[20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Robert Mulciber - 18.02.2023
20 czerwca 1971
Nastał czas ciemności - Robert & Wilhelm
Starannie zaplanowana wizyta w Puddlemere, zajęła więcej czasu niż początkowo zakładał. Następnie jeszcze zdanie raportu, krótka rozmowa z Chesterem. Ostatecznie zamknięcie sprawy. W rodzinnej posiadłości, o ile mianem tym można określić należącą do Mulciberów kamienice, pojawił się dopiero około południa. Zarwana nocka pozostawiła na nim dość wyraźne ślady. Zmęczenie było widoczne. Zanim ruszył w kierunku salonu, znajdującego się tam barku, pozbył się wierzchniego okrycia i butów. Rozpiął też górne guziki koszuli. Zamierzał zrobić sobie drinka, a następnie udać się do łóżka.
Odespać.
Nie spodziewał się przy tym obecności Wilhelma.
Od śmierci Jonathana minęło 5 dni. Zapłacił za swoją zdradę. Ucierpieli też na tym jego bliscy. Robert niewiele na ten temat myślał. Dawno już nauczył się pewne sprawy od siebie odsuwać. Wychodziło mu to nawet całkiem nieźle.
W pierwszej chwili nawet krewniaka nie zauważył. Większy salon był co prawda połączony z biblioteką, ale w dalszym ciągu możliwe było znalezienie tutaj dla siebie cichszego kąta. Bardziej ustronnego miejsca. Idealnie nadającego się do tego, żeby skupić się na lekturze. Mulciber sam niejednokrotnie z tego faktu korzystał, zaszywając się w jednym z bardziej odległych kątów. Teraz jednak nie miał takiego zamiaru.
Podszedł do barku. Sięgnął po szklankę, chwycił butelkę whisky. Dobrej. Sprawdzonej. Trzymając obydwie te rzeczy w ręku, odwrócił się w kierunku stolika, znajdujących się przy nich dwóch, wygodnych foteli. Kanapy. Meble wyraźnie z jednego kompletu, choć trochę już nadgryzione upływającym czasem.
Odkręcił. Napełnił szklankę do połowy. Więcej nie było potrzeba.
Spojrzał w kierunku okna i właśnie w tym momencie jego uwagę przyciągnęła osoba, której nie do końca się spodziewał. Jednocześnie takiej opcji jednak nie wykluczał.
Wyglądało na to, że spać pójdzie jednak nieco później.
- Książka Shafiqa jest całkiem ciekawa, ma jednak ten jeden mankament, że na chwilę obecną zawiera dość... przestarzałe informacje. - zatrzymał się w odległości kilku kroków od chłopaka, bez trudu rozpoznając książkę, po którą ten zdecydował się sięgnąć. Starożytna magia i praktyki współcześnie zakazane. Swego czasu wielokrotnie do niej zaglądał. Na marginesie znajdywały się odręczne uwagi. Niektóre fragmenty zostały starannie zakreślone. Kilka stron zagiętych nie bez powodu. Niby Robert dbał o to, co znajdywało się w bibliotece, ale nie miał zarazem oporów przed tym, żeby aktywnie ze swojego zbioru korzystać. I to było widoczne. - Aczkolwiek muszę przyznać, że to dość ciekawy wybór lektury. - pochwała możliwa do wychwycenia, choć w ślad za nią nie szły żadne sygnały. Nie zmienił się wyraz twarzy, postawa ciała. Jedyną wskazówką był ton głosu. Dobrane przez Mulcibera słowa. Zaraz po tym nastąpiła krótka przerwa. Pozwolił sobie upić dwa łyki alkoholu. - Mam nadzieję, że nie czekałeś tu zbyt długo. Takie sprawy zawsze zabierają sporo czasu. Mogą zaoferować drinka, brandy, whisky, jakieś wino też się znajdzie.
Gestem wskazał na znajdujący się kawałek dalej stolik, fotele, kominek, w którym o tej porze roku nie było potrzeby rozpalać ognia. W budynku i bez tego było wystarczająco ciepło. Nie czekając na Wilhelma, sam skierował się na powrót w stronę tych mebli. Zajął jedno z miejsc.
