![]() |
|
[04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy (/showthread.php?tid=911) Strony:
1
2
|
[04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Daisy Lockhart - 03.02.2023 To był jeden z tych wieczorów, gdy już było czuć wiosnę w powietrzu. Co prawda, w samym środku czarodziejskiego Londynu, był to zapach raczej mało przyjemny, bo rześkie powietrze mieszało się tu z wonią podejrzanych zapachów ze sklepu ze składnikami do eliksirów na Nokturnie oraz ze stosunkowo tanią jadłodajną na Pokątnej, ale tak czy inaczej: wiosna wisiała w powietrzu. Daisy przeszła przez skrzyżowanie i skręciła w boczną uliczkę między Nokturnem a Pokątną. Czuła nieprzyjemne drżenie w żołądku, gdy przypominała sobie jak zwisała kilka metrów nad ziemią i jak niewiele wtedy dzieliło ją od bliskiego spotkania z zawartością kontenera na śmierci. Po feralnej próbie ratowania kota, który wcale nie miał właścicielki (chociaż pewna mała dziewczynka bardzo chciała stać się jego właścicielką), Daisy złożyła sobie solenne postanowienie, że za cholerę nie da się więcej uwikłać w żadne dziwne, durne, osobliwe i – tak naprawdę – groźne dla jej życia sytuacje. Postanowienia tego trzymała się dość twardo (co na swój sposób wcale nie było takie trudne, bo była raczej skupioną na sobie egoistką niż skłonną do pomocy altruistką). Tego wieczoru jednak zasiedziała się odrobinę za długo w biurze Proroka Codziennego a potem przypomniała sobie, że od kilku dni miała podrzucić wywiad do autoryzacji pewnemu czarodziejowi-archeologowi, który akurat przebywał w Londynie. I jak na złość, okazało się, że to był ostatni dzień, kiedy mogła to zrobić, bo następnego mężczyzna miał wybyć do Egiptu, Palestyny albo jakiegoś innego, podobnego miejsca. Całe szczęście, że nie miał kompletnie żadnych uwag do tego co napisała a całość wywiadu zbył krótkim acz treściwym: niech będzie. Daisy nie rozumiała, po co właściwie musiała go odwiedzać, skoro nie miał żadnych uwag. To nie miało najmniejszego sensu. Znieruchomiała, słysząc łoskot dochodzący z zaułka. Przystanęła. Wyprostowała się odruchowo i spojrzała w tamtym kierunku. Mózg podpowiadał jej, by jak najszybciej wzięła nogi za pas i pobiegła do pierwszego punktu aportacyjnego. Ale coś innego, chyba ambicja, nie dawało jej spokoju. Kiedy przypominała sobie swój strach z tamtego dnia, gdy zwisała kilka metrów nad ziemią, paliła ją wściekłość na samą siebie. Owszem, była tchórzem, ale… Będę tego bardzo żałować – pomyślała i ruszyła w stronę tamtego zaułka. Choć właściwie to co się mogło stać? Przecież nie zamierzała znowu wspinać się na kontener, by wleźć po drabince ku jednemu ze znajdujących się tam mieszkań. Swoją drogą miała sporo szczęścia, że jego właściciela nie było wtedy w domu i nie uznał jej za wyjątkowo nieudolną złodziejkę. Mimo nocy, zaułek wyglądał niemal zupełnie jak wtedy, za dnia, gdy przywołały ją tu krzyki zapłakanej dziewczynki. Na jednej z ceglanych ścian ktoś napisał kilka nieprzystojnych wyrazów. Obok drugiej stał feralny kontener. Tak samo jak tamtego dnia – po brzegi wypełniony czarnymi, foliowymi pakunkami. Nawet na ziemi jakieś zwierzę rowłóczyło jeden z worków i cuchnęło tu jeszcze bardziej niż wtedy. No i co? No i nie było czego się obawiać, boidupo – obrzuciła się w myślach niezbyt przyjemnym określeniem. Ale znowu do jej uszu doleciał łoskot. Tym razem dolatujący wprost z kontenera. Przypominał trochę taki dźwięk, jakby coś znajdowało się w środku i usilnie próbowało stamtąd wyleźć. Żołądek Daisy zacisnął się w supeł, ale nogi same ruszyły w tamtą stronę. Może ten zaułek miał być po prostu jej kresem? Miała tu umrzeć jak nie spadając z wysokości to rozszarpana przez zwierzę czające się w koszu na śmieci? To pewnie był wilkołak. To na pewno był wilkołak… Tylko taki trochę mniejszy. Przeklinając w duchu własną głupotę, stanęła na palcach i zajrzała do środka. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Saurial & Daisy - Sauriel Rookwood - 04.02.2023 Każdy czasem potrzebował sobie poleżeć w kontenerze. Tak po prostu. No wiecie, złapać inną perspektywę. Taką zdrowszą. Dojrzeć jasną stronę życia, albo zastanowić się nad tą ciemniejszą. Prewartościować pewne sprawy i odnaleźć samego siebie. Nie było do tego lepszego miejsca niż kosz na śmieci. Ale taki duży. Wygodny. Najlepiej, kiedy był miękki, a ten właśnie taki był. Łobrzydliwe, he? Ale zawsze można sobie było wybrać kontener z materacem, albo przytargać jakiś kocyk! Leżenie w takim miejscu pozwalało, między innymi, dojrzeć piękne gwiazdy na równie pięknym niebie! Wszystkie te, których przez miejski smog i tak nie było widać, więc widziałeś tylko te gwiazdki przed oczami od tego, jak ktoś ci przywalił w banię. Albo zjadłeś za dużo grzybków i nawet komety ci latały przed oczyma. Ale wtedy to już niezależnie od tego, czy patrzyłeś na niebo czy może na Dużego Benka, który gotów był wybijać północ. Kto chociaż raz nie nurkował w śmietniku niech pierwszy rzuci kamieniem. Ha! A nie, moment, to inaczej to powiedzonko leciało... - MIAAAAAŁ. - Rozległ się żałosny jęk z wnętrza kontenera, w którym prosto w twarz Daisy skoczył kot. Ponieważ to właśnie kot postanowił życie pokontemplować i szukać szczęścia tam, gdzie smród resztek jedzenia z bogowie wiedzą czym łączyło się w jedną, wielką perfumę. I chociaż kusiło wziąć z takiego kocura wzór, Sauriel jednak nie miał upodobania w tym, żeby w wolnych chwilach w takich śmietnikach leżeć, choooć to też nie tak, że nigdy w takim nie skończył. Jak się ma syndrom "trzymajcie mnie w pięciu bo rozpierdolę dziesięciu" to łatwo sobie wyobrazić, że czasami jednak kończysz jako ten, którego głowę wsadzają do kibla, żeby ci uświadomić, kto na tej ulicy rządzi. Kot w śmietniku był normalnym widokiem. Niejeden biedak wlazł tam, gdzie nie powinien i szczęścia nie znalazł - bo wyjść się za bardzo nie dało. Nie każdy też człowiek był tak kochany, żeby starać się tym niecnotom pomóc, a potem narażać się na drapanie pazurów i gryzienie. Dzikusy już tak miały. Gryzły. Widok blondynki grzebiącej w śmietniku? Nooo to już kontrowersyjna sprawa. Trochę. Sauriel miał dość cichy chód. Nawet bardzo cichy. Jak chyba większość wychowanków jego rodziny. Wyłonił się z cienia uliczki z papierosem wsuniętym za ucho, w skórzanej kurtce i ciężkich buciorach, ubrany w czerń. Daisy nie wyglądała jak osoba, która tu pasowała. Do zaułków dzielących tą "jasną stronę miasta" od "tej ciemnej". W uliczce, w której niektórzy mogliby chcieć jej zrobić krzywdę, pewni brzydcy panowie, czy typy wyciągnięte spod mrocznej gwiazdy. Typy zupełnie takie jak on. - Bu. - Jak to ładne powiedzonko mówiło: muszę albo się uduszę. Sauriel po prostu nie mógł się powstrzymać, bo nie chciał. Jak tak widział jej napięcie z boku, jej skupienie, jeszcze tylko brakowało drżenia czy trzęsienia się. Tylko brakowało energii w tym magicznym "bu", było wypowiedziane całkiem spokojnie. Tylko - nagle. - Potrzebujesz drobnych na jedzenie? - Nie, nie potrzebowała. To było widać po jej aparycji - po tym, jak była ubrana chociażby. To była kpina z jego strony, towarzyszący mu od wieki wieków cynizm. Amen. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Saurial & Daisy - Daisy Lockhart - 05.02.2023 Daisy cofnęła się odruchowo, gdy ten przeklęty kot znowu próbował ją zaatakować. To znaczy, tak naprawdę nie mogła być do końca pewna, że zaatakował ją właśnie ten sam kot, który zrobił to wtedy, gdy próbowała drania ściągnąć z cudzego balkonu i oddać dziecku, ale ile takich wrednych bestii mogło grasować po jednym zaułku? Cały miot? To całkiem prawdopodobne. Na Merlina, oby nie! Ślady poprzedniego ataku wciąż nosiła na rękach (głównie z lenistwa, bo przecież mogła już dawno uzdrowić małe zadrapania, które zamieniły się w ciemne strupki, zamiast paradować z nimi jak z osobliwym trofeum zdobytym w walce).
