[10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Theon Travers - 08.02.2023
10 kwietnia 1972, sklep Ollivanderów
Theon & Fergus
Brak różdżki potrafi być równie dotkliwy, co brak dłoni. Zwłaszcza dla czarodzieja. Będąc przyzwyczajonym do stosunkowo częstego posługiwania się magią, wykorzystywania jej nawet przy tych bardziej podstawowych czynnościach, Theon po prostu nie był w stanie zbyt długo odkładać w czasie wizyty w sklepie Ollivanderów. Była to dla niego jedna z tych spraw, którymi powinien był zająć się jeszcze wczoraj. Bez zbędnej zwłoki. I gdyby nie pewne przeszkody, które napotkał po drodze, najpewniej tak by to wyglądało. Tarah Travers źle przyjmowała odmowę, a Theon - jako jej syn - nie zawsze potrafił postawić na swoim, często decydując się rozegrać wszystko w taki sposób, w jaki od niego oczekiwali rodzice. Obydwoje. Dotyczyło to nie tylko matki.
Po randce niespodziance, którą przyszło mu odbyć z syreną, a następnie spotkaniu oraz rozmowie z siostrą, nie miał zbyt wielkiego wyboru. Pozbawiony różdżki, pozostawiony nad jeziorem, które znajdywało się stosunkowo blisko rodzinnej posiadłości Traversów, zmuszony był do złożenia wizyty matce, ojcu i babce. Ci zaś, zaskoczenie praktycznie żadne, zamiast ograniczyć się do krótkiej rozmowy, postanowili zatrzymać go na dłużej. Narzekali przy tym, iż zdecydowanie zbyt rzadko ich odwiedza. Bo przecież to wcale nie tak, że ledwie kilkanaście dni temu spędził w Szkocji kilka dni, biorąc udział w rodzinnym przyjęciu.
A także pozwalając im ogłosić swoje własne zaręczyny.
Dokładnie te zaręczyny, które przeszłością stały się w ledwie kilka dni później.
Do Londynu ostatecznie zdołał wrócić dopiero następnego dnia. Miało to miejsce późnym popołudniem. Wyczerpany po nieplanowanym, rodzinnym spotkaniu, nie bardzo miał ochotę na to, żeby opuścić cztery ściany własnego mieszkania. Nie pomagało nawet to, że te znajdywało się na Pokątnej, a cała wyprawa do sklepu nie mogła zająć więcej niż kilkunastu minut do godziny. Tyle co nic.
Tyle tylko, że to nic wolał w tamtym momencie przeznaczyć na odpoczynek.
Niedziela minęła, zaczął się poniedziałek. Całe szczęście był w stanie zaplanować wszystko tak, żeby nie musieć się nigdzie śpieszyć. Ogarnął się, przygotował sobie śniadanie, wypił kawę, wypalił też papierosa. A nawet papierosy. Tych było kilka. Po drugiego sięgnął, kiedy już dane było mu opuścić kamienicę, w której znajdywało się jego niewielkie mieszkanie. Dopalił go stojąc przed budynkiem, który usytuowany był prawie w samym centrum ulicy Pokątnej. Bardzo blisko nowo otwartej klubokawiarni Nora Nory, na którą pozwolił sobie nawet rzucić okiem. Kolejka nie była duża, ale... po kolejną kawę, zdecydowanie lepszą od tej, którą sobie przygotował w mieszkaniu, uda się w drodze powrotnej. Kiedy zdobędzie już nową różdżkę.
Pozostałości po wypalonym papierosie rzucił na chodnik. Przydepnął butem. Zgasił. Krzywiąc się nieznacznie z powodu pogody, zdecydował się zapiąć płaszcz. I ruszył w drogę. Godzina była stosunkowo wczesna, więc i ludzi na Pokątnej niewiele. Nieludzi również. Żadnych dzikich tłumów. Dawało to nadzieje, że również w sklepie Ollivanderów nie będzie trzeba się martwić o zbyt duży ruch; da się wszystko załatwić od ręki.
Tym też zainteresował się, kiedy wreszcie dotarł do celu. Nie zajęło mu to wiele czasu. Zanim otworzył drzwi, zajrzał do środka przez okno wystawowe, starając się ocenić jak wyglądała sytuacja. Nie umknęło mu, że przydałoby się je umyć. Widać zabrakło komuś czasu na kilka prostych zaklęć wykorzystywanych przy domowych porządkach. Nie oceniał. Sam również nieszczególnie się do takowych wyrwał. Wreszcie sięgnął w kierunku drzwi, naciskając klamkę, otwierając je.
