Jego palce troszkę nerwowo poruszały się po listkach i łodyżkach, ale przestały już na nie naciskać pod wpływem dotyku Victorii i tego, jak zgrabnie i zręcznie pomogła mu wskoczyć z powrotem na jego naturalny rytm. Pod tym względem Laurent nie był szczególnie trudny w obsłudze, co najwyżej w sytuacjach krytycznych bywało z tym różnie. Ta do takowych nie należała. Więc skoro teraz już można było stwierdzić, że te kwiatki są ładne i naprawdę nic się nie stało to i można było odetchnąć, poklepać samego siebie przysłowiowo po ramieniu i żyć dalej. Powiedzieć sobie samemu w takiej chwili "nic się nie stało" a usłyszeć to z ust drugiej osoby to były różne znaczenia tego samego zdania. Głównie dlatego, że dla siebie było to zepchnięciem problemu. Dla kogoś innego - hm... to też zależało od tego, kto wypowiada te słowa. Intencja mogła być w końcu zmienna, wystarczyło użyć innego tonu i już z pełnego przyjaźni "dzień dobry!" robiło się pełne niechęci powitanie. Victoria mówiła o tym zewnętrznym świecie, który wcale nie przyjął tej głupiutkiej pomyłeczki z wielkim poklaskiem. Taka była prawda, nie był to pierwszy przypadek takiej wpadki, czasami ten bukiecik upadał, innym razem koń go przejechał, a jeszcze innym porwał psidwak, który akurat chciał połapać z panienkami. No skoro rzucali, to on też się mógł bawić! Dlatego kiedy on sam sobie to powiedział to przyjął to źle. Kiedy ona to powiedziała - poczuł ulgę.
- Niekoniecznie, chociaż na pewno zrobiłbym furorę. - Oj tak, nie miał co do tego wątpliwości, chociaż wyobrażenie sobie siebie samego w sukni ślubnej nawet dla niego było troszkę... too much. Aż otworzył na moment szerzej oczy, kiedy ta abominacja tylko w marnej części zatańczyła w jego wyobraźni. Na szczęście tylko zarysowana, a nie wyraźna i czysta, bo nie była to jedna z wizji, którą chciałby pielęgnować. Nie zamierzał też tworzyć żarcików dotyczących tego, co by było gdyby Victoria bukiet złapała i gdyby nie wpadł w lekkie zamyślenie, albo wręcz się zawiesił, bo zapytany nawet nie potrafiłby powiedzieć, o czym myślał. Po jej komentarzu, że nie chce o tym mówić było dla niego jasne, że to wciąż nie jest pora, w której wszystko byłoby zostawione za plecami.
- Nigdy nie sądziłem, że nim zostanę. Tym bardziej na ślubie. - I chciał się przesunąć, zaoferować jej ramię i rzeczywiście dołączyć do towarzystwa, żeby tutaj nie zostawać za bardzo w tyle. Szczególnie, że jeśli, nie dajcie bogowie, ominąłby ich pierwszy toast to tego by im już nie wybaczono! Tak, miał to zrobić, ale wtedy Victoria wspięła się na paluszki i złożyła pocałunek na jego policzku. Albo ustach. Jej usta właściwie sięgnęły jego ust, kącika, tak subtelnie, że z boku nawet nikt chyba nie mógłby tego stwierdzić. Chwilowe zaskoczenie ustąpiło wdzięcznemu uśmiechowi. Objął ją ramionami i przytulił do siebie, przesuwając kilka razy palcami po jej plecach. - Dziękuję. - Szepnął jej na uszko. I wtedy już naprawdę się odsunął, by móc jej ramię zaproponować. -Och tak. Zakradnijmy się tam po cichutku i gładko wbijmy w pierwsze toasty. - Zażartował, prawie konspiracyjnie nachylając się do jej ucha, żeby zdradzić ten chytry plan. Nie było się jeszcze do czego zakradać, bo ludzie dopiero zajmowali swoje miejsca, szukali swoich kopert z imionami - to zawsze moment trwało, nim się rozsiedli, a potem jeszcze przemowa państwa młodych i tak dalej, i tak dalej... więc swobodnie ruszyli w tamtym kierunku, żeby też znaleźć miejsca, gdzie zostali posadzeni.
Impreza w dalszym ciągu odbyła się bez żadnych ekscesów. Było trochę zabaw tradycyjnych dla ślubów, obowiązkowo taniec, alkoholu jak zawsze sobie nikt nie żałował. Laurent bawił się przewspaniale - głównie dzięki obecności Victorii. Towarzystwo było naprawdę bardzo udane i to, że prawie nikogo się nie znało nie było problemem. Nie dla Laurenta, który poznał ludzi w tempie błyskawicznym. Kiedy wracali część drogi zagadywał Victorię - teraz było nawet trochę łatwiej, jak zawsze, kiedy może człowiek nie jest pijany, ale jednocześnie już jest w tym stanie rozluźnienia. Jego bohaterka rzeczywiście nie raz i nie dwa zamieniła się z nim na lampki czy wypiła za niego kolejkę. A i tak parę razy zamoczył te usta za dużo i sam czuł ten specyficzny szum w głowie. I tak jak zaplanował - wrócił z bukiecikiem do domu, by zawiesić go przy kuchni z drewnianą tabliczką z podpisem "przyszły panna młoda".