• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[3/4 kwietnia 1972] you let the wrong people love you | loretta & severine

[3/4 kwietnia 1972] you let the wrong people love you | loretta & severine
miss goodman
rage, maybe rage would lift me up, make me stand, make me walk—
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoka (177 centymetrów) i niekształtna; wąska talia, niemalże płaska klatka piersiowa, szerokie ramiona oraz krzywe, bocianowate nogi zaskarbiły jej w szkolnych latach niechlubne przezwisko - oset. Jej miodowe włosy, jeśli nie potargane, upięte są w niedbały kok, zaś spojrzenie błękitnych oczu kryje w sobie zmęczenie. Poza tym nosi się elegancko, choć mało kobieco, lubując się w idealnie skrojonych garniturach.

Severine Crouch
#1
25.10.2023, 00:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 21:58 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Loretta Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Rozrywał ją trudny do zniesienia ból.
Tysiące ostrych igieł wbijało się w podbrzusze, gdy w swej nieostrożności poruszyła się zbyt gwałtownie. Piersi przypominały o sobie ciemnymi plamami kwitnącymi na śnieżnobiałych koszulach, zaś ciało zrobiło się nagle żałośnie wiotkie i słabe, zdane na łaskę zewnętrznego świata. Lecz Severine była zbyt pyszna, by pozwolić innym na okazywanie jej łaski, zbyt uparta, by słuchać poleceń innych osób, a także zbyt zraniona przez rodziców, by dłużej przebywać w ich towarzystwie, dlatego - wbrew zdrowemu rozsądkowi - wróciła do mieszkania w Londynie. Pustego, zimnego i zdecydowanie za dużego dla samotnej kobiety, za to niosącego ze sobą znacznie więcej ciepłych wspomnień, niż dom w Kornwalii.
Żal rozlewał się goryczą po jej podniebieniu.
Nazwała go Atticus, po bohaterze mugolskiej książki, która wpadła jej w ręce przed kilkoma laty. Nigdy wcześniej nie była w stanie pojąć, dlaczego inne kobiety nazywają swoje nowonarodzone dzieci pięknymi oraz w jaki sposób doszukują się w nich podobieństwa do siebie lub ich ojców; wszystkie były czerwone, pomarszczone i kwiliły żałośnie, przerażone nową sytuacją. Atticus na początku również przypominał zostawionego na słońcu pomidora (nie była pewna, czy zamroczona znieczuleniem nie nazwała go właśnie w ten sposób), lecz gdy tylko spoczął na jej piersi, Severine wiedziała wszystko. Masz oczy po swoim ojcu. I nos. I włosy ciemne jak on. W ogóle jesteś bardziej podobny do niego, niż do mnie, zawyrokowała, choć za wcześnie było na takie sądy. Dla niej Atticus był małą wersją Louvaina, jego wierną kopią, co na pewien sposób sprawiało jej również przykrość. Chciała mu powiedzieć wtedy, ale on zdawał się być tak szczęśliwy, tak bezgranicznie zakochany w tamtej dziewczynie, że nie zdobyła się na odwagę; nie mogła mu tego zrobić, nie mogła stać się jego kulą u nogi i przyczyną nieszczęścia, nie mogła zmusić go do tego, by porzucił swoje życiowe plany i zgrywał bohatera. Nie wymagała od niego tego heroizmu, a nawet uważała, że na niego nie zasługiwała.
Sądziła, że jakoś to będzie; przeżyła wszak tyle lat powtarzając tę mantrę. Była niczym kot, który zawsze spadał na cztery łapy, a jeśli już nie udało mu się wywinąć śmierci, to przecież miał kolejne osiem żyć. Tym razem również miała nadzieję, że rodzice jakoś zaakceptują wnuka, pomimo ich początkowej niechęci. Że jakoś pomogą jej wyjaśnić przed światem, dlaczego w jej ramionach znalazło się nagle niemowlę. Że jakoś uda jej się połączyć pracę z opieką nad Atticusem. Była nawet gotowa pójść na pewne ustępstwa, wyrzec się siebie i żyć tak, jak jej przykazano, jeśli tylko pozwolą zachować jej dziecko.
Osiemnaście godzin. Tyle dane było jej być jego matką, zanim jej go odebrano i oddano komuś, jak jakąś rzecz, jak lalkę dla dorosłej dziewczynki, która bardzo chciała mieć zabawkę przypominającą niemowlę. Wybiegła za nimi; boso, w śnieżną noc, z koszulą lepiącą się do ciała, jednak było za późno. Podobno znaleźli ją na granicy życia i śmierci, rozpaczy i obłędu.
A teraz siedziała odrętwiała przed kominkiem i nie mogła wyzbyć się wrażenia, że jej życie było jak te płonące polana. Mogła ratować je polewając wodą, lecz one zdążyły się już zwęglić. Niegdyś wschodząca gwiazda prawniczego świata, harpia, prowadząca prywatną vendettę przeciwko wszystkim łamiącym prawo; dziś ledwie cień dawnej siebie. Sięgnęła po butelkę laudanum i przyłożyła ją do ust, gdy rozległo się walenie do drzwi. Zignorowała je i upiła pierwszy łyk, ale zanim zdążyła poczuć charakterystyczny smak trunku, dobijanie się potworzyło. Niechętnie odstawiła butelkę na stolik i spojrzała na zegar - dochodziła północ - po czym z przekleństwem cisnącym się na usta zatoczyła się w stronę drzwi, gdzie pozbawiona instynktu samozachowawczego otworzyła je na oścież, gotowa wyrazić swoje niezadowolenie późną wizytą. Kiedy jednak zobaczyła przed sobą drobną postać Loretty, jej gniew wyparował. Bez słowa wpuściła ją do mieszkania.
— Leander? — zapytała półszeptem, zamykając za sobą drzwi.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
25.10.2023, 14:39  ✶  

