Secrets of London
[17.03.72] To tylko odrobina wody... - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [17.03.72] To tylko odrobina wody... (/showthread.php?tid=941)

Strony: 1 2


[17.03.72] To tylko odrobina wody... - Mackenzie Greengrass - 10.02.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Mackenzie niemal zawsze wstawała wcześnie.
Była to rutyna, wyrobiona u niej z tego samego powodu, co wiele innych zwyczajów – ze względu na miotły i qudditch, którym podporządkowała niemal całe swoje życie. Trzy razy w tygodniu dość wcześnie mieli treningi Srok, a to oznaczało kolejność ogarnięcia się i za pomocą sieci Fiuu przemieszczenia najpierw do Edynburga, potem do Montrose i dolecenia na stadion. Jeśli akurat nie trenowali – i tak jeszcze przed świtem szła pobiegać, zanim ulice zaroją się od czarodziejów. A że lekkie, pożywne śniadanie było bardzo ważnym posiłkiem dla sportowca, musiała mieć też czas,
Wielką, mokrą plamę na suficie i ścianie (która przylegała do mieszkania naprzeciwko – tak, że za nią znajdowało się pomieszczenie lokalu Lovegooda) Mackenzie dostrzegła więc dość wcześnie. Było jakoś po szóstej, gdy ubrana w szarą bluzę i ciemne spodnie,  z włosami związanymi w kucyk, gotowa do wyjścia na bieganie Greengrass weszła do salonu, połączonego z kuchnią. W pierwszej chwili wprawdzie nie dostrzegła niczego podejrzanego, i zdążyła nawet przygotować koktajl owocowy, nim usłyszała coś, co brzmiało jak kapanie…
…i wreszcie dostrzegła obraz zniszczenia.
Mackenzie stała po prostu przez chwilę, z niedowierzaniem przypatrując się plamie wilgoci, która zdawała się wręcz powiększać na oczach dziewczyny. Mokra była już cała ściana – gdzieś przez głowę Kenzie przeszła myśl, że to idealne warunki do wyhodowania grzyba… W pierwszej chwili pomyślała z rozpaczą, że czeka ją malowanie, a przełom marca i kwietnia był najgorszym czasem na takie rzeczy: właśnie zaczynał się sezon i po stosunkowo spokojnych grudniu, styczniu i lutym, gdy poza ćwiczeniami siedziała we własnym mieszkaniu, absolutnie nie miała czasu na takie rzeczy.
Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niej, że należało najpierw zlokalizować źródło problemu. Czy u Thedore’a w łazience pękła jakaś rura? A może Lovegood urządził dziką imprezę – której mogła nie usłyszeć, bo dość regularnie rzucała na ścianę silenco, jeśli akurat nachodziła go chęć na granie po nocy… - i zalali ścianę jego salonu tak mocno, że przemokło wszystko z góry? A może to jej własna łazienka, sąsiadująca z salonem? Tknięta tą myślą szybko sprawdziła, ale wyglądało na to, że choć w samej łazience kawałek ściany też jest mokry, to problem nie tkwi w jej mieszkaniu… Ewentualnie chodziło o sąsiadkę z góry – Mackenzie nie mogła sobie nawet przypomnieć, kto nad nią mieszka. Minął rok, odkąd się tutaj wprowadziła, ale liczne rozjazdy, absolutny brak pamięci do twarzy i ujemne umiejętności społeczne sprawiały, że w sąsiedztwie poza szkolnym kolegą zdążyła dobrze poznać głównie miłego pana z parteru i pewną staruszkę, która uwielbiała kwiaty.
Wypadła w końcu z mieszkania, by rozpocząć poszukiwania źródła problemu od mieszkania naprzeciwko. Jeśli nawet to nie u niego dokonano zalania, prawdopodobnie jego ściana też była cała mokra.
- Theodore! – zawołała, uderzając w drzwi mieszkania sąsiada. Mocno, bo podejrzewała, że o tej porze Lovegood może jeszcze spać. – Czy to twoja wina, że w moim salonie zaczyna się potop?!