RE: [15 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Wilhelm Avery - 19.02.2023
Już po samym morderstwie został oczywiście przesłuchany i wyjątkowo dobrze odegrał swą rolę. Został zwolniony jako świadek i obiecano mu, że odnajdą morderców jego rodziców. To był ten moment, kiedy stał się naprawdę wolny. Przez ten czas od dnia zero, oczywiście zorganizował pokazowy pogrzeb, by wszystko wyglądało tak, jak być powinno. Przedstawienie musi być wiarygodne. Oczywiście dodatkowo musi dbać o grób, by wszystko wyglądało dobrze. Przynajmniej przez jakiś czas. Ilość obowiązków była do zaakceptowania. Niestety pojawiły się problemy, których nie przewidział i musiał sobie z tym wszystkim poradzić. I tu miał dylemat, mieszkanie w wynajętym pokoju nie zapewniało anonimowości, przez co spotkania, które miały rozruszać jego biznes, zdecydowanie odpadały. Za duże ryzyko odkrycia. Oczywiście pracując u rozmaitych ludzi, udawało mu się, tak czy siak, jakoś to łączyć, ale ukrywanie się później, zniszczyło praktycznie wszystko. Musiał budować wszystko od zera. I tu właśnie pomyślał kolejny raz o Robercie.
I niestety nie był zadowolony. To oznaczało od niego bardzo specyficznego podejścia i ugięcie się nieco. Nie było mu to w smak, ale jeśli odpowiednio to rozegra? Dodatkowo i tak miał sprawę do niego. Słyszał o czym, co może zmienić ich świat. Choć to rozwiązanie miało minusy, jednak czy nie warto spróbować? Koszt nie był ważny, jeśli koło, które teraz jest w stagnacji, poruszy się, by nabrać rozpędu. Powiedziałby, że nawet panuje regres. Czarodzieje dawno utracili pewne zdolności i to był problem.
Po paru dniach, mając gotowy plan z tyłu głowy, udał się do mieszkania Roberta, gdzie oczywiście skrzat domowy go wpuścił, gdyż samego Pana domu nie było. Kazał zaprowadzić siebie do biblioteki i nie przeszkadzać mu. Choć traktował tę istotę jak narzędzie, podobnież jak cały czarodziejski świat, nie widział sensu krzywdzenia sługi. Dla niego było to nielogiczne, bo takowy ranny będzie gorzej wypełniać swoje obowiązki. Wybrał jedna z książek i wczytał się w nią w oczekiwaniu na powrót Mulcibera. Ta zawierała dość ciekawe informacje, choć dostrzegł coś, przez co zwrócił uwagę na autora i westchnął ciężko. Zrozumiał powód, dlaczego pewne rzeczy miały taki, a nie inny charakter i mając to na względzie, czytał dalej.
Paradoksem tej sytuacji było to, że nie zwrócił uwagi na to, czy właściciel wrócił. Uwagi, które zobaczył, spowodowały u niego coś na kształt obrzydzenia. Nie lubił takiego sposobu notowania, gdyż niszczy to wartość przedmiotu. Usłyszawszy znajomy głos, zamknął książkę i spojrzał na osobę, która odezwała się do niego.
- Nie uznałbym ich za przestarzałe, tylko za źle przetłumaczone. Shafiq w swoich tworach wykazuje dość płytkie pojęcie o ukrytych znaczeniach pisma runicznego, dlatego jego sposób wyjaśnienia nie wyczerpuje tematu w pełni, a nawet wypacza obraz sytuacji. Zastanawiam się w jakim stopniu to celowe działanie, gdyż w wielu jego dziełach podobne przypadki są nazbyt powtarzalne. Celowo zmienia treść lub faktycznie tego nie widzi. - W głosie Wilhelma było słychać wyraźną krytykę autora, połączoną z niechęcią i ciężkim westchnięciem. Rzadko sobie pozwalał do tego stopnia na otwartość w przypadku, kiedy w grę wchodziło coś zdecydowanie innego. Tym razem jednak jego negatywny stosunek do Shafiqa był o wiele silniejszy od wyrachowania.
