• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
[maj 1972] Chcę pozdrowić moją mamę

[maj 1972] Chcę pozdrowić moją mamę
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
10.09.2023, 21:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2024, 15:15 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

Suma przypadków: Przy okazji chciałbym pozdrowić moją mamę oraz sześć kotów, które czekają na mnie w domu

Aleja Horyzontalna o zmierzchu nie opustoszała, ale była znacznie mniej zatłoczona niż jeszcze przed miesiącem. Przed Fontanną Szczęśliwego Losu jak wtedy stały stoliki i siedzieli przy nich ludzie – ale mimo tego, że pogoda tym razem dopisywała bardziej niż w kwietniu, było ich jakby mniej. I śmiechy oraz głosy nie wydawały się nieść tak daleko, nie były tak wesołe i tak głośne, jak wcześniej… a może Brennie tylko się tak wydawało? Może sądziła, że teraz cały świat powinien zamrzeć i ucichnąć, więc doszukiwała się czegoś, czego nie ma? Chociaż… wiele osób straciło na Beltane bliskich, znalazło się w zagrożeniu i teraz cóż. Ludzie stawali się ostrożniejsi.
Ciekawe, jak długo to potrwa. Czy szybko zapomną? Czy już tak zniknie?
I ile czasu minie, zanim Voldemort uderzy znowu.
Kierowała się w stronę Pokątnej. Powinna wracać do domu: naprawdę powinna. Miała mnóstwo roboty, a tak jakby niedługo czekał ją kolejny dyżur. Ale wszystko ciągnęło ją teraz do niemagicznego Londynu, gdzie wokół nie było tej nerwowej atmosfery, gdzie nikt jej nie znał, a ona nie znała nikogo. Gdzie mogła zniknąć w tłumie ludzi. Potrzebowała odetchnąć – metaforycznie rzecz jasna, bo odetchnięcie w niemagicznym Londynie zwykle oznaczało wciąganie całej masy smogu. Przez chwilę spróbować nie myśleć o obowiązkach, o widmach, nie paplać do znajomych, przyjaciół i krewnych. Kiedyś uciekała tak głównie do Kniei, ale teraz Knieja była groźna. Nawet ruiny na skraju wrzosowiska nie musiały być już pewne. Tutaj po prostu nie mogła poczuć się w pełni swobodnie. Czasem miała wrażenie, że aż zaczyna brakować jej powietrza, i rozpaczliwie starała się tego po sobie nikomu nie pokazać.
Brenna wędrowała ulicą, kiedy za sobą usłyszała czyjś głos.
– Przepraszam! Przepraszam, zechce pani…
Brenna odwróciła się, spoglądając na mężczyznę, który przystanął za nią. Nie znała go. Był dość niski, trochę krągły, kilka lat starszy. Ubrany w szatę czarodzieja, czystą, i wyglądającą na drogą… ale tylko na pierwszy rzut oka, Brenna, nieodrodna córka Potterów, szybko zorientowała się, że była to raczej tania podróbka. To był ktoś, kto chciał wyglądać, jakby miał styl. Ale go nie miał, albo nie było go na to stać. W ręku trzymał notatnik. Zmarszczyła nieco brwi, bo owszem, obce osoby niekiedy ją zaczepiały, ale zwykle kiedy miała na sobie mundur, a oni czegoś potrzebowali. Ewentualnie, jeżeli ktoś je do niej skierował – bo potrzebowały pomocy Zakonu Feniksa i ktoś z sieci uznał, że najlepiej przerzucić je do Brenny.
Tym razem jednak miała na sobie zwykłą szatę, nie rzucającą się w oczy. Brygadowanie odpadało, przecież nie miała wypisanej profesji na czole. Ba, nie przypominała nawet tej siebie, której zdjęcia ukazały się w marcu w relacji z balu – nieco rozczochrana, blada, bez śladu makijażu, w nijakim ubraniu. Raczej wątpiła, by ktokolwiek, kto nie znał jej osobiście, zaczytywał się w Proroku czy jakiejkolwiek gazecie dostatecznie uważnie, aby ją ot tak rozpoznać. Także nie, to że ktoś zaczepiał ją jako Longbottomównę też szybko wykluczyła. Ktoś z Zakonu też nie wysyłał by przecież ludzi do niej tutaj, tylko do domu albo prosił o spotkanie w jakimś ustronnym miejscu…