Rozrywał ją trudny do zniesienia ból.

Jedna milionowa wszechświata rozpadła się w drobny mak u jej stóp, oddając ją samą we władanie jednego z diabłów; coś nieodwołalnie w niej pękło, przykuło do ściany w niewielkim mieszkaniu, skłębiło się słowami w przełyku – nie była w stanie wyrazić niczego. Dźwięki kwitły na języku, wszystkie jednak były niewymowne, a ona sama – zamiast podnieść się z dumnie uniesionym podbródkiem – siedziała skulona pod ścianą atelier. I choć go nie kochała w pełni tego słowa, była od niego piekielnie uzależniona; od smaku jego ust, dłoni oplatających ją w talii, od każdych żarliwych kłótni aż po łagodne pogodzenie. Otuliła kolana wątłymi ramionami, wzbudzając falę gwałtownego szlochu. Była w tym stanie od dwóch dni; dwóch dni, które dłużyły się na miarę nieskończoności, wypowiadane staccato i buńczucznie jednocześnie.

Zdemolowana galeria mówiła sama za siebie. To tam zastał ją Louvain, ocierając grochy łez, toczące się po policzkach rzęsiście. Nie myślała jeszcze o remoncie galerii, o poukładaniu sobie całego życia na nowo – tak, jakby on nigdy nie istniał. Nie posiadała jeszcze w głowie planu zemsty, który miał zasiać swe ziarno majowym porankiem – póki co bytowała tak, jakby nie zostało jej już absolutnie nic.

Podniósłszy się z podłogi, pociągnęła nosem żałośnie jeszcze parę razy; było coś słusznego w teorii, jakoby miłość była jak wazon – raz zbita, nigdy nie powróci do pierwotnej formy. A ona przecież była zaklęta w patologicznej miłości do niego i choć nie było to uczucie szczere, zdrowe i płynące z wnętrza, nie potrafiła bez niego żyć.

Tak jej się wydawało tej chłodnej, kwietniowej nocy, gdy opatulona zimowym jeszcze szalem, szła do jej drzwi.

Stojąc przed mieszkaniem Severine, zawahała się sowicie. Unosiła wiele razy dłoń, chcąc zapukać w wielką, dębową powierzchnię – opuszczała ją jednak prędko. Przez myśli przebijało się tornado emocji, myśli i tego, co właśnie zaczęło w niej obumierać; nie wiedziała, czy jest gotowa spojrzeć komukolwiek prosto w oczy – była w końcu porzuconą narzeczoną i nie istniało w jej postrzeganiu nic bardziej wstydliwego, nic bardziej ujmującego.

Zapukała jednak wreszcie, a gdy ta otworzyła jej drzwi, wybuchła tylko gwałtownym szlochem. Ona zawsze wiedziała.

– Severine, on mnie zostawił. On wyjeżdża do Ameryki. On mnie porzucił – wydukała z siebie pojedynczymi słowami, brwi uginając w zmartwionym geście. – Czy ja jestem niewystarczająca? Co jest ze mną nie tak? – zadawała pytania, przerywane deszczami rzęsistych łez.