- Nie mniej, to jedno i tak z lepszych tworów, jakie napisał. - Odłożył książkę na stolik. To mogła nie być oczekiwana reakcja na komplement, choć mimowolnie zdradził się z czymś. Nie był świadomy popełnienia błędu, zdradzającego jego wiedzę i umiejętności, mogące dać Robertowi wskazówkę, co do zdolności chłopaka.
- Nie czekałem. Niedawno przybyłem. - Oczywiście było to jedno z tych taktowanych kłamstw, które były całkiem często używane pośród czystej krwi. Miało jedno zadanie. Pokazanie, że właściciel jest dobrym gospodarzem, niezależnie od faktycznego czasu oczekiwania.
- Rozumiem to, wszak dodatkowo moja wizyta jest niespodziewana. Co zapewne jest kłopotliwe dla gospodarza. - Teraz to była jego dyplomatyczna forma przeprosin za zjawienie się bez stosownego zaproszenia. Wstał i podszedł w kierunku foteli.
- Chętnie wina się napije. - Powiedział w trakcie przemarszu z punktu, gdzie się znajdował do miejsca przeznaczenia. To był właśnie teraz etap, który niezbyt mu odpowiadał, niemniej nie raz będzie w takiej sytuacji i musi sobie radzić. Takie było życie.
- Przybyłem przedyskutować plan dalszego działania. - To rzekł, jak już usiadł w fotelu. Tym razem Mulciber nie musiał pytać o powód. Odkąd się kontaktowali, Avery nauczył się, że najlepiej po prostu nie trwonić czasu na "pojedynki" słowne z tym czarodziejem, a po prostu mówić wprost.
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Robert Mulciber - 20.02.2023
Zakładał taką możliwość, ale zarazem nie był pewien tego czy Wilhelm zdecyduje się po tym wszystkim kolejny raz nawiązać z nim kontakt. Zwłaszcza w tak krótkim czasie. Zabezpieczył się jednak na wypadek takiego rozwoju wydarzeń, wydając odpowiednie instrukcje skrztce domowej należącej od lat do rodziny Mulciberów. Sam nie mógł sobie pozwolić na to, żeby czekać. Miał sporo spraw, którymi należało się zająć bez zbędnej zwłoki.
Miały zdecydowanie wyższy priorytet.
Zmierzając w kierunku stolika i foteli, słuchał tego, co na temat Shafiqa i jego książki miał do powiedzenia William. Sam miał okazję tego człowieka poznać. Kilkukrotnie z nim rozmawiał. Być może dlatego nie był aż tak łaskawy w swojej ocenie. Badacz nie zrobił na nim najlepszego wrażenia. Przede wszystkim w kontekście zawodowym. Robert co prawda posiadał mocno ograniczoną wiedzę w tym zakresie, od czasów szkolnych się tym niewiele zajmował, ale nadal był w stanie to i owo zaobserwować.
- Ograniczmy się tutaj do tego, że dostępne są na rynku książki, których autorzy znacznie lepiej zajmują się tą problematyką. W swoim zbiorze posiadam chociażby serię Parkinsona, dotyczącą run i zagadnień z nimi powiązanych. Zebrała naprawdę dobre recenzje. - polecił. Nawet przyjemnie było z kimś tego typu tematy poruszyć. Odkąd zmuszony został zrezygnować z pracy w ministerstwie, okazji było tyle co kot napłakał. Oczywiście chętniej skupiłby się na innej dziedzinie nauki, ale wybrzydzać nie zamierzał. - Gdybyś był tym zainteresowany - gestem wskazał na pobliskie regały. Ciężko było mieć wątpliwości odnośnie tego, co ten ruch oznaczał. Wilhelm mógł korzystać. Przynajmniej na ten moment.
Kiwnął głową, słysząc że ten nie czekał na jego powrót zbyt długo. W zasadzie i tak nie miało to znaczenia. Obydwoje starali się zachowywać w odpowiedni sposób. Sprawiać pozory. Okoliczności były inne niż przy pierwszym spotkaniu.