Sprzedawca. Pewnie chciał sprzedać jej coś głupiego. Może wyglądała na szczególnie naiwną. Albo na tak rozkojarzoną, że ktoś uznał, że da się łatwo nabrać albo wyciągnie kilka sykli tylko po to, aby mieć święty spokój?
– Jakiś problem, proszę pana? – spytała jednak Brenna uprzejmie, spoglądając w dół – bo człowiek był od niej trochę niższy.
– Dzień dobry. Nazywam się Markus Lumier. Jestem dziennikarzem Proroka Codziennego, redaguję wydanie popołudniowe – oświadczył, uśmiechając się bardzo szeroko i chociaż to był zupełnie zwykły uśmiech, w oczach Brenny równie dobrze mógłby mieć rekinie zęby.
Nie bała się dziennikarzy. Do niedawna nie miała problemu z tym, że od czasu do czasu ukazywała się w prasie. Ale w tej chwili nie chciała do niej trafiać,  kiedy wszędzie pisano o jej kuzynce i bracie, a poza tym miała nieodparte wrażenie, że jeżeli ktoś chciał rozmawiać z nią, to o jednym z trzech tematów. Erik Longbottom, Mavelle Bones albo Beltane. A o nich nie chciała rozmawiać jeszcze bardziej. Mavelle nie chciała tej sławy, Erikowi obiecała, że nie będzie go zadręczać, z kolei Beltane…
Nie. Nie chciała mówić o Beltane. Nie do licha z obcymi ludźmi, a już na pewno nie z dziennikarzami.
– Nie odpowiadam na pytania odnośnie mojego brata. Kuzynki też nie – zapowiedziała szybko, nieświadoma, że właśnie ta wypowiedź może wkrótce zostać gdzieś zacytowana (zapewne z braku lepszej). Dziennikarz, chociaż posłuchał jej z uwagą, zdawał się zaskoczony.
– Właściwie, to nie chciałem pytać o pani brata… kim jest pani brat? – podchwycił szybko. Brenna nie miała pojęcia, czy tylko udawał, czy faktycznie zaczepiał przypadkowe osoby w sondzie ulicznej (dlaczego o tej porze, na Merlina?), ale na wszelki wypadek wolała nie ryzykować.
– Pomyliłam z kimś pana. Nieistotne. W każdym razie…
– Chciałem zapytać, co pani myśli o obecnej sytuacji politycznej. Mógłbym prosić o pani imię i nazwisko?
– Przepraszam, ale…
Nie zdążyła nawet wygłosić pełnego zdania. Dziennikarz podskoczył na podobieństwo piłeczki (a przynajmniej takie skojarzenie nawiedziło Brennę) i przerwał jej w pół słowa, chyba dlatego, że zdał sobie sprawę z tego, że upatrzona ofiara chce uciec gdzie pieprz rośnie.
– Zbieramy opinie obywateli na potrzeby artykułu w Proroku Codziennym. Pani nazwisko może ukazać się w gazecie! Może nawet zrobimy pani zdjęcie! – zachęcał dziennikarz z uporem godnym lepszej sprawy, a Brenna odruchowo cofnęła się o krok i rozejrzała, czy przypadkiem gdzieś obok nie było jakiegoś fotografa, skoro mężczyzna mówił „o  nas” i o zgrozo, o robieniu zdjęć.
– Ja nie…
– Co pani myśli o ostatnich poczynaniach Ministry Magii? – spytał dziennikarz, spoglądając na nią z nadzieją, a kiedy Brenna nic nie powiedziała, a tylko się mu przypatrywała, zaraz dodał zachęcająco: – Na przykład w świetle ostatnich wydarzeń Beltane? Nie uważa pani, że Ministerstwo zrobiło za mało? Mogliby bardziej się postarać, zarówno przed tym wydarzeniem, jak i w czasie jego trwania oraz obecnie, kiedy to wszystko już za nami. Gdyby Ministerstwo było bardziej stanowcze wobec śmierciożerców, być może do tego wszystkiego nigdy by nie doszło…