Gdy ta ją przepuściła w drzwiach, weszła prędko do salonu i odnalazłszy buteleczkę z charakterystyczną cieczą, chwyciła ją bez słów i pociągnęła solidny łyk laudanum. Nie uspokoiło jej to jednak dostatecznie, toteż poczęła krążyć po niewielkiej przestrzeni mieszkania.

miss goodman
rage, maybe rage would lift me up, make me stand, make me walk—
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoka (177 centymetrów) i niekształtna; wąska talia, niemalże płaska klatka piersiowa, szerokie ramiona oraz krzywe, bocianowate nogi zaskarbiły jej w szkolnych latach niechlubne przezwisko - oset. Jej miodowe włosy, jeśli nie potargane, upięte są w niedbały kok, zaś spojrzenie błękitnych oczu kryje w sobie zmęczenie. Poza tym nosi się elegancko, choć mało kobieco, lubując się w idealnie skrojonych garniturach.

Severine Crouch
#3
26.10.2023, 23:09  ✶  
Łzy wylewane przez Lorettę, były też łzami Severine. Gniew przyjaciółki zaciskał jej własne dłonie w pięści, zaś jej radość trzepotała w jej własnej klatce piersiowej. Zatem gdy czarownica przekroczyła próg jej mieszkania, odłożyła na bok swe rozterki, ukryła je głęboko w sobie i zamknęła na klucz milczenia, stając się jej podporą i tarczą. Niemym strażnikiem u jej boku, o twarzy niewzruszonej, jakby wyrytej w kamieniu; niekiedy rzeczywiście zdawało jej się, że jest skałą, jednak szybko przekonywała się, jak bardzo była w błędzie. Wydawały się z Lorettą takie różne - słońce i księżyc, jak dzień i noc, ogień i woda, lato i zima.
Leander pierdolony Yaxley, pomyślała z gorzkim uśmiechem. Trafiła za pierwszym razem; nie musiała nawet szczególnie się wysilać, by odgadnąć, kto był powodem tak silnego wzburzenia Loretty. Znienawidziła tego człowieka w chwili, w której przyjaciółka przedstawiła go jako swojego narzeczonego, zaś pogardę podsycały wszystkie jego występki przeciwko pannie Lestrange. Wielokrotnie dawała jej do zrozumienia, że nie jest on mężczyzną dla niej, że choć przy nim płonie, to ogień ten jest zbyt intensywny, że wkrótce dosięgnie jej skrzydeł i je spopieli, lecz Loretta nie słyszała, lub nie chciała słyszeć rozpaczliwego krzyku Severine wybrzmiewającego pomiędzy jej słowami. W końcu więc przestała krzyczeć.
Ostatnie miesiące były koszmarem, gdy ukrywała się ze swoim stanem w Kornwalii, jak mantrę powtarzając kłamstwo o ciężkiej zakaźnej chorobie, która zamknęła ją na świat. Rozmawiały wówczas poprzez listy, ale ile prawdy można przekazać w starannie ułożonych zdaniach? Ile zataić, gdy nie można spojrzeć drugiej osobie w oczy, zbadać jej mimiki, usłyszeć drżenie głosu, dostrzec zdenerwowania w pośpiesznych gestach?
Na wieść o zerwaniu zaręczyn przez twarz Severine przeszedł grymas ulgi, zbyt silny, by mogła za nim zapanować. Przynajmniej stała za plecami przyjaciółki.
— Nie porzucił cię. Nie w tym znaczeniu tego słowa — odpowiedziała spokojnie, po czym delikatnie objęła Lorettę w pasie i zaprowadziła na jeden z foteli przed kominkiem. Wieczór był zimny, alkohol dawał złudne poczucie ciepła, a dłonie czarownicy zdawały się być zbyt chłodne, by poradził sobie z nimi trawiący ją od środka żar. Odeszła od niej na chwilę i chwiejnym krokiem podeszła do kredensu. Przy okazji uderzyła biodrem o jego krawędź, przez co mebel niebezpiecznie się zachwiał, zaś znajdujące się w nim szkło odbiło się od siebie z charakterystycznym łoskotem. Po chwili wróciła do Loretty z dwiema szklankami i jeszcze jedną butelką laudanum - podejrzewała bowiem, że taka ilość okaże się niewystarczająca na to, co zamierzała jej przekazać. Napełniła oba naczynia, rozlewając przy tym nieco trunek na blat, po czym wcisnęła szklankę w dłonie swej gościni i usiadła na drugim fotelu.
— Twój rycerz zwyczajnie obsrał zbroję — rzuciła nieskrępowana faktem, że damie, prawniczce i kim tam jeszcze niby była, taki język nie przystoi — Nie ma w tym twojej winy, skarbie. Byłaś dla niego aż za dobra. Gdybyś tylko wiedziała, co na jego temat mówi się w palestrze... — przekręciła głowę na bok i sięgnęła po paczkę papierosów na stoliku. Podsunęła ją najpierw Lestrange, a później sama włożyła jednego z papierosów do ust. Analogicznie postąpiła z zapalniczką.
— Powiem ci — rzekła po chwili namysłu, kiedy dym wypełniał jej płuca — Ale obiecaj, że zachowasz to dla siebie. Że nie przeczytam o tym w żadnym wywiadzie w Czarownicy, ani w Proroku, że nie palniesz o tym w rozgłośni Nottów, ani przy rodzinnym obiedzie. To bardzo delikatna sprawa, której rozgłos może zaszkodzić. Zgoda?
Wyciągnęła ku przyjaciółce mały palec. Jak za szkolnych czasów.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
27.10.2023, 21:16  ✶  