- Dzień dobry. - odezwał się w kierunku pracownika, którego bez większych trudności był w stanie dostrzec z ulicy. To właśnie do niego skierował swoje kroki. Nie chciał tracić czasu na zbędne przeglądanie półek. Sam by się w tym wszystkim najpewniej zbyt szybko nie połapał. O ile w ogóle.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Fergus Ollivander - 13.02.2023
O tak wczesnej porze dnia, zwłaszcza w niezbyt przyjazną spacerowiczom pogodę, ruch był raczej marny. Można by wręcz śmiało stwierdzić, że wiało nudą. Cisza stawała się nieznośna, każde skrzypnięcie drewna czy najmniejsze poruszenie za witryną przykuwało uwagę. W powietrzu wciąż unosił się delikatny swąd spalenizny po zaklęciach rzuconych przez Brennę Longbottom, który pan Ollivander starał się zatuszować kadzidłami. Dusząca woń czegoś korzennego mieszała się z zapachem świeżej kawy, parującej z kubka na ladzie i wszechobecnym kurzem, nie ukrywając jednak śladu po wydarzeniach sprzed paru dni. Ci starsi sklepikarze, którzy od wielu lat przyjaźnili się z Garrickiem, wciąż żyli niezrozumiałym dla wszystkich włamaniem, podczas którego skradziono włosy jednorożców, jeden z najcenniejszych rdzeni różdżek. Nawet Fergus czuł lekki niepokój, wciąż czekając na wieści od brygadzistów w związku z powstaniem portretu pamięciowego jednej z podejrzanych – jasnowłosej kobiety o pyzatej twarzy, której za nic nie kojarzył, ale przez to wszystko starał się szukać czegoś znajomego w twarzach pojawiających się w sklepie klientów. Zgodnie z zaleceniem Brygady Uderzeniowej Ollivanderowie mieli wrócić do normalnego trybu pracy. Było to jednak zbyt trudne w chwili, gdy spora część towaru została zniszczona, a i sam budynek należało doprowadzić do porządku. Z dwojga złego chyba wolałby wielką groźbę na ścianie, o której dla żartu wspominała Brenna. Przynajmniej dodałoby to efektu grozy.
Korzystając z nieobecności ojca, który akurat załatwiał sprawunki w Banku Gringotta, a następnie – jak wykrzyczał, wychodząc – zamierzał złożyć wizytę Gregorowiczowi w sprawie jakichś patentów na różdżki, Fergus nie palił się zbytnio do pracy. Przeglądał stare szkice projektów, nanosząc na nich poprawki i drobne notatki, które miałyby nieco urozmaicić dotychczasowe pomysły. Garrick chyba by go wyklął, gdyby zorientował się, że jego syn zdecydował się tak bardzo ingerować w tradycyjne rzemiosło, dodając coś od siebie. Ale z racji tego, że go tu nie było… Upił łyk kawy, szybko jednak odstawiając kubek, gdy do pomieszczenia wszedł bardzo wysoki mężczyzna. W pierwszej chwili pomyślał, że to tamten archeolog z Egiptu z kolejnym dziwactwem do określenia jego pochodzenia, ale ten miał nieco ciemniejszy odcień włosów i był zdecydowanie wyższy. Kojarzył jego twarz z Pokątnej, ale niespecjalnie potrafił przypisać do niej nazwisko. A może widział go już u Nory? Tam przewijało się chyba pół magicznego Londynu.
- Dzień dobry – odpowiedział mu, od razu zadając sobie w głowie pytanie: naprawa, czy nowa różdżka? A może przybysz go zaskoczy? – W czym mogę pomóc? – zapytał jeszcze, podnosząc się z krzesła, na którym do tej pory siedział. – Nieprzyjemna pogoda. Może kawy?