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Theodore Lovegood - 11.02.2023

Kiedyś, bardzo dawno temu, zdarzało mu się wstawać tak wcześnie. Było to w czasach Hogwartu, gdy wcześnie rano chodził na treningi z drużyną. Te czasy jednak dawno minęły. Po ukończeniu szkoły nie miał już powodu, by męczyć się budzeniem się o zmierzchu. Praca w teatrze pozwalała mu kłaść się późno i wstawać o ludzkich godzinach.
Długo nie dawał znaku życia. Pukanie wyrwało go z głębokiego, miłego snu i musiała minąć chwila, nim oprzytomniał się na tyle, by się podnieść z łóżka, zorientować się skąd dochodził hałas, odnaleźć szlafrok, z półprzymkniętymi oczyma dotrzeć do drzwi, rozwikłać skomplikowaną zagadkę ich zamka. Wszystkie te czynności wykonywał półprzytomnie, wciąż nie do końca rozbudzony.
W końcu, gdy już mogła zacząć się martwić, że coś mu się stało, otworzył drzwi. Oczy miał ledwo otwarte. Para loków na jego głowie zaprzeczała prawom grawitacji, wystrzelając w górę jak dwa małe różki szatana. Ubrany był szlafrok, którego jakimś cudem nie zapomnieć nałożyć mimo swojego stanu, oraz kołdrę, którą narzucił na plecy niczym pelerynę. Westchnął niczym parowóz próbujący ruszyć do przodu, ale mający na to za mało mocy w silnikach.
- Mackenzie? Co się dzieje? Jest środek nocy – spytał, zdziwiony widząc o tak wczesnej porze swoją sąsiadkę w drzwiach. Przetarł oczy, z trudem próbując się skupić na tym, co mówiła.
- Wiesz, wyrwałaś mnie z takiego fajnego snu. Byłem kapitanem statku i marynarze byli pod wielkim wrażeniem sposobu, w jakim nimi dowodziłem. Przekazywałem im same dobre rady i polecenia, a oni klepali mnie wdzięczni po plecach, byłem świetny – wyjaśnił co w tym momencie dudniło w jego głowie dużo bardziej niż jej ostrzeżenie o zalaniu. W jego głosie było trochę żalu do sąsiadki. Nie zdradził tego blondynce, ale we śnie wiadomym dla niego było, choć nikt mu tego głośno nie powiedział, że płynęli na wyspę pełną miłych i pięknych syrenek. Przez Mackenzie nigdy już tam nie dopłynie. Co za okropne rozczarowanie na sam początek nowego dnia.
- Było tam dużo wody, ale to tak nie działa. Nie mogłem wywołać powodzi przez sen – zripostował jej zarzut i przechylił głowę w bok, przymykając przy tym oczy, jakby miał zamiar ponownie zasnąć na stojąco i wrócić do sennych poszukiwań rajskiej wysepki.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Mackenzie Greengrass - 11.02.2023

- Jest… szósta piętnaście, nie środek nocy – odparła Mackenzie, odruchowo zerkając na zegarek. Sądząc po tym, że nie wyglądała na ani trochę zaspaną, była ubrana i uczesana, dla niej ranek trwał już od jakiegoś czasu. Nie była zaskoczona ani tym, że Lovegood wydaje się półprzytomny, ani że pojawił się odziany w szlafrok oraz kołdrę. I nawet nie chodziło o to, że Greengrass była skłonna spodziewać się po nim niemal wszystkiego (chociaż owszem, spodziewała się). Zawsze miała ogólnie ludzi za nieco dziwne stworzenia, których za nic nie można zrozumieć, więc pewne zachowania, które niemal każdemu wydałyby się dziwne, dla niej mieściły się w „no ludzie tak mają, prawda?”.
Opowieść o byciu kapitanem statku wrzuciła właśnie do tej szufladki. Gdyby miała trochę złośliwszą naturę albo chociaż nie była tak skupiona na potopie w mieszkaniu, może wspomniałaby coś o tym, że kapitan na statku wstaje rano, albo rzuciła jakąś uwagę odnośnie tych dobrych rad. Nie przyszło jej to nawet do głowy.
- Mogłeś – stwierdziła więc tylko, marszcząc brwi. – Jesteś czarodziejem, prawda?
Wprawdzie spontaniczne manifestacje magii zdarzały się głównie dzieciom, ale Mackenzie podejrzewała, że jeśli ktoś byłby zdolny do dokonania takiej manifestacji przez sen jako dorosły, to tą osobą mógłby być Lovegood.