W każdy kąt była wpisana niewymowna tęsknota, budząca się w środku nocy, gasnąca za dnia, gdy rozlane mleko promieni słońca rozpościerało blichtrem niebo, lawirując między tym przeklętym być, czy nie być. W końcu przez ostatnie miesiące, donikąd nie uciekały jej ramy czasu, w jednej z nich zatrzymał się widok jego wzburzonego oblicza, którym obdarzał ją przynajmniej raz na parę dni – za każdym razem, gdy przemijalność muskała welonem jej piegowatą buzię. W gruncie rzeczy, Leander nigdy nie władał jej sercem ani duszą; w gruncie rzeczy, już od dawna była oddana bezkreśnie Mulciberowi. Możliwe, że gdy sobie to uświadomiła za pierwszym razem – coś w niej drgnęło; jednak gdy ta świadomość przychodziła coraz częściej, zastając ją nieśpiącą o świcie – nie potrafiła spojrzeć w oczy Yaxley’a. Nienawidziła, gdy mówił o dzieciach; gdy warunkował jej wartość na podstawie ascetycznego ubioru i liliowych szminek; gdy ją tłamsił.

W gruncie rzeczy, nie chciała nigdy za niego wychodzić, a brudny sekret jej życiorysu zakopywała każdorazowo pod dywan. Bezpłodność czyniła ją na rynku matrymonialnym jednym ze słabszych okazów i choć była bogata i urokliwa – była pewna, że nikt by jej nie zechciał. Mulciber był nią oczarowany, wpatrzony głęboko w sarnie tęczówki, dotykający ją z zaborczością, w której tliły się mary delikatności.

Myślała o nim każdorazowo, gdy Leander zaciskał smukłe palce na jej szyi.

Nie wiedziała, co Severine do niej czuła; nie widziała tej plejady gwiazd, która dla niej zamykała się w oczach Loretty; nie widziała mikrokosmosu pamięci, w której zamierał każdy jej oddech. Traktując ją jak przyjaciółkę – wierną i wyzbytą z wybiórczości – bezceremonialnie ją raniła, nieświadomie. Nie wiedziała przecież, jak zaciska dłonie w pięści, gdy słyszy o kolejnym spośród mężczyzn Lestrange, jak dba o nią na każdym kroku. Severine ją kochała, a ona pozostawała na te uczucia ślepa.

Pociągnęła ciężko nosem na jej słowa. Wiedziała, iż miała rację, że cała sytuacja była wypadkową tego, co już dawno było oznajmione w ich relacji. Nietrwały charakter, przemoc i toksyna – wszystko to wybijało się na kanwie ich perwersyjnej miłości, która miłością nigdy nie była. Lubiła jednak myśleć, iż Leander kochał ją faktycznie i silnie – co najmniej tak, z jaką siłą to deklarował.

– Opowiedz mi – wydukała między szlochem rozdzierającym pierś. – Nikomu nie powiem. Chcę tylko myśleć o nim jak najbardziej parszywie. Chcę, aby przestał wypełniać moje myśli, bo… Och, na boga, ja nawet nie wiem, czy go kochałam prawidłowo. Chcę, aby w mojej głowie umarł. I abym na ten jego grób splunęła – rzekła, co jakiś czas załamując głos, łapiąc w obie dłonie szklankę.