- Nie waż się! – syknęła do kota. – Nie waż się, bo cię oddam tej małej psychopatce! Co prawda, na szczęście dla animaga udającego kota, małej płaksy nie było w pobliżu a Daisy wcale nie była aż tak zdeterminowana by biegać nocą po okolicy i szukać małej dziewczynki, która bardzo chciała mieć zwierzątko. Nadal zresztą tliła się w niej uraza za tamto wydarzenie. I to uraza podwójna, bo z jednej strony cała akcja okazała się idiotyczną, nieplanowaną próbą samobójczą a z drugiej strony zmuszała młodą dziennikarkę do odczuwania wdzięczności wobec Psui. Drgnęła, gdy do jej uszu dobiegł głos Sauriela. Odwróciła głowę w jego stronę tak szybko, że gdyby stała na jakimś stołeczku, pewnie by w tym momencie straciła równowagę i usiadła na tyłku (a wtedy to już zupełnie byłoby jak wtedy, tamtego dnia, gdy Psuja uratowała jej życie). Zapatrzyła się na niego wielkimi, w tym momencie trochę zaskoczonymi, a trochę przestraszonymi oczyma. Wyglądał jak… no jak ktoś kto pewnie wyszedł z jakiegoś znajdującego się w pobliżu pubu na papierosa a potem obserwował jak robiła z siebie idiotkę, bo usłyszała łomot dobiegający z kontenera na śmieci. - Eeee – odpowiedziała mało elokwentnie, wciąż przyglądając się Saurielowi. Było w jego widoku coś niepokojącego, choć jeszcze sama nie wiedziała co właściwie. I chyba nawet nie chodziło o jego ciemny strój, o papierosa, o miejsce, w którym go spotkała, o ton głosu, gdy mówił lub spojrzenie, jakim na nią patrzył. To było coś innego. Tylko jeszcze nie wiedziała co takiego. – Nie bardzo, ale nawet gdybyś mi je dał to i tak nie odważyłabym się zjeść w tej jadłodajni obok – rzuciła, odzyskując wreszcie typowy dla siebie sposób bycia. – Ale ty potrafisz cicho chodzić. Poruszasz się prawie jak duch, ale całe szczęście, że nim nie jesteś. Większość duchów jest strasznie upierdliwa. I ciągle robią to samo. Z kontenera, przy którym stała, znowu dobiegł dźwięk, jakby coś próbowało się stamtąd wydostać. W Daisy w tym momencie walczyły dwie natury. Pierwsza, ta egoistyczna chciała odwrócić się od zwierzęcia w potrzebie i uznać, że z czasem sam sobie poradzi (a poza tym jest małym draniem i nie zasługuje nawet na odrobinę litości). Druga, ta którą wywołał swoim pojawieniem się Sauriel, zmuszała ją do zakończenia akcji ratowniczej. W końcu, jeśliby zostawiła kota w potrzebie, tylko udowodniłaby mu, że rzeczywiście szukała jedzenia w śmietniku. - Moment. Mam tu do stoczenia walkę z jednym potworem – powiedziała do Rookwooda. – Nawet nie próbuj mnie drapać! – ostrzegła siedzące w śmietniku zwierzę. – Wyciągnę cię z tego śmierdzącego kontenera a potem odstawię na ziemię. Żadnego drapania i miziania, rozumiesz? Nie kąsa się ręki, która pomaga! Jak powiedziała, tak zrobiła. Sięgnęła ręką by wyciągnąć stamtąd wściekłe zwierzę. I chociaż prosiła je o to, by opanowało pazury, trochę nie wierzyła, by naprawdę miało jej usłuchać. Choć może? Tamtego dnia wydawało się całkiem bystre. - A tak w ogóle to jestem Daisy - przedstawiła się Saurielowi, gdy kucnęła by wypuścić kota na ziemię. - Wybacz, że nie podam ci ręki, ale... eee.... na twoim miejscu sama nie chciałabym jej teraz ściskać. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Saurial & Daisy - Sauriel Rookwood - 06.02.2023 Brewka Sauriela powędrowała ku górze, kiedy do obserwacji wdzięcznych wnętrzności śmietnika doszła przemowa. Bardzo energiczna, należy dodać. Oczywiście to, że laska szuka tam żarcia czy jest tak pierdolnięta, żeby gadać ze zgniłą kanapką przeszło przez jego myśli, ale w czysto komicznym znaczeniu, jako ten wlepiony w jego jestestwo cynizm. Tak całkiem na serio to nawet nie wiedział, co ma o tym myśleć, bo obecność kota mu zwyczajnie do łba nie wpadła. Szczur? Okej, jasne. Ale też przesunęło się przez jego głowę, że może kobieta miała jakiegoś chowańca, który po prostu się zawieruszył i właśnie w śmietniku wylądował, bo pogonił za... no za szczurem chociażby. I teraz urządzała akcję próby odratowania go. Jak więc na załączonym obrazku widać - nie podejrzewał jej też o bycie szlachetną rycerką, która cwałuje przez ulice Londynu na swoim złocistogrzywym (albo cienistogrzywym, jak to taki jeden czarodziej Gandalf) rumaku i wyciągała rękę do każdej potrzebującej istotki. Helloł, tutaj real life a nie żadne książeczki dla dzieci! A takie rzeczy zdarzały się tylko w książkach. No albo u osób chorych psychicznie. Mężczyzna zaplótł ręce na klatce piersiowej, oparł się ramieniem o zimną cegłę jednego z budynków, skrzyżował nogi i w takiej postawie - gapił się. Na jego twarzy wręcz można było zobaczyć uznanie, kiedy Daisy się już obróciła i zwróciła na niego uwagę, albo