Nie wiedział, skąd znalazły się w nim takie pokłady życzliwości względem zupełnie obcego człowieka, ale skoro już zaparzył sobie, mógł się podzielić. Dzbanek wciąż pozostawał pełen.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Theon Travers - 15.02.2023
Wydawać by się mogło, że mieszkając przy tak ruchliwej i popularnej ulicy jak Pokątna, człowiek będzie na bieżąco z tym, co działo się w tej części Londynu. Rzecz jasna Londynu magicznego. Pewne rzeczy ciężko było przeoczyć. Podobnie zdarzenia, sytuacje budzące w okolicy mniejsze bądź większe poruszanie. Theon potrafił jednak zachować względem tego na tyle duży dystans, żeby pozostawać do pewnego stopnia nieświadomym. Zajęty własnym życiem, swoimi problemami, nie bardzo nadążał za tym, co działo się tuż obok, niekiedy dosłownie za rogiem.
Nie można powiedzieć, żeby było mu z tego powodu jakoś tak źle.
Wchodząc do sklepu, nie mógł nie zwrócić uwagi na specyficzny zapach. Winę zrzucił w tym przypadku na kadzidła, wyklinając w myślach tego, kto wpadł na tak genialny pomysł. Nie było to szczególnie przyjemne. Na moment nawet zasłonił usta i nos dłonią. Moment krótki, bo zaraz doszedł do wniosku, iż było to działanie bezcelowe. A do tego również średnio wygodne. W zasadzie to wygodne wcale.
- Nowa różdżka. - odpowiedział na pytanie, zatrzymując się przed ladą. Na przeciwko Fergusa. - Kawy też nie odmówię, jeśli to nie problem. Pogoda rzeczywiście jest dzisiaj jakaś taka paskudna. - pozwolił sobie odrobinę ponarzekać. Nie bardziej jednak, niż to było konieczne. Byłoby to nie w jego stylu.
A i ludzie za marudami nie przepadali.
Przez chwilę czekał, pozwalając by Fergus zajął się czym tam zająć się potrzebował. Nie śpieszyło mu się jakoś szczególnie. A przynajmniej nie na tyle, żeby minuta w jedną bądź drugą stronę mogła uczynić choćby niewielką szkodę. W tym czasie raz jeszcze rozejrzał się po wnętrzu. Wcześniej na sklep spoglądał z ulicy, teraz miał na wszystko zdecydowanie lepszy widok. Sporo czasu minęło, odkąd miał okazje odwiedzić to miejsce po raz ostatni.
- Gareth Ollivander nadal się wszystkim zajmuje? - zapytał, cudem będąc w stanie przywołać (a przynajmniej tak mu się wydawało) imię mężczyzny, który zdaniem jego ojca, był naprawdę dobry w swoim fachu. Podobnie jak większość czarodziejów w Wielkiej Brytanii, Traversowie od lat korzystali z usług Ollivanderów. Konkurencja na tym polu była naprawdę mała. - Ostatnia różdżka spisywała się naprawdę dobrze, doskonały zakup. - dodał. I było to z jego strony naprawdę szczere wyznanie. Nie chwaliłby czegoś, z czego nie był rzeczywiście zadowolony. A z tej konkretnej rzeczy był. Bardzo. Służyła mu wiernie przez ostatnie lata. I gdyby nie ta cholerna syrena, nadal by z niej korzystał. Wielka szkoda, że skończyła na dnie jeziora.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Fergus Ollivander - 16.02.2023
Kiedy mieszkało się na Pokątnej, sztuką było ignorować wszystkie te wydarzenia, które działy się wokół. Główne działania czarodziejskiego świata, jeśli nie dotyczyły ministerstwa, działy się właśnie tutaj na skrzyżowaniu trzech najważniejszych ulic. W miejscu, gdzie nikt nie musiał ukrywać się z tym, że potrafił czarować, tak jak wśród mugoli. Gdzie – prędzej czy później – musiał pojawić się każdy czarodziej mieszkający w Wielkiej Brytanii. Takich rzeczy, jak chociażby różdżka, nie dało się zamówić sowią pocztą. Trzeba przyjść i przetestować, czy aby na pewno nadawała się do użytku i była kompatybilna z danym czarodziejem.
Widząc reakcję przybysza, Fergus machnął swoją różdżką, uchylając nieco drzwi. O ile sam zdążył już przywyknąć do woni tych przeklętych kadzideł, tak ktoś, kto dopiero co pojawił się w środku, obrywał nimi prosto w nos jak obuchem. Drugie machnięcie przywołało dodatkowy kubek, do którego nalał kawy ze stojącego nieopodal dzbanka i przesunął napój w kierunku klienta.