- Skup się – poprosiła, lekko dźgając go palcem, kiedy jego głowa nagle przechyliła się na bok. Green naprawdę przez moment miała wrażenie, że Theodore po prostu zaśnie, stojąc w progu. Podobno niektórzy, bardzo zmęczeni ludzie, potrafili łapać drzemki w pozycji stojącej, chociaż ciężko było jej uwierzyć, że akurat Lovegood mógłby być aż tak zmęczony… - Ściana mojego salonu jest cała mokra. I kiedy mówię cała, mam na myśli plamę wielkości ze dwóch metrów. To ta sama ściana, która graniczy z twoim mieszkaniem. Nie pękła ci rura w łazience? A jeśli nie, to mogę obejrzeć twoją ścianę i sufit?
Musiała ustalić, co zalewa jej mieszkanie. Jak najszybciej. Jeśli nie Theo, to zapewne albo ktoś mieszkający nad nią, albo nad nim, a sprawdzenie, jak wyglądają szkody u niego, mogło dać odpowiedź. Nie miała czasu na remonty. Właściwie nie miała czasu nawet rozmawiać z Theodorem, według planu dnia powinna skończyć śniadanie trzy minuty temu i już biec Horyzontalną… O dziewiątej miała przymiarkę nowych szat do quidditcha i absolutnie nie mogła się na to spóźnić.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Theodore Lovegood - 12.02.2023

- Ale szósta to środek nocy – zripostował marudnym tonem, święcie przekonany o swojej racji. Kładł się grubo po północy, przez co jego rytm dobowy był taki, że o tej godzinie jego ciało dążyło do tego, by ukryć się pod kołdrą w ciepłym łóżku. Wyrwane ze snu uparcie wysyłało mu do głowy sygnały, że powinien wrócić do krainy Orfeusza. Opanował chęć odpłynięcia i skupił się na rozmowie.
- Czarodziej czy nie, dobry kapitan nie zatopiłby swojego okrętu – dodał ze zmieszaną miną. Spodziewał się, że Mackenzie wyrazi skruchę i przeprosi go za przerwanie fajnego snu, ale niestety się nie doczekał. Było to trochę niegrzeczne, ale mimo tego był gotowy jej wybaczyć to przewinienie, bo okoliczności trochę ją usprawiedliwiały.
Szturchnięty otworzył ponownie oczy, po czym przetarł je dłonią, wzdychając przy tym niezadowolony, bo zmuszany był do niezasypiania. Powoli docierało do niego, o czym mówiła, bo wcześniej połowa jej słów nie przebijała się do jego świadomości. Odsunął się w bok, by wpuścić ją do środka.
- Jasne, możesz obejrzeć, jeśli chcesz – powiedział i przepuścił ją w drzwiach, a później sam będąc zaciekawiony losem mieszkania Mackenzie, przeszedł w głąb swojego mieszkania. Minął przedpokój o białych ścianach, na których miał porozwieszane zdjęcia rodziny i znajomych, a następnie, po minięciu uchylonego przejścia do zaśmieconej sypialni, skręcił w kierunku jednolitych drewnianych drzwi prowadzących do łazienki. To za jej ścianą znajdowało się zalewane mieszkanie blondynki.
Pomieszczenie utrzymywał w miarę schludnym stanie, ale nie było to widoczne z powodu wielkiej, mokrej plamy na suficie, która rozszerzała się w kierunku ścian. Widok ten otrzeźwił go. Otworzył szeroko oczy i wyprostował się, przytomny tak bardzo, jak tylko mógł, biorąc pod uwagę krótki sen.
- Mój landlord się wścieknie - skomentował głośno i otworzył szeroko usta, zaskoczony, że ot tak, z niczego, spadł na jego głowę duży problem. Mackenzie miała mieszkanie na własność, przed nikim nie musiała się tłumaczyć, jego zaś czekała długa rozmowa o tym, dlaczego łazienka była w opłakanym stanie. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał w konsekwencji tego zdarzenia z własnej kieszeni płacić za naprawy.