raczej to on zwrócił na siebie jej uwagę. Nieistotne! Wyciągnął jednego kciuka w górę, żeby docenić jej starania rozmowy z... kontenerem. - Nie przerywaj sobie. Nie chciałem przeszkodzić w tej żarliwej dyskusji z koszem. - Właściwie to chciał, bo jakby nie chciał to by nie przerywał. I teraz równie dobrze mógłby powiedzieć, że nie chciał jej przedrzeźniać czy zaczepiać, ale przecież to byłaby kolejna nieprawda. Półprawda? - Mądry wybór. - Lekko uniósł kącik ust w górę, trochę rozbawiony tym komentarzem. Niezależnie od tego, czy kobieta kiedyś już tam jadła, a Sauriel, szczerze mówiąc, nie wiedział nawet co tam dają. Ale nie o to chodziło. Chodziło o miejsce, w którym są i że to była już granica, gdzie zaczynano gówno na talerz podawać i kazano za to płacić. Do tego uroki tego zaułka wspaniale się komponowały z tym żartem. - Wolę, jak mnie porównują do Kota niż ducha. Mało ze mnie przejrzysty gość. - Hm, łądna była ta kobietka. Bardzo ładna. Lubił ten typ urody i chyba zaczynał myśleć, że lubił blondynki. Kojarzyły mu się ze... słońcem. Z ciepłem. Sam właściwie nie był pewien, skąd mu się to wzięło. Było to podobanie jednak bliższe temu, co artysta może odczuwać patrząc na dzieło sztuki, które wzbudzało pozytywne odczucia. - Nieprzyjemne "duchowe" doświadczenia? - Zagaił ot tak. No jasnee, duchy potrafiły być upierdliwe, alee z drugiej stroony on sam nie miał z nimi takich doświadczeń, żeby to ocenić. W szkole jak w szkole. Nie trzeba z nimi wchodzić w wielkie interakcje. Rozplótł ręce i spojrzał, za co ona tam się zabiera, jaki potwór... więc i podszedł w jej kierunku. Wtedy, słysząc przeciągłe, żałosne miałknięcie, stało się to dość jasne. Pokręcił z politowaniem głową i podszedł w parę szybkich kroków do Daisy, łapiąc ją za nadgarstek, kiedy chciała pchać już swoje ręce do wewnątrz. To był mocny uścisk, nie miał w sobie dżentelmeńskiej delikatności, ale żeby nie było - nie był taki, który miałby zostawiać blizny. Dłonie Sauriela były bardzo blade, jak cała jego skóra. Ale przede wszystkim - były naprawdę zimne. - Skaleczysz sobie te śliczne rączki. - Mruknął i puścił ją, wyciągając różdżkę, żeby nią unieść kota w powietrze. I postawił go na ziemi. Myślał, tak całkiem szczerze, że to jej chowaniec. Tymczasem kocur, spanikowany, jak tylko wylądował to dał dyla wzdłuż ulicy jakby się paliło. - Nie masz doświadczenia z kotami, co? - Czarnooki nie znał się na zwierzętach, ale koty znał jak własną kieszeń. W końcu się z takowym identyfikował. A przynajmniej zaczął odkąd znajomi zaczęli tak na niego wołać. Schował różdżkę do kieszeni. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Saurial & Daisy - Daisy Lockhart - 09.02.2023 Daisy obrzuciła Sauriela dłuższym spojrzeniem, jakby naprawdę oceniała jego przezroczystość. No, ale co by o nim nie mówić, sprawiał wrażenie całkiem namacalnego. Nawet jeśli dalej trochę niepokojącego.
- Hm, bo chodzisz własnymi ścieżkami i takie tam? – strzeliła. To było pierwsze, co przyszło jej do głowy, gdy usłyszała słowa o kotach. Oczywiście to był czysty strzał, Daisy praktycznie nic nie wiedziała o swoim rozmówcy. Równie dobrze ten mógłby być przez kogoś dobrze go znającego porównywany do kota, bo przesypiał całe dnie i lubił bawić się włóczką. Ale, gdyby miała się już uprzeć i trzymać tych własnych ścieżek, to nawet by to miało pewien sens. Poruszał się cicho, potrafił skrywać w cieniu i pewnie (tu już Daisy kompletnie strzelała), gdyby mu przyszło wspinać się po drabinie albo na drzewo, to raczej nie miałby z tym wielkiego problemu. Kiwnęła głową. - Żebyś wiedział. W Hogwarcie wystarczyło wejść do nieodpowiedniej łazienki i… - wzruszyła bezradnie ramionami. – Człowiek wychodził z niej cały mokry, bo mieszkająca w środku Jęcząca Marta akurat miała zły humor, a ona prawie zawsze miała zły humor, i zalewała całą toaletę wodą. Albo nagle dostawała napadu histerycznego płaczu, bo bzdurała sobie, że ktoś znowu się z niej śmiał – opisała lekkim tonem. Akurat z Jęczącą Martą Daisy miała szczególnie na pieńku. Jeszcze jako uczennica, Daisy ubzdurała sobie, że opowieść mieszkającego w toalecie ducha, może stać się doskonałą kanwą do pierwszej powieści jej brata, Darcy’ego. Tylko nie przewidziała, że Jęcząca Marta nie miała absolutnie nic do powiedzenia poza tym, że umarła (pewnie z przejęcia), bo usłyszała głos chłopca w łazience i zobaczyła żółte oczy. Co to w ogóle za historia była? - Zresztą, chyba byłeś w Hogwarcie? – zaryzykowała, posyłając Saurielowi kolejne, pytające spojrzenie. Nie słyszała by jego akcent brzmiał dziwnie, ale akcent (lub jego brak) jeszcze nie musiał o niczym świadczyć. – Jeśli tak, to