Secrets of London
Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather (/showthread.php?tid=985)

Strony: 1 2


Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Cody Brandon - 20.02.2023

Nigdy nie tracił nawet minuty ciemności. Ledwie słońce schowało się za horyzont a Cody już spacerował uliczkami Londynu, Doliny Godryka i Aleją Horyzontalną. Niełatwo jest oswoić się ekstrawertykowi z całodziennym uwięzieniem w czterech ścianach na rzecz szlajania się wieczorami i nocami. Za normalnego życia w domu spędzał raptem pięć godzin przeznaczonych na sen i szybki prysznic. Teraz przeciągało się to do dziesięciu, nawet dwunastu godzin. Wysłał wiadomość Heather, że mogą spotkać się jeszcze dzisiaj. Wybrał miejsce publiczne aby jednak poprzebywać wśród ludzi. Potrzebował tych rozmów w tle, mijanych sylwetek, dźwięku kroków, szczekania psidwaków, kłótni przez okno kamienicy… to działało na niego odprężająco. Uwielbiał hałas, głośną muzykę, energię bijącą z ożywionych rozmów - z tego powodu zaliczał się do kategorii gaduł. Zawsze miał coś do powiedzenia, nawet jeśli temat go nie dotyczył.
Aktualnie nie odczuwał pragnienia i z ogromną chęcią wypierał je z myśli, przynajmniej dzisiaj udając normalnego mężczyznę. Kręcił się w okolicy jednej latarni i zimnej ławki, tuż przy rozwidleniu prowadzącym do wielkiej do fontanny. Lekko ciepłe ręce wcisnął do kieszeni płaszcza i tak spacerował w te i we wte, jak zawsze niecierpliwy. Nie miał trudności żeby spostrzec Heather, wszak jej rude włosy miały identyczną funkcję rzucania się w oczy co jego czupryna. Od razu ruszył w kierunku dziewczyny, na powitanie rzucając "o, jesteś" i zaraz to ściskając ją w niespodziewanym dla nich obojga krótkim przytuleniu.
- Nie chciałem wysyłać więcej listów. Powiedz mi co się dzieje z Charlim. Dowiedziałem się, że zaginął. Nie miałem z nim żadnego kontaktu dłuższy czas… jak dawno temu? Co o tym wiesz?- zarzucił ją gradem pytań, wpatrując się intensywnie w jej piegowatą twarz. Teoretycznie mieli jeszcze porozmawiać o jego śmierci i nieżyciu ale uznał, że temat Charliego jest ważniejszy. To kumpel z lat szkolnych, dogadywali się bez najmniejszego problemu. Identyczne poglądy, obaj ekstrawertyczni, głośni i skorzy do żartów. Gdy tylko Brenna powiedziała mu, że Charlie zaginął to tak zestresował się, że musiał wypić nadprogramową dawkę krwi aby się uspokoić. Paznokcie miał poobgryzane… przez kilka chwil bo te cały czas się regenerowały i tylko pogłębiały jego niezdrowy nawyk. W zielonych ślepiach widniało jedno wielkie przyjęcie lecz tym razem nie był upiornie szary, wysuszony i głośny. Teraz odznaczał się po prostu bladością, jakby lada moment miało go chwycić przeziębienie.


RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Heather Wood - 20.02.2023

Ostatnie spotkanie z Codym przyniosło wiele pytań. Nie spodziewała się, że dane jej będzie podczas służby prowadzić sprawę zabójstwa kogoś znajomego. Miała gdzieś z tyłu głowy, że będzie kiedyś taka możliwość - nie spodziewała się jednak, że wydarzy się to tak szybko. W końcu pracowała w Brygadzie ledwie kilka miesięcy. Nie do końca jeszcze rozumiała, co przytrafiło się Brandownowi, bo niby umarł, a był wampirem. Co było pierwsze? Ta sprawa była dla niej nadal zagadką. Zapewne przyjdzie jej i Brennie znaleźć odpowiedzi, w końcu na tym polegała ich praca.

Kiedy dostała list, który brzmiał dosyć dramatycznie, w końcu Cody chciał się z nią spotkać nie zamierzała mu odmówić. To, że był wampirem - zupełnie jej nie przeszkadzało, w końcu co może jej zrobić, najwyżej ją ugryzie, prawda?