Zajął miejsce, sięgnął po różdżkę. Przy pomocy zaklęcia, przywołał kolejno butelkę czerwonego wina oraz lampkę.
- Mam nadzieje, że czerwone będzie odpowiednie. - nie pytał, oznajmił. Innego i tak nie posiadał, nie był to rodzaj alkoholu, za którym jakoś szczególnie przepadał. W zasadzie to uważał je za jakieś takie... kobiece?
A kobiece rzeczy, wiadoma sprawa, nie były tymi, po które Robert wyciągał rączki.
Kiwnął głową, słysząc o chęci przedyskutowania dalszego planu działania. Nie śpieszył się z zadawaniem pytań; z dzieleniem się tym, co siedziało w jego głowie. Upił łyk alkoholu, zaraz po nim również kolejny. Nie odstawił szklanki, którą trzymał na wysokości własnej klatki piersiowej.
- Nie zajęło Ci to zbyt dużo czasu. Dobrze. Od czego chciałbyś zacząć?
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Wilhelm Avery - 21.02.2023
Rozmowy o woluminach powodowały u niego dość dziwną zmianę? O wiele lepiej pasowało mu słowo nietypową, gdyż rozluźniał się, a także nie miał problemów, by śmielej wypowiadać swoje opinie o tym, co doskonale znał. Tak naprawdę Robert, choć zapewne miał sporą kolekcję książek w danych tematach, nie oznaczało, że była ona odpowiednia. Zwłaszcza dla osób, które znają się na temacie.
- Ach tak, Parkinson. Całkiem nieźle radzi sobie z tłumaczeniem, choć wiedziałeś, że Ministerstwo włożyło swoje trzy knuty i nakazali mu pewne drobne modyfikacje prac? - To nie była wiedza tak naprawdę powszechna, a jedynie dla tych, co siedzieli w tym gronie. Plotki, jako takie zawsze rozchodziły się błyskawicznie, o ile czarodziej wiedział, gdzie nastawić ucho.
- Miał w nich nie ujawniać pewnych zagadnień w obawie, że praca aurorów i Brygady będzie przez to trudniejsza. W sumie książki traktujące o tym temacie dziwnym trafem zawsze muszą przez weryfikujące oczy urzędników. - Parsknął przy tym lekkim śmiechem, przypominając to sobie. Oczywiście znał i drugie dno tego wszystkiego. Prawda kryjące się za tym wszystkim.
- Co oczywiście jest kompletna bzdura, którą sam wymyślił, by zwiększyć sprzedaż własnych książek, bo miał długi u pewnych ludzi. Choć swego czasu chodziły pogłoski, że to naprawdę nie jest jego praca, a ją ukradł komuś. Do tego sam podchodzę z rezerwą. - Wzruszył ramionami, bo czytał książki tego człowieka i uważał je za całkiem przydatne.
- Nie mniej, jeśli chciałbyś znaleźć coś o nieco odmiennych poglądach od tych, które prezentowane są przez brytyjskich czarodziejów, mógłbym polecić kilka książek, choć lepiej szukać oryginałów, które nie są tłumaczone. - Młodzik pokazywał, że interesował się czymś i jego umiejętności oraz wiedza bazowały na czymś, co niekoniecznie Robert musiał sam umieć. Rozsiadł się wygodniej i kiwnięciem głowy podziękował za butelkę wina.
- Jest dobre. - Powiedział po zobaczeniu etykiety na nim i nalał sobie. On sam wolał właśnie pić tak słaby alkohol, by nie uderzył mu za szybko do głowy. Piwo dla niego było czymś, co nie miała wyrazistego smaku. Mocniejsze alkohole potrafiły mącić. Może i mógłby o sobie mówić koneser tego trunku, gdyby jego zmysły były wyostrzone. Zwyczajnie lubił ten smak. Choć bardziej wolał białe, ale to drobny szczegół.
- To nie jest ten czas, kiedy nie wiem, na czym stoję, a każde słowo może być tym, które spowoduje, że runę w przepaść. - Zauważył, spoglądając w kominek, by po chwili na Mulcibera.
