Secrets of London
[03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki (/showthread.php?tid=993)

Strony: 1 2


[03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Alanna Carrow - 21.02.2023

Odkryj wiadomość pozafabularną
Znajdowałeś się w magicznych dzielnicach Londynu. Wszystko było takie jak zawsze, dopóki nie poczułeś dziwnego zapachu. Nie udało ci się znaleźć jego źródła, nie był też szczególnie irytujący. Dopiero po jakimś czasie zacząłeś odczuwać prawdziwe efekty rozpalonego tam kadzidła. Wszystkie alejki stały się nagle strasznie wąskie… a później zniknęli z nich wszyscy ludzie… Byłeś całkowicie odurzony, a znane ci miejsca stały się na kilkadziesiąt minut labiryntem, z którego nie mogłeś się wydostać. Kiedy się ocknąłeś, znajdowałeś się w ciemnym zaułku na Pokątnej.



03.03.1972


Przemierzanie ulic magicznego Londynu nie było niczym niezwykłym w rutynie Alann Carrow, chociaż na dobrą sprawę – nie po to, w teorii, uczyła się teleportacji, żeby gdziekolwiek chodzić na piechotę. Jednakże miała swoje powody. Clare, nie Alanna. O ile zaszywanie się w czterech ścianach było dobre raz na jakiś czas, tak ostatnio coraz częściej miała poczucie, że się w nich najzwyczajniej w świecie dusi.
  Że tkwi w klatce bez wyjścia.
  Poniekąd było to prawdą, tyle że klatką tak naprawdę nie było jednak mieszkanie, a jej nie-własne ciało. Ciało, które pomimo spędzonego wspólnie praktycznie roku nadal wciąż pozostawało boleśnie obce i doprowadzało raz za razem do frustracji. Bo kolory nie takie, jak pamiętała. Bo zadyszka, gdy przebiegła się kawałek.
  Bo… mogłaby, zapewne, wymieniać bardzo długo wszelkie mankamenty. Choć i tak, najbardziej jednak bolał ten wzrok, co przy artystycznej duszy powodowało, iż przy sięganiu po kolory można było osiągnąć efekty zupełnie inne niż spodziewane. Ot, trawa nagle stawała się czerwona czy coś w ten deseń…
  Rutynę przełamał zapach, którego to nigdy dotąd nie czuła w tym rejonie. Ba, nawet niespecjalnie zwróciła na niego uwagę, zwłaszcza że nie należał do grona woni, co nieprzyjemnie drażniły zmysł węchu. Ot, zapewne ktoś postanowił sobie odpalić kadzidło i przy okazji otworzył okno, bo jednak za dużo dymu narobiło się w środku. Bo – niestety – tak to z kadzidłami bywało: miały całkiem zacne zapachy, tyle że szare kłęby, jakie uwalniały, potrafiły całkiem skutecznie dusić, zwłaszcza gdy do dyspozycji miały o wiele za małą przestrzeń.
  A potem zaczęły się dziać rzeczy przedziwne.
  Wszystko stało się podejrzanie ciasne, wąskie, aż nie do końca była pewna, jakim cudem w ogóle udało się przejść – już pomijając fakt, że musiała sobie pomagać, wspierając się dłonią o ściany budynków co parę kroków i robiąc przy tym przystanki. Im dalej szła – chcąc się wydostać w cholerę z tej wielkiej ciasnoty – tym gorzej się działo. Miejsce, którego ulice przemierzała przecież niejeden raz, stało się przedziwnie obce, coraz bardziej splątane i wyludnione.
  Niepokój wgryzał się w trzewia, konkurując z coraz większym otępieniem, ogarniającym umysł Clare. I w końcu to drugie wygrało.
  Zamrugała nieprzytomnie, gdy w końcu zdała sobie sprawę z tego, że znajduje się gdzieś, gdzie nigdy miała przecież nie trafić. Jak się stąd wydostać? Też nie miała pojęcia, a sięgnięcie po magię nie brzmiało teraz jednak jak najlepszy pomysł pod słońcem. Teleportacja, mimo wszystko, wymagała skupienia, a nie-Carrow z trudem przychodziło zebranie myśli i jako-takie ich uporządkowanie.
  Pierwsze odkrycie? Coś ciemno. Kolejne? Twardo. Nie wiedzieć dlaczego klęczała na jednym z kolan, uparcie przytrzymując się ściany. I jakoś tak dziwnie zimno. Spróbowała wstać – nogi odmówiły posłuszeństwa i całkiem klapnęła na ziemi, wspierając się plecami o cholera-wie-jaki-to-był budynek.
  Wyłapała jakiś ruch czy to jedynie omamy…?
  - … ktoś tu jest? – bąknęła w eter, niewiele myśląc nad tym, czy to w ogóle było rozsądne.
  W zasadzie to trudno stwierdzić, czy w ogóle była w stanie myśleć cokolwiek sensownego.

