźle nagrabił u Malfoyów, więc przestał się do mnie odzywać – dodał jeszcze, a jego usta wygięły się w nieco złośliwym uśmiechu na wspomnienie tego, jak starszy Ollivander nie zapanował nad własnym charakterem i palnął kilka słów za dużo. Wciąż gryzło go to, jak bardzo był podobny do ojca w swoim zachowaniu, ale w przeciwieństwie do niego czasem potrafił odpuścić.
Gdy Castiel odsunął rękę, ogarnęło go uczucie nieprzyjemnego chłodu. Już zaczynał tęsknić za tym naelektryzowaniem, które pobudzało każdy jego nerw pod wpływem najdrobniejszego nawet muśnięcia palcami. Czy to w ogóle było normalne, że czuł się w ten sposób za sprawą drugiej osoby? Że Flint stał się tak istotną częścią otaczającej go przestrzeni, że jego brak doprowadzał go do przygnębienia?
Sama się nie zepsuła, pomyślał, ale nie wypowiedział tego na głos, by nie zirytować Castiela tym, jak bardzo upierał się przy swoim. Znów się na niego zagapił, wciąż marząc o pocałunku, który wynagrodziłby mu ostatnie dni tęsknoty, ale wiedział, że nie mógł tego zrobić. Bo nie potrafiłby się odsunąć, biorąc coraz więcej i więcej. Aż nie zostałaby między nimi przestrzeń godna choćby jednego atomu.
- Sugerujesz, że cuchnę jak gabinet Bulstrode? – zawołał i naprawdę kusiło go, by teatralnie się od niego odsunąć, ale wędrująca po jego plecach dłoń Castiela zaniechała tej decyzji, trzymając go w miejscu. W tym wypadku nie potrafił zrezygnować z chwili przyjemności nawet dla możliwości żartowania sobie z Flinta. Mimo to uścisk jego rąk oplatających mężczyznę zelżał nieco, pozwalając mu na większą swobodę ruchów. Na chwilę, pozornie pozwalając mu na to, by sam mógł wybrać, jak się ułożyć. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś okropny? – zapytał, już uśmiechając się półgębkiem, bo w jego głowie naradzał się kolejny bezmyślny plan. Sięgnął zdrową ręką do boku Castiela i zaczął go łaskotać, jednocześnie po to, by go zirytować, ale też dlatego, że po raz kolejny chciał usłyszeć jego śmiech. – To za to, że według ciebie śmierdzę.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Castiel Flint - 02.02.2023

- To żadna precyzja. To znudzenie więc sobie próbuję oszacować niektóre prawdopodobieństwa. Nie martw się, niedługo mi to minie. - wyjaśnił z lekkim zakłopotaniem, że akurat ta część jego wypowiedzi była najbardziej intrygująca a nie kryła za sobą niczego nadzwyczajnego. Nie pracował więc szukał innych zamienników aby wypełnić czas. O ile ciało mógł męczyć w wodzie tak umysł potrzebował też zajęcia.
- Zapewne potrzebuje szmat czasu ale nie musi się spieszyć. Napisałem mu, że będę jego testerem. Może na mnie sprawdzać działanie eliksirów a ja napiszę mu szczegółowy raport. O ile łatwiej jest robić jakiekolwiek badania gdy są chętni…- o tak, nawiązywał do własnych badań, które powinien odnowić i przy najbliższej pełni zająć się pobraniem próbki krwi. To genialny plan - zabrać naradę, ustalić szczegóły proces przedsięwzięcia i zacząć go realizować. Uśmiechnął się w przestrzeń bo nie widział twarzy Fergusa. Gładził go, mając nadzieję, że ten gest pokaże mu, że ma przy sobie zdecydowanie spokojniejszą i bardziej zadowoloną wersję Flinta.