Wypiła duszkiem całą szklankę wypełnioną po brzegi trunkiem; odrobinę zaszumiało jej w głowie, gorąco skąpało jej ciało pod wiosenną sukienką, gdy odkładała z głuchym stukotem naczynie na stół. Poczęstowała się także papierosem, aby odpaliwszy go, poróżnić je gęstymi kłębami dymu, wirującego ku sufitowi.

miss goodman
rage, maybe rage would lift me up, make me stand, make me walk—
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoka (177 centymetrów) i niekształtna; wąska talia, niemalże płaska klatka piersiowa, szerokie ramiona oraz krzywe, bocianowate nogi zaskarbiły jej w szkolnych latach niechlubne przezwisko - oset. Jej miodowe włosy, jeśli nie potargane, upięte są w niedbały kok, zaś spojrzenie błękitnych oczu kryje w sobie zmęczenie. Poza tym nosi się elegancko, choć mało kobieco, lubując się w idealnie skrojonych garniturach.

Severine Crouch
#5
28.10.2023, 15:00  ✶  
Efemeryczność Loretty rzucała Severine na kolana, rozdzierała wzruszeniem i napawała pragnieniem, by za wszelką cenę ją chronić. Wkrótce, ku swej rozpaczy, zdała sobie sprawę z tego, że nie może jej chronić przed nią samą. Że nie może zabraniać jej życia na swoich warunkach, zaś ciągłym wtrącaniem się w jej decyzje może osiągnąć efekt odwrotny od zamierzonego i któregoś dnia ją stracić. Nauczyła się więc trzymać język za zębami i stać z boku, choć było to niezwykle trudne, gdy żal i zazdrość odbierały jej zdolność trzeźwego spojrzenia na sytuację. Zwróciłabyś na mnie uwagę, gdybym była mężczyzną?, wielokrotnie cisnęło jej się na usta, lecz brakowało odwagi, by z gardła mógł wydobyć się jakikolwiek dźwięk.
Sięgnęła ponad stołem i dolała jej końcówkę laudanum, wypełniając tym razem nieco ponad połowę szklanki. Chciała ją w pewien sposób znieczulić i przygotować na prawdę, która zaraz miała wyrwać się spomiędzy jej warg. Lecz czy na pewno postępowała słusznie, sypiąc sól na świeże rany na psyche Loretty? Nawet jeśli przyjaciółka zarzekała się, że jest w stanie przyjąć wszystkie słowa, jakimi ją uraczy, to czy za jakiś czas ich ciężar jej nie złamie.
Zaciągnęła się nikotyną kilkukrotnie, zanim zdecydowała się mówić. Jakby chciała, by jej wątpliwości rozwiały się w taki sam sposób, jak dym, który opuszcza jej płuca.
— Zacznijmy od tego, że podobno za bardzo interesował się cudzymi żonami, a cudze żony za bardzo interesowały się nim. Nikt wszakże nie był do niczego przymuszany. Nie znam szczegółów, ale w tle pojawiła się jakaś papierośnica, czy zapalniczka, którą zbyt butnie się chwalił... Ale to chyba dla ciebie za mało, żeby go znienawidzić, prawda? — spojrzała na Lorettę, po czym upiła kilka solidnych łyków ze swojej szklanki. Nawet się nie skrzywiła. — To nie jest zresztą prawdziwy powód, dla którego spakował zabawki i postanowił przenieść się do innej piaskownicy. A przynajmniej nie jedyny. Toczyło się wobec niego - albo miało dopiero zacząć się toczyć - postępowanie wyjaśniające w sprawie dokumentów, które miał sfałszować. Nie wiem, ile w tym prawdy; być może Yaxley jest niewinny, a zdradzany mąż, który swoją drogą, okazał się jego przełożonym, chciał w ten sposób się na nim zemścić. Nie uważasz jednak, że coś musi być na rzeczy, skoro uciekł? Może obawiał się, że w trakcie postępowania na jaw wyjdą jego inne występki?
Zamilkła, pozwalając pannie Lestrange na przeanalizowanie tego, co właśnie jej powiedziała, ułożenia sobie w głowie i zastanowienia się, czy być może nie pojawiły się znaki, których Loretta nie brała na poważnie lub czy nie zostały zniekształcone przez jego manipulacje. Nie zdziwiłaby się, gdyby stosował na niej te tanie sztuczki, jakich uczą w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów, by w niekoniecznie moralny sposób zdobyć zeznania od podejrzanego. A przecież on miał nad nią przewagę, w postaci jej bezgranicznego oddania i uwielbienia dla jego osoby.
— Zasługujesz na kogoś, kto będzie cię lepiej traktować — rzekła po chwili przerywanej jedynie trzaskaniem drewna w kominku. Kto kocha cię, tak jak kocham cię ja, dodała w myślach, uśmiechając się gorzko. Pochyliła się nad prawie pustą szklanką w swojej dłoni i poruszyła ją od niechcenia, sprawiając, że laudanum zaczęło odbijać się o ścianki. Nie umiała znaleźć słów pocieszenia. "Wszystko będzie dobrze", "poznasz kogoś lepszego" i "on na ciebie nie zasługiwał" wydawały się pustymi frazesami, standardowymi formułami, których nauczyła się na pamięć i powtarzała za każdym razem, gdy związki Loretty się sypały.
Mogła jej dać tylko swoją miłość.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#6
28.10.2023, 16:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2023, 16:26 przez Loretta Lestrange.)  