- Może od mojej najbliższej przyszłości. Poszukuje miejsca na stałe, a opłacanie pokoi na dłuższą metę nie jest opłacalne finansowo. I oczywiście przydałaby się przykrywka do prowadzenia moich faktycznych interesów. Słyszałem, że prowadzisz sklep z kadzidełkami. - Mówił bez pospiechu, był wręcz wyluzowany. Nie było po nim śladu tylu nerwów, co za pierwszym ich spotkaniem. - Dlatego chciałbym zaproponować układ. Moje skromne umiejętności w pieczętowaniu, jako twórca zabezpieczeń w zamian za wikt oraz oficjalną pracę. - Powiedział, nie bawiąc się zbytnio w kluczenie. Nie było takiej potrzebny, bo wiedział, że oboje w pewien sposób jadą na jednym wózku. Nie miał zamiaru zdradzać swego wyzwoliciela, aczkolwiek problemy istniały wciąż i należało je rozwiązać. Dodatkowym atutem było to, że byli przecież spokrewnieni. Nie byłoby to takie głupie, by zamieszkać u rodziny.
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Robert Mulciber - 25.02.2023
Mulciber doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na temat starożytnych run posiadał wiedzę mocno podstawową, nie do końca aktualną. Od dawna chciał nad tym przysiąść, zawsze jednak brakowało mu czasu. Inne sprawy okazywały się ważniejsze. Otrzymywały wyższy priorytet. Pewne kwestie należało więc odłożyć na później. Raz. Drugi. Trzeci. Aż wreszcie pasującym określeniem okazywało się dla nich ad ad calendas Graecas.
Tak zwane święte nigdy.
- Dobrze orientujesz się w temacie? - ni to pytanie, ni stwierdzenie faktu. Dał Wilhelmowi czas na udzielenie odpowiedzi. Potwierdzenie lub zaprzeczenie, choć nie można powiedzieć, aby tego faktycznie potrzebował. Wnioski wyciągnęły się same. Pomoc nie była potrzebna. - Kiedyś interesowałem się tym trochę bardziej. - kontynuował po chwili namysłu. - Byłem mniej więcej... w Twoim wieku. Później jednak skupiłem się już na zupełnie innych kwestiach, przede wszystkim związanych z pracą w Departamencie Tajemnic. Najdłużej byłem zatrudniony w Komnacie Badań Sekretów Mózgu. To zupełnie inna dziedzina.
Trochę jakby się tłumaczył. A przy tym też zwracał uwagę na tematykę, w której się znacznie lepiej odnajdywał. Specjalizował. Zajmował się również po odejściu z Ministerstwa Magii, choć już na własny rachunek, poświęcając pracy naukowej znacznie mniej czasu. Zwłaszcza po śmierci ojca, kiedy zmuszony był przejąć jego obowiązki. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby w inny sposób podejść do tematu.
- Nie mniej na pewno zwrócę się do Ciebie, jeśli kiedyś będę miał możliwość się tym zająć. Na poważnie. Dobrze jest móc skorzystać z fachowej pomocy. - zakończył temat, składając przy okazji obietnice? Rzucając ostrzeżeniem? A może tak po prostu... komplementując wiedzę krewnego?
Mulciber nie obawiał się odrobinę mocniejszego alkoholu. Nie uważał, żeby ten rzeczywiście mógł mu uderzyć do głowy. Do tego trzeba było znacznie większych ilości procentów w stosunku do tego, co miał w zwyczaju wypijać. Nigdy nie pozwalał sobie na nazbyt duże ilości, a już na pewno - nie wypijał ich w zbyt krótkim czasie. Zdawał sobie sprawę z tego, że szkocką najlepiej było sączyć. Powoli. Nieśpiesznie.
W taki też sposób podchodził również i w tym momencie do zawartości szklanki, która znajdywała się w jego dłoni. W grę wchodził jeden, niewielki łyk. Nic więcej.
