Secrets of London
[kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward (/showthread.php?tid=928)



[kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Bard Beedle - 07.02.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Patrick Steward - Pierwsze koty za płoty
Rozliczono - Brenna Longbottom - Bajarz



Mgliste Mokradła


Prowadzi Brenna



- Hannah Johnson, lat czterdzieści trzy. Ostatni raz widziana w Londynie, w mieszkaniu przyjaciół. Aportowała się z ich mieszkania o godzinie dwudziestej piętnaście, celem był, a przynajmniej miał być, jej dom w Little Whining.
- I?
- Trzy godziny później mąż przysłał sowę, pytając, czy Hannah dalej tam jest.
- Skłamała i nie aportowała się do domu?
- Kto wie? Ale miała przy sobie tylko torebkę, nie zabrała z domu żadnych rzeczy, nie ruszyła oszczędności i ponoć nie wzięła nawet płaszcza. Od pierwszego marca nikt jej nie widział i nie mamy pojęcia, gdzie jest Hannah Johnson…

*

A gdzie był Patrick Steward?
Odpowiedź na to pytanie mogła dostarczyć pewnych trudności nawet samemu Patrickowi Stewardowi. Wiedział, że jest na bagnie. Buty zapadały się mu w rozmokłym gruncie, a wokół niego snuła się mgła, ograniczająca widoczność na zaledwie kilka metrów. Jedynymi roślinami, które mógł dostrzec, były drzewa – w większości pozbawione liści, martwe, być może zabite przez dziwną, zielonkawą maź, która pokrywała korzenie niektórych z nich. Ona też pewnie była źródłem zapachu: nieprzyjemnego, drażniącego w nos, przyprawiającego o zawroty głowy. A przynajmniej części woni, unoszących się w powietrzu. Czy któraś z nich była trująca? Halucynogenna? Czy ot była to mieszanka smrodu pleśni, grzybów, resztek zwierząt, rozkładających się gdzieś w błocie?
Nie było widać nieba. Przysłoniła je mgła, wijąca się wokół Stewarda, pozostawiająca niemiłe uczucie wilgoci, osiadająca na skórze, sprawiająca, że ubrania powoli stawały się lekko wilgotne. Nie dało się rozróżnić stron świata, a każdy obrany kierunek zdawał się równie dobry – czy raczej równie zły – jak inne.
Wiedział, że jest na bagnie, owszem. Nie miał pojęcia jednak, gdzie leży samo bagno, jak się stąd wydostać ani nawet jak się tutaj znalazł. W jednej chwili był w jednym miejscu, w drugim tutaj, i co najgorsze nie działa żadna magia. Różdżka stała się bezużytecznym kawałkiem drewna. Nie był nawet pewny, czy poruszając się faktycznie idzie do przodu: czy nie kręci się w kółko. W miarę, jak szedł, krajobraz nie zmieniał się i zdawało się, że wciąż i wciąż mija te same drzewa i od czasu do czasu głazy, bliźniaczo do siebie podobne. Poruszanie się po tym terenie było trudne i wyczerpywało nawet sprawnego fizycznie mężczyznę.
W końcu – może minęła godzina, może dwie, a może ledwo parę minut? Trudno było powiedzieć – w tym miejscu traciło się poczucie czasu, Steward wiedział tylko, że jeszcze nie zapadła noc, bo nie otoczyły go kompletne ciemności – coś się zmieniło. Mgła zadrgała, jakby pierwszy raz poruszona powiewem wiatru. Gdzieś przed sobą dostrzegł coś, co wyglądało jak drewniany dom, którego fundamenty mocno zapadły się w ziemię, a dach był mocno uszkodzony. We mgle z dala ciężko było zobaczyć coś więcej: czy ktoś mógł tam mieszkać, czy budowlę opuszczono dawno temu – może jeszcze nim okolica stała się tam mroczna?
Gdzieś na lewo natomiast, w oddali, pośród mgły, Patrick mógł dostrzec rozbłysk światła. Początkowo mógł uznać, że to tylko wyobraźnia… ale światło stało się wyraźniejsze i zaczęło się poruszać: z dala wyglądało zupełnie, jakby szedł tam ktoś z lampą albo różdżką rozświetloną zaklęciem lumos.


RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Patrick Steward - 09.02.2023

Patrick westchnął przeciągle. Jedynym, czego w tej chwili był pewien, to tego, że miał straszliwego pecha. Naprawdę straszliwego, skoro zamiast aportować się bezpiecznie koło domu dziadków, aportował się na bagnach. We mgle już nawet nie próbował znaleźć właściwej drogi. Po prostu szedł, licząc na to, że nie kręcił się bezowocnie w kółko. Szukał miejsca, w którym magia zacznie wreszcie działać i będzie mógł się znowu aportować (jak miał nadzieję, tym razem bezpiecznie).
Całe szczęście, że nie był tchórzem, bo gdyby był, zacząłby panikować już dawno, w chwili, w której zobaczył po raz pierwszy zielonkawą maź oblepiającą obumarłe gałęzie i poczuł unoszący się w powietrzu nieprzyjemny zapach. A histerii, histerii dostałby krótko później, gdy jeden z jego butów wbił się w rozmokłą ziemię trochę bardziej, dobitnie pokazując, że ziemia pozostawała tu mokra, bagnista a w pobliżu mogły być nawet jakieś grzęzawiska. Całe szczęście także, że jego wyobraźnia nie działała na podwyższonych obrotach a w każdym wynurzającym się z mgły konturze drzewa, kamienia, krzaka nie widział nic poza drzewem, kamieniem, krzakiem. Poza tym, zajęty był myśleniem o tym, jak wytłumaczy swoje spóźnienie czekającym na niego dziadkom. Nie chciał ich niepokoić opowieścią o błędnej aportacji i plątaniu się bez ładu i składu po bagnach.
Steward znowu westchnął przeciągle. Gdyby był paranoikiem, uznałby, że głaz, który mijał, wyglądał tak, jakby oglądał go już po raz piąty. A to źle wróżyło w kwestii dojścia dokądkolwiek. Ale nie był paranokiem, a wszystkie głazy były jego zdaniem w jakiś sposób do siebie podobne. Mimo to nie powstrzymał się przed zaklęciem pod nosem.
I jakoś tak niedługo później dostrzegł i dom, i poruszające się światło. W pierwszej chwili, poczuł nawet przypływ endorfin. Ucieszyła go myśl, że dostrzega we mgle kogoś poruszającego się ze światłem, bo to by oznaczało, że całkiem niedaleko od niego magia znowu działała. Ale przypływ endorfin nie trwał długo. Był na jakichś mglistych bagniskach. Prędzej zobaczyłby tu zwodnika, który próbował skupić na sobie jego uwagę niż żywego człowieka. Gdyby jeszcze miał magię… Patrick może i próbowałby iść w jego kierunku, ale bez niej był niemalże bezradny, bo siła jego pięści byłaby w stanie powalić żywego człowieka, ale nie na wiele się zdawała w starciu z demonem.
Takie mniej więcej miał myśli, gdy kierował się w stronę drewnianego domu. Liczył, że być może, w jego wnętrzu, znajdzie coś, co pomoże mu w wydostaniu się z tego przeklętego miejsca (albo przynajmniej w zrozumieniu, gdzie był i jak mógł się stąd wydostać).
Szedł ostrożnie. Nie śpieszył się. Patrzył pod nogi. Już raz zdarzyło mu się skręcić kostkę podczas Ostary. Wolał by podobny wypadek nie przydarzył mu się w takim miejscu. Tu nawet nie wiedziałby, jak wezwać pomoc.



RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Bard Beedle - 09.02.2023

Światło poruszało się we mgle. Zabłysło jeszcze parę razy, po czym zgasło: może mgła zrobiła się zbyt gęsta, może przysłoniły je jakieś drzewa lub skały, a może ten, kto je niósł, je wygasił. Czy był to zwodnik? Istniała na to całkiem spora szansa – choć kto wie, może był to jakiś człowiek, który podobnie jak on, zabłądził na bagna…
Spomiędzy mgły wyłonił się dom, wzniesiony z drewna, bez wątpienia bardzo stary. Pochylało się nad nim drzewo, martwe jak większość tych, które mijał Patrick, wysokie i zmurszałe - sądząc po tym, jak pochylało się nad domem, podczas najbliższej wichury runie na konstrukcję. Dwa niewielkie okna były zasłonięte okiennicami – choć drewno zmurszało na tyle, że ich wyłamanie nie nastręczyłoby dużych problemów. Przy uchylonych lekko drzwiach, wypaczonych na tyle, że chyba nie dałoby się ich już porządnie zamknąć, na zardzewiałym łańcuchu wciąż wisiała latarnia. Dach zapadł się częściowo, i wszystko wskazywało na to, że miejsce od dawna było opuszczone.
A jednak, kiedy Patrick zajrzał do środka, coś zobaczył.
W środku wciąż stały meble, i znajdowało się tam pełno różnych rzeczy, w większości już zniszczone przez upływ czasu i złe warunki, wskazujących jednak na to, że albo ktoś opuścił dom w pośpiechu, albo spodziewał się tu wrócić – i z jakiegoś powodu nie zdołał. Na podłodze mnóstwo było pyłu i plam wilgoci. Na brudnej ścianie wciąż wisiały dwa obrazki albo portrety – od progu ciężko było stwierdzić – jeden mocno przekrzywiony. Trzeci spadł ze ściany na ziemię. Od progu można było dostrzec także fragment stołu, na którym leżały kartki, krzesło, skrzynię…
…i fragment łóżka. Pozostały na nim kołdra, materac, poduszki, wszystko z pewnością przegniłe i raczej nie zachęcające do wypoczynku. A jednak, ktoś leżał na posłaniu. Steward dostrzegł, że prawdopodobnie była to kobieta, sądząc po długich włosach oraz kolorowej spódnicy. Zwinięta w kłębek, odwrócona do niego plecami. Przynajmniej z daleka nie wydawało się, że leży tutaj od bardzo dawna – na pewno musiała pojawić się długo po tym, jak dom został opuszczony. Nie poruszała się jednak, nijak nie zareagowała na skrzypienie drzwi.


RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Patrick Steward - 11.02.2023

Patrick zamrugał. Starał się nie myśleć o świetle, które przed kilkoma chwilami dostrzegł we mgle. W żadnej (a już na pewno nie w tej, w której się właśnie znajdował) sytuacji nie chciałby stanąć oko w oko ze Zwodnikiem. Ale była też przecież ta niewielka, drobna nuta prawdopodobieństwa, że we mgle naprawdę krążył człowiek niosący w ręku latarnię. Ta mała, malutka nutka prawdopodobieństwa, budziła w Stewardzie cichą nadzieję, że przez cały ten czas podążał w dobrym kierunku a to oznaczało, że po zbadaniu drewnianej chaty, będzie mógł (musiał) pójść w tamtą stronę i już niedługo będzie mógł się aportować z tego przeklętego miejsca.
Ale póki co, coraz wyraźniej widział malujący się przed nim dom. Ktoś kiedyś musiał w nim mieszkać i Patrickowi przeszło przez głowę, że chętnie poznałby historię człowieka, który wybrał akurat tak odludne miejsce do życia. Ale też może za jego czasów wcale takie nie było, albo też on oceniał je inaczej, doceniając introwertyczną naturę tego miejsca.
Steward podszedł do drzwi. Przesunął ręką po framudze, poznając jej zmienną fakturę. Teraz, kiedy znalazł się przy samym wejściu, dotarło do niego jak nieuprzejmie postępował. Właśnie wkraczał do świata cudzej własności, nawet jeśli właściciel już dawno się stąd wyprowadził lub umarł. Ale jakby na przekór tym myślom, nacisnął na klamkę i pociągnął za nią. Najpierw lekko, jakby sprawdzając opór, który drzwi mogły próbować stawiać przy otwarciu, potem mocniej byle je naprawdę otworzyć, uchylić jeszcze bardziej, na tyle by wsunąć się do środka.
Świat w środku, choć zniszczony zębem czasu i tak wydawał się dużo ciekawszy niż mgła, błoto, zielona maź i zwodnik (nie zwodnik?) grasujący na zewnątrz. Patrick przesunął wzrokiem po meblach, na dłużej zahaczając spojrzeniem o stół, notatki (korciło go by je sprawdzić, nawet jeśli był więcej niż pewien, że już raczej niewiele dało się z nich wyczytać), wreszcie wyłaniające się łóżko.
Zamarł, dostrzegając leżącą na nim kobiecą sylwetkę.
Najpierw w jego głowie pojawiła się pomyśl, że musiał się bardzo, bardzo pomylić. Właścicielka rozpadającego się, starego domku na bagnach wcale stąd nie odeszła. A przynajmniej nie zrobiła tego fizycznie. Dopiero potem pomyślał, że leżąca nie musiała wcale być tu właścicielką. Może była tylko kolejną zbłąkaną duszą w tym miejscu i postanowiła tu odpocząć? Może nawet na zawsze?
Na grzeczności było już w zasadzie za późno, ale nie przeszkodziło mu to w podniesieniu ręki i zastukaniu we framugę drzwi. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Wszystko po to, by obudzić ją ze snu.
- Czy można? – zapytał, odsuwając w myślach ten moment, w którym musiałby podejść do leżącej i sprawdzić, czy w ogóle żyła a teraz tylko mocno spała.
Ale jeśli nie zareagowała nijak, ostrożnie zbliżył się do łóżka by sprawdzić co z nią.



RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Bard Beedle - 11.02.2023

Brak reakcji…
Kobieta nawet nie drgnęła. Ani gdy Patrick uderzał w drzwi, ani kiedy spytał, czy można. Nie widział jej aury – mogło oczywiście być tak, że przedziwna anomalia, która odebrała mu zdolność czarowania, upośledziła też jego aurowidzenie. Ale bezruch kobiety, coś w jej pozycji, jasno sugerowało, że ona wcale nie jest pogrążona we śnie.
Kiedy Steward zaczął się zbliżać, w jego nozdrza uderzyła nieprzyjemna woń, a potem zaczął dostrzegać kolejne szczegóły. Kwiecista spódnica kobiety była cała ubłocona, jakby ta nie tylko brodziła w błocie po łydki, ale też raz czy dwa się przewróciła. Nigdzie nie dostrzegł płaszcza, a strój leżącej na łóżko zdawał się o wiele zbyt lekki zarówno na tę porę roku, jak i miejsce, w którym ją znalazł. Stopa, wystająca spod spódnicy, bosa – buty musiała zdjąć sama, bo leżały koło łóżka – miała nienaturalny kolor, i była dziwnie opuchnięta w okolicach kostki: być może kobieta skręciła albo złamana nogę, błądząc gdzieś po bagnach.
Gdy wreszcie podszedł do łóżka, mógł się upewnić: była trupem. Na oko kogoś, kto niekiedy miał do czynienia ze zmarłymi, ale brakowało mu wiedzy medycznej, mógł ocenić, że nie doszło do tego wczoraj czy tydzień temu, chociaż raczej też nie przed rokiem czy kilkoma. Leżała tutaj od kilku tygodni do paru miesięcy… Ale gdy przyjrzał się, mógł rozpoznać także twarz: widział ją czy to na tablicy w Departamencie Magicznym, gdzie wywieszano zdjęcia i rysunki poszukiwanych oraz zaginionych, czy może w papierach którejś ze znajomych z Brygady. A może w gazecie? Hannah Johnson, której poszukiwano już od jakiegoś czasu, leżała tutaj, w domu na mokradłach.
Nie dostrzegł żadnych ran poza uszkodzoną nogą. Było tak, jakby kobieta weszła do domku, położyła się na łóżku, może chcąc odpocząć albo schronić się przed deszczem, i nigdy z niego nie wstała.
Nie żyła, a jednak Patrick, gdy wszedł do środka, nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że nie jest tu sam. Że ktoś go obserwuje.
Rozglądając się po pomieszczeniu mógł zauważyć coś jeszcze. Choć większość papierów na biurku przegniła, i pewnie nie nadawała się do odczytania, to były tam mapy. Z kolei z jednej ze ścian spoglądał na niego z portretu ciemnooki mężczyzna. Chociaż Steward nie mógł czarować, najwyraźniej brak magii nie obejmował tego obrazu: bo chociaż mogło się wydawać, że postać jest nieruchoma, to w pewnej chwili… tak, mrugnął. A potem poruszył się, ledwo zauważalnie, zanim znowu zastygł.
Czy to jego „obecność” wyczuwał? Może była to tylko wyobraźnia? A może faktycznie w pobliżu był ktoś jeszcze?


RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Patrick Steward - 11.02.2023

Kolejne stuknięcie. Jeszcze głośniejsze niż pozostałe. Takie, które mogłoby obudzić kogoś, kto naprawdę spał bardzo głęboko, nawet jeśli Steward już wiedział (albo też wiedział od początku, prawie od samiutkiego początku), że leżąca na łóżku nie spała. Nie dało się spać tak głębokim snem. Ona nie żyła.
Uniósł rękę by odseparować, choćby częściowo, nos od nieprzyjemnego zapachu, który zaczął do niego docierać. Pewnie przez zimno, ciało nie zaczęło rozkładać się tak szybko, by najpierw napuchnąć jak nadmuchana żaba, potem zapaść się w sobie i smrodem toczącego się rozkładu przeganiać wszystko, co mogłoby zechcieć tu zajrzeć.
Zmarszczył czoło, rozpoznając zmarłą.
Zapatrzył się na jej twarz, ale nie po to by próbować wyczytać z niej jakieś dodatkowe informacje, które mogłyby powiedzieć mu dlaczego zmarła. Odpowiedź na to pytanie wydawała się Patrickowi w tym momencie całkiem oczywista. Najpewniej Hannah Johnson również błędnie się aportowała. A potem błądziła po bagnach tak długo aż skręciła kostkę, dostrzegła drewniany dom i postanowiła tu przycupnąć by odpocząć. Może w nadziei, że jego mieszkaniec jednak tu wróci. Ale on nie wrócił a ona tu umarła.
Jeden sekret. Sprawa jednego zaginięcia właśnie została rozwiązana. Powinien się cieszyć, że w tę konkretną nie byli zaangażowani śmierciożercy, ale jakoś nie mógł. Myśl, że ktoś umierał samotnie, powoli tracąc zmysły, cierpiąc z bólu i z braku wody, była przygnębiająca. Takie rozłożone w czasie bezsensowne konanie, które nie miało żadnego sensu.
Patrick odwrócił głowę. Cóż, skoro Hannah przeleżała tu już jakiś czas, mogła poleżeć jeszcze trochę. Steward nie zamierzał jej teraz próbować przenosić. Nadal w pierwszej kolejności zależało mu na wydostaniu się z tych pozbawionych działającej magii bagien. Potem mógł przekazać informacje o ciele dalej, by zajęli się nim odpowiedni ludzie. Kto wie, może w ich towarzystwie nawet tu wróci?
Steward poruszył ramionami, jakby chciał zrzucić z siebie nieprzyjemne uczucie cudzej obecności. Najpierw wcale go nie powiązał z wiszącym na ścianie obrazem. Raczej pomyślał, że to być może jakieś wspomnienia Hannah, cienie jej dawnej obecności krążą po tym miejscu. A on nie miał szans na to by je dostrzec. Od takich rzeczy była Brenna Longbottom i jej niezrównany talent do widmowidzenia. Podszedł do biurka, zainteresował się mapami, trochę licząc na to, że pokażą mu, gdzie konkretnie się znajdował i gdzie powinien się kierować, żeby opuścić bagna (a potem, znowu okażą się przydatne, bo poinformują go, gdzie trzeba będzie wrócić po ciało). Dopiero po przyjrzeniu się im, odwrócił się w stronę obrazu.
Zapatrzył się na portret ciemnookiego mężczyzny.
- Widziałem – rzucił w jego stronę. Założył ręce na piersiach. Zastanawiał się, dlaczego ktoś pozostawił w tym wnętrzu magiczny obraz. I czy istniał drugi taki sam, który pozwalałby namalowanemu na podróżowanie między nimi. A jeśli tak, czemu ten nie zdecydował się pomóc Hannah Johnson.



RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Bard Beedle - 11.02.2023

Większość papierów była zawilgła. Atrament już dawno wyblakł albo się rozpłynął tak, że nie dało się go odczytać. Patrick zobaczył też książkę, zbyt zapleśniałą, aby choćby ją otworzyć. Część map jednak – wszystkie wyglądały na narysowane przez amatora – była możliwa do odczytania, jeśli nie w całości, to przynajmniej we fragmentach.
Wyglądało na to, że ktoś, dawno temu, faktycznie rysował okolicę. I kiedy Steward się im przypatrywał, choć nie mógł stwierdzić, gdzie dokładnie w obrębie bagna się znajduje, miał szansę zorientować się, że prawdopodobnie właściciel tego miejsca oznaczył na mapie wioskę. Nie dało się odczytać całej nazwy, zaledwie jej część: „Little”. Takich miejscowości w całej Anglii było mnóstwo, nie wiedział więc, o jaką chodziło.
Istniała jednak całkiem duża szansa, że jeżeli dobrze odczytywał mapę, to leżała na północ od mokradeł. Problem polegały na tym, że nie był pewny kierunków świata, a same mokradła zajmowały chyba pokażą część mapy. Niestety, ta była w na tyle złym stanie, że ciężko było znaleźć jakieś punkty charakterystyczne. Wypatrzył zaledwie dwie „ocalałe” – z których jeden chyba miał oznaczać jakieś ruiny. Drugi… czerwony krzyżyk: cokolwiek miał oznaczać.
Portret była bardzo stary, lekko przekrzywiony. Niezbyt duży. Częściowo zniszczeniu uległy zarówno drewniana, prosta rama, jak i płótno. To pociemniało, w jednym miejscu nosiło ślady zacieków. W dolnym roku farba się łuszczyła i zaczynała odłazić. Uwieczniony na portrecie mężczyzna nie sprawiał zbyt przyjemnego wrażenia: ciemnowłosy, ciemnooki, z bujną brodą, odziany w typową, czarodziejką szatę, które zaczęły powoli wychodzić z mody jakieś sto czy dwieście lat temu.
Przez moment nie poruszał się, jakby w nadziei, że Patrick jednak niczego nie zobaczył. A potem wreszcie przemówił.
- Spryciarz – powiedział takim tonem, że nie brzmiało to jak komplement. – Widziałeś i co z tego, hę?



RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Patrick Steward - 13.02.2023

Patrick zmrużył oczy, skupiając główną uwagę od razu na czerwonym krzyżyku. To nie był ani czas, ani miejsce, a jednak zaczął się zastanawiać nad tym, co musiał oznaczać. W myślach obiecywał sobie nawet, że sprawdzi. I ruiny, i oznaczenie miejsca. Najwyżej zrobi z siebie durnia, ale robienie z siebie durnia specjalnie nie przeszkadzało Patrickowi. Gorzej, jeśli durnia robił z niego ktoś inny.
Ale najpierw musiał znaleźć sposób by dostać się do jakiegoś miejsca, gdzie zadziałałaby magia. Mógłby się wtedy aportować. Najpierw do dziadków (priorytety, zgłosić im że żyje, nic się z nim złego nie stało, ale jest pilna sprawa, którą musi się zająć), potem do Ministerstwa Magii, uruchomić całą machinę związaną z przetransportowaniem ciała Hannah, zawiadomieniem jej rodziny i tak dalej.
Mniej więcej o tym myślał, gdy spoglądał na portret ciemnowłosego mężczyzny.
- Zastanawiam się, czemu ktoś cię tu pozostawił – odpowiedział, dla kontrastu posyłając portretowi przyjazne spojrzenie. Dużo przyjaźniejsze niż uczucia, które w tym momencie kłębiły się w jego umyśle. Te były raczej z kategorii tych: morowych. Nie dał rady również się uśmiechnąć. – Masz jakąś alternatywną podobiznę gdzieś indziej, gdzie możesz się przemieszczać? – zainteresował się, choć trochę wątpił w taką możliwość.
Gdyby rzeczywiście tak było, mężczyzna na portrecie pewnie zaalarmowałby kogoś, że w ruinach drewnianego domku na bagnach właśnie kona jakaś młoda kobieta. A przynajmniej Steward postąpiłby w ten sposób na jego miejscu. Chyba, że ktoś celowo pozostawił go tutaj by czegoś strzegł.
- Nie chciałbyś się stąd wydostać? – zapytał po chwili. – Poza tym, że panuje tu trochę… grobowa atmosfera… – nieśmieszny żart, Patrick wiedział, że to bardzo nieśmieszny żart. – Ile temu domowi zostało czasu? Rok? Dwa? Przy dobrych wiatrach pięć? A potem się zawali. Szkoda by było, żebyś tu tak niszczał.
Podczas swoich słów, auror obrócił się w lewo i w prawo, jeszcze raz omiatając wzrokiem całe to domostwo. To nie była najsubtelniejsza dyplomacja, wiedział o tym, ale był trochę zdesperowany. Miał trupa w domu, zwodnika za oknem i zielonego pojęcia, gdzie się znajdował. Potrzebował informacji. Jeśli miałby za nie zabrać stąd stary obraz, to gotów był zabrać stąd stary obraz. Mógłby go nawet potem zanieść do oprawiacza by ten sprawił mu nową ramę i powiesić na ścianie w swojej kawalerce. To wszystko nie wydawało mu się wielką ceną za ratunek.



RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Bard Beedle - 13.02.2023

- Może z tego samego powodu, z którego zostawił wszystko inne – odparł portret zgryźliwym tonem. – Wyszedł i nie wrócił. Bezwartościowy gówniarz. Mam nadzieję, że utopił się w bagnie.
Mężczyzna z obrazu mógł mieć paskudny charakter albo żywił urazę wobec tego, w jakim miejscu przyszło mu egzystować. Ewentualnie w grę wchodziły oba.
- Mam – stwierdził ku zaskoczeniu Stewarda. – Nawet dwa. Położone w równie uroczych miejscach jak to – dodał z pewną goryczą w głosie. – Nie mam komu powiedzieć, że tu jesteś. A nawet gdybym miał, dlaczego miałbym to zrobić?
Cóż. Może niekoniecznie poinformowałby kogoś, nawet mając taką możliwość, że w tym domu powoli umiera kobieta…
Kolejne słowa Stewarda jednak wyraźnie wzbudziły w nim zainteresowanie. Ludzie z portretów byli tylko… namalowani, a jednak pod pewnymi względami zdawali się czasem zachowywać pewne elementy charakteru oryginału i jakiś instynkt samozachowawczy. Być może mężczyźnie z obrazu niekoniecznie uśmiechało się tkwienie tutaj, na powoli niszczejącym płótnie, po którym za parę lat nic nie zostanie.
- Spryciarz z ciebie, co? – oświadczył, choć ponownie określenie nie brzmiało ani trochę jak komplement. – Chcesz, żebym pokazał ci stąd drogę do Little Hangleton. Może nawet ją pamiętam…
Patrick przynajmniej dostał potwierdzenie. W pobliżu znajdowała się wioska, którą widział na mapie. O Little Hangleton mógł nawet słyszeć, bo chociaż była to miejscowość pełna mugoli, to nie brakowało w niej także czarodziejskich rodzin.
- …tylko skąd mam mieć pewność, że jak tylko cię stąd nie wyprowadzę, nie wrzucisz mojego portretu do jakiegoś jeziora? – dokończył, mierząc Patricka uważnym spojrzeniem. Coś w jego ciemnych oczach sugerowało, że kalkulował właśnie, czy układ się mu opłaca. Szacował ryzyko. Steward niestety miał rację, co do tego, że ta lokacja nie mogła przetrwać długo.
A ostatecznie istniały jeszcze dwa portrety, na które mógł się przenieść, gdyby Patrick postanowił się go pozbyć.
- Przyrzeknij – zażądał w końcu. – Zabierzesz mnie ze sobą, sprawisz mi nową, ładną ramę, a potem zadbasz, żebym zawisł w suchym miejscu. Jeżeli tak zrobisz, pomogę ci się stąd wydostać.
Jeżeli uzyskał przyrzeczenie, za progiem chaty faktycznie zaczął udzielać instrukcji. Niezbyt pewnych: zdawało się, że człowiek z portretu faktycznie doskonale zna, a raczej znał okolicę, ale wszystko musiało się zmienić od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Parę razy zmuszał Stewarda, by obracał się z nim wokół własnej osi albo podchodził do jakiegoś miejsca, tylko po to, by kazać mu potem zawrócić. Narzekał też dość chętnie na to, że to „wszystko kiedyś wyglądało inaczej” i „straszne, do czego musi się zniżać”. W końcu jednak, gdy zdawało się już, że celowo zwodzi Patricka… mgła zaczęła się przerzedzać. Nie minęło nawet bardzo dużo czasu: dom nie znajdował się wcale daleko od Little Hangleton, choć leżał w niemiłej lokalizacji i zapewne na granicy miejsca, gdzie przestawała działać magia. Tak czy inaczej, Patrick – zmęczony, ubłocony, mokry, z rękami trochę już obolałymi od dźwigania portretu – mógł zobaczyć najpierw normalną trawę i drzewa, a potem wreszcie zarys pierwszych zabudowań. Jego magia również wróciła: różdżka działała, a on mógł się teleportować.
O ile, oczywiście, chciał zaryzykować ponownie taką próbę…