na pewno wiele razy ją widziałeś. Duch dziewczyny. Mniej więcej czternastoletniej. Z grubymi okularami. Czasami dokuczał jej Irytek. Ratowanie kota, gdy tak naprawdę wszystkie zmysły ostrzegały by tego nie robić, było trudne. Zwłaszcza, że Daisy akurat chciała go ratować tylko z głupiej ambicji. Posłała Saurielowi zaskoczone spojrzenie, gdy złapał ją za nadgarstek. Zmarszczyła nos, bardziej niż interwencją, zdziwiona bladością jego skóry i tym jak zimny miał uścisk. Odruchowo, gdy tylko ją puścił, przesunęła się w bok, dając mu w ten sposób więcej miejsca do działania. Obserwowała nieufnie kota, jednocześnie zastanawiając się, czemu sama nie wpadła na pomysł, by pomóc sobie różdżką. Ani tamtego dnia, ani dzisiaj. - Nie mam – zgodziła się z nim. – Za to ty radzisz sobie z nimi całkiem dobrze. – Pochwaliła go. A przynajmniej z tym jednym małym, kocim dupkiem. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Sauriel Rookwood - 17.02.2023 Pełnia gwarancji namacalności, tylko z zastrzeżeniem, że zwroty nie są przyjmowane. Nie wiem, czy ciało Sauriela byłoby przyjemne w dotyku. Jeszcze nie do końca ktokolwiek próbował być tak blisko, żeby się o tym przekonać. Byłoby w tym uczuciu coś z dotykania rzeźby. Marmurowej rzeźby Michała Anioła, który wyrył w swoim dziele starannie każdy z mięśni i puścił ją w świat. Żyj. Czy tak powstały wampiry? W rękach niedorzecznie zakochanego w dziele artysty, że pragnął urodę jednej istoty zachować na wieki? - I takie tam, taaa. - Mruknął głębokim głosem, mrukliwym. Miał głos przepalony, przepity, mimo tego, że wcale nie był stary. I na starego nie wyglądał. Ledwo ponad 20 rok życia mu się wyrosło, kiedy jego zegar biologiczny został zatrzymany. Na stałe. Uśmiechnął się pod nosem, obczajając Daisy od góry do dołu, bez najmniejszego wstydu. Na szczęście (nie wiem, dla której ze stron) to były szybkie oględziny. I nie, nie miał lepkiego spojrzenia. Kobiece wdzięki mogły teraz co najwyżej poruszać jego zmysł estetyki. Jak tego Michała Anioła, co ożywił swe dzieło. - Mów mi jeszcze. - Prychnął, przypominając sobie tę nawiedzoną jędzę. - Marta? Jęcząca Marta? - Upewnił się, bo właściwie pomyślał też o Irytku. Zresztą - wszystkie duchy po kolei były wścibskie i wkurwiające. - Ostatnio byłem na cmentarzu, gdzie para duchów przez godzinę chodziła za mną i opowiadała całą historię swojego życia... Spotkanie z Martą wydało mi się przy tym słodką obietnicą. - Co prawda nie chodziły, bo on siedział i chlał whisky. I jeszcze ich podkurzał, żeby się kłócili, a obok niego siedziała jego narzeczona. Tak, tak, z Sauriela taki był romantyk że zabierał niewiasty na cmentarze. Ale to nie było istotne dla tej krótkiej wzmianki, kiedy śliczna blondynka z zaciekawieniem obczajała sobie ciemny zaułek. - Wystarczyło mi tylko słyszeć, że jak się wchodzi do tego kibla to się wychodzi mokrym, żeby trzymać się od tego z daleka. - Mało interesował się duchami, bo jak już zdążyłam napisać - wierzył, że jeśli będzie udawać, że nie istnieją, to istnieć nie będą. Choooć niektóre miały faktycznie ciekawe historie do opowiedzenia. Problem natomiast był taki, że to nie jak z ludźmi - przyjebiesz w twarz, żeby się odwalił i on faktycznie... się odwali. Nie. Jak sobie coś ubzdura to uwolnić się od nich... uugh! - Chyba byłem. - Odpowiedział znowu trochę lakonicznie, trochę ją przedrzeźniając. Z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy. - Mogłaby mieć nawet róg na czole. Ale ta. Gdzieś tam mi mignęła. Raz klepnęła mnie w poślady. Nie żebym się dziwił. - Czy Sauriel był do swojego cynizmu arogancki? Nie. Skądże. Nigdy w ż... nie-życiu. Chociaż akurat żartował. No i duch nie mógł dosłownie "klepnąć". Chyba? Zgrozo, poltergeisty w końcu potrafiły wiele. I nic z tego "wiele" nie kojarzyło mu się pozytywnie. - Tylko z kotami. - Zapewnił ją, żeby nie miała wątpliwości. Choć... i były takie, które chciały zniknąć mu z drogi czym prędzej. To chyba zależało od tego, co ich instynkt pierwszy wyłapie. Czy to, że mają do czynienia z drapieżnikiem na szczycie łańcucha pokarmowego, czy to, że... omójkurwaborze Sauriel tak uwielbiał koootkiiiii uwu. - Zaginiony kot z okolicy ściąga cię z tej dobrej części dzielnicy? Nie żebym straszył, ale po tej złej wyglądałabyś jak łania do schrupania. - Pochylił się na krótki moment ku niej, żeby spojrzeć w jej oczy jeszcze bliżej, spojrzeć na jej szyję. Ale zaraz się cofnął. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Daisy Lockhart - 23.02.2023 Daisy uśmiechnęła się pod nosem, najwyraźniej rozbawiona słowami o cmentarnym spotkaniu z duchami. Chyba ostatnio ktoś opowiadał jej o czymś bardzo podobnym.