Pojawiła się więc w parku, nie do końca zdawała sobie sprawę, o czym będą rozmawiać, czy zamierzał opowiedzieć jej więcej o tym, co mu się przytrafiło? Miała wiele pytań, nie do końca też wiedziała, czy wypada je zadać, przecież dla niego to też była dosyć nowa sprawa. Zamierzała zobaczyć po prostu jak się potoczy ta rozmowa, wtedy ewentualnie będzie mogła pytać.

Rozglądała się uważnie, w poszukiwaniu towarzysza dzisiejszego wieczoru, nie tak łatwo było dostrzec go w tłumie, w końcu ich rude czupryny zwracały na siebie uwagę. Odwzajemniła krótki uścisk na przywitanie, następnie zmierzyła go wzrokiem. Zwróciła uwagę na bladość jego skóry, była rzeczywiście jeszcze jaśniejsza niż zapamiętała ją z czasów szkolnych, nie był to więc mit, że wampiry mają jasną cerę. - Cześć, także miło Cię widzieć.- Postanowiła trochę spauzować Cody'ego. Odsunęła się o krok. Tego się nie spodziewała. Najwyraźniej chciał się z nią spotkać żeby porozmawiać o Rookwoodzie, jednak Heath wiedziała, że nie może powiedzieć mu nic. Ze względu na bezpieczeństwo przyjaciela. Im mniej osób wie, co się z nim dzieje - tym lepiej. - Nic nie wiem Cody. - Spoglądała na niego swoimi niebieskimi oczami. Pewna była jedynie tego, że nie powie mu nic na temat Charliego. - Zaginął, śmierciożercy zabili Christy i jego brata, tyle wiem. - Głos miała spokojny, panowała nad tym, co mówi, zdecydowanie nie zamierzała rozwodzić się na tym tematem, żeby przypadkowo nie powiedzieć zbyt wiele.




RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Cody Brandon - 20.02.2023

Teraz mieli zdecydowanie lepsze okoliczności na spotkanie. Co prawda w głowie wciąż miał chaos, w większości sytuacji nie wiedział co robić, co mówić i jak się odnieść do swojej przypadłości. Tak dużo się zmieniło, czuł, że od tego oszaleje. Mimo wszystko nie był czarodziejem słabej woli i charakteru. Śmierć nie wpędzi go w depresję ani załamanie nerwowe. Denerwował się lecz było to normalne, nawet wskazane w jego sytuacji. Udawał, że może spotkać się z koleżanką i na chwilę zapomnieć, że potrzebuje gorącej krwi aby istnieć. Dzięki temu, że miał ważniejszą sprawę na głowie jeszcze bardziej mógł przypominać siebie zza życia.
- Co? Zabili…? Kurwa. Jak to zabili jego brata? I tą Christy o której mi pisał w listach… no weź, to jakiś żart. - wybałuszył na nią oczy i zmienił się w jednej wielki rudy kłębek niepokoju. Ledwo co udawało mu się zachować odpowiedni ton głosu i nie krzyczeć na całe gardło w miejscu publicznym. Wplótł ręce w swoje włosy i ścisnął je, co było po prostu oznaką zdenerwowania. Nie potrafił wyobrazić sobie, że Charliemu odebrali dwie osoby naraz. Na jego miejscu chyba by oszalał.
- Kurwa. Jak dawno temu zniknął? Brenna napisała mi, że mógł się celowo ukryć… ty go znasz lepiej. Jak sądzisz? To możliwe, że sam podjął taką decyzję i zniknął? Ale powiedziałby ci. Jesteście blisko… wiedziałabyś. Przecież on ci mówi wszystko.- gadał jak najęty i nie odrywał od niej spojrzenia. Mówiła, że nic nie wie ale przecież… nie chciał w to wierzyć skoro byli ze sobą blisko. Szukał wszędzie nadziei, że nic mu nie jest a więc drążył temat. Nie odpuści tak łatwo. Co prawda nie może rozpytywać nikogo poza Heather ale nie znaczy, że będzie siedział bezczynnie. Coś wymyśli. Jego przyjaciółkami były czystokrwista wiedźma i dziennikarka. Widział jak zacząć szukać tak, aby się nie wychylać. Spojrzenie Cody'ego mówiło jasno i wyraźnie, że będzie drążył. W razie czego jest jeszcze William… ale to w ostateczności.
- Wiem, że na pewno wszyscy go szukają ale nie będę siedział bezczynnie. Wiesz, teraz trudniej mnie zabić i zamierzam zrobić z tego zaletę. Skoro i jego Śmierciożercy mogą chcieć ścigać... - a coś na ten temat wiedział. Przechodził samotnie uliczką i został zamordowany. Jeśli więc Charlie się ukrywa to potrzebuje przy tym więcej pomocy. Rookwood nie był idiotą, na pewno zadbał o swoje "plecy" ale mimo wszystko Brandon nie potrafił zostawić tego w spokoju. Emocje były zbyt świeże aby miał to przemyśleć i decyzję podjąć dopiero gdy ochłonie.


RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Heather Wood - 20.02.2023

Zastanawiała się, jak często Cody żywi się ludzką krwią. Czy robi to za każdym razem, gdy ma na to ochotę, czy je kilka razy dziennie, jak zwyczajny człowiek? Czy atakuje wtedy kogokolwiek, nie do końca miała świadomość, jak wygląda zwyczajny dzień wampira. Była tego ogromnie ciekawa, jednak nie zamierzała na dzień dobry zadać takich pytań, Wood miała w sobie odrobinę przyzwoitości, przynajmniej jak na razie. Nie było to jedyne pytanie jakie chciałaby mu zadać, zastanawiało ją też, co robi w dzień, skoro wampiry ponoć nie mogą pojawiać się na słońcu i to chyba też była prawda. Czy wtedy śpi? Czy zajmuje się czymś innym.

- To nie jest żart Cody. - Mówiła spokojnie, ona chyba już oswoiła się z tą informacją, choć na początku zareagowała równie emocjonalnie. Oczywiście, że informacja o tym, co się przytrafiło najbliższym Rookwooda obudziło w niej ogromną agresję, w końcu kto to widział atakować niewinnych ludzi, jednak na całe szczęście jej przyjaciel się wylizał, jakimś cudem, choć wiedziała, że było tym razem naprawdę blisko.

- Atak miał miejsce w ten sam wieczór, co bal u Longbottomów, to było gdzieś koło dwudziestego marca. - Nie pamiętała dokładnej daty, jednak bardzo dobrze wiedziała, co wtedy robiła. Razem z Cameronem spędzali miły wieczór, pili, zabawiali dziennikarzy, wyśmienicie się bawili, kiedy ich najbliższy przyjaciel walczył o życie. Wiedziała, że Lupin ma o to do siebie pretensje, tak samo jak i ona miała. Niestety skąd mogli wiedzieć, że coś jest na rzeczy.

- Nie ma ciała. To jest najważniejsze. - Odparła cicho. - Charliego nie tak łatwo zabić.- Dodała, chociaż wiedziała, że nie może powiedzieć więcej. Nie mogła podzielić się tym, co wiedziała, bo mogło to zaszkodzić Rookwoodowi, a jedyne czego była pewna - to to, że nie chciała narażać go niepotrzebnie na niebezpieczeństwo.

- Zostaw te sprawę, nie mieszaj się w to, bo i Tobie może przytrafić się coś złego.- Zamierzała jakoś odciągnąć jego myśli od tego tematu, wiedziała, że nie będzie łatwo. Zresztą sama należała do osób, które poruszyłyby niebo i ziemię, żeby znaleźć przyjaciół. - Sam zresztą zostałeś zabity, czy jakoś tak, bo niby jednak żyjesz. - Nie było sensu ryzykować, że stanie się to po raz kolejny.




RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Cody Brandon - 20.02.2023

Pytał czy to żart choć wiedział, że Heather nigdy w życiu nie byłaby w stanie żartować z takiego tematu, zwłaszcza po tym gdy dowiedziała się, że Cody nie żyje. To nie były powody do śmiechu, on po prostu niedowierzał i nie wiedział co ze sobą zrobić. Te informacje osiadały ciężkością na jego barkach. Musi to udźwignąć i mieć nadzieję, że Charlie przetrwał i po prostu ukrywa się bez powiadamiania znajomych. Patrząc z perspektywy czego ostatnio doświadczył to nie miał w sobie zbyt wiele tej potrzebnej nadziei.
- Około dwudziestego marca? To niecały tydzień wcześniej mnie zamordowano. - rozmasował wnętrzem dłoni swoje usta i brodę, przechodząc z miejsca na miejsce po średnicy półtora metra. - Czy mi się wydaje czy aktywność Śmierciożerców nagle wzrosła? Czemu uwzięli się na młodych? Pieprzone mendy. - warknął sam do siebie i nie potrafił się po prostu uspokoić. Zacisnął palce w pięść na tyle aby paznokcie wbiły się w skórę; zaraz to je rozprostował i ponowił ten gest kilka razy. Zdenerwowanie okazywał niepokojem ruchów a nie podniesionym głosem.
- Tak, to dobrze, to daje nadzieję, jeśli nie ma ciała. Czyli musi żyć. Gdziekolwiek jest, masz rację, on nie da się tak łatwo zabić... - dramatyzowanie i zakładanie najgorszego w niczym im nie pomoże. Musi opracować plan, zastanowić się czy jest co mógłby zrobić dla Charliego, aby mu jakoś pomóc. Gotów był ruszyć niebo i ziemię byleby coś wymyśleć lecz postawa Heather go zaskoczyła. Zatrzymał się w miejscu wmurowany i popatrzył na nią zgłupiały.
- Charlie zaginął ponad miesiąc temu a ty mówisz, żeby dać sobie z tym spokój? Przesiąkłaś chyba wartościami Brenny. Nie wiem jeszcze co zrobię ale nie odpuszczę, Heather. I, przypomnę, że już mnie zabili więc to idealnie wpasowuje się w "coś złego". - no dobrze, trochę dramatyzował. Niczym prawdziwy potomek Godryka Gryffindora chciał podbić świat aby odnaleźć ważną jednostkę. Zdarzało się, że jego odwagę nazywano brawurą i głupotą. W jego zielonych oczach za to spozierało zdecydowanie, że coś spróbuje zrobić. Być może potrzeba większej perswazji aby go od tego odwieść.
- A jeśli on potrzebuje pilnie pomocy? Jeśli go gdzieś uwięzili, wywieźli? Nikomu nie życzę umierania. Jest do bani, Heather. - wiercił się w miejscu i nieustannie poruszał jakby nie potrafił usiedzieć w miejscu. Zapewne gdy wróci do domu i gdy emocje z niego opadną to zrozumie, że łatwo rzucać słowami ale wzięcie się za działanie jest naprawdę ryzykowne.
- Na gacie Merlina, Brenna zakazała mi się wychylać. - przypomniał sobie w porę. Fakt faktem śledztwo wciąż trwa i do czasu ujęcia swego mordercy miał nie rozpowszechniać, że jednak "żyje".


RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Heather Wood - 21.02.2023

Heather powoli zaczynała się przyzwyczajać do tego, że jej bliscy są w niebezpieczeństwie. Nie dało się nie zauważyć, że trwała wojna - która stawała się coraz bardziej jawna. Ataki dotykały coraz większą ilość osób, zresztą i sklep jej rodziców został jednym z celi. Miała świadomość, że może to spotkać każdego, kto w jakikolwiek sposób się naraził, czy po prostu urodził nie w takiej rodzinie, w której im odpowiada.

- Nie wydaje Ci się, ale też po prostu działają już coraz bardziej jawnie. Ataki są coraz częstsze, chcą nas przestraszyć, może pokazać, że jest ich coraz więcej? - Dzieliła się w głos swoimi przemyśleniami. To było pewne, że w pewnym momencie konflikt eskaluje na wielką skalę, szczególnie, że do Voldemorta zaczęli dołączać naśladowcy. Niewiele brakowało, żeby wojna była oficjalna, zastanawiała się, czy dojdzie do takiego momentu.

- Tak, Charlie to nie jest pierwsza lepsza osoba, on zawsze się jakoś wyliże.- Zresztą tak jak i Heather. Wiele razy pakowali się razem w kłopoty i za każdym razem wychodzili z nich w miarę w jednym kawałku, jak czegoś brakowało to Cameron dokleił i wszystko działało. Tak też miało być i tym razem.

Wood przyglądała się uważnie Brandonowi. Jego zdenerwowanie było zrozumiałe, starała się jakoś w miarę bezproblemowo wyjść z tej całej rozmowy, wiedziała, że nie może powiedzieć za dużo, zdawała sobie też sprawę, że niebezpieczne będzie jego zainteresowanie i poszukiwania, bo może to również przynieść niepotrzebne kłopoty. Odetchnęła głęboko, musiała jakoś to wszystko zatrzymać. - Nie mów mi o wartościach Brenny. Nie porównuj mnie do niej. Charlie jest jedną z najbliższych mi osób, nie mieszaj się w to, bo jeszcze przez Ciebie znowu zaatakują, rozumiesz? - Oparła sobie ręce na biodrach, mówiła pewnym głosem, widać było, że zaczyna się denerwować.

- Jest bezpieczny, to tyle, nic więcej nie powinno Cię interesować, nie mieszaj się w to, nie szukaj go.- Postanowiła chociaż w ten sposób dac mu do zrozumienia, że wie, co się dzieje z przyjacielem. Nic więcej nie powie, bo będzie mogło to sprowadzić na niego niepotrzebne ryzyko, a tego zdecydowanie nie chciała. - Jeśli będzie się chciał z Tobą skontaktować, to to zrobi.- Najwyraźniej jak na razie nie odczuwał takiej potrzeby, co zresztą było zrozumiałe, im mniej osób wiedziało, co się z nim dzieje - tym lepiej.




RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Cody Brandon - 21.02.2023

Nie był gotowy na wojnę. Uzmysłowienie sobie tej oczywistości wprowadzało do głowy więcej chaosu. Dopóki go nie zabito działał aktywnie na rzecz sponiewieranych i tłumionych grup, które potrzebowały głosu i poparcia jak największej ilości osób. Czy umiałby oddać za to życie? Broń Merlinie, nie chciał umierać bo teraz gdyby go unicestwiono to nawet pojawienie się Williama nie przywróci go do życia. Dopiero wiadomość o krzywdzie wyrządzonej tak blisko niego sprawiło, że się naprawdę przeraził. Powinien bać się już wtedy kiedy się ocknął w umiera… w pracowni Williama. Podświadomość zadziała z opóźnionym zapłonem. Rzucał słowa na wiatr, nie byłby w stanie ruszyć teraz w świat i walczyć w pocie czoła o wolność ucieśnionych. Musi nauczyć się walczyć i zmienić wady w zalety, nawet jako wampir. Wciągnął do płuc powietrze lecz jak to już miał nieprzyjemność odkryć - nie przyniosło to żadnej ulgi. Człowiek nie zdawał sobie sprawy jak bardzo potrzebne są mu odruchy ciała aby odzyskać spokój umysłu. Słuchał Heather. Każde wypowiadane słowo wyłapywał w powietrzu i zapisywał twardo w myślach.
- Merlinie, cały czas słyszę, że mam się do niczego nie mieszać bo zaszkodzę.- zirytował się tym odstawianiem go na bok. Chciał działać ale dla bezpieczeństwa własnego i wszystkich wokół musiał chwilowo odpuścić.
- Jestem kiepski w roli anonimowego słuchacza. W szkole lubiłem pakować się na pierwszy plan a teraz mogę wychodzić z domu tylko nocą. Uch, to popieprzone. Rozumiem co masz na myśli ale aż mnie nosi żeby coś zacząć robić. - nie przyszedł tu po to aby się kłócić. Reagował normalnie w obliczu takiej prawdy bo dotyczyło to człowieka, któremu nie życzył takiego samego losu co swój. Gdyby mógł temu zapobiec… dlatego tak rwał się do czegokolwiek produktywnego, mogącego pomóc w potrzebie nim będzie za późno.
Zatrzymał się znienacka, bo znów się nieświadomie kręcił, kiedy padły te mocne słowa. Momentalnie dopadła go ulga widoczna na bladej twarzy.
- Jest bezpieczny?- powtórzył choć przecież dobrze słyszał. Wpatrywał się dłuższy moment w jej niebieskie oczy i wyglądało to niczym rozmowa telepatyczna. Niestety, ale nie posiadała tej umiejętności więc tylko zaciskał usta w cienką linię i odbierał od niej niewerbalny przekaz. Sprawa się wyjaśniła na tyle, aby zatrzymać Brandona w miejscu. Skoro Charlie jest w bezpiecznym miejscu i się faktycznie ukrywa to znaczy, że nie trzeba natychmiast działać i spieszyć mu na pomoc.
- Teraz rozumiem.- wypuścił powietrze z płuc lecz jego organizm ponownie to zignorował. Zaśmiał się, z nerwów.
- O Merlinie, jaka ulga. Dobra, masz rację. Nie dziwię mu się, że… - rozejrzał się jakby nagle zza krzaka miał wypaść Śmierciożerca. Potrząsnął głową i w końcu się uśmiechnął.
- Dzięki, Heather.- lekko ścisnął jej ramię w imię wdzięczności za to, że natychmiastowo pogrzebała jego plany o głupim zrywie "bohaterstwa". Cóż, bywał w gorącej wodzie kąpany. Opadł na ławkę, wywalając nogi przed siebie. Westchnął świadomie, cały czas próbując odnaleźć choć odrobinę przyjemności w pracy oddechowej. Nic z tego, płonne nadzieje.
- Skoro się już nie palę i lepiej tego tematu tutaj więcej nie poruszać to możemy przejść do wyjaśniania jak to się stało, że znalazłem cię w BUMie? Przecież jesteś sportowcem a tu nagle zajmujesz się moją sprawą… to skrajne ścieżki.- skrzyżował ręce na karku i zawiesił wzrok na swojej rozmówczyni. Wyglądał jakby był oazą spokoju choć wewnątrz jego głowy wciąż huczało, miał milion pytań i przede wszystkim świadomość, że Charliego musi zostawić w spokoju dopóki czegoś nie wymyśli. Faktycznie, mógłby zaszkodzić gdyby zaczął go szukać… choć oddałby cały zapas słodyczy z Miodowego Królestwa żeby się z nim spotkać.


RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Heather Wood - 21.02.2023

Heath pogodziła się już z tym, w jakich czasach przyszło im żyć. Przegadała temat z przyjaciółmi, wytłumaczyła im, że nie zamierza być bierna. Zbyt wiele zła spotykało niewinnych, aby stała z boku. Zamierzała się zaangażować, aktywnie brać udział w walce z nieprzyjacielem. Może nie do końca wiedziała jeszcze od czego zacząć, ale nie bała się tego, że ktoś się dowie, jakie ma poglądy. Zresztą i tak wszyscy wiedzieli, jednym z celów ataków był przecież sklep jej rodziców, gdzie zginęła Pani Smith - przekochana staruszka, która pracowała tam od wieków. Oni nie mieli sumienia, zabijali, aby zabić, nie liczyli się z niczym, chcieli tylko przestraszyć zwykłych zjadaczy chleba, żeby mieć większe poparcie. W Heather nie tak łatwo było wzbudzić strach, nie bała się konfrontacji, bo właściwie, co mogło się jej stać, mogła umrzeć? Kiedyś i tak zejdzie z tego świata. Nie bała się śmierci.

- Cody, czasem lepiej jest stać z boku.- Szczególnie, że to zaangażowanie mogło zaszkodzić innym. Wiedziała, że to nic przyjemnego zostać odsuniętym od sprawy, jednak chodziło o większe dobro, musiał jakoś sobie z tym poradzić. - Rozumiem, ale czy chcesz się zaangażować w to wszystko? Czy chodzi Ci tylko o odnalezienie Charliego? - Wolała się upewnić, że dobrze rozumie jego intencje. Sama Heather wiedziała, że coś się dzieje, że ludzie się organizują, aby stawiać czoło popleniczkom Voldemorta, nie wiedziała kto i co dokładnie się dzieje, ale docierały do niej różne informacje. Zresztą Brenna nawet wspomniała jej o tym, że ma się szykować na Beltane i chodziło tu nie tylko o służbę. Wierzyła w to, że jej zaangażowanie zostanie docenione i ktoś jej powie więcej o tym, co się dzieje.