Odziana jedynie w to, czym była – efemeryczną idiotką, która zapłonęła emocjami do istnienia niewłaściwego; chociaż – czy kiedykolwiek go naprawdę kochała?; zdawała sobie sprawę, iż była w stanie go w sobie rozkochać, iż ich puste słowa o wzajemnej miłości miały znamiona jakiejkolwiek dozy szczerości. Nigdy nie było to jednak uczucie czyste, nigdy niczym nieskrępowane i wieczne, wyniesione pod arkany niebios – a ona, trychotomiczna marzycielka, choć okrutna w wyrazie, gdy bestię uwalniała z klatki piersiowej, tętniła potrzebą bycia kochaną prawidłowo. Tym, czego Leander nigdy nie potrafił jej dać, zamykając się jedynie w trującej, obezwładniającej miłości, w której nie było niczego z tej idyllicznej poprawności.

Lubiła, gdy zaciskał jej dłonie na szyi, jednak zbyt późno dostrzegła, że jest faktycznie duszona. A dusiła się bez pomiaru w tej relacji, nie mogąc wyswobodzić się, miotając się w swojej własnej alkowie nieszczęścia i absolutnego absurdu. Teraz wiedziała, że to nie on miał uciekać; to ona powinna była odejść w porę.

W takich momentach na ogół, uświadamiała sobie, iż przecież jest mężatką i choć nie było to unormowane prawnie, wystawione właściwie na pożywkę mediów, uczczone stosowną uroczystością – czuła się już posiadana. O litości, ona wyszła za niego jeszcze będąc z Leandrem! Pijani w sztok, znaleźli szamana, który zechciał przyznać im mariaż, w jakiejś starej, cygańskiej przyczepie. Bogowie byli świadkiem przysięgi, która w jej umyśle jawiła się już jako nieodwołalna. Alexander Mulciber – wszystko i nic zarazem; miłość i nienawiść; burza i spokojny, letni poranek.

Severine była jej przyjaciółką. Tą, do której zawsze przychodziła, zraszając jej koszulę rzęsistym deszczem łez; nigdy nie posiadła świadomości, co ta faktycznie do niej czuję, że kocha ją nade wszystko, co można zaoferować, że Loretta krzywdzi ją bezwiednie, łkając przy niej za kolejnymi mężczyznami przewijającymi się przez kanwę życia.

Zasługiwała na bycie kochaną dokładnie w ten sposób, w który kochała ją Severine.

– Ta skichana papierośnica! – podniosła głos, mrużąc oczy. – Przy jednej z naszych kłótni, wyrzuciłam ją – był zły, a potem zaczął mówić o miłości do mnie, o dzieciach… Myślę, że on mnie kochał na swój własny, wypaczony sposób. Myślę, że inaczej nie potrafił. – Westchnęła solidnie, przymykając oczy, pozwalając opaść membranie powiek. – Nie powinnam rzucać kamieniem, bo sama nie byłam mu stuprocentowo wierna – tak w zasadzie, to wzięłam ślub będąc z nim w narzeczeństwie – ale na boga, mężatki? Przecież to obrzydliwe.

– Zemszczę się, Severine. Usłyszysz jeszcze o tym – dodała po chwili, przekłuwając gorzki smak łez i żalu w bezmierną rządzę krwi i zemsty. Coś w jej obliczu się zmieniło; rysy nabrały agresywnej drapieżności, a oczy – na ogół roziskrzone – zajęły się mętną zasłoną.