- Zastanawiałem się nad tym czy będziesz chciał się w tej sprawie zwrócić do mnie. - nie zwlekał, nie owijał w bawełnę, nie bawił się w kotka i myszkę. Skoro chłopak wszystko przedstawił, Robert zamierzał podejść do tego w sposób jak najbardziej rzeczowy. Odstawił szklankę na stół. - Mówiłem już wcześniej, że nie zapominam o ludziach, którzy okazali się dla mnie przydatni. - nawiązał do słów, które padły przy ich poprzednim spotkaniu. - Zawsze oczekuje jednak czegoś w zamian. Współpracy. Zadawania jak najmniejszej liczby pytań. Dyskrecji... bycia przydatnym. Uważasz, że będziesz przydatnym i samo pieczętowanie tutaj wystarczy? - przechylił głowę lekko na prawo, czekając na odpowiedź.
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Wilhelm Avery - 28.02.2023
Pytanie było trudne wbrew pozorom trudne. Nie chciał tym samym zdradzać zbyt wiele, a jednocześnie odpowiedzieć w sposób, który nie będzie urągał inteligencji jego rozmówcy. I co miał takiego odpowiedzieć? By mieć więcej czasu przed wypowiedzeniem się, napił się wina i zamyślił na moment.
- Nie tak dobrze, jakbym chciał, choć nie jest to zbyt wielkie grono osób. - Odpowiedział skromnie, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy tego tematu nie zgłębi. Przy okazji słuchał, gdzie on pracował. Departament Tajemnic? Był pod lekkim wrażeniem, choć wydział był nietypowy. Badanie sekretów mózgu było dość nietypowe, enigmatyczne. Chciał poznać więcej szczegółów, ale nie teraz.
- Dość ciekawy wybór miejsca pracy, nie będę ukrywał. Mogę jedynie podejrzewać, co udało się odkryć w takim miejscu. Ze mną po prostu wynikła nauka z konieczności, a potem zagrabiając w temat, odkrywałem pewne rzeczy. Tak jednak jest ze wszystkim. - Zauważył, choć czy musiał to mówić? Podejrzewał, że nie, jednak czasem dobrze przypomnieć takie oczywistości. Nie mniej, uważał to za coś normalnego.
- Nie jest to umiejętność, o której rozprawiam na wszystkie strony. Na Nocturnie rozpuściłem wieści, że można skorzystać z takich usług. Nigdy nie planowałem zakładać oficjalnego biznesu z tego powodu. Cenie sobie pewną anonimowość i swobodę. - Choć mógłby na tym pewnie nieźle zarabiać oficjalnie, wolał móc sobie wybierać klientele. Ta płaciła oczywiście więcej. A tak? Byłby pewnie znany, może i rozchwytywany. I zdecydowanie mocno zajęty. To nie były po prostu cechy, które mu odpowiadały. Nie wiedział, jak do końca odebrać słowa Mulcibera, bo mogły mieć wiele znaczeń, więc po prostu wyjaśniał dalej pewne sprawy. Dalszych słów, co prawda się nie spodziewał, ale miał za to coś, czym mógł go zszokować. Delikatnie uśmiechnął się pod nosem.
- Długo nad tym rozważałem. - I nie kłamał tutaj. Poszukiwanie najlepszej dla niego opcji było cholernie trudne. Mógłby zwrócić się do rodziny ze strony matki, ale nie chciał tego. Miał swoje powody, by tam nie iść. Tak naprawdę może i byłby wolny, jak teraz, aczkolwiek cena niekoniecznie mu się podobała.
- Co do tych dwóch warunków, myśmy, że nie miałbym trudności z ich dotrzymaniem. Dyskrecja, brak pytań i pewna forma współpracy są wymagane, kiedy prowadzi się nieoczywisty interes na Nocturnie, inaczej raczej długo bym nie pożył. - Zauważył z delikatnym uśmiechem i dopił kieliszek wina, acz go nie napełniał jeszcze.
- No i oczywiście mogłem ujawnić wiele grzechów mojego ojca, które spowodowałyby jego aresztowanie, aczkolwiek to rozwiązanie nie było dla mnie korzystne. Więc moja przeszłość, jakby mówiła sama za siebie. - Może i trochę się reklamował, jednak ostatnie pytanie nie było takie bezsensowne, jak mogło się wydawać.