- Jest bezpieczny. - Powtórzyła cicho bardzo spokojnym tonem. Wolała, żeby się tego dowiedział, w końcu mógłby narobić sporego bałaganu, gdyby zaczął szukać Rookwooda, mogłoby to im zaszkodzić, a tego zdecydowanie nie potrzebowali. - Nie masz mi za co dziękować, tylko obiecaj, że nie będziesz go szukał, bo to może zaszkodzić.- Wolała mieć pewność, że zdusiła te jego chęci poszukiwań ich wspólnego znajomego. Musiała usłyszeć obietnicę.

Na całe szczęście Cody zmienił temat na trochę wygodniejszy, chociaż właściwie, czy tak do końca? Dlaczego zmieniła ścieżkę kariery, bo ją posadzili na ławce, a ona nie znosiła siedzieć bezczynnie. Miała spokornieć, jednak nie do końca jej się podobał ten pomysł. - Była to dosyć spontaniczna decyzja, wiesz, radziłam sobie w szkole z tymi wszystkimi przedmiotami... a w quidditchu mieli problem z moim temperamentem, chcieli, żebym siedziała na ławce, męczyło mnie to, więc odeszłam.- Tak w skrócie, wolała nie wspominać, że bardzo brakuje jej grania, bo pokazałoby to, że podjęła złą decyzję. - Skoro już tak gawędzimy, jak w ogóle doszło do tego, że zostałeś wampirem, i czy najpierw umarłeś, czy najpierw zostałeś przemieniony? - Zadała wreszcie pytanie, które siedziało w jej głowie od momentu ich ostatniego spotkania.




RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Cody Brandon - 21.02.2023

To były trudne tematy i nie wiedział jeszcze gdzie dokładnie jest jego miejsce. Tyle dobrego, że miał świadomość, że bezczynność nie jest jego mocną stroną.
- Póki co tylko Charlie. Na resztę... nie mam jeszcze wystarczających umiejętności. Przegrałem pojedynek na śmierć i życie, to pokazało jak bardzo nie przykładałem się do czarów ofensywnych. Jeśli się podszkolę, a teraz mam na to mnóstwo czasu to możliwe, że będę chciał pomóc bardziej... ale sama wiesz, wampiry nie są zazwyczaj mile widziane gdziekolwiek poza urną prochów. - wywrócił oczyma bo jednak nie będzie się załamywał bo to nie w jego stylu. Gdy ułoży myśl i przegada wszystko z Alice i Rheą to z jaśniejszym umysłem będzie w stanie podjąć konkretniejsze decyzje, które za jakiś czas przeobrażą się rozsądne działania.
- No dobra, nie będę go szukał. Najważniejsze, że żyje a z reszty jakoś się wykaraska. Jeśli będzie potrzebował pomocy to też przecież ma kilka alternatyw. - obiecał grzecznie, że nie będzie wariował i zadawał niewygodnych pytań. Świadomość, że żyje stanowiło najważniejszy argument w tej rozmowie. Dzięki temu mógł w końcu usiąść i przestać się tak nagminnie przemieszczać, co mogło niepotrzebnie zwracać uwagę. Zmrużył oczy kiedy znienacka zapaliła się latarnia obok ławki na której to się usadowił. Poklepał miejsce obok siebie.
- Posadzili cię w rezerwie bo masz ognisty temperament? Ten powód jest denny, mogliby wymyślić coś lepszego. Nie myślałaś o jakimś pokrewnym zawodzie? Oddaliłaś się od sportu hen daleko. To do ciebie niepodobne, pani kapitan. - a drążył bo był ciekawy i lubił wiedzieć mnóstwo rzeczy o innych ludziach. Zbierał sobie takie informacje i je zapamiętywał, aby w najmniej spodziewanym momencie wysunąć je na pierwszy plan i pokazać, że potrafi słuchać... póki temat nie był nudny, rzecz jasna.
Uśmiechnął się krzywo kiedy zapytała o wampiryzm. Nie miał jej tego za złe; po prostu nie spodziewał się tego pytania tak znienacka. Mimo wszystko chętnie podzieli się wszystkim. Musiał się wygadać a skoro Heather go nie potępia, nie brzydzi się i co więcej, nie ucieka z krzykiem to chętnie to wykorzysta.
- Najpierw umarłem... znaczy to dokładnie wyglądało tak, że kilka chwil po śmierci zacząłem się wybudzać już z klątwą wampiryzmu. Wiesz, nie byłem wtedy przytomny to nie wiem co się dokładnie działo. Pamiętam, że się wykrwawiłem i zasnąłem a gdy się obudziłem... - wzdrygnął się z obrzydzenia na samą myśl o pierwszych chwilach po ocknięciu się. Biedny William.
- Było ostro. To dziwne uczucie, bardzo denerwujące. "Być w szoku" to skrajne niedopowiedzenie. No weź, nagle się budzisz i odkrywasz, że choć głowa żyje to ciało nie. Beznadzieja. - nie mówił tego tonem przybitego chłopaka, którego przedwcześnie zabito. Nie, on opowiadał to tonem przygody, której miał nieszczęście doświadczyć. Próżno było w nim szukać nienawiści względem tego, który go stworzył. Poniekąd cieszył się, że nie gnił pod ziemią a mógł jeszcze... istnieć i mieć przy tym ciało bo przecież mógł wrócić jako duch, prawda?