- Poprzednia zaginęła czy została zniszczona? – zapytał z czystej ciekawości. Jego ojciec zawsze lubił wiedzieć, co działo się z pierwszymi różdżkami czarodziejów, zwłaszcza gdy okazywało się, że pochodziły z ich sklepu. Prowadził jakieś dziwaczne raporty, wyliczając procent zniszczeń i wypadków, by dopracowywać kolejne twory. Jeśli zbyt często ulegały samozapłonowi, rezygnował z lakieru do drewna, którego dotychczas używał. Gdy przewagą stawał się wypadający rdzeń, pracował nad grubością drewna. Na zgubienie nic jednak nie mógł zaradzić poza propozycją zakupu czujnika wykrywającego.
- Ma pan na myśli mojego ojca? – zapytał, ledwo powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem. – Myślę, że Gareth bardziej mu pasuje, Garrick to takie przestarzałe imię – zażartował, jednocześnie poprawiając błąd przybysza. Dobrze jednak kojarzył, że Ollivanderowie w głównej mierze dobierali imiona na G, przynajmniej w tym starszym pokoleniu. Ojciec Fergusa odszedł od tej tradycji, przede wszystkim przez namowy matki, która miała swoje własne pomysły na nazwanie potomstwa. – Pochodziła od nas? Jeśli mogę zapytać, jaki rdzeń i drewno? To zdecydowanie ułatwiłoby poszukiwania nowej bez zbędnego zajmowania czasu nieudanymi próbami.
Sięgnął do górnej szuflady po jedną z magicznych miarek, którą od razu wypuścił w powietrze. Podleciała do mężczyzny, mierząc mu długość ramienia i inne parametry przydatne do doboru długości różdżki. Praktyka stosowana od lat, choć w przypadku dzieciaków nie zawsze się sprawdzała. Nigdy nie było wiadomo, na jak wysokie wyrosną, a zwykły przedmiot nie mógł tego przewidzieć. Fergus spisał sobie wszystkie centymetry z miary, zerkając do tabeli przygotowanej jeszcze przez pradziadka.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Theon Travers - 16.02.2023
Otwarcie drzwi nie poprawiło za bardzo sytuacji. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Potrzeba było na to najpewniej dłuższej chwili. Sam gest odebrany został jednak pozytywnie. Theon co prawda się nie skarżył, ale zapach odbierał jako naprawdę nieprzyjemny.
- Dziękuje.
Sięgnął po kubek z kawą, z zadowoleniem stwierdzając, że napój ma odpowiednią temperaturę. Całe szczęście. Nie żeby zamierzał narzekać. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby i te sprawy. Pozwolił sobie upić ze dwa łyki. Na spokojnie, bez pośpiechu. Następnie odstawił kubek z powrotem na blat. Uznał, że Fergusowi nie powinno to raczej przeszkadzać. Nie tracił czasu na dopytywanie się, celem zyskania pewności.
- Została pożyczona na wieczne nieoddanie. Syrenie. - odpowiedział na zadanie pytanie. I chociaż strata bolała, to nie było tego jakoś szczególnie czuć w tonie głosu, nie wskazywały na to dobrane przez Theona słowa. Travers nad rozlanym mlekiem przepłakał już wystarczająco czasu. - Czyli w zasadzie możemy uznać, że została zgubiona.
Nie bardzo przejął się pomyłką, kiedy chodziło o imię ojca Fergusa. Garrick, Gareth. Dla niego różnica w tym przypadku była praktycznie żadna. Nie musiał pamiętać. Miał pełne prawo imię przekręcić. I zdawał sobie z tego prawa sprawę.
- Pewnie dlatego nie pamiętałem. - pozwolił sobie tylko potwierdzić, że imię faktycznie było jakieś takie trochę przestarzałe. Czy faktycznie tak uważał? Nie do końca. Wśród czarodziejów zdarzały się dziwniejsze. Naprawdę niecodzienne. Cholera jedna wie, z jakiej bajki je wyciągnęli. - I tak. Kupiona jeszcze przed pierwszym rokiem Hogwartu. W... 1954 roku. - potrzebował krótkiej chwili, żeby to ogarnąć. Zapytany o datę ukończenia nauki, problem miałby dużo mniejszy. To nie miało miejsca aż tak dawno temu. Niby pamiętał z tamtego okresu bardzo dużo rzeczy, ale część szczegółów była rozmyta. - Szpon hipogryfa, a drewno to cis. Była trochę sztywna. Prosta, bez jakiś zdobień i innych takich... - wzruszył ramionami. Nie wiedział co więcej miałby tutaj powiedzieć. Jeśli Fergus czegoś jeszcze potrzebował, to musiałby zadać dokładniejsze pytania. Chociaż może nie było trzeba podawać większej ilości informacji? Nie bardzo już pamiętał jak to wyglądało poprzednim razem.
Pozwolił sobie ponownie sięgnąć do kubka. Upić kilka łyków. Tym razem nie zdecydował się odstawić naczynia z powrotem na ladę. Kubek przyjemnie rozgrzewał dłonie. Theon nawet lubił te uczucie. Szkoda, że praktycznie zawsze trwało to zbyt krótko. Szybko mijało. Trzeba było korzystać z okazji, kiedy się taka trafiała.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Fergus Ollivander - 19.02.2023
Odór kadzidła był okropny i Fergus nie przejąłby się nawet wtedy, gdyby mężczyzna przyznał to na głos. Nawet jeśli sam się przyzwyczaił, obawiał się, że po wyjściu z pomieszczenia na nowo zacznie go czuć – na swoich włosach i ubraniu, nie mogąc pozbyć się tej woni przez długie tygodnie. Tak przynajmniej sądził, biorąc pod uwagę, że cuchnął już wczoraj i żaden szampon, nawet ten od Potterów, nie zdziałał zupełnie nic poza faktem, że włosy kręciły mu się bardziej niż zwykle, nadając efekt „subtelnych fal”, jak to opisali na butelce. Może nie powinien był podkradać jej siostrze.
- Po co syrenie różdżka? – zapytał. Widać było, że jest naprawdę zdziwiony. Mimowolnie uniósł nawet brew, by wyrazić swoją konsternację tym problemem. – Powiem panu szczerze, że ostatnio jest jakaś plaga. Moją kilka dni temu próbowały ukraść chochliki kornwalijskie.
Sam nie był pewien, czemu podzielił się tą informacją z tym człowiekiem. Wydawał się jednak całkiem przyjazny w przeciwieństwie do niektórych klientów, których w ostatnim czasie miewał. Na odstawiony na ladę kubek nawet nie zwrócił uwagi. Gdyby jednak tak było, pewnie niespecjalnie by się tym przejął, uznając, że klient gdzieś musiał go postawić.
Wzruszył ramionami na niepamięć względem imienia. Póki nie było to jego własne, pomyłki go nie obchodziły. Dzięki temu mógł nawet robić na złość ojcu, przezywając go Garethem. Nadal utrzymałaby się tradycja nadawania w tym pokoleniu imion na literę G. Fergus naprawdę się cieszył, że jego to nie spotkało. W innym wypadku jakby się nazywał? Gus?
- Musiał się pan zatem do niej przyzwyczaić. Przykro mi z powodu straty – powiedział całkiem szczerze, dostrzegając w tym podejście własnego dziadka do traktowania różdżek jak ludzi. Gerbold zawsze twierdził, że te patyki są jak jego dzieci i wnuki, jeśli nawet nie bliższe.
Spróbował sobie przypomnieć, jakie efekty w rzucaniu zaklęć wzmacniała różdżka, którą posiadał wcześniej mężczyzna. Całkiem dobra w pojedynkach, rzucaniu zaklęć i klątw. Czasem drewno i rdzeń potrafiły powiedzieć o czarodzieju więcej, niż sam chciałby przekazać. Mimo wszystko to od danej osoby wciąż zależało, w jakim kierunku pójdzie, a różdżka tylko się dostosowywała. Przecież nie mogła za kogoś decydować, szepcząc mu do ucha niczym własne sumienie, prawda?
- Chyba wiem, co mogłoby panu pasować – powiedział po chwili zastanowienia, układając sobie w głowie informacje i przypominając, gdzie znajdzie dane różdżki. Na magazynie wciąż panował bałagan po włamaniu, ale mniej więcej się orientował. – Przepraszam na moment.
Zniknął w przejściu znajdującym się tuż za ladą, gdzie umieścili więcej różdżek niż te w głównej sali sklepu. Rozglądał się szybko za wszystkimi potrzebnymi pudełkami, by po krótkiej chwili wrócić z czterema podłużnymi opakowaniami o ciemnej barwie. Na końcu każdego z nich znajdowała się krótka adnotacja na temat tego, co znajdowało się w środku. Rozłożył je na ladzie, otwierając wszystkie pudełka i prezentując klientowi różdżki.