- To raczej nie u mnie. Woda musi iść z góry, spod dziesiątki, od pani Weasley – stwierdził po chwili namysłu, cały czas gapiąc się na rosnącą plamę jak zaczarowany. Sąsiadka z góry miała bardzo charakterystyczny wygląd. Mimo zaawansowanego wieku na jej głowie nie było śladu siwizny, wciąż miała gęste, rudawe włosy. Theodore uznawał ją za miłą panią, emerytka była gadatliwa i bystra, choć trochę kłótliwa. Ta akcja jednak z pewnością sprawi, że pani Weasley zapikuje w dół na liście najfajniejszych sąsiadów.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Mackenzie Greengrass - 13.02.2023

- Aha – podsumowała Mackenzie lakonicznie słowa o dobrym kapitanie, bo to była jedna z tych okazji, w których nie miała pojęcia, jak zareagować na coś, co powiedział Lovegood. Nie była nawet pewna, czy takie wypowiedzi były po prostu elementem specyfiki Theodore’a czy stanowiły tę ogólną „dziwność” ludzi, jedną z tych, których zupełnie nie umiała zrozumieć.
Przeszła przez przedpokój, czując na sobie wzrok licznych krewnych i znajomych sąsiada. W jej własnym mieszkaniu były całe dwa zdjęcia, jedno przedstawiające drużynę Gryffindoru, drugie stosunkowo świeże, z drużyną Srok. Zamiast fotografiami dekorowała salon raczej kwiatami. Może gdyby była w nastroju do przemyśleń, przyszłoby jej do głowy, że ona i Theodore różnili się chyba niemal pod każdym możliwym względem i nawet wystrój mieszkań to potwierdzał.
W tej chwili interesowała ją jednak tylko ściana.
I tak – ta w mieszkaniu Theo wyglądała jeszcze gorzej niż w lokalu Mackenzie.
- Da się to naprawić. Trochę suszenia, farby i transmutacji. Tylko musi przestać cieknąć… - wymamrotała Greengrass, na jego słowa o tym, że landlord się wścieknie. Ona niby nie miała żadnego landlorda, ale sama nie była szczęśliwa, że jej mieszkanie wygląda w tej chwili w ten sposób.
- Weasley? – zdziwiła się. – Och, to może dlatego wczoraj w Fontannie wszystko wyglądało, jakby mieli wielki zlot rodzinny – stwierdziła, bo owszem, nie zdążyła do tej pory się zorientować, piętro wyżej mieszka członkini tego rodu. Może i minęła ją nawet raz czy dwa na schodach, ale Mackenzie jakoś takie spotkania wyrzucała z pamięci. Nawet nie ze złej woli, po prostu tak działał jej umysł.
- Pora ją odwiedzić – zdecydowała, obracając się na pięcie. Nie sprawdzała, czy Lovegood zdecydował się iść za nią, czy nie, po prostu wymaszerowała najpierw z łazienki, potem z mieszkania i wbiegła na trzecie piętro, przeskakując co drugi schodek. Zwykle nie pchała się do kontaktu z obcymi ludźmi, ale w tej chwili chodziło o Poważną Sprawę. Nie życzyła sobie zalanej ściany, zalanego sufitu, pleśni w mieszkaniu i irytowała się w duchu, że niespodziewany potop psuje jej plany na dzisiejszy dzień.
Zapukała. Raz, drugi, trzeci. Potem walnęła w drzwi mocniej, bo w końcu sąsiadka też mogła spać.
- Pani Weasley! – zawołała, nie dbając o to, że może obudzić sąsiadka z naprzeciwka. – Zalewa nas pani! Proszę otworzyć!
Nie było odpowiedzi. Mackenzie nacisnęła klamkę, ale ta nie ustąpiła. Dziewczyna syknęła i biegiem ruszyła do swojego mieszkania, pokonując schody w iście maratońskim tempie, najpierw w dół, a potem z powrotem w górę – wróciła z różdżką.
Nic jej nie obchodziło, że to będzie włamanie, w takiej sytuacji czuła się do niego uprawniona.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Theodore Lovegood - 13.02.2023

- Co za beznadzieja – stwierdził, gdy wymieniła listę wszystkich czynności, jakie były potrzebne, by odnowić ścianę. Może przemawiała przez niego senność, ale brzmiało to wszystko dla niego dosyć złożenie. Westchnął tak, jakby znalazł w swojej łazience co najmniej martwego krewnego, a nie kawałek mokrej ściany, po czym obrócił się w stronę Mackenzie.