- Och, to musiały być szczególnie upierdliwe, skoro nawet Jęcząca Marta wypadła przy nich na tę uprzejmą – zauważyła lekko. – A miały przynajmniej coś ciekawego do powiedzenia? Bo Marta to nieszczególnie. Nawet historia jej śmierci jest… jest z tych raczej mało interesujących. Siedziała w kabinie łazienkowej i płakała. Usłyszała głos chłopca. Wyjrzała. Zobaczyła żółte oczy i umarła – wyrecytowała, nawet nie próbując włożyć w to co mówiła cienia zaaferowania opowiadaną historią. Tak naprawdę, do wielu spraw, Daisy miała podejście nie mniej cyniczne niż Sauriel. Kierowała się głównie dobrem własnym a do okazywania współczucia, często brakowało jej zwykłej empatii. Popatrzyła na swojego towarzysza nieco dłużej. Coś rozbłysło w jej oczach. Zdawało jej się, że znała ten typ. Nie wiedziała tylko, czy rzeczywiście był niegrzecznym chłopcem, czy też pozował na niegrzecznego chłopca. Gdyby byli równolatkami, musiałaby kojarzyć go z Hogwartu. A jednak, choć miała całkiem dobrą pamięć, ta blada skóra, ciemne włosy, wyrzeźbione ciało… jakoś jej umykały. Musiałby więc być albo młodszy od niej albo starszy. Na młodszego nie wyglądał. Na starszego był za młody. Wyglądający na młodego. I zimny. Niepokojący. Podejrzanie wyglądający. Napotkany w ciemnym zaułku. I znowu: zimny, niepokojący, podejrzany. Prawda o nim, powoli, klarowała się w głowie Daisy. Jeśli młoda czarownica była w czymś mistrzem, to potrafiła doskonale robić dobrą minę do złej gry. Potrafiła na ten przykład nadal zachowywać się tak, jakby wcale nie wiedziała, że ściągnęła sobie na głowę wampira. - Nie uwierzę, że Marta próbowałaby cię klepnąć w tyłek! Zawsze była zbyt nieśmiała na takie akcje. Ale, z pewnością nie raz zdarzyło jej się popodglądać cię, gdy brałeś prysznic lub kąpałeś się w wannie. O, pewnie obejrzała każdy fragment twojego ciała bardzo uważnie – rzuciła wyraźnie rozbawionym tonem. Tu już nawet nie musiała zmyślać. Wiedziała, że Jęcząca Marta czasem podglądała kąpiących się prefektów. Pewnie dokładnie tak samo zachowywała się wobec innych chłopców. Zwłaszcza tych, którzy jej się podobali. A jej rozmówca był atrakcyjny. Kompletnie nie w typie Daisy, ale nie musiał być w jej typie, by mogła ocenić, że pewnie podobał się wielu kobietom. - Jestem raczej tą owcą podłożoną przez bystrego szewca smokowi – sprostowała szybko. – W moich żyłach płynie krew Blacków. Ktokolwiek próbowałby mnie schrupać, otrułby się – skłamała gładko. Nie. W jej żyłach wcale nie płynęła krew Blacków. Była za to nieodrodną córką swojego ojca. Potrafiła wcisnąć każdy kit i zabrzmieć przy tym na tyle przekonująco, by choć na chwilę jej uwierzono. - No, ale całe szczęście, że nie jesteś smokiem, tylko… mrocznym rycerzem, który przybył mi na ratunek. Najpierw uratował kota a teraz mógłby mnie odprowadzić na Pokątną. Tak na wszelki wypadek – zaproponowała. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Sauriel Rookwood - 26.02.2023 - Kiedy mówisz: "duch" dopisujesz "upierdliwy". To prawie tak samo umowne jak grzecznościowe pytanie o herbatę. - W odwiedzinach, rzecz jasna. Bo Sauriel nie zamierzał tutaj proponować herbaty. Ale może jakby taka Daisy Lockhart odwiedziła go w jego przytulnym domu (musiał być przytulny, skoro sam Tom Riddle chce w nim siedzieć, bruh) to zaproponowałby jej nawet świeżą chai. Na propozycji by się skończyło. Chociaż pewnie nawet by do niej nie doszło. - Że co? - Prawie się zająknął, unosząc brwi. Jego głos był przesycony śmiechem, który nie miał pierwotnej formy tylko dlatego, że zdjęło go zdziwienie. I nie wiedział, czy laska przed nim robi sobie właśnie z niego jaja. Wyszła, zobaczyła żółte oczy i co? Umarła? Od czego? Żółtych oczu? Daisy powiedziała to przy tym w tak naturalny i luźny sposób, że pryz okazji zbiła go z pantałyku. Kiedy ktoś wczuwa się w historię to ma inne spojrzenie, inny ton głosu. A tu z większym przejęciem spodziewał się już usłyszeć, że wczoraj wieczorem ledwo obcasa uratowała przed wdepnięciem w psie gówno, parszywe pchlarze. Tak, to miałoby więcej emocji niż to pełne współczucia, podkreślmy to słowo, opowiadanie o śmierci Samotnej Marty. Nie, nie Samotnej. Jakoś inaczej ona tam miała. Płacząca? Przed chwilą Daisy to powiedziała - A ty z zainteresowaniem słuchałaś opowieści tej Płaczącej Marty. - To nie było pytanie, bardziej stwierdzenie. Czy może to była opowieść jej narzucana? Z tego wszystkiego zignorował, choć przypadkowo, pytanie o jego animozje z duchami. Trochę za bardzo zaaferowało go "żółte oczy=śmierć". W Hogwarcie, dodajmy. Najbezpieczniejszym miejscu na świecie. No, teraz na pewno. Nie było tam Sauriela. - To dobrze, przynajmniej ma teraz dobry wzór na przyszłość. - Wykonał klasyczny smirk, ostatkiem ruchu powstrzymując się przed oparciem o obrzydliwy kontener. I to było widać, że się zreflektował i tak spojrzał na to coś skrzywiony. No jasne, wszystko da się zmyć, ale niekoniecznie trzeba się od razu próbować brudzić. - Mmm, Blacków. - Ta, Sauriel nie zwątpił w słowa Daisy, ale za to ta trucizna ewidentnie go ruszyła... w złą stronę. Otworzył szerzej czarne jak bezksiężycowa noc oczy, w których coś błysnęło. Ale to nie była gwiazdka z nieba. Podobnie błyskały ślepia dzikich psów, kiedy nocą odbiły światło latarni. Przesunął nawet językiem po zębach. I kłach, bo nawet je zaprezentował. - Co cię nie zabije, to cię wzmocni, słyszałaś takie powiedzenie? - Sauriel nie pochylił się do niej. Bo przez moment wyglądało to tak, jakby miał to zrobić. Ale zamiast tego minął ją, kierując się do tej dobrej dzielnicy miasta.- Oczywiście! Bo jestem skurwielem, ale chociaż skurwielem z sercem. - Obrócił się przodem do Daisy, ciągle idąc i wykonał parodię salonowego ukłonu, który był swoistą kpiną ze wszelkich szlacheckich zwyczajów. I wrócił do poprzedniej pozycji. - Myślałaś kiedyś o tym, jakie to by było przykre? Zostać Blackiem-wampirem? Niby masz super krew, ale potem ją tracisz, bo umarłeś, ale przeżyłeś. - Sauriel był chwilowo napięty, bo spodziewał się nawet zarobić Drętwotę w plecy. Więc i spodziewał się konieczności jej unikania. Tak to jest, jak się niepotrzebnie straszy wiedźmy na ulicy, które tylko chcą dbać o własny tyłek. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Daisy Lockhart - 03.03.2023 Daisy beztrosko wzruszyła ramionami. Nawet jeśli w środku wcale nie czuła się beztrosko, gotowa była do samego, samiutkiego końca ciągnąć tę szaradę tak długo, jak długo tylko by się dało. W głównej mierze dlatego, że uwielbiała swoją szyję i krew płynącą w żyłach. Tak naprawdę to dopiero przed paroma sekundami pojęła jak bardzo była do obydwu przywiązana, ale to był szczegół.