- Uuu, z Malfoyami lepiej nie zadzierać. Mnie udało się zawrzeć z nimi całkiem przyjemną relację. Doskonale jednak wiem, że są bardzo mocni w gębie. - obaj mieli na myśli tego samego przedstawiciela tego znamienitego rodu lecz o tym nie wiedzieli. Miło też wiedzieć, że ojciec Fergusa naciął się na silniejszego od siebie. Może dzięki temu przestanie tak naskakiwać na wszystkich dookoła. Z tego co o nim słyszał i go widział to mógł być trudnym w obyciu człowiekiem. I taki to człowiek sprowadził na świat Fergusa. Mimo wszystko musiał być mu wdzięczny bo dzięki niemu mógł teraz przytulać niesamowicie fantastyczną osobę.
- Ona nie cuchnie. Ona jest przeraźliwie sterylna i aż mnie głowa boli od tej czystości. Już raz mnie naprawiała i nie byłem pewny czy mdliło mnie od tego pedantyzmu czy od bólu.- mógł rozmawiać z nim godzinami. Nie chciał się spieszyć choć wiedział, że musiał niedługo się stąd zabrać zanim ktokolwiek odkryje, że zamknął drzwi na zasuwę.
- Okropny? Liczyłem na jakiś komplement.- podniósł się nieco bardziej na łokciu i na niego popatrzył z zaciekawieniem. Nie spodziewał się ataku łaskotek. Gwałtownie się odsunął, czując drażniący dotyk w okolicach tułowia. Poduszka spadła, strącona jego łokciem. Zbulwersował się i czym prędzej próbował złapać jego rękę, choć trochę przytrzymać by zyskać kilka sekund. Pochylił się nad nim i znienacka wpił w jego usta, całując go dosyć nieprzyzwoicie jak na obecne okoliczności. Wsunął rękę pod jego plecy i przycisnął go do siebie, pogłębiając jedynie pocałunek i zabierając mu dech w piersiach. Był ciepły, miękki, pociągający. W jego głowie huknęło "kocham cię", które tak nim wstrząsnęło, że na moment urwał pocałunek.
- Uwielbiam cię. - szepnął zamiast tych dwóch silnych słów, których obecności się teraz nie spodziewał. Wybijały za to rytm w jego trzewiach i oddechu. Szybko się angażował a dotychczas unikał związków jak ognia. Musiał zwolnić tempo, uspokoić się, nie działać tak pod wpływem emocji. Nabrał tchu i zerknął na zegarek. Uśmiechnął się do Fergusa z lekkim smutkiem bo zostało im jedenaście minut.


RE: "Trzymaj ręce przy sobie..." | Castiel & Fergus 29 kwietnia 1972 - Fergus Ollivander - 04.02.2023

- Co właściwie planujesz robić przez następne dwa miesiące, skoro nie pracujesz? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany, bo o ile znał Castiela, tak przeczuwał, że nie będzie on w stanie po prostu siedzieć w miejscu, ewentualnie plewić ogródka. On zawsze o czymś myślał, ciągle poszukiwał czegoś nowego. Wiedział o tym już od Cynthii, ale też zdążył zauważyć przez ostatnie tygodnie, zwłaszcza gdy odrywał Flinta od pracy. – Jakie prawdopodobieństwa?
Uśmiechnął się pod nosem, słuchając o testach, badaniach i raportach. Zdecydowanie brzmiało jak ta bardziej uporządkowana strona Casa. Ta, w której nie było miejsca na jakikolwiek chaos, więc spodziewał się, że raczej nie zostanie do niej dopuszczony. Im dłużej obserwował blondyna, tak po prostu, uświadamiał sobie, że sam był zbyt roztrzepany i niespójny, by rzeczywiście zajmować się pracą naukową. To nie Fergus miał być tym poważnym człowiekiem, który osiągnie coś wielkiego, uratuje świat, a potem jeszcze znajdzie chwilę na wypicie kawy. On raczej pozostawał destrukcją, przed którą ten świat trzeba było chronić.
- Są, a mam wrażenie, że moja rodzina ma już u nich raczej przechlapane – przyznał, zamyślając się na moment nad tym, jak bardzo Castiel miał rację. Elliott zdawał się wówczas niezwykle zmyślnie operować słowami, bez zbędnego wysiłku korzystając z formuł i argumentów, nad którymi Fergus musiałby myśleć z tydzień i nauczyć się wszystkich na pamięć. Chaos Ollivanderów przeciwko zorganizowaniu Malfoyów. Wiadomym było, kto miał większą szansę wygrać ten pojedynek.
