Secrets of London
[30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku (/showthread.php?tid=925)

Strony: 1 2


[30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Cynthia Flint - 06.02.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Cynthia Flint - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Cynthia odbierana była przez społeczeństwo w sposób, w jaki odbierany być chciała. Doskonale umiała wpasować w potrzebny aktualnie schemat, wydobyć z siebie piękny uśmiech czy udać idiotkę dla większej korzyści. Gdy przychodził jednak moment, że pojawiło się coś, co w autentyczny sposób jej dotykało emocjonalnie, a umówmy się — nie było takich rzeczy dużo, bo w pewnym sensie była kaleką w tej kwestii — irytacja malowała się w jej chłodnych, błękitnych oczach dość wyraźnie. Przejawiała się w gestach, nawet kosmyki włosów zdawały się uciekać z jej luźno zaplątanego warkocza znacznie szybciej, niż zwykle, co znaczyło, że wykonany został niedbale. A Flintówna wszystko zawsze dopinała na ostatni guzik, zawsze reprezentowała się nienagannie i już nawet z czasów dzierżenia odznaki prefekta, przejawiała skrajny pedantyzm. Oczywiście zauważyć to mogło oko tego, kto kobietę znał trochę lepiej, niż powierzchownie, a takich jednostek dużo nie było. I właśnie teraz, gdy tyle trupów zalegało w kostnicy, gdy miała ręce zanurzone w jelitach, warzyła serca i wątroby, on, jej najlepszy przyjaciel i on, jej głupi brat bliźniak zdecydowali się dać upust swojej głupocie. Zdawała sobie sprawę, że nadejdzie dzień, w którym to ich zwłoki dowiozą do ich kostnicy, ale na Merlina, miało minąć jeszcze kilkanaście lat! Miała być świadkiem na ślubie Fergusa, miała znaleźć bratu żonę i nauczyć bratanką lub bratanicę podstaw eliksirów, sztuki uzdrawiania. To nie, ta dwójka idiotów bez jednej klepki, która nagle znalazła wspólny język, musiała zacząć bawić się czarną magią, artefaktami czy troll wiedział, jakim ustrojstwem. I doskonale wiedziała, że Ci huncwoci nie powiedzą jej wszystkiego. Pozostało więc skorzystać ze starej znajomości, którą trzymała bardziej z rozsądku. Nieprawdopodobne, jak wiele mogła zdziałać jedna osoba, która łączyła wielu ludzi.
Był wieczór, gdy weszła do jednego z Londyńskich barów. Przeciętnego, utrzymanego w drewnie i odcieniach cienkiego beżu. Rozpięła czarny płaszcz, idąc w stronę stolika, gdzie byli umówieni. Zawsze była punktualna, do dziewiątej wciąż było kilka minut. Odwiesiła odzienie wierzchnie, a następnie poprawiła koszulę o perłowych guzikach i poszerzanych, przeźroczystych rękawach. Zajęła miejsce z mieszanymi uczuciami, bo nie była pewna, czy jegomość, z którym się umówiła — nie doleje, tylko oliwy do ognia jej irytacji. Nie widzieli się kilka lat, ale jasnowłosa nie wierzyła, że Sauriel zmądrzał.


RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Sauriel Rookwood - 14.02.2023

Były takie osoby, które lubić się dało, takie, które były obojętne i Sauriel. Grono ludzi opisane słowem "Sauriel" to wszyscy ci, którzy cię wkurwiali samym faktem, że stali obok. Ich zakazane ryje doprowadzały cię do białej gorączki, a kiedy tak pozwalało się im mówić to im dłużej tym gorzej. Czarnowłosy potrafił być wyjątkowo nieprzyjemny, kiedy chciał i kiedy mu się nie chciało również. Do bycia gościem, z którym można pogadać, musiał się starać. Naprawdę STARAĆ. Cynthia należała jednak do pewnego wąskiego grona osób, które Sauriel może nie tyle, że lubił, bo były między nimi dramatycznie wielkie różnice, co na pewno ją szanował. I przede wszystkim - chciała dobrze dla Fergusa i o niego dbała. I mimo tego, że zawsze sam kładł mu pełno pieknych i nierealnych wizji do głowy, cieszył się, że była taka Cynthia - kobieta, która potem ściągała Fergusa na ziemie, bo chciała, żeby jego życie miało realną możliwość... jeśli nawet nie poprawy to stabilizacji. Jak się to skończyło wiemy doskonale. Albo raczej - jak Fergus skończył. Niby dorosły gość, a jednak dzieciak, Piotruś Pan, który ciągle nie dorósł do dorosłości. Brzmi fenomenalnie, zdaję sobie z tego sprawę.

Nie spodziewał się jednak tego, że trafią do knajpy, że się umówią, że otrzyma od Cynthii list. Ostatnimi czasy działo się bardzo wiele niespodziewanych rzeczy. Tak mocno starał się odciąć od dawnych znajomości, a wystarczyły dwa spotkania i nagle wszystko wróciło. Pierdolnęło w niego z całą swoją mocą. Wrócili ludzie, zaczął trafiać na starych znajomych i najgorsze było to, że był już tak stęskniony za towarzystwem, że nawet nie próbował tego zatrzymać. Wręcz chętnie do tego wychodził. Kiedyś tego pożałuje, był więcej niż pewien. A teraz po prostu starał się uważać na to, co dzieje i będzie działo.

Fart, a może nie fart, ciężko stwierdzić. Sauriel był wyjątkowo spokojny tego wieczoru. Kiedy musiało się przetrawić kilkudniowy ból, bo osoby trzecie uznają, że pomocy nie potrzebujesz, to człowiek pokorniał. Czarnowłosy nie był wyjątkiem. Ten spokój niósł ze sobą ponurość i cały pakiet, jaki Czarny Kot ze sobą nosił. Ale różnica między tym, co było w Hogwarcie a tym, co było teraz, była diametralna. Oboje się zmienili. Dorośli, dojrzeli. Nie tylko emocjonalnie - fizycznie. Już nie byli nastolatkami, a chociaż wiek Sauriela przestał płynąć i zatrzymał się na około 21 lat, to nadal - różnica była spora. Jeśli kiedyś Sauriel był szkolnym rebelem, to teraz był po prostu zniszczonym życiem człowiekiem. Albo i nie. Bo już przede wszystkim nie był człowiekiem.

- Czy to narada pod tytułem "Sauriel przestań wciągać Fergusa w kłopoty"? - Sauriel od zawsze miał cichy krok. Koci. Mógłby pewnie przechadzać się po wybiegach dla modeli, gdyby nie to, że tylko krok się tutaj zgadzał. Przyszedł na czas. Dosiadł się bez pardonu i zamiast przyglądać Cynthii - spoglądał na proponowane alkohole wystawione za barem. Choć zazwyczaj pił po prostu whisky. Trwało to moment, kiwnął palcem na kelnera dając znać, by podszedł, kiedy złapał jego spojrzenie i dopiero wtedy spojrzał na Cynthie. Eleganką i piękną jak zimowy poranek. - Tym razem to nie moja sprawka. - Bo kiedyś to było niemal oczywiste - Fergus miał kłopoty? No to wiadomo, z kim je spowodował! Ale z Fergusem na nowo spotkali się całkiem niedawno. I nie widywali wcale przesadnie często. - Wypiękniałaś. - Rzucił komplementem, a czy szczerym czy nieszczerym pozostawiał to do interpretacji kobiety. Ściągnął skórę z ramion, zostając w bluzce - oczywiście wszystko było czarne. Kontrastujące z jego bladą karnacją podkreślającą całkowitą czerń jego oczu.




RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Cynthia Flint - 17.02.2023

Sauriel był,jak zapowiedź burzy z piorunami na horyzoncie w piękny, wiosenny dzień. Miał mnóstwo durnych pomysłów, wplątywał Fergusa w różne głupoty i sprawiał, że ogarnianie rzeczywistości dla Olivandera, który i tak już miał z tym problem, było jeszcze trudniejsze. Był też dobrym przyjacielem i zawsze pojawiał się obok, gdy go potrzebował lub gdy ona nie była odpowiednią osobą, aby mógł się zwrócić o pomoc. Dlatego też go szanowała. Nie można było powiedzieć, że Cynthia go lubiła lub też nie lubiła, nie był ciastkiem z kremem. Była jednak skłonna iść mu na rękę, gdyby tego potrzebował.
Jakże trafne było porównanie ich wspólnego mianownika do Piotrusia Pana!
Nie spodziewał się Sauriel, nie spodziewała się Cyna, że akurat jego uzna za osobę odpowiednią do przeprowadzania wywiadu środowiskowego, bo przecież wiedziała, że Fergus jej wszystkiego nie powie i Rookwooda w przeciwieństwie do niej się nie bał. Mogła zaprosić go do kostnicy, ale tam młody Czarodziej mógł wpaść z niezapowiedzianą wizytą, mogła też zaprosić go do domu, ale Castiel mógłby zadawać zbędne pytania, gdyby akurat wpadł. Najbezpieczniej było zrobić to w miejscu pozbawionym wścibskich oczu, takim, do którego Czarodzieje jej pokoju się nie zapuszczali. Dzięki temu właśnie niemagiczne bary Londynu wydawały się jej najbardziej odpowiednie, a jeden z nich znajdował się kawałek za wejściem na Ulicę Pokątną, więc łatwo było się tu dostać. Nie wierzyła w to, że się pojawi — znalezienie go nie było proste nawet dla wykwalifikowanych sów Ministerstwa. Nie chciała wnikać, dlaczego decydował się na palenie za sobą mostów, bo w gruncie rzeczy to jego życie nie było jej sprawą.
W tle grała cicho muzyka, mugole rozmawiali się i śmiali przy kieliszkach, zajadając tutejsze przekąski dostępne do kupienia w barze. Nieświadomi kompletnie zagrożenia, które rodziło się w ich świecie, sztormów, które miały nadejść. Nie słyszała go, jednak gdy był przy samym już stoliku, poczuła na sobie spojrzenie, a potem do uszu dobiegł ją głos. Znajomy i obcy jednocześnie. Ile to lat minęło, odkąd sprzeczała się z nim na szkolnym korytarzu? Podniosła na niego spojrzenie stalowobłękitnych oczu, gdy się zjawił. Przypominał ponuraka, ale w jego ruchach wciąż była ta iskra chłopięcej niesforności, zawadiaki. Nadal uśmiechał się w ten nieznośnie cwany sposób, który zawsze sugerował, że robił coś niedobrego? Na jego słowa prychnęła, prostując plecy, stukając czerwonymi paznokciami w blat stolika. Jak zawsze jej spojrzenie poszukiwało jego ciemnych oczu.
- Poniekąd. Zauważyłeś Saurielu, że nasze spotkania zawsze kręcą się dookoła Olivandera? - zapytała z nutą rozbawienia, która wyraźnie zabrzmiała w zwykle chłodnym i spokojnym głosie, a palce zastygły jej w bezruchu. O czym myślał, gdy lustrował spojrzeniem bar za plecami? Znał te wszystkie trunki? W milczeniu obserwowała, jak przywołał kelnera i dopiero wówczas obdarzył ją spojrzeniem. Przeszedł ją od niego chłodny dreszcz, chociaż nie umiała tego racjonalnie wytłumaczyć, bo przecież mężczyzna nie miał lub raczej nie mógł mieć powodu, aby wpędzać ją w kłopoty — lub może bardziej aranżować. Milczała chwilę, przyglądając mu się podejrzliwie, aby w końcu westchnąć i przemknąć na chwilę oczy, kręcąc głową. - To prawda. Wiesz może jednak, co się wydarzyło? Jestem przekonana, że Fergus powiedział Ci więcej szczegółów dotyczących tego wypadku.
Castiel nie chciał jej nic powiedzieć. Nie miała powodu, aby mu nie wierzyć i kwestionować to, czy faktycznie którąś ze swoich czarnych chmur na niego znów przyciągnął. Na jego słowa z jej warg uciekło krótkie mruknięcie, które sugerowało konsternacje. Nie była łasa na komplementy, zawsze kojarzyły się jej ze środkiem do celu, z którego sama zresztą czasem korzystała. - Dorosłam. - odparła w końcu, kończąc jednak temat, gdy kelner do nich podszedł. Gdy Sauriel zamówił, poprosiła o to samo i jakieś słone paluszki, które wydawały się popularną tu przekąską. Miał niesamowicie czarne i głębokie oczy, które mimowolnie kojarzyły się jej ze śmiercią, trupami i kostnicą, co pozwalało się jej trochę rozluźnić.


RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Sauriel Rookwood - 16.03.2023

Z ciastkami z kremem było tak, że wszyscy je lubili. Jedni lubili te waniliowe, inne te z makiem, a jeszcze inni przepadali za herbatnikami przekładane cytrynowym... czymś. Wszyscy lubili ciastka. Jakiegoś rodzaju. Aż cisnęło się na usta: a znasz kogoś, kto powie "ej stary, nie lubię kremówek"? No właśnie. Każdy miał swoje "a", byli ci, bo mieli swoje "z". Kwestia preferencji malowała świat nie tylko różnymi kolorami, ale również smakami i zapachami. Oj nie, nie, Sauriel nie był ciastkiem. Prędzej lukrecją. Miał swoich wielbicieli i tych, którzy go nie znosili. Mało było tych, co tolerowali. Tą małością była Cynthia. Czasem po prostu musiałeś tolerować mniejsze zło, żeby nie przylazło to większe, czymkolwiek mistyfikacyjnym i niepewnym teraz nie było. Wiesz, jak to jest? Że lepiej ten diabeł, co znany, niż nieznany? Fergus miał swojego Diabła Stróża, ot co. Niby nie można mówić, że szepce coś dobrego na uszko, ale hej - przynajmniej jak pies obronny odpędzi innego takiego skurwiela, który chciałby płatek uszka Fergusowi ugryźć. Od Cynthi też by odgonił takiego cwaniaczka, bo patrząc zwrotnie - pani Flint była dla niego dobrem koniecznym. Mogli się ścierać gdzieś pośrodku (czyli przy Fergusie) o poglądy, styl życia i to, jak powinno się funkcjonować, ale te starcia były jak walenie głową w ścianę. Byli za bardzo uparci, żeby przejść na tę "drugą stronę". I jednocześnie na tyle inteligentni, żeby mieć poszanowanie do swoich skrajnych poglądów. Chyba tylko ta wrodzona mądrość ratowała ich mały światek przed apokalipsą. Taką ciasteczkowo-lukrecjową.

A przecież i burze miały swoich wielbicieli. To w końcu po niej powietrze było najbardziej czyste, wypełnione zapachem ozonu.

Czerwone paznokcie były jak znak ostrzegawczy kobiety. Kiedy kobieta malowała paznokcie w kolorze czerwieni mogło to oznaczać kilka rzeczy, ale rzeczy te miały wspólną kwintesencję w jego głowie pod słowem "kłopoty". Sauriel uniósł jedną brew patrząc na te pięknie wypiłowane paznokietki i zadbane dłonie. Cynthia zawsze o siebie dbała. Jej delikatna uroda motyla była zaburzona tylko tym, że motyla tego utkano z lodu. Lodowe miał skrzydła, lodowy miał lot, a tam, gdzie przysiadł, zostawiał malowane szronem kwiaty na blacie. Sauriel prawie widział, jak z każdym stuknięciem paznokcia w blat rozchodziły się wokół niej malownicze obrazy. Chyba Fergus miał prawo wierzyć, że jeśli za mocno dotknie jednego z jej skrzydeł to się oparzy. Sauriel bał się tylko tego, że uszkodzi to piękne skrzydło delikatnego stworzenia.

- Gdybyś się tak nie wpatrywała w jego tyłek to może kręciłyby się przed nim, nie dookoła niego. - Wyciągnął jeden kącik ust w górę, podnosząc spojrzenie z dłoni Cynthii na jej twarzyczkę. Miała urodę niepasującą do jej charakteru - przynajmniej taka była perspektywa Sauriela. Spoglądał na nią i widział motyla - a czego ludzie spodziewają się po motylach? Że wystarczy je dotknąć a te nie będą w stanie dalej się wznieść. Tymczasem szanse na to, żeby ktoś wyrwał skrzydła Cynthii były jak szanse na to, że Polska wygra Mistrzostwa Piłki Nożnej. - Przecież my się nawet nie lubimy, ledwo tolerujemy. - Rzucił lakonicznie i lekko machnął dłonią w leniwy sposób. Jakby mówił "daj spokój". Choć ewidentnie podzielił jej poczucie humoru w tym miejscu co do powodów ich spotkań. I tutaj też nie mówił całkiem serio, bo gdyby rzeczywiście ledwo "tolerował" Cynthie to by się nie pokwapił na to spotkanie. - A Fergus to taki dzieciak, że bez mamy i taty zaczyna się gubić. I jak widać na załączonym obrazku - robić sobie krzywdę. - Uśmiechnął się paskudnie, wręcz arogancko.

Rozsiadł się całkowicie swobodnie, obdarzając Cynthię wręcz powłóczystym spojrzeniem. Spoglądanie na nią było przyjemne. Była jak obraz, osadzona w ramach własnego ubrania cieszyła swoją obecnością. Wcześniej tego nie widział, albo przynajmniej nie w ten sposób. Ale może to naprawdę kwestia upływu lat? Sauriel pod tym kątem zmienił się o wiele mniej. Ale jego lata na zmianę zostały ucięte, czy raczej - zatrzymane. Przez śmierć. Zarzucił rękę za wezgłowie swojego siedziska i założył nogę na nogę. Po pytaniu Cynthii dotyczącego szczegółów tego wypadku jego uśmiech rozszeerzał się, poszeeerzał, powiększaał... aż w końcu czarnowłosy wybuchnął śmiechem.

- Ahahaha, oj tak! Ahaha... wiem! Phahaha! - To nie był wymuszony śmiech, Rookwood naprawdę prawie tu płakał z rozbawienia. - Dorwało go jakieś przeklęte badziestwo, wyssało jego krew i trafił do szpitala... ahahaha! Debil... - Ostatnie dodał już na resztkach śmiechu i pokręcił sam do siebie głową. - Ooo, żałuję że mnie przy tym nie było. Punktowałbym to starcie. 5 punktów dla Fergusa, ale 10 punktów dla stransmutowanego wampirka. - Niby ktoś mógłby go przyganić, że nie ma z czego się śmiać, ale cóż - to był Sauriel. Przecież nic się nie stało, koniec końców, więc nad czym tu się spuszczać? Empatia była czymś, czego mu ubyło w całych hektolitrach przez te lata.

- Nie wiedziałem, że jesteś wielbicielką szkockiej. - Skomentował, kiedy kelner przyniósł mu jego szklankę z bursztynowym trunkiem z odrobiną miodu i cytryny. - Jakoś mnie to nie dziwi.




RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Cynthia Flint - 19.03.2023

Gdyby Cynthia umiała czytać w myślach i odkryła, że Sauriel stawia ją w jednym monologu o sympatii w akompaniamencie herbatników przekładanych i ciastek z kremem, diabelski anioł stróż mógłby tego nie przetrwać. Czasem zjadła coś słodkiego, ale nie byłe w ogóle fanką wytworów tego typu — chyba że towarzyszyła im malina. Jeśli ona była małością w lubieniu Lukrecji, to musiał mieć niewielu sympatyków, bo wybrał najgorszą z możliwych przekąsek. Już marcepan był bardziej znośny. Cóż, nawet jeśli był wyimaginowaną lukrecją, to dobrze, że opiekował się Fergusem, gdy ona nie mogła tego zrobić. Nigdy oczywiście mu tego nie powie, ale tak było. Ich relacja momentami była trudna, często łypali na siebie wzrokiem, czy rzucali złośliwe komentarze, ale zawsze udawało się im znaleźć kompromis, nić porozumienia. Niezależnie, jak bardzo Sauriel był trudną i nieznośną osobą, Cynthia nie była na tyle głupia, aby nie mieć go po swojej stronie. Pomijając już to wszystko, dochodziła jeszcze kwestia jej najlepszej przyjaciółki, ale tę sprawę zamierzała poruszyć już później, gdy rzekomy książę ciemności i złych uczynków rozsadzie się na dobre przy drewnianym stoliku.
Czyżby miał romantyczną duszę? Kolejne porównanie, które by ją zaskoczyło. Skoro ona kojarzyła mu się z lodowym motylem, to jak jasnowłosa określiłaby jego, gdyby miała coś wybrać? Powiedziałaby, że ośmiornicą, ale pewnie uznałby to za obraźliwe, chociaż uważała te stworzonka za wyjątkowo urocze i będące mistrzami w sztuce przetrwania. Silne, umiejące się kamuflować, strzelające atramentem, czasem jadowite i unikające pułapek lub zagrożeń, z którymi wiedziały, że nie miały szans. Umiały uciec z każdej opresji. Kwestia jej paznokci była raczej przyzwyczajeniem, może odrobinę tylko nawiązaniem do koloru, który wypełniał wnętrze człowieka, gdy ten jeszcze żył. Trupy nie były tak intensywne po otwarciu, jak lakier na jej płytce.
- Nigdy nie spoglądałam na jego tyłek. - zauważyła z uniesioną brwią, posyłając mu krótkie spojrzenie, zanim tylko westchnęła i jej wzrok rozproszył się na całej jego twarzy. Zapomniała już, jaki potrafił być wątpliwie przyjemny. Jakim cudem wybrali jego? Podejrzenie jej o zainteresowanie Olivanderem w obecnych czasach było niedorzeczne, był dla niej, jak kolejny Castiel — wrzód na tyłku, którego nie umiała spuścić z oczu i który wypełniał jej dni w sposób inny, niż praca. Tori też traktowała jak siostrę, ale jej by wrzodem na tyłku nie nazwała, bo ona nie otwierała wybuchających pudełek bezmyślnie, jak rzeczona dwójka. - Nie doceniasz nas. - dodała jedynie ze wzruszeniem ramion, bo to przecież nie było tak, że go nie lubiła. Owszem był trochę dziwny, bezczelny i z pewnością miał talent do przyciągania złych rzeczy, ale było jednocześnie w nim coś, co dawało Cynie poczucie stabilizacji i bezpiecznego niebezpieczeństwa, jakkolwiek paradoksalnie jej myśl brzmiała. Wiedziała, że gdyby nie darzył ją, chociaż iskrą sympatii, to by nie przyszedł. Działało to w dwie strony, bo w gruncie rzeczy też by mu zawsze pomogła, gdyby potrzebował. - Jak się zgubi tak, że trafi do czarnego worka w prosektorium, to dopiero będzie dramat i nieszczęście. Więc może, zamiast zabierać go z oczu rodziców, czasem się nim zajmiesz? To nie kot z dziewięcioma życiami, to nie nieśmiertelny twór.
W jej głosie rozbrzmiała nuta zirytowania, bo skoro tak się o niego troszczył i chciał o niego dbać, to dlaczego czasem nie pomagał mu zachowywać się rozsądnie? Castiel pomimo ich nagłej przyjaźni też nie był rozsądny, co tylko niepokoiło ją bardziej. Nie miała wielu ludzi, na których jej zależało i których nazwałaby dla siebie ważnymi, zwłaszcza na tyle, aby zrobić dla nich praktycznie wszystko. Jej upośledzenie emocjonalne uniemożliwiało stworzenie silnej i zdrowej relacji, a jeśli już pojawiał się ktoś z potencjałem na takową, niezwykle długo to zajmowało. A tych dwóch się dobrało tragicznie. Owszem, matkowało im, ale sama nie da rady. W jej głowie szeptał jednak głosik, że proszenie o to Sauriela było również bezsensowne, więc machnęła jedynie ostentacyjnie dłonią, aby dał sobie spokój. Badał ją wzrokiem, a ona jak zawsze odwzajemniała każde spojrzenie, nie próbując nawet zgadywać, co działo się w tej jego głowie. Czasem miała wrażenie, że to chaotyczna, czarna dziura. Gdy wybuchnął śmiechem, ściągnęła brwi i rozchyliła subtelnie maźnięte karminową szminką usta.
- Idiota. Bezmózg. - poprawiła Rookoowda, który nadal śmiał się szaleńczo, jakby opowiadał najlepszy z dowcipów świata. Zwariował? Przecież Fergus mógł umrzeć!. - Ma więcej szczęścia niż rozumu. Na Merlina, nie może zając się tymi cholernymi różdżkami, spełnić prośby ojca.
Mruknęła pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem, aby bladą i smukłą dłonią z tymi nieszczęsnymi paznokciami, które teraz kojarzyły się jej z Fergusową krwią, zgarnąć kosmyk włosów za ucho. Gdy kelner przyniósł im trunki, posłała mu krótki i wyuczony uśmiech, odprowadzając wzrokiem. Obróciła szklanką w dłoniach, obserwując, jak bursztynowy płyn rozbija się na szkle. - Za mało rozmawiamy, żebyś wiele o mnie wiedział Saurielu. - odpowiedziała jedynie z nutą zadziorności, unosząc whisky i przysuwając szklankę do ust, zrobiła łyka. Cytryna i miód zmieniały nieco smak, pozbywały się cierpkości, która zwykle zostawała na wargach. Jasnowłosa poprawiła się na krześle, wbijając stalowoniebieskie tęczówki w jego oczy, prostując głowę. - Nie wiedziałam, że zaręczyłeś się z Tori. Jakoś mnie to dziwi.
Lestrange była jej najlepszą przyjaciółką, jeszcze z dormitorium. Na pewno o tym wiedział i nie powinien być zdziwiony, że te dwie mówiły sobie absolutnie o wszystkich, przekształcając ich relację w niemalże siostrzaną. - Nie muszę chyba radzić Ci, żebyś o nią dbał, prawda?
Cynthia skrzywdziłaby każdego, kto skrzywdziłby Victorie, niezależnie czy czekałby ją za to Azkaban. Uniosła szklankę i wysunęła w jego stronę, sugerując toast. - Gratuluję.


RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Sauriel Rookwood - 22.03.2023

Dzięki wszelkim bogom czytanie w myślach było zdolnością, którą posiadało bardzo niewielu. Umiejętnościom, która wymagała bardzo dużego wysiłku, by ją posiąść, odrobiny talentu, żeby proces przyśpieszyć i cierpliwości, żeby na pewno się jej nauczyć. No i byli też ci, którzy do swojego umysłu dostać się nie pozwalali za żadne koszty tego świata. Ale to wymagało równie wielkiego wkładu wysiłku w to. Ani Cynthia nie była legilimentką, ani Sauriel oklumentem, a ich umysły były błogo bezpieczne i uzależnione tylko od tego, co ich mimika pokaże w danym momencie. Kiedy jakaś świńska myśl przepływałaby pod czarną czupryną objawiłoby się to jak nic zaraz sprośnym uśmiechem. Na szczęście były w nich tylko łakocie. Łakocie, których Sauriel już za bardzo nie jadał, bo miał blokadę umysłową. Smakowało, jasne, może nawet bardziej niż kiedyś. Ale zaraz wszystko wyrzygał i tyle z tego było. Nie, Cynthi jeść nie zamierzał i nie, jej by nie wyrzygał. Bo mimo tego, że łakociem była, to dla organizmu wampira całkowicie... inaczej strawnym od słodkiego ciasteczka.

- Twoja strata. - Odparł z leniwym uniesieniem ramion i smooth uśmiechem na twarzy, który coś miał sugerować. Ale co pozostawało już interpretacją drugiej strony. Wspominałam jednak o świńskich myślach, prawda? I o tym, że to może mieć swoje odbicie w mimice? No to właściwie można sobie dopowiedzieć tutaj resztę. Znów bogom można dziękować za to, że mimo tego, że Sauriel rzadko się w język gryzł, to czasami jednak to robił. A czasami wybierał z premedytacją opcję przemilczenia, żeby na resztę zadziałała bogata wyobraźnia drugiej strony. Ludzki mózg miał w końcu w zwyczaju dokańczać sobie zdania i uzupełniać informacje. - Uuu, to już jesteśmy my. - Przechylił głowę na bok i postukał palcem w szklanicę. Zadzwoniło głośniej, bo jeden z jego pierścionków obił się o szkło. Ciągnął ten żarcik, bo jego osobiście bawił, a całkiem spodobało mu się to podłapanie. W formie zaprzeczenia. No przecież, spróbowałaby przecież nie zaprzeczyć to wtedy mógłby zgrywać obrażonego. I bawiłby się równie dobrze. Czasem jednak dobrze wiedzieć, że nie wszyscy są przeciwko tobie.

- Przestań. - O, nawet mu się skończyło śmieszkowanie i wesołość, kiedy Cynthia wspomniała o różdżkach i ojcu Ollivandera. - To właśnie przez to robi te wszystkie pierdolone badziewia i pakuje się w kłopoty. Jest nieszczęśliwy i dobrze o tym wiesz. - Fergus... Fergus wzbudzał w Saurielu taki szereg różnych emocji, że próba poustawiania ich w kolejeczce skończyłaby się jak próba nakłonienia Polaków, żeby stali grzecznie przed Bramą Nieba i nie rozkładali jej na części pierwsze, żeby sprzedać w Piekle na złom.

Uśmiechnął się krzywo na słowa, że za mało rozmawiają, żeby więcej o niej wiedział. I nie dlatego, że się z tym nie zgadzał. Zgadzał. Po prostu nie do końca chciał z kimkolwiek wchodzić w relację, gdzie "bliżej by się poznawali". Oprócz Fergusa czarnowłosy w zasadzie zawsze był samotnikiem. A przynajmniej z nikim nie trzymał się tak blisko jak z tamtą pchłą, co ciągle pakuje się w jakieś kłopoty i nigdy mu za wiele.

- Poprawka: zostałem zaręczony, nie zaręczyłem się. - Czy to była różnica? Ano tak. Duża. Skąd znała Victorię? Nie ważne. Chwyciło go to pytanie na zbyt krótko, żeby się przy nim zatrzymać. - Moje zimne serce należy tylko do mojej gitary. - Nie było nawet inaczej w Hogwarcie. Czarnowłosy był charyzmatyczny i miał ten urok bad boya, a jak wiadomo - każdy potwór ma swojego amatora. Ale w życiu Sauriela nie było wielkich miłości i związków. Romansy i flirty? Tak. Ale nic trwałego, nic łączącego. - O? Jestem złośliwy. Mogę po tych słowach chcieć zrobić ci na przekór. - I też złośliwie i perfidnie się uśmiechnał. - Nie ma czego. - Czy lubił Tori? Jasne. Naprawdę ją lubił. Czy chciał ją jako narzeczoną? Nie. Bo nie chciał nikogo jako żony czy narzeczonej. Nie dość, że nie było czego gratulować, to uważał, że było czego współczuć. Ale ta gorycz nie była w jego głosie słyszalna. I to nie współczuć jemu, żeby nie było nieporozumień. Współczuć Tori.




RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Cynthia Flint - 29.03.2023

To była również umiejętność zwyczajnie okropna, obdzierająca ludzi ze wszystkiego i pozwalająca dojrzeć tam, gdzie nikt zaglądać nie powinien. Nie umiała darzyć ludzi posiadających ją szacunkiem, chociaż nie mogła odmówić im talentu. Te objawiały się na wiele sposobów, często bezużytecznych, więc w ogólnym rozrachunku, zdaniem Cynthii było to złe, ale nie najgorsze. Sauriel był takim dziwnym człowiekiem, którego nie umiała wrzucić do czegoś konkretnego, owszem, miała wybrane poszczególne cechy, które w jej mniemaniu tworzyły jakiś obraz, ale nie umiała go nazwać ani dobrym, ani złym. Nie mogła określić, czy stał za słońcem, czy księżycem. Gdyby tylko wiedziała, z jaką kreaturą ma do czynienia, zasypałaby go pytaniami oraz uwagą, bo przecież uwielbiała trupy i martwych ludzi, a wampiry były, jak duchy — żyły w swoim nieżyciu, Kwestia krwi byłaby pewnie dla niej również fascynująca, bo miała taki mały fetysz, płomyczek zakodowany umyśle, że odcień tej, która tkwiła wewnątrz najświeższych ofiar, był najpiękniejszy. Może nawet sama pozwoliłaby mu się napić w celach naukowych.
Skrzywiła się na jego słowa nieco, bo wydało się jej to raczej niewłaściwie i paskudne, nie kojarzyło się ze stratą. Fergus był dla niej niczym Castiel, zupełnie aseksualny po tylu latach wspólnego życia i gdyby nawet miał tytuł Mistera Pośladków 1972 roku, nie umiałaby tego należycie docenić. Był po prostu Olivanderem. - Czyżbyś patrzył? - zapytała z zadziornym uśmiechem, jawnie się z nim drocząc, ale i poniekąd badając sytuację, bo stwierdzenie, jak to w czasach tak nietolerancyjnych mogło spowodować wiele nieporozumień i kłopotów. Lustrując go wzrokiem, wzruszyła jedynie ramionami na jego stwierdzenie. Dla niej wszystkie te relacje głębokie intymne i przede wszystkim określone były czymś nieprawdopodobnym i chyba niezrozumianym. Czemu ludzie reagowali w ten sposób na zwykłe użycie liczby mnogiej, gdy ta nie kryła absolutnie żadnego podstępu, przedstawiając jedynie sytuację dwójki ludzi? Czarno na białym. Stuknięcie wybiło ją z krótkiego zamyślenia, spojrzała na swoją szklankę, jakby niesiona sugestią, sama miała ochotę zastukać w nią paznokciami. - Gdy będzie trzeba, to będziemy i my w odpowiednich okolicznościach.
Odpowiedziała w końcu, wpatrując się chwilę w kołyszący się w szkle alkohol. Jasne pasmo włosów opadło na ramię, łaskocząc polik oraz szyję, więc mimowolnie poruszyła głową z chęcią odgonienia go. Najgorzej, gdy przyklejały się do ust. Mężczyzna spoważniał, jego twarz nabrała jakieś ostrości i mimowolnie wbiła w niego spojrzenie.
- Nie możemy wybrać, gdzie się urodzimy. - odpowiedziała ze spokojem, nie mając zamiaru się kłócić, unosić głosu, bo chyba nawet nigdy tego nie robiła. Wiedziała, że Fergus nie był zadowolony z życia, ale tak naprawdę miał jedynie dwie możliwości, a na żadną nie miał odwagi. On wciąż był Piotrusiem Panem, wciąż nie dorósł do wieku i momentu życia, w którym był — podobnie, jak Castiel. - A szczęście nie przyjdzie samo, tym bardziej robienie głupot go nie przywoła. To bardziej wołanie o cos innego..
Przerwała jednak, posyłając mu krótki uśmiech, całkiem naturalny. Kochała Fergusa na swój pokrętny sposób, jak młodszego brata i kogoś, kim musiała się opiekować, nigdy nie życzyłaby mu źle i nie pozwoliła, aby spotkało go coś złego. Nie znaczyło to jednak, że wynosiła go na piedestał i nie dostrzegała jego wad.
W kwestii relacji byli podobni. Miała swoją garstkę, większość ze szkoły, gdy była jeszcze trochę inna, ale tak naprawdę i te uznawała za dość problematyczne. Łatwiej było lawirować i sięgać rękami po to, co chciała, gdy nikt jej nie znał. Gdy się nie przywiązywała. W ostatnich latach nawet trochę z Casem zwiększyła dystans.
Temat Victorii był dla niej ważny. Dzieliły razem dormitorium, ławkę, łóżko podczas wakacji. Była jej jedyną przyjaciółką, bratnią duszą. Słuchała więc w milczeniu, gdy upiła odrobinę alkoholu o cierpkim smaku i pięknym kolorze. Brew jej drgnęła, westchnięcie uciekło spomiędzy warg. Żyli w paskudnym świecie, gdzie młodzi ludzie nie mieli nic do powiedzenia w sprawie tego, z kim chcą dzielić sypialnie. Oczywiście istniały metody pozbycia się partnerów, ale powtarzane zbyt długo wzbudzały podejrzenia. Pamiętała go jako łobuza, chłopca, za którym szalały dziewczyny i plotkowały o tym, co mógł ukrywać.
- Owszem, możesz. - przyznała, odnajdując spojrzenie jego ciemnych oczu swoimi, jasnoniebieskimi. Kąciki warg jej drgnęły w subtelnym uśmiechu, nie była rozczarowana tym, co powiedział. - Jednak nie zrobisz tego, bo została Ci powierzona. I nawet jeśli nie masz jej w sercu, to jestem pewna, że nie jest dla Ciebie obojętna. - kontynuowała, przyglądając się wciąż uważnie, ale ciężko było znaleźć w tęczówkach jakąkolwiek emocję, sugestię, którą mogłaby wykorzystać. - Bezpieczniejsze małżeństwa są na zaufaniu i sympatii, może nawet przyjaźni, niż na ulotnej miłości i zmiennym pożądaniu.
Skwitowała jeszcze, dając mu wreszcie spokój i znów spojrzała na swoją szklankę, poprawiając się na krześle. Nie zniosłaby, gdyby Tori coś się stało, ale jeśli zadbałby o nią, chociaż w połowie tak, jak o Olivandera, byłaby spokojna.


RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Sauriel Rookwood - 04.04.2023

To nie były dobre czasy do uzewnętrzniania się. To były dobre czasy, by udawać dobrego synka i dobrą córeczkę, ale Sauriel nigdy nie miał takiej ambicji. Niósł ze sobą skandal, był skandalem i zdobyte za dzieciństwa blizny nauczyły go odrobiny pokory, ale nie na tyle, żeby złamać go całkowicie. Tylko na tyle, żeby nie chciało mu się już walczyć. Więc kiedy padło pytanie, Sauriel tylko kpiąco się uśmiechnął.

- Ay, jestem koneserem pośladków. - Kpił sobie z tego, przelewał swój cynizm, bo nigdy nie był szczególnie kochliwy, a teraz to już w ogóle. Kiedy hormony już nie mogły być odpowiedzialne za jakiekolwiek akcje i nie mogły aplikować pożądania. Pozostawała miłość platoniczna, a ta zaś była trudna do osiągnięcia nawet przez najmądrzejszych filozofów. Sauriel nie zaliczął się ani do najmądrzejszych, ani tym bardziej filozofów. I choć lubił, kiedy inni myśleli, że on nie myśli wcale, to tak - przetrawiał całkiem sporo w swojej głowie. Posiadanie jednak własnych filozofii życia filozofem cię nie czyniło. Tak samo jak myślenie. Za niektóre odpowiedzi można było zapłacić słono, ale Sauriel teraz nie był za bardzo przejęty tym, czy Cynthia poczuje oburzenie, czy może obrzydzenie, albo żadne z powyższych. Za to był ciekaw reakcji. Nie ważna była dawka emocji w reakcji przekazanych, a sam fakt, czy wystąpi. A jeśli tak, to w jakim natężeniu? W jakiej formie? Jak słusznie Cynthia ujęła - nie znali się. Ale każde spotkanie dążyło do tego, żeby poznawali się bardziej. Nawet jeśli nie omawiali prywatnych spraw, a ich rozmowy kręciły się na obsmarowywaniu obgadywanego tyłka Fergusa.

- Ależ dziękuję za oświeconą myśl. - Sarknął z rozbawieniem. Nie, człowiek nie może wybrać, gdzie się urodzi, a zazwyczaj nawet nie może wybrać, gdzie umrze. Narodziny jak i śmierć przychodziły niespodziewanie. Zabierały ci część życia i ustawiały ci drogę. Mogłeś tylko szarpać się na bruku wyłożonym w środku miasta, ale nie zmieni to tego, że w mieście jesteś. Możesz zejść na boczną uliczkę, ale nie wyniesie cię to z Londynu. Cała taka spirala spierdolenia, która dawała człowiekowi ułudne poczucie wyboru i wolnej woli. Nic bardziej mylnego. Może i nie trzeba od razu wierzyć w przeznaczenie, ale nie da się zaprzeczyć temu, że pewne rzeczy były już zapisane. Inaczej wróżbici nie mieliby pracy, a Departament Tajemnic byłby do luftu. Tymczasem obie instytucje istniały i miały się kwitnąco. - Nie jestem już niańką Fergusa. Nie mam ochoty się zastanawiać, kto, o co i po co woła. - Powiedział leniwie i tak samo też leniwie się wyciągnął na swoim miejscu. Czy szczęście samo nie przychodziło? Na pewno. Trzeba było mu pomóc, albo przynajmniej nauczyć się kooperować, żeby nie przeszkadzać.

- Masz bardzo pozytywne podejście do mojego rzekomego poczucia obowiązku. - Co go trochę dziwiło i nie rozumiał, skąd to zdanie o nim, że w ogóle poczucie obowiązku ma. Może od Fergusa? Sauriel lubił uchodzić za słownego człowieka. To jest - gadał dużo pierdół, ale gdy chodziło o dotrzymywanie słowa i obietnic to starał się z całych sił to robić. Poważnie podchodził do długów i spłacał je, tak samo jak oczekiwał, że druga strona je spłaci. - Lubię Tori. I to tyle. Więc spokojna twoja piękna buźka, Królowo Lodu. Jest ze mną bezpieczna. - Bo chociaż Sauriel miał bardzo dużo złych cech, to ludzi, których lubił, bronił własną piersią. Tak było w Hogwarcie i tak samo było dziś. A że pierś Sauriela nie była taka malutka, a parę w łapie miał jak niemało kto, to i było czym bronić. - Sugeruję ci tutaj skończyć temat, bo mnie drażni i wkurwia. - Dopóki faktycznie nie był rozdrażniony, a Sauriel i jego chimeryczność nastroi (iście kociej) były legandarne.




RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Cynthia Flint - 07.04.2023

Nic, nigdy nie sprzyjało uzewnętrznianiu się i temu, aby nie być dobrym dzieckiem, zwłaszcza gdy nosiło się ważne nazwisko. Świat, w którym przyszło im żyć, skonstruowany był paskudnie i nie dziwiło ją absolutnie nic, bo każdy szukał swojego sposobu, aby utrzymać się na powierzchni. Każdy szukał właściwej metody, która przyniosłaby najwięcej korzyści.
Na jego słowa nie odpowiedziała, unosząc jedynie kąciki ust w krótkim i również cynicznym uśmiechem. Sauriel był ostatnim człowiekiem poza nią samą, który kojarzył się jej z romansem i seksem, iskrami oraz ogniem. Byli nad wyraz chłodnymi jednostkami, chociaż on był bardziej swobodny i miał więcej wolności, niż Cynthia. Nie doszukiwała się jednak powodów jego wycofania z towarzyskich schadzek, bo nie było to jej sprawą. Nigdy nie postrzegała go jako mężczyzny, który mógłby ją zainteresować na tyle, aby się czegoś dowiedziała się więcej. Był atrakcyjny, ale ona zupełnie nie miała takich potrzeb lub o ich nie wiedziała, wyciszając je lata temu. Mógł lubić koronkowe stringi, mężczyzn i wciągać opium, nie jej oceniać Saurielowe wybory życiowe. Gdyby zapytał o to, czego był ciekaw, to pewnie by mu odpowiedziała.
- Zaraz uwierzę, że potrafisz się uśmiechać inaczej, niż złośliwie lub sarkastycznie. - odpowiedziała ze wzruszeniem ramion, lustrując go wzrokiem. Miał rację, wolna wola i wybór w większości były tylko złudzeniem, próbą prowadzenia wartościowego życia i dosięgnięcia jakiegoś celu, który mógłby dać mu wartość. I dopóki serce biło, ludzie często o to walczyli. Przeznaczenie miało w tym swój udział, niezależnie jak nielogiczne i głupie myślenie w ten sposób było. Upiła kolejnego łyka ze szklanki, czując, jak zaschło jej w gardle. - Nie jesteś już jego niańką. - powtórzyła za nim obojętnie, wzdychając krótko. - Rozumiem. W porządku.
Nie chciało się jej do końca w to wierzyć, ale też nie zamierzała tego kwestionować. Ona również nie spędzała z Olivanderem tyle czasu, co kiedyś, ale nadal w jakiś sposób go niańczyła — chyba z przyzwyczajenia i przeświadczenia, że bez tego wpadłby w jeszcze większe kłopoty, o ile było to możliwe. Na jego słowa przekręciła głowę na bok z niewinnym, ślicznym uśmiechem, który miała opanowany do perfekcji i który pasował do jej bladej cery, jasnych oczu i włosów.
- To intuicja. - skwitowała krótko, bo taka też była prawda. Oczywiście dostrzegała również na przestrzeni lat sposób, w który opiekował się Fergusem i to, jak dotrzymywał danego mu słowa. Musiała sama się upewnić, że Tori też będzie pilnował, nawet jeśli ich relacja była kwestią przypadkowego, zaplanowanego przez rody związku. Chciała dla swojej przyjaciółki bezpieczeństwa, miłość była zbyt rzadko spotykana, aby jej komukolwiek życzyć. - Oh i znów się zarumienię Rookwood, tak ładnie o mnie mówisz. Ciesze się jednak, że mogę powierzyć ją w Twoje dłonie. Patrzcie, jaki nerwowy.
Wywróciła oczyma, opierając się o krzesło i poprawiając, zmieniła nieco pozycję, dłonią wygładzając materiał sukienki. Nie droczyła się z nim dalej, nie ciągnęła tego tematu, przez chwilę milcząc i spoglądając na pół szklanki bursztynowego napoju. Nie wchodził jej tak lekko, jak szampan. Jej spojrzenie jednak wróciło do ciemnych oczu Sauriela, a ona sama westchnęła bezgłośnie. - Ciesze się, że widzę Cię w dobrym humorze i stanie, pomimo ciemnych chmur nad Londynem. Wszystko w porządku?
Cynthia nigdy nie była dobra w rozmówki, zwykle bezpośrednio przechodziła do sedna i od razu zadawała właściwie pytania. Nie chciała być też wścibska, to też nie zamierzała go ciągnąć za język. Ilość trupów w Ministerstwie rosła jednak w zatrważającym tempie i wiedziała, że prędzej czy później znajdzie w worku kogoś, kogo znała.


RE: [30.04.1972] Sauriel x Cynthia - Opowieści przy kieliszku - Sauriel Rookwood - 10.04.2023

Zabawna sprawa - akurat Królowa Lodu, Pani Zimy, co opuściła swe włości i może szuka swego Kaia, by zabrać go do lodowego pałacu, nie oceniała. A jeśli oceniała to robiła to z taką klasą i w ciszy płatków śniegu, że nie dotykało to tych, którzy przed nią stali. Sauriel cenił takich ludzi. Tych, którzy wiedzieli, kiedy ocenę zachować dla siebie, a kiedy można (a nawet powinno się) chlasnąć nią komuś w twarz. Nie wiedział za to, na ile to wszystko funkcjonowało w prawidłach zachowań tej damy przy obcych, a na ile przy osobach bliskich. Ci "bliscy", mistyczna grupa osób, które mają zarezerwowane specjalne traktowanie, zarówno te lepsze jak i gorsze. Czy wobec nich była bardziej bezpośrednia? Na pewno. Wyobrażałeś sobie, że potrafi cisnąć Fergusowi prosto w twarz schemat jego beznadziejnych i dziecinnych zachowań. A czy potrafiła też pochwalić jego dobre strony? Te łagodne? Sauriel wpatrywał się kiedyś w Fergusa jak w obrazek, ale łatwo było to przeoczyć w ciemnościach jego oczu, przy wszystkich tych krzywych czy jak zauważyła Cynthia - ironicznych uśmiechach. Fergus ze swoją kreatywnością i wiecznym syndromem Piotrusia Pana trafiał tam, gdzie powinien... Czy widziała jego piękno? Dostrzegałeś odbicie przeszłości w jej chłodnych, jasnych oczach. Lustro jej duszy było tym, które przynosiło zatajone zakamarki twojego własnego "ja" i prezentowało ci je prosto w ryj. Nie robiła tego nawet w dosadny i ostry sposób, nie. To się działo po prostu, gdzieś przed tobą, ale bez huku i gwałtu. Jak płatki opadające na kraniec nosa, których melancholijne wirowanie w powietrzu rzucało czar na duszę.

- Aaa... skoro tak, muszę przestać udawać takiego miłego.. - Nie lubiłeś, kiedy ludzie cokolwiek od ciebie oczekiwali. Dlatego ogólnie - nie opłacało się być zbyt miłym. A nawet jeśli Sauriel miły był przez chwilę to potem czuł się zobowiązany do tego, żeby przypomnieć towarzystwu wszem i wobec, że jednak jest z niego skurwysyn. Niekoniecznie w chwili tej samej, nie koniecznie przy tym samym spotkaniu. - A ty jesteś? - Uniósł brew, to była zaczepka. Z jednym z tych paskudnych uśmieszków, które większość normalnych ludzi uznałaby za obraźliwe. A ona uznawała?

- Rumień się. Do twarzy ci z rumieńcem. - Uniósł szklankę w geście uhonorowania tych słów. Było kilka rzeczy, za które zawsze warto było wypić - piękne kobiety się do tego zaliczały. Oczywiście jeśli pominąć tylko słowo-klucz "rzeczy". - Mam już twojego Fergusa i Victorię. Niedługo zatrudnisz mnie jako bodyguarda twoich bliskich. - Zakpił trochę z tego, że cieszy się z tego, że może powierzyć Victorię w jego dłonie, ale rozbawiło go to w ten pozytywny sposób. Bo to było całkiem zabawne - że jej dwójka bardzo dobrych przyjaciół była związana akurat z nim. Ten świat był mały. Zbyt mały.

- Ay. Wszystko w porządku. - Odparł lakonicznie z enigmatycznym uśmiechem. - Na tyle, na ile może być u mnie dobrze.