RE: [kwiecień 72] Mgliste Mokradła - Patrick Steward - Patrick Steward - 14.02.2023

Patrick zapatrzył się na mężczyznę na obrazie. Miły czy nie, mógł być przydatny. I może nawet wierny, jeśli będzie brał pod uwagę, że Steward uratował jego istnienie. Póki co, oczywiście, to były tylko takie luźne myśli przelatujące mu przez głowę. Jeszcze nie wiedział ani co powinien zrobić z obrazem, ani czy cokolwiek należało z nim zrobić. Nie, nie planował wyrzucać go do jeziora, ale gdyby okazał się wyjątkowo męczący, auror pewnie zdobyłby się na sprawienie mu nowej ramy i zamknięcie w jakimś suchym składziku na miotły…
- Niektórzy tak mówią – zgodził się z obrazem, po raz kolejny ignorując nieprzyjemne tony w głosie namalowanego mężczyzny. Może rzeczywiście bywał spryciarzem, choć tym razem subtelność dyplomacji, na którą się właśnie zdobywał była raczej mocno wątpliwej jakości. Odwrócił się do biurka by sprzątnąć stamtąd jedną z map – akurat tę, na której dostrzegł ruiny i namalowany czerwony krzyżyk. Nie wiedział, czy cokolwiek z tej mapy da się jeszcze odczytać, ani jaki skarb mogła skrywać (a przez słowo skarb rozumiał wiele różnych, bardzo różnych rzeczy, niekoniecznie nawet przesadnie wartościowych). – Masz moje słowo – przyrzekł.
Późniejsza droga miała się okazać dla Patricka dużo trudniejsza niż przypuszczał. A jednak było w niej coś pokrzepiającego. Wreszcie wydawało mu się, że wiedział, gdzie idzie. Miał obok siebie również – choć marudzącego i niespecjalnie przyjaznego, ale przewodnika. I nawet jeśli nie powinien mu ufać, Steward zakładał, że na swój sposób obydwaj się szachowali i obydwu łączył ten sam wspólny cel: wydostać się z cholernego bagna.
Kiedy magia wreszcie wróciła, Patrick aportował się z obrazem w okolicach domu dziadków. Wiedział jak musiał się w tym momencie prezentować. I wiedział, że gdy pojawi się w drzwiach, zaczną mu zadawać mnóstwo pytań. Od tych najbardziej oczywistych, jak: „Na Merlina! Patrick! Co ci się, do licha, stało?!” przez „Spóźniłeś się dwie godziny! Czy wiesz, że się o ciebie baliśmy?!” na: „Czemu niesiesz ze sobą jakiś stary obraz?” skończywszy.
- Nie pytajcie – powiedział do nich na powitanie, uprzedzając wszystkie pytania, które mogły paść. – Wrócę i wszystko wam opowiem. Poznajcie Nicolausa de Viggena, właśnie pomógł biurze aurorów w rozwiązaniu sprawy zaginięcia Hannah Johnson – przedstawił ciemnowłosego mężczyznę na obrazie. – A teraz koniecznie muszę się aportować do Ministerstwa Magii.
Koniec sesji