- No tak wyglądała cała jej historia – powiedziała z pełną powagą. – Płakała w toalecie. Usłyszała głos chłopca. Wyjrzała z kabiny. Zobaczyła oczy i umarła. Nic więcej. Żadnego: wiem kto mnie zabił, żadnej pasjonującej historii o zdradzie, o wielkiej namiętności lub choćby nienawiści. – Westchnęła, tym razem bez żadnej teatralności lub wymuszenia. Pokręciła głową. – Właśnie o to poszło, że wcale jej nie słuchałam z zainteresowaniem. Miałam nadzieję, że ma jakąś ciekawą historię, którą potem mój brat pisarz, będzie mógł opisać w książce… Nawet go pociągnęłam do tej toalety, choć bardzo nie chciał wchodzić do damskiej. A tu taka lipa – posłała Saurielowi przyjazny, bardzo żywy uśmiech. – Wtedy się oczywiście zirytowałam, coś tam do niej warknęłam a Jęcząca Marta zrobiła to, co zwykle robiła w takich przypadkach. Po prostu dostała histerii i zaczęła zalewać łazienkę wodą z umywalek. Oto i cała historia. Po czasie Daisy zdawała sobie sprawę, że mogła tamtego dnia trochę sama przesadzić, ale czuła tak duże rozczarowanie durnowatą opowiastką upierdliwego ducha, że nie pomyślała. Ogólnie często pakowała się w jakieś głupie historie, bo najpierw działała a potem zaczynała myśleć. Nawet ta sytuacja teraz była tego najlepszym przykładem. Wystarczyło pomyśleć i pójść do domu, zamiast stawać oko w oko z kocim demonem przyszłości a przy okazji stawać na drodze prawdziwemu wampirowi. Odruchowo cofnęła się o krok, gdy Sauriel przesunął językiem po zębach. Nie była tak bezczelnie dobrą aktorką by w takiej chwili zachować kamienną twarz. - Tak, tylko, że nie jest prawdziwe – odpowiedziała szybko. - Co nie zabije to, nie zabije, wcale nie musi wzmacniać. Potrafi sponiewierać i zostać na całe życie. Patrzyła na niego nieufnie. Trochę chyba jednak spodziewając się, że wcale nie dał się oszukać i za chwilę, po tym ukłonie, po prostu rzuci się jej do gardła. I pewnie przez to stała jeszcze parę sekund nieruchomo, gdy ruszył w stronę Pokątnej. Ale nie zamierzała go zaatakować, choć pewnie byłoby to najmądrzejsze i najbezpieczniejsze dla niej rozwiązanie. - Nie nadawałabym się na wampira. Jestem przecież Daisy. Czy widziałeś kiedyś kwitnące nocą stokrotki? – zapytała, doganiając go. Szła obok niego, kierując się ku, jak sam określił to w swojej głowie, dobrej dzielnicy miasta. RE: [04.1972] Jęcząca Marta, zaułek między Nokturnem a Pokątną - Sauriel & Daisy - Sauriel Rookwood - 07.03.2023 To nie było ważne, jak się naprawdę czujesz. Ważne było to, co wydawało się, że odczuwasz. A Daisy była wspaniałą kłamczuszką - Rookwood był naprawdę zaintrygowany jest całkowitym rozluźnieniem, jak wzruszała sobie ramionkami i jak luz blues przyświecał jej nad złotymi włosami blaskiem gwiazd. Tych samych gwiazd, których na "pięknym" londyńskim niebie nigdy nie było widać. Przy niektórych czuł, że to było wymuszone udawanie. Ta lekkość. A ona i jej obecność... była lekka jak piórko. Jak jej zachowanie. Takie gładkie i naturalne, że Sauriel nie potrafił o niej pomyśleć nie lubię jej. Nie, nie, on myślał o niej jako polubiłem ją. Nie musiała wiele robić czy wiele lubić. Niektórzy tak mają. Wchodzą ci pod skórę od razu albo przyjemnym dreszczem albo wykrzywieniem ust z goryczy czy kwasu. Wampir ludzi, którzy nie zrobili na nim żadnego wrażenia od początku, po prostu mijał. Nie ważne, jak drogą kupisz kotu zabawkę - jeśli nie będzie w jego guście, to szturchnie ją łapą, może obwącha i pójdzie własną drogą. Potem co najwyżej będzie nad nią przekraczał. Stanie się niedostrzegalną dla niego, ale wyczuwalną, przeszkodą wkomponowaną w tło. Spoglądał na Daisy krzywo, z takim lekkim niedowierzaniem, jakby chciał się upewnić, czy go nie ściemnia i jednocześnie niesmakiem. Nie było to wymierzone w samą dziennikareczkę, oj nie, nie! Tylko w to, co słyszał i co mu przekazywała. No bo... co? Że co? Kłamstwem byłoby powiedzenie, że go to nie zaintrygowało. Gdyby mógł to zacząłby szperać i węszyć w Hogwarcie za tą tajemnicą. Jeśli byłaby potrzeba - rozłożyłby na części miejsce, gdzie zniknęły tajemnicze "żółte ślepia". Ale nie był. A też i był już w takim wieku, że ta ciekawość świata była podzielona przez sumę doznań. Innymi słowy - nie był już aż taki głupi. Bo COŚ ewidentnie kobietę zabiło. Dziewczynę - nie kobietę. - Czyli wyszłaś mokra po wizycie w łazience z bratem. No noo...~ - Wyciągnął fajkę z kieszeni skórzanej kurtki, uśmiechnięty pod nosem. Wampir czy nie wampir - męskie żarciki się po prostu nie zmieniały. A przynajmniej osób, które nie próbowały udawać, że są dżentelmenami. - Postawiłaś na zły argument, Złotko. - Ta myśl miała swoją głębszą formę. Tylko że jej nie dokończył. Urwał ją, zostawiając w takiej formie... nijakości. Zduppingu, żeby nie rzec kolokwialnie. A ta głębsza forma była taka, że Sauriel chętnie by przytulił coś, co by pchnęło w ostateczne ramiona Śmierci. Tam, skąd, Dobry Boże, nie było już powrotu. - Ale przecież jeść w takich warunkach? To rynsztok dla świń. - Rozciągnął ręce na boki, brzmiąc na (niemal) oburzonego, ale na pewno był zniesmaczony tym miejscem. Brzydkie, brudne i śmierdziało. Czasami się cieszył, że nie miał tak wyostrzonych zmysłów jak niektórzy potrafili mieć. - Widziałem. - Spojrzał na nią przez ramię. - Jedna zakwitła przede mną tej nocy. |