478



RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wilhelm Avery - 21.02.2023

To był jeden z tych nerwowych dni, kiedy po prostu nie powinno wychodzić się z domu. Zwłaszcza, jak ktoś chodzi o sprawy, których lepiej nie wspominać. Dziś właśnie jakieś licho, czy to w postaci nietypowego ponuraka musiało nad nim wisieć, bo jak to inaczej wyjaśnić? Może jednak od początku.
Sklep, w którym pracował, sprzedawał kadzidła. Kilka dni temu otrzymali zlecenie na stworzenie jednego, które miało mieć wyjątkowe składniki. On po prostu przekazał to dalej i czekał, aż to konkretnie zamówienie wyjdzie. Pierwszy raz spotkał się z tak nietypowym składem, ale kompletnie nie miał pojęcia, po co mu takie były. Do tego jeszcze była dołączona lista pewnych wymogów. I to z cyklu irytujących, a nie normalnych. Co to było? Zakaz teleportacji z kadzidłem, wykluczenie sieci Fiuu. Zapomnieć można o zapakowaniu w cokolwiek, bo chodziło o jakieś warunki. Nawet pogoda musiała być odpowiednia! Jak tu się nie irytować? Wziął kilka oddechów i zapomniał o tym, dopóki nie przyszło. Patrzył na to, jak na jakiegoś dementora i poczekał na odpowiednie warunki. Jeden dzień. Tyle musiał czekać, by mógł z tym wyjść przez cały Londyn i dojść do Pokątna, skąd oczywiście miał dostarczyć to dalej. Mało było co prawda czarodziejów. Tym lepiej dla niego, bo nikt nie spróbuje go potrącić. Wszyscy pracowali i jedynie nieroby chodziły teraz.
Mijał przy tym sklep z różdżkami, gdzie jakiś dzieciak testował swoją nową różdżkę, którą kupił wraz z matką. Na jego cholernie szczęście trolla wypalił on iskry, które poleciały daleko i uderzyły w knot, zapalając kadzidło. Wtedy niedaleko przechodziła także Carrow. Próbował to oczywiście zgasić, co ... i wtedy świat zaczął się zmieniać. O, nie...to jakiś halucynogenny typ. Tyle zdążył pomyśleć, jak wszystko się zaczęło, a ściany zaczęły się kurczyć, a niewielkie grono czarodziei znikać, jak za dotknięciem różdżki.
Ocknął się i usłyszał jakiś głos, ale na początku nie odpowiedział zbytnio. Pierwsze, co wyrwało mu się z ust.
- Co za przeklęty na włochate kudły Merlina, dzień. Jak dorwę tego kogoś, to mu dorobię krowi ogon. - Warknięcie rozległo się w pełni, kiedy zaczął się rozglądać za źródłem tego głosu.
- Jest, jest i obecnie przeklina dzień. - Wtedy też dojrzał osobę i zaczął się kierować do niej. Cholera. Jak wąsko! Co to za durny efekt kadzidła?


RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Alanna Carrow - 26.02.2023

Zamrugała mało przytomnie, jakby to miało pomóc w tym, że nagle zacznie widzieć o wiele lepiej niż przed tą czynnością. Niespodzianka: nie widziała. Nadal wszystko było jakieś takie, dziwne, obce, nienaturalne. A ciało zdawało się należeć do kogoś zgoła innego, jakby nie miała nad nim kontroli.
  Choć przecież miała. Jakąś. Skoro była w stanie podeprzeć się dość niemrawo dłonią czy też mocniej plecami, to jeszcze nie było tragedii z gatunku „petrificus totalus”, obecny tan bliższy był „drętwocie”, ale i też miała całkiem niezła pewność co do tego, iż nie oberwała żadnym zaklęciem. Zresztą, choć objawy w pewnych aspektach się pokrywały, to na dłuższą metę…? Umysł jeszcze działał na tle, by odpowiednio połączyć kropki – i co za tym idzie – dojść do wniosku, że przyczyna takiego stanu rzeczy jednak musi być inna niż pospolite zaklęcie, rzucone z przyczajki.
  Mruganie nie działało, więc na chwilę po prostu zamknęła oczy, próbując zmusić swoje rozbiegane myśli do jakiejkolwiek współpracy. Chaos, jeden wielki chaos – dokładnie to działo się w umyśle Clare, próbującej poskładać wszystko do kupy, niczym rozbity na milion kawałeczków przedmiot.
  W każdym razie: nie była tu jednak sama. Sojusznik? Wręcz przeciwnie? Sądząc z wypowiadanych słów chyba znalazł się w dość podobnej sytuacji, co ona, ale…
  … nikomu nie należało ufać. Nikomu. Jedyne osoby, którym powierzenie własnego życia mogłaby rozważyć, znajdowały się gdzieś indziej i… pozostawały nieświadome tego, iż wraz z pogrzebem cykl życia pochowanej kobiety wcale nie został nieodwracalnie zakończony. Stąd też wolną dłonią zaczęła szukać własnej różdżki, tak na wszelki wypadek.
  Choć rzucanie czarów w obecnej sytuacji mogło nie być najlepszym możliwym posunięciem. Z drugiej strony, różdżka w dłoni mogła też stanowić ostrzeżenie i sprawić, że potencjalny napastnik zastanowiłby się tak z kilka razy, zanim by ostatecznie podjął decyzję o przejściu do rzeczy.
  Sama, w każdym razie, nie planowała atakować jako pierwsza, tym bardziej że – przynajmniej na razie – nie miała ku temu racjonalnego powodu.
  - Gdzie… gdzie my w ogóle jesteśmy…? – spytała dość słabo, ponawiając próbę dźwignięcia się na nogi. Cholera, miała wrażenie, że w tej chwili dwie to jednak za dużo i zaraz się niemiłosiernie poplączą czy coś w ten deseń…

349/827



RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wilhelm Avery - 27.02.2023

Popatrzył na klęczącą kobietę, która znajdowała się przy jakimś murze. Wydawała mu się znajoma po głosie, choć nie tak wcale delikatna nuta ciemności powodowała, że nie widział zbyt wyraźnie kobiety. Bardzo szybko odrzucił możliwość, że ją zna. Po pierwsze, jeśli to halucynogenny typ kadzidła, ona może być wytworem jego dziwnej wyobraźni. Wtedy w teorii mógł zrobić z nią cokolwiek, na co miał ochotę. Nie był jednak kimś takim i czy to osoba nierealna lub może faktycznie żyjąca, nie stanie się potworem, bo ma taką możliwość. Byłoby to nieeleganckie i czułby się z tym po prostu źle. Mógłby rzucić lumos, ale nie miał pewności, czy nawet magia tu działa poprawnie. Wolał cholera nie ryzykować, że nagle oślepnie, bo tak ma się stać. Z tymi dziwnymi rzeczami, nigdy nic nie wiadomo.