- Szpon hipogryfa, który pan już zna. Pozostałe to włókna z serca smoka, raczej dość kompatybilne z właścicielem, o ile nikt nie postanowi ponownie ukraść panu różdżki – wyjaśnił, uśmiechając się nieco na ostatnią uwagę. Nie spodziewał się jednak, by mężczyzna zdecydował się na kolejną kąpiel w jeziorze po spotkaniu z syreną. Wskazał na pierwszą z różdżek, tę z pazurem hipogryfa, o szarawym drewnie, nieco wygiętą przy rękojeści i zaczął mówić dalej: - To jest tarnina, odpowiednia dla kogoś lubującego się w pojedynkach, ale trzeba sobie zaskarbić na jej sympatię.
Przeniósł dłoń na kolejną, ciemnobrązową, prostą, z zaledwie kilkoma runami wyrytymi w drewnie.
- Grab, w połączeniu z włóknem smoczego serca bardzo łatwo dostosowuje się do właściciela, niezależnie od tego, w czym się specjalizuje.
Ponownie przeniósł rękę w kierunku trzeciej różdżki, nieco jaśniejszej od poprzedniej, posiadającej nieco grubszą rękojeść, dostosowaną do tego, by wygodniej leżała w dłoni.
- Hikora, nie da się tak łatwo ukraść jak poprzednie. Podobno potrafi sama z siebie zaatakować potencjalnego złodzieja, ale nie wierzyłbym w te pogłoski. Sami jeszcze tego nie przetestowaliśmy.
Wskazał w końcu na ostatnią różdżkę, również z ciemniejszego drewna, prostą, bez zbędnych zdobień, być może przypominającą tę poprzednią, która należała do Theona.
- Głóg. Wytwórcy różdżek mają o nim raczej sprzeczne opinie. Ta różdżka raczej będzie lubiła kogoś zdecydowanego, nadaje się zarówno do pojedynków, jak i do leczenia. Tylko radziłbym uważać, bo z sercem smoka wewnątrz czasami się buntuje i wali rykoszetami.
Odsunął się nieco, pozwalając mężczyźnie przetestować różdżki. Gdyby żadna z nich nie zadziałała, poszuka czegoś więcej. Ewentualnie zastanowi się nad odtworzeniem poprzedniej, chociaż to kosztowałoby nieco więcej ze względu na to, że Ollivanderowie musieliby zacząć od zera.
RE: [10 kwietnia 1972] Theon & Fergus, sklep Ollivanderów - Theon Travers - 07.03.2023
Theon wiedział coś niecoś na temat podkradania rzeczy siostrze i potencjalnych konsekwencji takich działań. Choć od dawna już on i Geraldine mieszkali osobno, pozostawało całkiem sporo wspomnień, które przywołane mogłyby raz a porządnie wytłumaczyć Ollivanderowi dlaczego pewnych rzeczy lepiej jest jednak unikać. No ale, że na ten temat nic nie wiedział, to i mówić też nie było o czym.
Inaczej niż w przypadku syreny i różdżki.
- Nie jestem do końca pewien, ale możliwe, że zachowała ją sobie na pamiątkę. - wzruszył ramionami. Strata różdżki co prawda trochę bolała, a całe to spotkanie z syreną nie zaliczało się do najprzyjemniejszych, ale przecież nie będzie się z tego powodu nad sobą użalać. Dużo lepszym wyjściem wydawała się próba obrócenia tego w żart. Może z biegiem czasu zacznie on nawet Traversa bawić? Nadzieja w końcu umiera ostatnia. - Jeśli nie stanowiło to elementu jakiś dziwnych zalotów, to niestety, ale wydaje mi się, że za moją historię byliby skłonni zapłacić więcej w Czarownicy czy jakimś innym czasopiśmie.
Tak tylko strzelał, bo i nigdy nie miał okazji sprzedać własnej historii. Ani też napisać artykułu do jakiejkolwiek gazety. W zasadzie, to z gazetami miał tyle styczności, że czasem jakaś trafiła w jego ręce. Raczej przypadkiem niż celowo. A i w takich momentach ograniczał się do przeczytania pierwszej strony, zainteresowania się jakimiś krzyżówkami czy innymi rebusami bądź wykreślankami. Cokolwiek dorzucone było dla rozrywki.