- Naturalnie posiadam także inny talent. Od czasów szkoły uczyłem się pojedynkować, bo liczyłem się z sytuacją, gdzie będzie musiał stanąć oko w oko z nim, jednak tak się nie stało. Nie mniej, co do dyskrecji, to panie Mulciber. - Tu obrócił głowę i spojrzał na niego bardzo poważnie.
- Słyszałem waszą rozmowę o Czarnym Panie. Zaklęcia wyciszające mojego ojca wolały o pomstę do nieba, ale wracając do sedna. Chce dołączyć do was. -
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Robert Mulciber - 06.03.2023
Podobało mu się to, w jaki sposób Wilhelm podszedł do zadanego pytania. Z pewną dozą skromności, pokory, bez nadmiernej pychy. Nie było tutaj w dodatku zbędnego pośpiechu. Od wypowiedzi biła ostrożność, ale też - nie była to ostrożność przesadzona. Raczej taka, którą Mulciber powiązałby z posiadaniem zdrowego rozsądku.
- Rozumiem. - ograniczył się tylko do tego jednego. Na ten moment nie zamierzał drążyć, zakładając że z biegiem czasu pewne karty zostaną odkryte. Z reguły tak to właśnie bywa. Wystarczy tylko przebywać w pobliżu osób, o których chce się uzyskać dodatkowe informacje.
Z przebywaniem w pobliżu Wilhelma nie powinno być problemu. Zwłaszcza, że to właśnie on wykonał pierwszy krok, zbliżając się do Roberta.
Wysłuchał na spokojnie tego, co jeszcze chłopak miał do powiedzenia na temat wszystkiego czym się zajmował. Miało to dla niego znaczenie. Nie zamierzał już zaraz, za chwilę, wyrzucać tych informacji z wnętrza własnej głowy. Mogły się przydać. W bliższej lub dalszej przyszłości. Teraz jednak pozwolił sobie na tym zakończyć ten konkretny temat. Dokładnie tak jak zdecydował ledwie chwilę wcześniej.
Na ich dwójkę czekały wszak ważniejsze kwestie.
I kiedy wreszcie zajęli się tymi kwestiami, dało się zauważyć pewną zmianę, jeśli mowa o postawie Roberta. Ciało było nieco sztywniejsze, sam Mulciber bardziej odległy niż jeszcze chwilę wcześniej. Tak jakby doszło do pewnych zmian, nastąpiło przełączenie pomiędzy trybami, w których mężczyzna działał.
Być może to właśnie z tego względu nie dało się zaobserwować w nim żadnej większej zmiany, kiedy w trakcie rozmowy padło imię Czarnego Pana. A także idąca w ślad za nim deklaracja o chęci dołączenia do grona popierających go osób.
- Jonathan nigdy nie był specjalistą od tego rodzaju zaklęć. - przyznał chłopakowi racje odnośnie tego, że tego rodzaju czary z reguły nie do końca wychodziły jego ojcu. Robert, który był w tym aspekcie zdecydowanie bardziej biegły, nie raz i nie dwa miał okazję zaobserwować pewne niedociągnięcia. Wolał jednak zachować to dla samego siebie. Nie ujawniać się z tą wiedzą. Dobrze jest znać słabe strony innych. Wiadomo wtedy, gdzie powinien zostać wymierzony ewentualny cios. - Ale mniejsza o to. Ponoć nie powinno się mówić źle o zmarłych. - pozwolił sobie ponownie sięgnąć po szklankę z alkoholem. Uniósł, przyłożył do ust, pochylił. Upił łyk i następny. Nie śpieszył się z tym ani trochę. - Dlaczego uważasz, że przyjście w tym przypadku do mnie, to dobry pomysł? Nie obawiałeś się wykonać tego kroku? - zainteresował się. Nawet szczerze. Dzieciak nie wyglądał jak inni, którzy zdecydowali się wkroczyć na ścieżkę wyznaczoną przez Czarnego Pana. Zaangażowanie go w działania, wiązało się z pewnymi wątpliwościami. Jednocześnie nie sposób było zaprzeczyć, że posiadał umiejętności całkiem przydatne. Głowę też miał na karku. Zdawało się nie brakować mu inteligencji.