- Może pomogę wstać? Damie nie wypada tak na ziemi wypoczywać. Jeszcze ładne ubranie się zniszczy. - Zaproponował, ale nie zbliżył się do niej, dopóki nie pozwoliła sobie pomóc. Jeśli się zgodziła, podejdzie i poda jej ramie lub dłoń w zależności od tego, co będzie praktyczniejsze. W przypadku odmowy uklęknie jeśli nadal będzie w tej pozycji lub pozostanie w pozycji stojącej, jak sama się podniesie. Jego oczy powoli przyzwyczajały się do znacznie mniejszej ilości światła. Dziwne to wszystko było.

- Wolisz wyjaśnienie krótkie, czy długie? - Przynajmniej mógł w ramach przeprosin powiedzieć, co sam wiedział. To wcale nie znaczyło, że ich sytuacja była lepsza. Cholera wie, co wytwór jego magicznego snu na jawie zrobi. Może pojawić się tu dosłownie wszystko. Nikt nie miał kontroli nad tym. Próbował nie myśleć o dementorach, bo pojawienie się tych stworów... zrugał się w myślach zaraz za coś takiego. Przez ułamek sekundy przewinęły się przez głowę inne straszne istoty i skupił się na kobiecie. Może ona była potworem? Syreną, którą tu się transmutowała i ma nogi? Innym bytem, który przybrał jej formę? Wyobraził trollicę, która starała się ludzką czarownicą, zachowując niektóre cechy swego gatunku. Jego wyobraźnia szalała i nie chciała przestać.




RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Alanna Carrow - 05.03.2023

Gdyby cała historia była jedną wielką halucynacją czy po prostu snem, być może byłoby prościej – bo obudziłaby się po prostu tam, gdzie kładła się spać. Ale niestety rzeczywistość odbiegała od tego, co by się wolało.
  Kamienie pod dłońmi pozostawały niezmiennie zimne i twarde, dowodząc, iż nie wszystko było efektem… czegoś. Nie wiedziała, czego. Nie przypominała sobie niczego nietypowego, niczego, co mogłoby wywołać takie skutki. Nic nie zażywała, nic nie piła…
  … chyba że to ten zapach? Mgliste wspomnienie podpowiadało, że przecież wyczuła wcześniej jakąś woń, na którą niespecjalnie zwróciła uwagę. Ale czy to mogło być to? Nie była pewna, zresztą, myśli nadal pozostawały ciężkie, ospałe, jakby musiały brnąć przez bardzo grzęskie bajoro.
  - Dzięki, ale nie trzeba – odparła powoli. Niby znajdowali się w identycznej sytuacji, jednakże brak zaufania do każdego, jakim musiała się wykazywać na każdym praktycznie kroku, dawał o sobie znać. Wspierając się o ścianę, w końcu próba wstania jakoś zakończyła się powodzeniem – aczkolwiek stabilność nóg nadal pozostawiała wiele do życzenia. Tak że miała poważne wątpliwości, czy będzie w stanie przejść choćby parę kroków bez podpory – przynajmniej w dokładnie tej chwili. Może za moment poczuje się trochę lepiej…? Może. Pośpiech wydawał się być teraz złym doradcą, toteż wolała obrać po prostu taktykę małych kroczków.
  Posłała mężczyźnie długie spojrzenie. Nadal mało przytomne, ale czy można się temu dziwić? Najwyraźniej ten stan miał potrać jeszcze długą chwilę – pytanie, jak długą, bo w tej chwili najlepszym, co można było zrobić, to zwinięcie się w kłębek we własnym łóżku i przeczekanie tego dziwnego stanu. Na ulicy zdecydowanie nie chciała zostawać, nie wiedząc, kiedy właściwie dojdzie do siebie. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby zainteresowali się nią ludzie, których to uwagi naprawdę sobie nie życzyła.
  Bo mało to rzezimieszków i innych takich podejrzanych?
  - Takie, które wyczerpująco odpowie na pytanie? – odparła po chwili namysłu, przetrawiając dość długo, co w ogóle znaczyły wypowiedziane przez mężczyznę słowa. Krótkie, długie… Z jakiegoś powodu jej umysł podsunął rulony pergaminu – z czego jeden faktycznie był krótki, a drugi rozwijał się coraz bardziej i bardziej...