- Co sobie zrobiłeś? – zapytał, nie przypominając sobie, by Castiel wspominał mu o jakimkolwiek wypadku. Z drugiej strony mógł mieć on miejsce w momencie, gdy niespecjalnie ze sobą rozmawiali. I tak był na tyle ciekawy, by chcieć o tym usłyszeć. Potrzebował rozrywki, a starcie Flinta z panią Bulstrode mogło mu ją zapewnić. – Mnie groziła paraliżem, bo za bardzo się ruszam. Ale muszę przyznać, że nie pogardziłbym tym, jeśli miałoby przestać boleć i swędzieć.
Nawet sterylność mogła kojarzyć się ze smrodem: z ziołowymi eliksirami, środkami dezynfekującymi i czymś niezidentyfikowanym, lekko gorzkawym, co było po prostu zapachem szpitala. Znajdował się w tym miejscu jako pacjent chyba po raz pierwszy w życiu i zdecydowanie miał dość. Jeśli amortencja miała jakieś przeciwieństwo, aseptyczność i jałowość byłyby tym, co wywoływałoby u niego dreszcz obrzydzenia.
- A zasłużyłeś? – zapytał z pozostającym na twarzy uśmiechem osoby, która coś kombinowała, by zaraz zacząć go łaskotać. – Hej, oszukujesz! – jęknął, gdy Castiel chwycił jego rękę, uniemożliwiając mu tym samym dalsze drażnienie go. Zdecydował się skorzystać się z drugiej dłoni, choć gwałtowny ruch mógł nieco zaszkodzić gojącej się ranie. Czego się nie robiło dla zwycięstwa? Został jednak zaskoczony nagłym pocałunkiem. Zdecydowanie oszukujesz, przeszło mu przez myśl, ale zaniechał dalszych prób łaskotania Flinta. Przymknął oczy, oparł uniesioną do ataku dłoń o jego biodro i oddał się pocałunkowi. Pocałowanie go wtedy w wodzie było jedną z niewielu spraw w jego życiu, których naprawdę nie żałował. Gdyby tego nie zrobił, zapewne nie mógłby teraz powtórzyć. Za pierwszym razem obawiasz się, że oberwiesz w twarz, albo że już nigdy więcej go nie zobaczysz. Kiedy to jednak nie następuje, a osoba, której pragniesz, nadal pozostaje u twojego boku, już się nad niczym nie zastanawiasz. Po prostu zamykasz oczy i czujesz bliskość kogoś, kogo towarzystwo uwielbiasz; nie liczy się cały świat poza dotykiem ust i dłoni i ciepłym oddechem. Jego usta wciąż smakowały skrzelozielem. Fergus musiał przyznać, że całowanie Casa stało się jego nowym ulubionym zajęciem. Czuł pod palcami ciepło skóry Flinta, a mimo to zaczynał wątpić, czy znów nie śnił. Wszystko jednak było prawdziwe, a przez to jeszcze bardziej ulotne i niebezpieczne, nieprzewidywalne. Jednak niezależnie od tego, czy była to jawa, czy tylko nocna mara, blondyn rzeczywiście znajdował się tuż obok.
- Ja ciebie też, Cas – powiedział równie cicho, uśmiechając się szeroko i mrużąc przy tym oczy. Pozwolił mu zerknąć na zegarek i zaraz zatopił uwolnioną z uścisku dłoń w jego włosach, chcąc ponownie wciągnąć go w pocałunek. Zrobił to jednak zbyt gwałtownie, przesuwając się nie w tę stronę, w którą powinien. Sam nie wiedząc kiedy, zsunął się z łóżka, ciągnąc za sobą Castiela, aż obaj uderzyli w twarde płytki podłogowe. Fergus jęknął, czując nieprzyjemny ból przechodzący prądem po jego kręgosłupie. – Przepraszam – jęknął, gubiąc się w plątaninie ich własnych rąk i nóg.