- Jakoś to przeżyje. - tymi słowy zareagował na Fergusowe przykro mi z powodu straty. Padło to z jego ust trochę tak po to, żeby cokolwiek powiedzieć. Czułby się chyba trochę tak nieswojo, gdyby to zignorował.
Kiwnął głową, kiedy ten zakomunikował mu, że wpadł mu do głowy jakiś pomysł dotyczący różdżki. Nie zatrzymywał Fergusa, cierpliwie czekając na jego powrót. Napił się ponownie kawy, korzystając z tego, że kubek znajdywał się nadal w jego dłoniach. Naczynie zdecydowanie zbyt szybko traciło swoje ciepło. Zbyt szybko też znikała jego zawartość.
Stanie w jednym miejscu niekoniecznie pasowało do Theona, dlatego też podczas tych kilku minut, zaczął zwiedzać sklep. Tę jego część, która była przeznaczona dla klientów. Niewiele z tego ogarniał. Nie bardzo wiedział co z czym połączyć. Różdżki to nie bajka Traversa. Mógł natomiast na spokojnie policzyć kartony znajdujące się na każdym regale, ignorując zarazem ich opisy.
I to też robił, kiedy Fergus wrócił.
Oczywiście z miejsca zainteresował się umieszczonymi na ladzie różdżkami. Uważnie się im przyjrzał, wysłuchał tego, co na temat każdej z nich miał do powiedzenia. Zajęło mu to chwilę, ale wreszcie sięgnął w kierunku pierwszej z różdżek. Zdecydował się na grab, który zaczął obracać w dłoni, sprawdzać jak leży, na ile jest wygodna.
- Zobaczmy... - chwilę zastanawiał się nad wyborem odpowiedniego zaklęcia. Czegoś przydatnego, a zarazem nadającego się do tego, aby przetestować nim różdżkę w sklepie. Nie chciał przecież wywołać tym sposobem większego zamieszania. - Accio - zdecydował się wreszcie na przywołanie jednego z pudełek, znajdujących się na pobliskim regale. Efekt niestety daleki był od zamierzonego. Tyle dobrego (albo i niekoniecznie), że nie żaden. Pudełko podskoczyło, zsunęła się z niego pokrywka. I na tym koniec. Przepraszające spojrzenie posłał w kierunku Fergusa, sięgając po kolejną. I tutaj jednak nie można mówić o sukcesie. Albo o czymś, co sukces mogło chociażby przypominać. Pudełko nawet nie drgnęło. Nieco inaczej wszystko wyglądało przy różdżce trzeciej. Pudełko wreszcie opuściło regał, nawet blisko było dotarcia do Theona, ale ostatecznie wylądowało u jego stóp. I pomyśleć, że z translokacją nigdy dotąd nie miał problemu. - Czuje się jak kompletny antytalent. - skomentował całą tą sytuacje. Nie schylił się jednak po pudełko. Zamiast tego zdecydował się podnieść je przy pomocy czwartej różdżki.
Niestety, to również niekoniecznie mu się udało.
- Hikora zdaje się być najbliższa temu czego szukam, ale... - czy musiał dodawać coś więcej? Efekt mówił sam za siebie. Współpraca była względnie poprawna, ale od ideału nadal daleka. - ...chyba nie jestem pewien czy to faktycznie jest to. - z tymi słowy schylił się po pudełko. Z zainteresowaniem rzucił okiem na to, co do nich przywędrowało. O czymś takim chyba jeszcze nie słyszał. - Kolce białego rzecznego potwora? - zapytał, wręczając pudełko Fergusowi. W oparciu o opis można było potwierdzić rdzeń oraz poznać drewno. Drzewo różane. Średnio sztywna, niezbyt długa. Elegancka.
Skąd tego rodzaju różdżka u Ollivanderów? Ciekawość nie została zaspokojona, ale też Theon nie drążył. Pozwolił, żeby Ollivander odłożył pudełko na właściwe miejsce. Następnie wrócili do właściwego tematu, a sam Theon dokonał zakupu. Padło na dokładnie taką samą różdżkę jak ta, którą utracił w wyniku swojego spotkania z syreną.
Koniec sesji
|