334/1161



RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wilhelm Avery - 06.03.2023

Skoro nie chciała pomocy, to odsunął się jeszcze o krok, ale obserwował ją na tyle, ile potrafił. Wyglądała, jak jakieś świeżo urodzone zwierzątko, które dopiero co naprawdę stawia pierwsze kroki. Czyżby wyglądał dla niej jak jakiś straszny potwór, który jednak jest lepszym wyborem, niż ciemność? Niezbyt pocieszająca myśl, bo jeśli tak, to w takim razie, jak ona naprawdę wyglądało? Tylko to spojrzenie mało przytomne... Takie dziwne. Jakby coś brała odurzającego? To miał kłopot, bo może nie zachowywać się racjonalnie. Może zwodzić zmysły... czekaj, a jeśli to wampirzyca? Musi uważać na swoją szyję!
- Dobra, czyli krótkie. Witam cię, droga nieznajomo... - I tu ukłonił się zamaszyście i przesadnie, bo co straci? Przynajmniej może przekona się, na ile faktycznie może sobie pozwolić i przypadkiem dowie się, jaka jest jej prawdziwa natura. - ...w tym świecie nieznanym, stworzonym tak naprawdę z samej magii. - Wyprostował się i spojrzał na nią, próbując zmienić sytuacje na nieco mniej poważną, niż faktycznie była. - Właśnie nawąchaliśmy się tak mocnego halucynogennego, magiczne kadzidła, stworzonego dla jakiegoś wróżbity, że brak mi skali, by powiedzieć, jak tragiczna jest nasza sytuacja. Jesteśmy zdani na łaskę nieznanego i być może naszych umysłów. Tu wszystko jest możliwe. Od zobaczenia naszych lęków, po ukryte pragnienia, przeszłość, czy przyszłość. Nie wiem, jak to działa. - Powiedział rozbawiony, które ukrywało jego rozdrażnienie tym, że kompletnie nie miał panowania nad sytuacją. Po prostu musiało to brzmieć lekko, by kobieta nie uciekła w nieznanym kierunku. I kto wie, jak to się skończy.
- Jeśli jesteś urodzona pod szczęśliwą różdżką to mamy szanse, że jakimś cudem nic się nie wydarzy. W innym przypadku nie chce nawet myśleć, co nas tu może czekać. - Wzruszył ramionami. A skoro o tym mowa, stanie nie miało znaczenia. W końcu, jeśli była potworem i tak zaatakuje, jak tylko przestanie być czujny. Może spróbować jakiegoś wywodu?
- To co, chętna na zbadanie tego miejsca? Może istnieje wyjście? Lepsze to, niż czekanie, aż jakiś halucynogenny dementor zjawi się nam za plecami. - Rzucił z lekkim żartem do niej, by zachęcić ją do pójścia gdziekolwiek. Tak naprawdę mogli iść za lub przed siebie. Nie miało chyba znaczenia, gdzie ruszą.


RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Alanna Carrow - 11.03.2023

Naćpanie, czy to mimowolne czy celowe, potrafiło - jak widać - wywołać ten szczególny stan, gdy wszystkie przyswojone przez całe dotychczasowe życie reakcje mocno szwankowały, tak samo jak możliwości ciała. Rozum w teorii ogarniał, że coś powinno być możliwe a jednocześnie całkowicie nie pasowało to do tego, jak w istocie reagowały kończyny. Tak że efekt okazywał się dość opłakany - dorosła kobieta, która nie powinna móc mieć problemów z utrzymaniem się na nogach, potrzebowała podparcia. To raz.
  Dwa - bardzo istotną kwestią było to, że i umysł nie znajdował się u szczytu formy, a to z kolei wzbudzało całkiem poważne obawy.
  Bo miała sekrety.
  Dużo sekretów, i to tych groźnych, mogących poważnie zaszkodzić.
  Zamrugała mało przytomnie, nie do końca pojmując, co mężczyzna przed nią wyprawia. Kłanianie się? Jakie kłanianie?! Chyba nie tylko ona sama miała teraz mocno nie po kolei w głowie, a może to jednak nie był efekt uboczny... czegoś.
  - Wróżbity? - spytała nieco podejrzliwie. Coś chyba nie do końca tu grało, ale z drugiej strony? Niezbyt potrafiła wskazać, co dokładnie. Więc może i faktycznie dla wróżbity. Niech będzie. Ci, zdaje się, i tak lubili jakieś udziwnione kadzidła, nie mówiąc o mnóstwie akcesoriów, żeby tylko wyglądać bardzo przekonująco i tym samym łatwiej sięgać do kieszeni niczego się niespodziewających ludzi. Ewentualnie szukających po prostu jakiegoś pocieszenia, nadziei, że może przyszłość nie maluje się tak bardzo w czarnych barwach, jak myślą.
  Przymknęła na chwilę oczy. "Co nas tu może czekać". No... nic przyjemnego, zapewne, a przynajmniej sama Clare nie zakładała, że zaraz wyskoczy ktoś z naręczem balonów, krzycząc "niespodzianka". Nie, takie rzeczy to nie o tej porze, nie w tym miejscu i...
  ... właściwie to nie widziała powodów, żeby ktokolwiek mógł postąpić w taki właśnie sposób.
  - Co...? Pomyślmy. Rabusie? - podsunęła, unosząc nieznośnie ciążące teraz powieki. Cenne spostrzeżenie - nie mogła zamykać oczu, choćby na chwilę, bo najwyraźniej może okazać się, że odpływie w objęcia Morfeusza tak, jak stała. A tego naprawdę wolała uniknąć, z wielu powodów, poczynając od najbardziej prozaicznego: własne cztery litery lub nos mogły na tym konkretniej ucierpieć. Albo nawet i więcej niż tylko nos, co zdecydowanie nie należałoby do najprzyjemniejszych rzeczy.
  - Nie ma co czekać – stwierdziła w końcu. Może była zbyt naćpana, żeby pojąć, iż tu leciały żarty. A może po prostu nie potrafiła podejść do sprawy mniej poważnie – nie, gdy odnosiła wrażenie, że jest zwierzęciem zagonionym do nazbyt ciasnej klatki. Czas się z niej wydostać… - Zatem chodźmy – dodała w końcu, odbijając się od ściany. Potrząsnęła głową, zamrugała mało przytomnie i ruszyła przed siebie, stawiając kroki dość niepewnie.
  - Mam tylko nadzieję, że nie zabłądzimy jeszcze bardziej – mruknęła pod nosem. Bo tak też mogło być - zamiast wyjść z pułapki zaułków, to tylko jeszcze bardziej zagłębić się w labirynt…

456/1617



RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wilhelm Avery - 20.03.2023

Jeśli czegoś nauczył się, to w życiu najlepiej radzić sobie po prostu przeć przed siebie, może nie tyle, co z uśmiechem na ustach, bo jeszcze uznają was za wariatów. Lepiej próbować po prostu zmienić zasady. Nie ważne, jak jest dziwnie. Jeśli zachowujesz się absurdalnie, tym wymykasz się ograniczeniem, jakie na ciebie narzucają. Oczywiście trzeba wiedzieć jeszcze, kiedy należy ich używać. Tak właśnie było w tej chwili.
- Nie myśl o tym. Ich nie ogarniasz. Dzisiaj przepowiedzą ci, że zobaczysz ponuraka. Jutro, że czeka cię szczęśliwe życie z gromadką dzieci. - On po prostu miał wykonać zlecenie i to wszystko. Skoro jednak znaleźli się w tym, a nie innym miejscu, musiał zmienić się odrobinkę. Kobieta budziła u niego szczere współczucie. Próbowała być samodzielna, niezależna. Jej ciało miało nieco inne zdanie. Oczywiście nie widział siebie jako czarodzieja na białej miotle, ale też nie miał powodów, by ją tu zostawiać. Oczywiście, dopóki nie przekona się, że jest inaczej, bo nie ma czasu na rozdrabnianie wszystkiego na tak drobne czynniki, a potem ponowne składanie ich do kupy.
- Na przykład, choć szczerze? To byłaby miła opcja. - Palnął, wydawać się mogło bez większego zastanowienia, jednak mając do dyspozycji kilku takich przestępów, a dementora - wybór był dość oczywisty dla niego. Na nich miałby kilka lub kilkanaście zaklęć. Na tego drugiego - no niepewne jedno. Jeszcze pozostała opcja smocza, ale tutaj naprawdę nie chciałby takiego zobaczyć. Jeszcze kto wie, jak wielkie byłoby to bydlę.
- Super. - Powiedział wesoło. Postanowił spróbować znowu trochę kobietę zbić z tropu. Chodziło o to, by przestała myśleć, jak bardzo źle jest. - W inne sytuacji zaprosiłbym na kawę lub piwo, ale raczej nie znajdę tu takiego lokalu. - Oczywiście szedł obok niej, ale trzymał dystans. Nie chciał dziewczyny spłoszyć. I może nawet miałby szanse nieco uspokoić go, gdyby nie usłyszał dziwnego dźwięku, który przypominał krzyk kobiety. Przerażający, budzący ciarki. Zatrzymał się nagle i obrócił się gwałtownie do tyłu z różdżką uniesioną.
- Też to słyszałaś? - Nie wiedział, czy wyobraźnia płata mu figle, czy obydwoje to usłyszeli. Zimny pot go oblał.


RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Alanna Carrow - 26.03.2023

Nie myśl. Z jakiegoś niewiadomego powodu te słowa mocniej wybrzmiały, wyrwane z kontekstu. Nie myśl. Dlaczego? Musiała myśleć, musiała jakoś zebrać się do kupy, musiała stąd zniknąć.
  - Coś w tym jest – przyznała rację mężczyźnie. Jednego dnia to, drugiego dnia to, zależy jak wiatr zawieje. Albo co im się bardziej opłaci. Tak, niespecjalnie darzyła estymą wróżbitów wszelkiej maści, choć nie dało się ukryć, że pośród nich wszystkich zdarzały się jednak osoby z prawdziwym darem, które to rzeczywiście były w stanie spojrzeć za zasłonę przeznaczenia i dostrzec nici losu, jakie miały czekać daną osobę.
  - Rabusie mieliby być miłą opcją? – spytała z pewnym niedowierzaniem w głosie. Tak. Istniały zaklęcia, to prawda. Ale oni też nimi by dysponowali, nie mówiąc już  tym, że w obecnym stanie szczerze wątpiła, czy potrafiłaby wykrzesać z siebie choćby iskry. No dobrze, iskry może by jeszcze wyszły, ale niekoniecznie coś ciut poważniejszego… - Zakładasz, że byłbyś w stanie teraz w jakikolwiek sposób się obronić? – spytała po kilku krokach. Czyżby trafiła na młodego kogucika, co uważał, iż świat padał mu do stóp i naprawdę wystarczy machnąć raptem parę razy różdżką, żeby wszystko było, jak należy?
  Świat już zbyt wielu takich nazbyt pewnych siebie osób widział i zapewne jeszcze wiele takich zobaczy; bardzo łatwo – zwłaszcza jeśli chodziło o młodych – uważać, że przecież nic złego się nie przytrafi, a jeśli już, to z pewnością uda się wybronić. Tak po prostu.
  Zaproszenie na kawę bądź piwo sprawiło, że kącik ust drgnął. Była to ostatnia rzecz, o jakiej by pomyślała w tej zakichanej sytuacji – zwłaszcza że skupiała się po prostu na wydostaniu z tych cholernych uliczek i ogarnianiu własnych myśli, żeby nie były tak chaotyczne.
  - W zasadzie teraz nie odmówi... – zaczęła, ale urwała, drgnąwszy. Krzyk. Głośny, przerażający, zwiastujący niebezpieczeństwo. W innych warunkach może by była skłonna podążyć w jego stronę. Może. Teraz, zaś… nie, kiedy ledwo była w stanie pomóc sobie, jak mogła unieść różdżkę w cudzej obronie?
  - Myślę, że po prostu powinniśmy spieprzać jak najdalej stąd – wychrypiała. Najlepiej, jakby udało się od razu znaleźć stąd wyjście, ale…
  … przede wszystkim, jak najdalej od zagrożenia.