Umoczyła ponownie wargi w piekącym laudanum, opadając na obicie fotela – tak, jakby cała esencja życiowa została z niej wyzbyta. Gdyby tylko wiedziała, jak okrutnie ta ją kocha!

miss goodman
rage, maybe rage would lift me up, make me stand, make me walk—
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoka (177 centymetrów) i niekształtna; wąska talia, niemalże płaska klatka piersiowa, szerokie ramiona oraz krzywe, bocianowate nogi zaskarbiły jej w szkolnych latach niechlubne przezwisko - oset. Jej miodowe włosy, jeśli nie potargane, upięte są w niedbały kok, zaś spojrzenie błękitnych oczu kryje w sobie zmęczenie. Poza tym nosi się elegancko, choć mało kobieco, lubując się w idealnie skrojonych garniturach.

Severine Crouch
#7
29.10.2023, 14:32  ✶  
Nauczyła się już jak tłumić swe uczucia, jak skrywać je pod maską serdeczności, lecz nie nadmiernej czułości, jakich słów nie wypowiadać na głos, by nie sprowadzać rozmowy na niebezpieczne tory, jakich gestów nie wykonywać, by nie zostać źle odebraną. Z czasem jej serce obrosło swoistym pancerzem, skorupą zobojętnienia na zewnętrzne bodźce, zaś pojawienie się każdego kolejnego mężczyzny w życiu Loretty nie bolało już tak mocno, jak poprzednim razem. A choć była to niegojąca się rana, to w gruncie rzeczy do pewnego rodzaju cierpienia można się przyzwyczaić, uzależnić od rozpaczy, odnaleźć ukojenie w przemilczaniu swojego nieszczęścia.
Loretta tymczasem mogła powiedzieć jej o wszystkim, złożyć głowę na jej ramieniu i wypłakać swe troski, podczas gdy Severine ukrywała przed nią nie tylko prawdziwy charakter swych uczuć, lecz także nosiła na swych barkach ciężar poważniejszego sekretu, który ujawniony mógł wywrócić do góry nogami kilka żyć. Jak bowiem mogła jej powiedzieć, że w czasie swojej nieobecności w Londynie urodziła dziecko jej brata? Jak nadać temu komunikatowi odpowiednią formę i wyrazić go w taki sposób, by przekazać wszystkie swoje myśli? I najważniejsze - jak znaleźć w sobie wystarczająco dużo odwagi, by stawić czoło swoim kłamstwom? Jak ułożyć życie, gdy przypomina ono kostkę lodu rzuconą na rozgrzaną blachę?
Miała nadzieję, że plotki pozostaną plotkami, lecz gdy Loretta powiązała jej słowa z papierośnicą Leandra, ogarnęła ją trudna do opisania wściekłość; na siebie, że nie powiedziała jej o tym wcześniej i na Yaxleya, że w ogóle ośmielił się uczynić coś takiego, i na świat, że skonstruowany był w taki sposób, i znów na siebie, że nie urodziła się mężczyzną. Jak wówczas wyglądałoby jej życie? Zazdrościła bratu metamorfomagii, możliwości dowolnego przeskakiwania pomiędzy ciałem kobiety i mężczyzny, możliwości bycia sobą i wolności, jaka się z tym wiązała.
Zacisnęła dłonie w pięści. Ten człowiek ją krzywdził, nie tylko pod względem emocjonalnym - wielokrotnie wszak widywała zasinienia na jej drobnej szyi - a ona wciąż wierzyła, że ją kochał! Kochał! Gdyby ją kochał, zabrałby ją ze sobą podczas ucieczki na drugi koniec, wziął z nią sekretny ślub, nigdy nie podniósł na nią ręki, ani nie przyczynił się do jej łez, nie zradzałby jej i ją szanował. Severine pod względem relacji międzyludzkich była prosta, może nieco staroświecka i żyjąca wyobrażeniami wyjętymi z powieści, które czytała, nie rozumiała dynamiki niektórych relacji, nie potrafiła pojąć, w jaki sposób dominacja i degradacja mogą sprawiać komuś przyjemność. Brakowało jej w tej kwestii doświadczenia, dlatego też głos w jej głowie krzyczał, wrzeszczał głośno i rozpaczliwie, buntując się przeciwko prawdom głoszonym przez Lorettę, jakoby ten mężczyzna mógł kiedykolwiek ją kochać.
Zemsta. Tego Severine obawiała się najbardziej; przez ostatnie lata przekonała się, jak pragnienie odpłacenia komuś za swe krzywdy potrafi być wyniszczające, jak wysysa z człowieka resztki energii i obdziera go z radości życia; nie mogła pozwolić, aby to samo spotkało Lorettę, aby jej pogoń za człowiekiem niewartym jej ani jednej łzy stała się powodem jej upadku i zatracenia dawnej siebie. Nie wiedziała jednak w jaki sposób ją odwieść od tego zamysłu, a więc nie powiedziała nic, tylko pokiwała głową wpatrzona w dogasające płomienie w kominku.
— Późno już. Zostaniesz u mnie na noc? — zaproponowała, przerywając wreszcie niezręczne milczenie. Podniosła się z fotela i podała jej dłoń.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#8
01.11.2023, 15:34  ✶  