- Byłaś wczoraj w Fontannie? - spytał się zaciekawiony. Czasami martwił się o Greengrass. Tylko treningi i treningi, a potem mecze. Dobrze było więc usłyszeć, że znajdowała czas na rozrywkę i otwierała się na ludzi, aż się uśmiechnął do niej ciepło, mimo tego, że w tym momencie martwił się o swoje mieszkanie. Z drugiej strony – była to informacja dosyć przykra. Skoro dzisiaj o szóstej była na chodzie, to znaczyło, że wczorajsza impreza nie była wystarczająco szalona. - Jeśli będziesz chciała się w przyszłości zabawić, to mogę zaprowadzić cię w lepsze miejscówki – zaoferował się. Fontanna Szczęśliwego Losu była spoko, co więcej znajdowała się tuż pod nosem, ale w Londynie było o wiele dużo ciekawszych miejsc, częściej odwiedzanych przez dzieciaki w ich wieku.
Ruszył za Greengrass na górę. Choć widok zalanej łazienki dał mu adrenalinowego kopa, to jednak nie na tyle silnego, by nagle zaczął biegać. Poruszał się w ślimaczym tempie, wciąż trzymając kołdrę blisko siebie. Gdy wspiął się wreszcie po schodach, blondynka już zbiegała w dół z nowym pomysłem. Nie ruszył za nią, nie chciało mu się. Zatrzymał się przy drzwiach.
Czarodzieje mieli różne specjalności. Niektórzy dobrzy byli w transmutacji, niektórzy mieli niezwykłą pamięć, inni latali świetnie na miotle. Theodore jedyne co miał, to swoja charyzma i używał jej do pokonywania każdego wyzwania. Nawet jeśli tym wyzwaniem było wyważenie drzwi.
Zapukał, ale dużo bardziej delikatnie niż blondynka. Z wyczuciem, z taktem, choć wciąż zdecydowanie.
- Pani Weasley, nie jesteśmy źli. Naprawdę się nie gniewamy. Zalała nas pani, stało się, mówi się trudno. Proszę otworzyć, chcemy się tylko upewnić, że wszystko jest w porządku – powiedział z czułością do drzwi, obawiając się, że po drugiej stronie może czuwać spanikowana staruszka, która bała się zmierzyć ze zdenerwowanymi sąsiadami. Do swojej przemowy dorzucił kilka nienachalnych puknięć, ale, mimo włożenia całego swojego serca w przemowę, nie udało mu się przekonać drzwi do otworzenia się. Po tej porażce nie pozostało mu nic innego jak poczekać na powrót Mackenzie.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Mackenzie Greengrass - 13.02.2023

- Wpadłam się napić piwa – przytaknęła Mackenzie. – Chodzę tam raz na parę miesięcy.
Bary odwiedzała nieco częściej niż konkretnie Fontannę, choć zwykle wybierała te z dala od Horyzontalnej, robiła to maksymalnie raz na dwa tygodnie i zazwyczaj sięgała po bardzo słabe albo pozbawione alkoholu napoje. Puby dawały z jednej strony okazję do ucieczki od kieratu, w którym zwykle funkcjonowała, z drugiej zapewniały – zwłaszcza dzięki mocy metamorfomaga – pewną anonimowość. Samotność w tłumie. To była jedyna forma przebywania w tłumie, jaką potrafiła uznać za prawie przyjemną.
- Nie jestem pewna, czy tak samo rozumiemy zabawę… – dodała na propozycję z pewnym namysłem. Miała niejasne wrażenie, że dla Theodore’a oznaczało to na przykład dużo picia, dużo rozmawiania z ludźmi, jakieś granie i tak dalej, a może nawet, o zgrozo, oczekiwałby, że Mackenzie spróbowałaby flirtować z jakimiś klubowymi bywalcami.
Dla niej zabawą było latanie na miotle: długie włóczęgi, gdy nigdzie nie musiała się spieszyć albo skomplikowane manewry, wykonywane dla czystej zabawy, nie pod okiem trenera czy z drużyną. Nawet odwiedziny w Fontannie traktowała raczej jako coś w kategoriach zmiany środowiska niż pójścia się zabawić.
Wszelkie puby odeszły jednak w zapomnienie, gdy ruszyła rozwiązać tajemnicę drzwi. Jak burza przemknęła obok Theodore’a na dół, a potem przybiegła z powrotem, gdy on właśnie kończył swoje czułe wypowiedzi.
- Pewnie nie ma jej w domu. Odsuniesz się? – poprosiła, celując różdżką w zamek. – Alohomora!
Czar nie przyniósł efektu, choć charakterystyczny poblask sugerował, że Mackenzie rzuciła zaklęcie poprawnie. Greengrass zmarszczyła brwi: najwyraźniej pani Weasley zadbała o podstawowe zabezpieczenia przez złodziejami.
Dziewczyna nie miała jednak zamiaru się podać. Nie, kiedy coś niszczyło jej mieszkanie.
Ponowiła próby, a dwa inne zaklęcia zostały odbite. W końcu Mackenzie schowała po prostu różdżkę i z całej siły walnęła w drzwi barkiem. Jak się okazało – pani Weasley tak skupiła się na zabezpieczaniu wejścia magią, że drzwi same w sobie wykonane były z taniej sklejki i ustąpiły przed prostym, fizycznym atakiem.
Wpadły do środka, a Greengrass – razem z nimi. Po to, by wylądować na podłodze w przedpokoju.
Wilgotnej podłodze, pokrytej cieniutką warstewką wody…
- Jasny szlag – wymamrotała, klękając i spoglądając w stronę lekko uchylonych drzwi łazienki.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Theodore Lovegood - 17.02.2023

Westchnął głośno, rozczarowany tym, co usłyszał. Co za nieodpowiedzialne zachowanie! O roślinkach pamiętała, by je nawadniać regularnie, a samą siebie podlewała towarzysko raz na kilka miesięcy. Według Theodore’a takie zachowanie było wprost niebezpieczne, mogła skończyć jak jego kaktus, wyschnięta na wiór, opuszczona i martwa od środka. Uznał, że jeśli on nie pomoże Green, to nikt inny tego nie zrobi. Będzie musiał ją trochę powyciągać z domu (z lub bez jej zgody), bo inaczej dziewczyna zupełnie obeschnie z tęsknoty za ludźmi i przygodami.
Oczywiście miał świadomość, że nie każdy był jak on. Niektórzy byli bardziej zamknięci na zabawę. Mackenzie mu o tym też przypomniała. Jednak nie spodziewał się, że różnica może być na tyle duża, by ktokolwiek uznał wyjścia raz na kilka miesięcy za stan akceptowalny, ba, stan właściwy, który zapewniał odpowiednią dozę kontaktów towarzyskich. Nie był w stanie ogarnąć tego umysłem.
Obserwował działania sąsiadki z boku i rzucił się do akcji dopiero wtedy, gdy pod wpływem jej siły drzwi puściły, a ona wylądowała na podłodze. Z przestraszoną miną podskoczył do przodu i nachylił się nad nią.
- Na gacie Merlina, wszystko w porządku, Mackenzie? - spytał się i wyciągnął ku niej otwartą dłoń, by pomóc wstać bohaterce od drzwi. Z jego punktu widzenia jej upadek nie wyglądał przyjemnie, choć domyślał się, że grając w Quidditcha, nie takie wypadki przeżywała. Gdy upewnił się już, że z blondynką wszystko jest ok, zaczął otwierać drzwi i szukać pani Weasley. Sprawdził je wszystkie, oprócz tych prowadzących do łazienki. Wszystkie pomieszczenia były puste. Ani w kuchni, ani w sypialni, ani w salonie nie znalazł żywej duszy. Zatrzymał się więc przed drzwiami do łazienki i spojrzał na nie tak, jakby zerkał w oczy groźnego drapieżnika.