Co powinien zrobić z tym fantem? Nie był do końca pewien.
RE: [20 czerwca 1971] Nastał czas ciemności, Robert & Wilhelm - Wilhelm Avery - 13.03.2023
I on także zauważył zmianę w zachowaniu Roberta, ale uznał to za właściwy bieg wydarzeń. Rozmawiali o sprawach, które nie można potraktować lekko. Pewne tematy umarły śmiercią naturalną. Zwyczajne zostały wyczerpane i nie było sensu do nich wracać. Teraz skupiali się na czymś innym i oczekiwał pewnych słów.
- Ponoć. - nieżyczliwy stosunek do jego ojca po raz kolejny dał o sobie znać. Zdecydowanie nie miałby problemy, by mówić źle o tej osobie, aczkolwiek przez wzgląd na to, jakie uczucia żywił do niego Mulciber, powstrzymywał się przed większym komentarzem z własnej strony. Ich relacja była skomplikowana i był pewny, że przynajmniej niejednoznaczna. Następne kwestie były o wiele trudniejsze do odpowiedzi. Musiał tutaj dobrze się zastanowić. Po pierwsze, przyjdzie mu zdradzić pewne rzeczy, których nawet jego ojciec nie wiedział. To było tylko i wyłącznie jego własny pogląd.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie bałem. - I była to prawda. Taki krok wymagał pokonania ogromnego strachu o własny żywot. Nawet pomimo wiedzy, jaką miał o tym czarodzieju, nie miał nawet połowicznej pewności, jak zareaguje na jego słowa. I to ma martwiło, ale poznał już smak wolności i jeśli działał, zawsze chciał stawiać zdecydowany krok.
- Tak, jak przy pierwszej rozmowie, użyje tego samego argumentu. Dał pan się poznać, jako czarodziej interesu. Nie działa pan pochopnie, rozważając wady i zalety. Dla pana liczą się umiejętności, które można wykorzystać. Im szerszy ich zakres, tym o przydatność takiej osoby rośnie. Nie patrzy pan pod kątem emocjonalnym na daną sprawę. - Oczywiście to były wszystkie jego obserwacje na temat tego człowieka. Nie uważał go za kogoś, kto postępuje w sposób nieprzemyślany, odczuwa emocje, ale nie pozwala nimi kierować.
- Zapewne pana będą interesować powody. - Dokończył kieliszek wina i postawił go na stoliku, po czym spojrzał rozmówcy prosto w oczy. Spojrzenie miał twarde, pewne, zdecydowane. On wierzył w to, co mówił całym sercem.
- Społeczność czarodziejów jest skostniała. Tak naprawdę dążymy ku autodestrukcji, gdyż zamknęliśmy się przed światem. Doprowadziło do tego, że cofamy się wręcz w rozwoju. A mugole? Co by nie mówić o nich, oni idą do przodu. Coraz szybciej przemieszczają pomiędzy dużymi odległościami. Pokonują kolejne ograniczenia. Wiedział pan, że postawili nawet nogę na księżycu? A my co? Co takiego ostatnio czarodzieje wynaleźli, że zmieniło to ich życie? - W jego głosie słychać było źle skrywany gniew. Avery był zdecydowanym przeciwnikiem zasad tajności, które uważał za szkodliwe dla nich wszystkich. Bezpieczeństwo nie było warte umysłowego zacofania rozwoju.
- Potrzebna jest zmiana, rewolucja. Ona powinna stanowić szok, który zmieni cały nasz świat. Wiem, że takie zawsze są krwawe, ale jeśli ktoś nie wykona tego kroku, nadal będziemy kryć się po kątach i cieszyć się tym, że wymyśliliśmy kociołki z sera, które nawet się nie rozpadają po pierwszym użyciu. - Prychnął rozzłoszczony, przypominając sobie durną reklamie pewnego produktu.
|