Nauczyła się budować coś na podwalinach niczego; uczucia na nieżyznej glebie, emocje pośród ciernistych krzewów, afekt pośród topiącej, wzburzonej wody. Tonęła wszak z każdym słowem, który opuszczał usta – rozpłakane, mokre od rzęsistych deszczów majowych, którymi były jej łzy, toczące szkliste tory po piegowatym, bladym obliczu. Bo istotnie, była bledsza – jakby nie spała od dawna; ciemne cienie pod oczami ujmowały jej uroku, jednak nawet rozpłakana, rozbita w drobny mak, wyglądała nienagannie. Była jak wazon, rozbity, którego nie można złożyć na powrót do pierwotnej formy – pewnie dlatego zdezelowała całą galerię sztuki, pozrywała obrazy ze ścian, uderzała w co się dało, aż kłykcie nabrzmiały krwistymi ranami i siniakami. Tylko Louvain był w stanie ujarzmić ten ciężki do przełknięcia gniew; tę nieopanowaną furię – nie była to agresja, która ją napędzała ku krzywdzeniu innych, smakowaniu się w ich cierpieniu, ta złość niszczyła i pozostawiła po sobie ją – piękną, pustą wydmuszkę.

Prawdopodobnie dlatego była tak doszczętnie zniszczona i sięgając po kolejną szklankę opium nie oponowała, a piła ją gwałtownymi łykami, jakby za wszelką cenę starała się zatopić własny smutek w gorzkim laudanum. Nigdy nie należała do osób, które – w przeciwieństwie do Alexandra – umykały w dłonie zbawiennych procentów, aby poczuć się lepiej; aby poczuć że się żyje. Ją ożywiało krzywdzenie, uśmiechanie się ładnie, brylowanie na salonach i posługiwanie się klątwami, które mniej, bądź bardziej, drażniło ego. A jej ego było wyśrubowane i tak, jak nienawidziła prostoty, nie cierpiała także patosu. Lubiła rzeczy brzydkie, choć nie miało to nic wspólnego z potworami Felliniego; uciekała całe życie do nieoczywistości; to, że ta nieoczywistość zawierała się w mętnych oczach Mulcibera, było jedynie drobnym szkopułem.

Leander nigdy nie kochał jej, a ona nie kochała go – choć gorliwie mu to powtarzała. Po drugiej stronie stał Alexander, klękający do jej kostek, oświadczający jej się o wiele za wiele razy, a jednak wciąż robiący to na nowo, aż do walentynek. Nie wiedziała, jaki diabeł spoczął na jej ramieniu, że pijana w sztok poszła z nim do tej cygańskiej przyczepy i wzięła szamański ślub. Naturalnie obrączkę trzymała schowaną pod szufladą biurka, jednak napis jawiący się grawerem moja zabawnie igrał z naszyjnikiem od Yaxley’a, na którym wypisano to samo słowo.

A ona była niczyja.

Zemsta pozwalała na wyzwolenie, jednocześnie zatapiając w mętnej wodzie nieodwołalnego; niszczyła duszę, zajmowała umysł, nie pozwalała od siebie odejść. Była jednak pewna, że prędzej czy później, spojrzy mu w twarz i splunie na zwijającą się na podłodze sylwetkę.

Często o tym fantazjowała.

Myśli wypłowiały, znikając gdzieś między miriadami wspomnień; ostatnie łzy kapały z oczu, otwartych szeroko, szepczących tajemnice wszechświata. Bo przecież to ona wniosła do życia Severine ogień; puste słowa, które zawierały się w tym całym tańcu z diabłem.

– Tak, jeśli to dla ciebie nie problem – wydukała po chwili.


***

Tej nocy zasypiała w nią wtulona, z nosem w jej jasnych włosach, oplatając dłońmi jej rękę. Potrzebowała bliskości, a ta jej ją ofiarowała bezinteresownie, otulając ciepłem jej drobną sylwetkę. Nie wiedziała, jak bardzo ją krzywdziła ową bliskością; wiedziała jednak, że ta jedna milionowa wszechświata zawarta w ich ramionach tego wieczoru musiała wybrzmieć i koić.

Gdybym tylko wiedziała, Severine.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (1873), Severine Crouch (2279)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa