Mówienie o tym, że "przyjmował" to do wiadomości było bardzo wielkim słowem. Bo tak, to prawda, słuchał i "przyjmował" to, co się do niego mówiło, a nie wypuszczał drugim uchem, ale niekoniecznie to akceptował. Niby rozumiał. Jego mózg gładko wchłonął tę informację i przedstawił mu diagnozę: tak, to nie był sen. To znaczy: był, ale nie ten sen, który rozmywa się, kiedy tylko rozchylisz kurtynę powiek. To sen, który zostanie z tobą, gdy powieki otworzysz i kiedy nastanie poranek. Nie miał pojęcia, czy bezpieczniej było teraz trzymać oczy szeroko otwarte, czy może raczej właśnie w sen uciec, żeby czasem nie okazało się, że teraz zapuka do drzwi realnych i prawdziwych. Słyszał więc, rozumiał, ale nie do końca jednocześnie obejmował swoimi ramionami. Tak jakby ktoś nagle wcisnął mu dziecko na ręce i stwierdził, że to jego. No i cóż? Niby można się doszukać podobieństw, ale jak to? Przecież nie było żadnego dziecka. Przecież to nie ma sensu - to podpowiadała logika. Lub to był zwyczajny syndrom wyparcia tylko o łagodnym zaprezentowaniu.
Nie od razu zrozumiał i połączył wątki, w czym są kwita. Nie da się być kwita z osobą, która uratowała twoje życie. Zawsze będziesz miał swój dług, bo to nie było przyniesienie ciasteczek, krótki spacerek po Kniei. To było narażanie siebie, żeby uratować kogoś innego. I nie przemawiało do niego to, że "to jej praca". Spodziewał się takich słów z jej ust. Tak jak było za co dziękować, tak trzeba było sobie powiedzieć, że przecież Brenna nie musiała narażać swojego zdrowia, żeby komuś innemu pomóc. Mogła robić swoje i jednocześnie w pełni troszczyć się o swój tyłek. Tyle. Aż chciało się zażartować, że w żadnym wypadku nie są kwita, przecież Brenna obiecała mu ciasteczka! Niestety dobry nastrój Laurenta rozpłynął się w doznaniach tej nocy. Skinął za to lekko głową, kiedy wyjaśniła mu, jak to działa przynajmniej w takiej formie, która była dostępna przeciętnemu śmiertelnemu. Nie wiedział, czy rzeczywiście Brenna by mu powiedziała wszystko, bo przecież obowiązywała ich tajemnica służbowa, ale nie zamierzał nawet dopytywać. W tej chwili chyba
nawet nie chciał wiedzieć.
- Czułem się obserwowany. - Przyznał. Ale nigdy by nie pomyślał, że ktoś może prześlizgnąć się przez wszystkie zabezpieczenia i po prostu zaatakować we śnie. Laurent podniósł się powoli, podciągając na łóżku i usiadł bardziej na łóżku, myśląc zarazem o tym, żeby wstać jak i o tym, żeby po prostu zapomnieć o świecie - i spać. Gdzieś tam chyba świeciła nad nim myśl, że to naprawdę może być sen. Teraz zaśnie i jak rano się obudzi to wszystko minie. Wstanie rześki, wypoczęty, myśląc o zadaniach na ten dzień. - To dobrze... - Że jej nie zranił. Chociaż tyle dobrego w tym... nawet nie wiedział, co o tym myśleć. Nie wiedział, czy chciał o tym myśleć. Ogólnie - niewiele już wiedział. - Zgłoszę. Na pewno. - Szczęście w nieszczęściu, że przez powrót starego wroga akurat zachowywał czujność, a zresztą każde niemal spotkanie notował w kalendarzu. - Nie wiem... co miałbym ci powiedzieć. Odprowadzić cię? Może chciałabyś kawy? Albo przygotować ci pokój? - Laurent teraz brzmiał słabo, ale przede wszystkim bardzo spokojnie. Wręcz nienaturalnie spokojnie jak na to wszystko i na to, w jakiej panice był, kiedy pojawił się tu Alexander.
- Proszę nie wstawać, panie Laurent. Ja się zatroszczę o panienkę. - Przyobiecał Alexander..