345/1962



RE: [03.03.1972] Bardzo wąskie alejki - Wilhelm Avery - 05.04.2023

Uniósł brew, słysząc jej słowa. Palnął bez zastanowienia i teraz musiał się tłumaczyć. Mógłby co prawda pozostawić to bez odpowiedzi, ale nie byłoby to w jego stylu. I to pytanie po kilku krokach. No teraz spojrzał na nią, jakby właśnie to ona opowiedziała dobry dowcip i nie wiedział, czy ma się roześmiać do rozpuku, czy ją udusić. Może i się pojedynkował w szkole, ale to teraz było co innego.
- Nie, przed rabusiami mamy po prostu razem większe szanse na ucieczkę. - Jakoś nie wyobrażał sobie, że w tej sytuacji mógłby ją tak po prostu zostawić. Może i popełniał błąd, ale nie przejmował się tym. Pewnych rzeczy się nie robiło i kropka! I patrząc na to, kim był, rozbawiło go to stwierdzenie. Czy to oznaczało, że jest hipokrytą, czy jeszcze trochę mu brakuje?
- Zwłaszcza jeśli porównamy ich do smoka lub dementorów, to nadal twierdze, że są milszą opcją. - Dodał do poprzednich słów. I był pewny tego. Uważał, że w przypadku rabusiów istniał cień szansy, by "zagadać ich na śmierć" lub słowami ich omamić. Po prostu miał więcej możliwości. Ze smokiem nawet nie pogoda, będzie chciał go spalić, a dementor zrobić z niego roślinkę. I chyba nawet udało mu się do niej dotrzeć, bo odpowiedziała na jego niezbyt mądre i pasujące do sytuacji zaproszenie. Może w innej sytuacji byłby zadowolony, ale nie kiedy usłyszał ten cholerny krzyk.
- Wyjątkowo zgadzam się z tym pomysłem. - Powiedział, a w jego głosie pojawiła się słyszalna nut. I przestał myśleć racjonalnie. Zbliżył się do niej i poszukał wolną dłonią jej własnej, by spróbować ją chwycić i wyrwać do biegu. Nie miał najmniejszej ochoty przebywać w tym miejscu więcej. On także miał swoje granice wytrzymałości. Nie myślał o tym, by szukać, co to może być. Byli w jakieś cholernej magicznej wizji. Tu wszystko mogło się pojawić, a on nie miał zamiaru się przekonać, jakie okropieństwo czego w jego duszy lub jej. Pewnych rzeczy lepiej po prostu nie wiedzieć!