RE: Kwiecień 1972 | Park publiczny | Cody & Heather - Heather Wood - 22.02.2023

Heath skończyła się już cierpliwość. Wiedziała, że nadszedł ten moment, w którym zaangażuje się w to wszystko dużo bardziej intensywnie. Nie zamierzała biernie patrzeć, jak ludziom wokół niej dzieje się krzywda, a miała świadomość, że posiadała odpowiednie umiejętności do walki. Zresztą od zawsze wdawała się w bójki, załatwiała problemy swoją siłą fizyczną, ale nie tylko, dbała o to, aby magiczne umiejętności związane z pojedynkami odpowiednio rozwijać. Było to dla niej ważne.

- Możemy ćwiczyć razem, jeśli będziesz miał ochotę.- Sama uważała, że warto pielęgnować umiejętności, zależało jej na tym, żeby pozostać w formie, w końcu wróg czaił się za rogiem. - nie jestem może niewiadomo jakim specjalistą, ale coś tam umiem. - Nie przyjęli by jej do brygady, gdyby nie potrafiła się bronić.

- Cieszy mnie ta decyzja, może mu wspomnę o tym, że o niego pytałeś, jeśli nadarzy się taka okazja.- Wtedy Charlie sam będzie mógł zdecydować, czy chce nawiązać kontakt z Codym. Właściwie, to Heath chyba powinna mu powiedzieć o tym, że ich wspólny znajomy nie jest już człowiekiem, ale o tym będzie myśleć później, jak już spotka Juliena.

Uśmiechnęła się do rudzielca i zajeła miejsce obok niego na ławce. Faktycznie w ten sposób będą się mniej rzucać w oczy niż będac w ciągłym ruchu, który mógł sugerować zdenerwowanie. - Wkurzyłam się i powiedziałam, że odchodzę. Spontaniczna decyzja. Może oddaliłam się od sportu, ale przynajmniej też nie nudzę się w pracy, to zawsze jakiś plus.- Wood należała do osób, które nie znosiły stagnacji, w jej życiu musiało się wiele dziać, potrzebowała bodźców, na całe szczęście jako brygadzistka miała ich pod dostatkiem.- Może kiedyś wrócę do sportu, nadal trenuję, bo nie chcę wypaść z formy.- Jednak jeszcze nie do końca wiedziała, co zrobić. Była młoda, miała czas, żeby ewentualnie wrócić do starej branży.

- Czyli ktoś Cię przemienił, jak zacząłeś umierać? - Wolała usłyszeć jasną odpowiedź, najłatwiej przychodziły jej zdecydowanie proste komunikaty. - Wiesz, zawsze mogło być gorzej i mogłeś umrzeć, umrzeć, tak na zawsze.- Wood starała się szukać pozytywów w tym, jak to wszystko się potoczyło. - Pewnie to nie jest proste, w sumie jakbyś narodził się na nowo, bo musisz zmienić całe swoje życie.- Skomentowała jeszcze.