- Ty powinnaś tam wejść – zdecydował przenosząc spojrzenie na Greengrass – To byłoby nie po dżentelmeńsku, gdybym wparował do środka i okazałoby się, że pani Weasley na przykład bierze prysznic – powiedział proszącym tonem. Naprawdę, naprawdę nie miał ochoty wchodzić do środka, dlatego zostawił te drzwi na sam koniec. - Poza tym jestem artystą. Mógłbym ujrzeć coś, co rozwaliłoby na kawałeczki moją wrażliwą duszę – dodał ze zmieszaną miną. Bał się, że po uchyleniu drzwi, mógłby ujrzeć emerytkę w negliżu, gdyż na pewno to pozostawiłoby po sobie jakąś traumę. Gdyby było to mieszkanie kobiety w ich wieku, to pierwszy wskoczyłby do środka, niczym prawdziwy bohater.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Mackenzie Greengrass - 17.02.2023

Właściwie wychodziła ciut częściej niż raz na parę miesięcy. Zdarzało się jej to tak… raz w miesiącu. Zwykle nie ze swoją własną twarzą i po prostu wtedy nie piła. Ach, i najczęściej siedziała przy stoliku sama, sącząc coś bez alkoholu. Ot samotność w tłumie. Lovegood może i miał rację, że taki tryb życia niekoniecznie człowiekowi służył. Z drugiej strony zapewne próby częstego pakowania się pomiędzy ludzi służyłyby jej jeszcze mniej.
Spojrzała na Theodore’a ze zdumieniem, gdy spytał, czy wszystko jest w porządku. Jak mogłoby być w porządku, skoro to mieszkanie było całe zalane, i zalewało ich lokale? Dopiero po chwili dotarło do niej, że chciał wiedzieć, czy jest cała po tym pięknym upadku.
- Żyję – poinformowała krótko, dźwigając się na nogi. Gdy on sprawdzał pokoje, poruszyła ostrożnie barkiem, który nieco bolał, a naprawdę nie mogła pozwolić sobie teraz nawet na małą kontuzję. Nie spodziewała się, że Lovegood znajdzie panią Weasley. Miała nieprzyjemne uczucie, graniczące z pewnością, że ta jest w łazience.
I że nie bez powodu pozwoliła zalać całe mieszkanie.
Oczywiście, istniała szansa, że odkręciła wodę w przypływie demencji starczej, zatkała kurek, a potem wyszła z mieszkania. To jednak zdawało się mało prawdopodobne.
Mackenzie przewróciła oczyma, gdy Lovegood oznajmił, że to ona powinna zajrzeć do łazienki, bo to nie jest dżentelmeńskie, a coś może roztrzaskać jego wrażliwą duszę.
- Dobrze, że moja dusza nie jest wrażliwa – oświadczyła, podchodząc do uchylonych drzwi łazienki. Może i niezbyt chciała tam wchodzić, ale ktoś musiał to zrobić i… cóż, padało na nią.
Pomieszczenie było niewielkie. Prezentowało się skromne i wyglądało jako tako pewnie wyłącznie dzięki temu, że pani Weasley wspomagała wystrój magią. W środku mieściła się akurat wanna i niewielka szafka. Ta pierwsza była wypełniona wodą aż po brzeg, przelewając się, tak, że nawet na progu Mackenzie zamoczyła sobie nogawki. Z kurka wciąż ciekła woda, a sama pani Weasley…
…tak, była w wannie. Jej rude włosy unosiły się na powierzchni, a blada twarz znajdowała pod wodą. W pierwszym odruchu Greengrass chciała ją wyciągnąć, ale zaraz dotarło do niej, że to nie miało sensu. Sądząc po stanie mieszkania i kolorze policzków kobiety, sąsiadka była martwa od paru godzin. Może nawet od poprzedniego wieczora.
Mackenzie mechanicznym ruchem uniosła różdżkę, wycelowała w kran i zakręciła wodę. Miała chęć usunąć też tę z podłogi, ale może to będzie jakiś dowód dla Brygadzistów?
Dziewczyna wycofała się i zamknęła za sobą drzwi, spoglądając na Lovegooda. Jeśli to, co właśnie zobaczyła, jakoś nią wstrząsnęło, to nie było tego widać po wyrazie jej twarzy.
- Mamy trupa. W wannie – poinformowała rzeczowym tonem.


RE: [17.03.72] To tylko odrobina wody... - Theodore Lovegood - 23.02.2023

- To bardzo przykre - stwierdził, a następnie kąciki jego ust poleciały w dół. Bardzo liczył na to, że przyczyna zalania była zupełnie inna, choć przeczuwał najgorsze (dlatego właśnie przeczesał wszystkie inne pokoje oprócz łazienki, którą zostawił towarzyszce). Przyglądał się dziewczynie smutnym wzrokiem.
Przyjęła to zaskakująco dobrze. Posłanie Green przodem okazało się świetnym pomysłem. Dziewczyna utrzymywała kamienną minę, uznał więc, że była po prostu twarda i widok martwego ciała nie wpłynął w żaden sposób na jej psychikę. Zerknął na nią z większym niż wcześniej uznaniem, bo był pewien, że dla niego nie byłoby tak łatwe, zwłaszcza że znał starszą panią. Nie był z nią może jakoś mocno zżyty, ale lubił ją wystarczająco, by nie chcieć za żadne skarby oglądać jej trupa.
- Powinniśmy chyba kogoś o tym poinformować, prawda? - zapytał przeciągle po chwili zawahania się, wciąż trawiąc w myślach smutną informację. Mackenzie nie zachowywała się inaczej niż zwykle, więc pominął budujące słowa lub pocieszające gesty po przykrym doświadczeniu, jakim było znalezienie kogoś martwego. Skupił się na konkretach, na tym, co trzeba zrobić w takiej sytuacji.
Wcześniej dostrzegł sowią klatkę w kuchni, więc teraz wiedział, gdzie znaleźć ptaka kobiety. Przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia, po czym chwycił za kartkę i pióro (nie musiał ich nawet szukać, leżały tuż obok klatki). Wypisał notatkę zawierającą kilka zdań dla stróżów prawa z ministerstwa, trochę przy tym podkolorowując to i owo, żeby skłonić brygadzistów do jak najszybszego zajęcia się sprawą, po czym otworzył drzwiczki do metalowej sypialni sowy. Ta nastroszyła pióra, najwyraźniej wyczuwając, że coś było nie tak.
- Już dobrze, spokojnie… - powiedział do zwierzaka. Jego uspokajający ton, połączony z dłonią masująca główkę małego listonosza podziałały na tyle dobrze, że sowa przestała patrzeć na niego nieufnie. Wepchnął jej kartkę papieru do dzioba. - Zabierz to do ministerstwa. To bardzo ważne – poinstruował stworzenie, które szybko wyleciało przez uchylone okno. Mieli szczęście, że byli w Londynie. Sowie nie powinno zająć dużo czasu dotarcie do magicznego ministerstwa.
Wrócił tam, gdzie zostawił blondynkę. Minę miał zmieszaną – niewesołe okoliczności nie były jego żywiołem, nie wiedział do końca jak się zachować. Zazwyczaj potrafił uratować rozmowę jakąś śmieszną opowieścią lub żartem. Te, z oczywistych powodów, nie pasowały do okoliczności. Pozbawiony swojej najlepszej broni spojrzał badawczo na miotlarę.
- Porobiło się, prawda? - spytał się i podrapał się po głowie. Drugą dłonią zaś mocno przytrzymywał kołdrę na ramionach, by nie osunęła się na mokrą podłogę. – Wysłałem list do ministerstwa i poprosiłem, by kogoś przysłali. Nie jestem pewien, ile zejdzie, nim ktoś od nich się tu zjawi.

Odkryj wiadomość pozafabularną
(Treść listu wysłanego do Departamentu przestrzegania prawa czarodziejów. Na samym końcu wpisano adres mieszkania Pani Weasley.)
Szanowni Państwo,
Chciałbym poinformować o bardzo przykrym zdarzeniu, do jakiego doszło w okolicy. Dzięki swojej niezwykłej czujności odkryłem w lokalu znajdującym się nad moim mieszkaniem martwe ciało mojej sąsiadki. Jako laik nie jestem w stanie stwierdzić, czy jej nagłe zejście było efektem wypadku, problemów zdrowotnych, czy czegoś dużo, dużo gorszego.
Pani Weasley była podporą społeczności, osobą o dużej renomie, rozpoznawalną i podziwianą. Jesteśmy przerażeni i zdruzgotani jej śmiercią. Brak tak ważnej osobistości będzie odczuwalny przez wielu, stąd za niezwykle istotne uznaje jak najszybsze rozwiązanie tajemnicy jej odejścia przez profesjonalistów. Proszę o pilne przesłanie waszych najlepszych brygadzistów oraz aurorów, osób o bystrym i lotnym umyśle, których umiejętności są proporcjonalne do siły i niezwykłości charakteru denatki.
Podziwiam waszą ciężką pracę i oddanie,
Theodore Lovegood