– To pytanie sugeruje od razu odpowiedź – mruknęła Brenna, ukrywając dłonie w kieszeniach i bardzo starając się skryć też niechęć. Zarówno do niego, jak i do Ministerstwa. Bo myśli o tym, że Ministra powinna być bardziej niezłoma, że podczas Beltane powinno być więcej ludzi, że wobec śmierciożerców należałoby zaostrzyć działania, krążyły jej po głowie.
Tyle że kobieta nie miała najmniejszego zamiaru dzielić się tymi myślami z nikim. A na pewno nie z Prorokiem Codziennym. Wystarczyło, że jej brat udzielił już wywiadu na temat Beltane, śmierciożerców, Voldemorta oraz polityki Ministerstwa. Brenna zdecydowanie wolała, aby to on stał w świetle reflektorów. Nadawał się do tego o stokroć bardziej niż jego siostra. Zawsze tak było, a teraz szczególnie. Po Polanie Ogni szczególnie mocno pragnęła zniknąć.
- Może jakaś drobna wypowiedź? – nalegał dziennikarz, aż Brenna z najwyższym trudem powstrzymała westchnienie.
– Ministerstwo zrobiło, co mogło – odparła krótko i stanowczo, może nieco sztywnym tonem. Dziennikarz zdawał się trochę rozczarowany lakonicznością swojej rozmówczyni. Zapisał coś w notesie, ale po prawdzie… nie miał za bardzo co zapisywać.
– Może coś więcej?
– Przepraszam, spieszę się.
– Ale to Prorok Codzienny!
Najwyraźniej uparł się na nią tak mocno, bo nie przywykł do tego, by ktokolwiek odmawiał Prorokowi.
Ewentualnie wszyscy odmawiali Prorokowi, a ona nie pogoniła go natychmiast, więc uznał, że takiej ofiary nie może wypuścić już z rąk?
– Oczywiście, to absolutnie wspaniała gazeta – zapewniła Brenna, bo zachowywanie się niegrzecznie wobec przedstawicieli prasy nie było w ich świecie dobrym pomysłem, a ona nauczyła się przynajmniej od czasu do czasu być dyplomatyczna. – Jestem pewna, że to będzie doskonały artykuł, ale widzi pan, wolałabym nie wypowiadać się na pewne tematy, poza tym jestem już umówiona. Jest tutaj mnóstwo innych osób, które na pewno chętnie porozmawiają z panem o Ministrze. Życzę powodzenia z pisaniem artykułu – oświadczyła i posłała mężczyźnie uśmiech. – Do widzenia – dorzuciła jeszcze. A potem odwróciła się i umknęła. Tak szybko, jak tylko mogła, nie chcąc, aby przypadkiem dziennikarz ją zatrzymał. Z Horyzontalnej przeszła prosto na Pokątną, stamtąd do Dziurawego Kotła i wreszcie na niemagiczny Londyn.
Tam przynajmniej absolutnie nie groziło jej zaczepienie przez jakiegokolwiek dziennikarza.
Nie obejrzała się ani razu, nie miała więc okazji zobaczyć, jak człowiek podchodzi do kolejnych osób. Ani tego, jak różnie je traktuje – że z kimś nagle przerwał rozmowę, wspominając o tym, że zaczepia go wariat, że wypowiedź kogoś innego wylądowała w koszu. A jeszcze kogoś innego owszem, wysłuchał, ale źle zapisał nazwisko.
Na całe szczęście, nie był to jej problem.
Kilka dni później faktycznie ukazał się artykuł w Proroku Codziennym. Na całe szczęście, był niemal na sam koniec wydania, a z jej wypowiedzi ostało się wyłącznie jedno zdanie, więc Brenna zupełnie się tym nie przejęła. Sam tekst jednak wywołał u Brenny lekkie uniesienie brwi – zastanawiała się przez chwilę, czy to ludzie opowiadali takie głupoty, czy też dziennikarz był wybitnie nierzetelny.
Może dlatego z taką desperacją szukał osób, które zechcą się wypowiedzieć? Ludzie wiedzieli, że lepiej go unikać?
Tak czy inaczej, numer Proroka Codziennego dość szybko skończył w kominku, a opublikowany tam tekst został przez Brennę błyskawicznie zapomniany…

Koniec sesji


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (1532)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa