• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[16/07/1967] Hot summer nights, mid-July || Erik & Vincent

[16/07/1967] Hot summer nights, mid-July || Erik & Vincent
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#1
13.12.2023, 01:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2025, 15:32 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

—16/07/1967—
Kompleks pawilonów parkowych, Wielka Brytania
Przyjęcie urodzinowe Lenore Potter
Erik Longbottom & Vincent Prewett



Urodzinowy bankiet siedemnastoletniej Lenory Potter był wspaniałym wydarzeniem, godnym obecności najznamienitszych rodzin czystej krwi w kraju. Kompleks pawilonów parkowych, położony na uboczu pośród wzgórz został przekształcony w miejsce iście zaczarowane: pośród drzew i krzewów tańczyły wielokolorowe pulsujące światełka, a unoszące się między budynkami lampiony oświetlały zaś kolorowe banery życzące stu lat solenizantce i zdobiły te eleganckie konstrukcje.

Noc była gorąca i parna, gościom to jednak zdawało się nie przeszkadzać. Bądź co bądź, mogli się cieszyć widokiem czystego rozgwieżdżonego nieba i delikatnym wietrzykiem, który otulał ich rozpalone twarze. Księżyc świecił jasno, rzucając srebrzystą poświatę na wynajęte przez Potterów miejsce na uroczystość.

Już na samym początku impreza podzieliła się na dwa odrębne obozy: młodych i... zaawansowanych wiekiem. Młodzi, w większości w wieku solenizantki aż po granice trzydziestu paru lat, zgromadzili się w głównym pawilonie, gdzie jeden z popularnych zespół grał skoczną muzykę. Z kolei starsi woleli spokojniejsze i chłodniejsze pawilony boczne, gdzie mogli się zrelaksować i porozmawiać. Grali w karty, czytali, plotkowali lub popijali wino przy zaklętych kominkach, w których tańczyły orzeźwiające chłodne płomienie. Przez uchylone rzędy okien obserwowali młodsze pokolenie z mieszaniną rozbawienia, zazdrości i pogardy, wspominając czasy własnej świetności.

~~*~~

Pra-ciotka wygląda, jakby zaczynała żałować całej kasy, jaką wydała na ten bankiet, pomyślał przelotnie Erik, opuszczając salon przeznaczony dla starszych gości, kołysząc się w rytm melodii z głównego pawilonu. Ostatnią godzinę spędził pośród dalekich kuzynów i kuzynek, godnie reprezentując ród Longbottomów... Starając się nie wylądować przy tym pod stołem lub w pobliskich krzakach zwracając zawartość żołądka. Musiał chwilę odpocząć, zanim zostanie uraczony następną kolejką wielobarwnych drinków. Dosyć szybko zdał sobie jednak sprawę, że starsi goście niezbyt mieli ochotę na jego towarzystwo. Nie miał nic innego wyjścia, jak wrócić do głównej sali.

A pomyśleć, że jeszcze parę tygodni wydawało mu się, że to właśnie Longbottomom przypadnie zaszczyt wyprawienia największego letniego przyjęcia. Dobrze, że ta wróżba się nie ziściła, bo Potterowie bez wątpienia mieli wygraną w kieszeni. Mieli też powód do świętowania – córka wkraczała w dorosłość – a przy tym dysponowali na tyle dużymi sumami, że nie musieli się przejmować kosztami wynajmu kompleksu. Teoretycznie rodzina Erika mogłaby też sypnąć groszem, tyle że ich przyjęcia w dużej mierze skupiały się na tym, żeby zebrać pieniądze na coś lub na kogoś, a nie tylko je wydać. Ach, ta działalność charytatywna.

Gdy tylko wrócił na salę „młodych”, momentalnie uderzył go zapach alkoholu, potu i jedzenia z wystawnego bufetu, który znajdował się pod jedną ze ścian. Goście tańczyli, pili, flirtowali i śmiali się, nie zważając na świat na zewnątrz. Wszyscy bawili się w najlepsze. Tej nocy świat zewnętrzny mógł równie dobrze nie istnieć; rzeczywistość zdawała się skurczyć do terenu parkowego kompleksu. Dolina Godryka, Londyn, Anglia... To wszystko traciło na ważność, na swój sposób rozpuszczając się w świetle unoszących się pod sufitem świeczek.

Erik przesuwał się wzdłuż bocznej ściany, starając się trzymać jak najdalej od parkietu. Podobno parę kobiet wcześniej go szukało z zamiarem zaproszenia go do tańca. Chciał za wszelką cenę tego uniknąć. Miał dziwne wrażenie, że wystarczy kilka piruetów i obrotów, a wzmianka o tym, że nie potrafi utrzymać zawartości żołądka na miejscu, będzie na ustach wszystkich. A są tu wszyscy, którzy się liczą, pomyślał przelotnie, uśmiechając się do jednego z kelnerów, który go minął.

Po wyjątkowo długim spacerze, Erik dotarł w końcu do baru. Ten był wyjątkowo opustoszały; przy ladzie siedziały dwie nastolatki sączące na spółkę Ognistą Whiskey i jeden półprzytomny facet bredził coś o czymś do barmana. Longbottom już chyba wolał siedzieć sam. Zaszył się na rogu baru, siadając na stołku obrotowym. Momentalnie zakręciło mu się w głowie, jednak gdy zaparł się rękami o blat, spojrzenie mu się wyostrzyło.

— Wodę sodową z cytryną. Podwójną — wymruczał, przygładzając kołnierz koszuli i wzdychając cicho. Gdy napitek przed nim wylądował, miał wrażenie, że musowanie bąbelków gazowanego napoju odbijało się echem w jego głowie.

Zasłonił twarz dłonią i westchnął bezsilnie. Musiał się doprowadzić trochę do porządku. Dwie kolejki wody, parę minut odpoczynku i może wróci do towarzystwa. Może. Istniała też szansa na to, że dopisze mu szczęście i to ktoś ciekawy przyjdzie do niego. Czemu tu nie ma Brenny?, pomyślał tępo, zerkając w stronę roztańczonego tłumu. Jak przez mgłę kojarzył, że go zaczepiła, kiedy akurat stawiał komuś kolejkę... Coś o wcześniejszym wyjściu i tym żeby był grzeczny? Może któraś z kuzynek przesadziła z alkoholem.

— Albo — powiedział do siebie, unosząc palec wskazujący na wysokość twarzy. — Albo mają do pracy na rano. To też możliwe.

Erik sięgnął po wysoką szklankę z napojem gazowanym i wziął parę łyków, rozkoszując się chłodem, który rozgościł się w jego gardle.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Widmo
Nie mam nic do ludzi.
Nawet szacunku.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Co się rzuca w oczy, gdy do pomieszczenia wchodzi ON? Jego wzrost (197 cm). Jest gigantem, umięśniony, dba o to, aby być silnym fizycznie. Jest to jego atut. Ma na ciele sporo blizn ze spotkań z niebezpiecznymi stworzeniami. Zwykle ma zarost na twarzy, kręcone włosy i ciemne jak otchłań piekła oczy, które patrzą na ludzi z nienawiścią, a na zwierzęta z obsesyjną miłością. Jeśli pracuje, nie spodziewa się gości ubiera się niedbale, byle jak, bez patrzenia na modę. Jeśli idzie do ludzi, brata, rodziny to ubiera się w skrojone na jego miarę garnitury, koszule, kamizelki (ale za tym nie przepada).

Vincent Prewett
#2
03.01.2024, 21:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 16:03 przez Vincent Prewett.)  

Vincent szybko oddzielił się od swojego brata czmychając do pawilonu, gdzie składowały się młode pokolenia czarodziejów. Nie odpuściłby sobie chwili na taniec z jakimiś dziewczynami, czy alkoholu, który w siebie wlewał z innymi osobami, które przekroczyły już ten odpowiedni wiek. Nie zajmował się rozmowami ze sztywniakami, nie udawał nawet, że chciał tam być. Nienawidził ludzi od zawsze, ale imprezy nigdy nie odmówi. Krawat już dawno miał rozluźniony, koszulę na trzy guziki rozpiętą, marynarkę gdzieś porzuconą, a umysł odpowiednio zakropiony procentami. Mignęła mu tu kilka razy młoda Longbottom, ale nie miał zamiaru z nią dzisiaj rozmawiać. W jego życiu brakowało odrobiny zabawy, a że należał do osób przystojnych i nie bardzo spokrewnionych z niektórymi tutejszymi osobami (możemy jednak przyznać, że niektórym czarodziejom pokrewieństwo nie przeszkadzało) stał się bardzo rozchwytywany. Wił się w rytm muzyki, tańczył z kimś lub sam, aż w pewnym momencie wokół niego były trzy partnerki do tańca. W końcu czując już przesyt ludzkiego towarzystwa, głupot młodego i naiwnego myślenia umysłu nastolatków i rówieśników zakręcił się tak, aby zniknąć z pola widzenia młodych rozbawionych osób.

Vincent nawet nie próbował iść do pawilonu, gdzie znajdowali się starsi goście. Lubił młodych, lubił ich głupotę i czasami lubił patrzeć jak te niedoświadczone w piciu trzpiotki wywracały się o własny cień. To był jedyny aspekt tego miejsca, że mógł pokpić z tych wszystkich osób i nikt mu tego nie zabroni.

Prewett od zawsze miał mocną głowę do alkoholu, nigdy jednak nie ruszał wódki, bo suka była zdradziecką świnią i nie raz się nią zatruł. Wolał drinki na bazie whisky, czy też rumu. Czasami pokusił się na jakieś mocniejsze drinki, które były zmieszane z różnymi alkoholami. Zwykle jednak na następny dzień nie umierał pod stołem, a szukał czegoś do wyleczenia się – jak na przykład kolejna dawka alkoholu. Podobno mówiło się, że trzeba się leczyć tym, czym się zatruło.

Wsunął do ust papierosa nie zawracając sobie głowy tym, czy w ogóle mógł tu zapalić. Większość osób wokół niego była już w takim stanie, że raczej mu nie odpowiedzą. Zapalił i zaciągnął się dymem uspokajając rozkołatane serce. Za jedzeniem przy piciu również nie przepadał. Skubnął jedynie odrobinę jakiejś bagietki z jakimś serem i tyle. Miał tylko nadzieję, że jego wstrętny brat nie szukał mu tu żadnej żony, bo chyba go zabije jak wrócą do domu i mu oznajmi, że znalazł jakieś trzy kandydatki. Często się to tak kończyło. Szli pod pretekstem wpłacenia pieniędzy na jakiś rezerwat, sierociniec, a kończył na trzech dziwnych spotkaniach z przyszłymi żonami. Póki co udawało mu się świetnie od tego wymigiwać, świetnie te kobiety od siebie odstraszać, ale nie wiedział jak długo jego brat to zniesie. Ich ojciec chciał ostatniego wesela w ich rodzinie, chciał, aby jego ostatni syn zajął się rozmnażaniem, ale on nie chciał dzieci. Nie miał na nie czasu.

Stanął w rogu pomieszczenia, aby przypadkiem jakiegoś kretyna nie przypalić papierosem i dostrzegł jak brat Brenny sunął wzdłuż ściany. Nie wyglądał najlepiej. Usmiechnął się lekko i dokończył spalanie papierosa. Zgasił go w popielniczce i ruszył do baru, gdzie usadowił się Erik.

– Ciężka noc? – zagadnął i wskazał na barmana zamawiając jakiegoś drinka na bazie rumu. Sam miał ciężką głowę, sprężyste nogi, ale alkohol nigdy nie działał na niego w taki sposób jak na innych. Raczej był typem osoby, która dobrze przyswajała alkohol, wiedziała w którym momencie odpuścić kolejkę i jak oszukiwać, aby nie skończyć umierając następnego dnia. W swoim życiu miał zaledwie trzy sytuacje jak mu się film urwał i raz kiedy zasnął na kiblu i wrócił do łóżka dopiero nad ranem z poczuciem palącego wstydu.


viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#3
18.01.2024, 02:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.01.2024, 23:03 przez Erik Longbottom.)  
Zagadka zniknięcia siostry dalej pozostawała dla Erika nierozwiązana. Bez względu na to, jak by się nie skupiał na wspomnieniach dotyczących imprezy, tak dalej nie był w stanie powiązać nieobecności Brenny z żadnym konkretnym wydarzeniem. W najmniejszym stopniu mu się to nie podobało, jednak na dobrą sprawę nie wiedział, co powinien z tym zrobić. Zdecydowanie wzmagało to poczucie skonfundowania, a alkohol przelewający się przez jego organizm wcale nie przynosił wielkiego oświecenia.

Podczas takich przyjęć zawsze mógł liczyć na siostrę; zazwyczaj byli jednymi z ostatnich osób, jakie opuszczały grono bawiących się ludzi. Często wynikało to z tego, że byli blisko z gospodarzami. W tym wypadku na swój sposób było podobnie. Bądź co bądź, Potterowie byli jednak rodziną. Dalszą i od strony matki, ale jednak. Może ten incydent faktycznie miał coś wspólnego z kuzynkami? Bądź co bądź, alkohol lał się tutaj dosyć intensywnie, było lato, więc ktoś mógł zapomnieć o ograniczeniach własnego ciała. Jak na przykład on sam, postanawiając pomóc młodszym znajomym w opróżnieniu paru butelek. Na samo wspomnienie zrobiło mu się słabo, rozpiął dwa guziki koszuli, co i tak nie przyniosło mu zbyt dużej ulgi. Dopiero po chwili zauważając, że ktoś się do niego dosiadł.

— Och, dokładnie! — parsknął na komentarz, dopiero po chwili zwracając się ku swojemu rozmówcy. Przez chwilę wodził roztargnionym wzrokiem po twarzy mężczyzny, aż w końcu się uśmiechnął. — Święta prawda, panie Prewett. — Kąciki jego ust uniosły się, gdy nazwisko zatańczyło na jego ustach, jakby był dumny, że po tych kilku rundach picia zdołał go zidentyfikować. — Chyba oboje się dziś dobrze bawimy.

Podniósł swoje szkło z wodą sodową w geście toastu, gdy do Vincenta trafił zamówiony chwilę wcześniej drink. Spojrzenie Erika zawisło na napitku, a on sam powstrzymał się od głębokiego westchnięcia. Czego by nie dał, aby mieć większą odporność na te wszystkie trunki. Wprawdzie nie potykał się jeszcze o własne nogi i był w stanie jako tako podtrzymać rozmowę, jednak dalej szumiało mu w głowie i czuł się nieco... nienaturalnie. Jakby nie był w pełni sił. Eh, o ile lepiej by mu się żyło, gdyby chociażby ta cholerna klątwa likantropii dawała mu większą tolerancję na alkohol. Ale niee, przecież wtedy by miał za dobrze.

— Mignęła ci gdzieś moja siostra? — spytał po chwili, licząc, że być może stary znajomy zdoła rozwiać jego wątpliwości do jej zniknięcia. — Mam wrażenie, że Brenna gdzieś się tutaj niedawno kręciła, ale... Chyba ją zgubiłem.

Zerknął w lewo, potem w prawo, a potem znowu w lewo, jak gdyby spodziewał się, że wypowiedzenie jej imienia na głos sprawi, że dziewczyna zmaterializuje się obok niego, jak jakiś duch albo... demon. Wzdrygnął się mimowolnie, gdy wyobraził sobie, że siostra faktycznie mogłaby mieć taką umiejętność. To zdecydowanie dałoby jej zbyt dużą przewagę. Wiedziałaby, kiedy ją obgaduje lub opowiada w samych superlatywach innym ludziom!

— Dawno się nie widzieliśmy, prawda? — Zmrużył oczy, siadając bokiem, tak aby mieć Prewetta centralnie przed sobą. — Czym się teraz zajmujesz? Ministerstwo?

Dopiero teraz rozbiegane dotychczas spojrzenie Erika zdołało utrzymać uwagę na Vincencie. Musiał przyznać, że zazdrościł mu tego, jak dobrze się nosił po tych kilku intensywnych godzinach zabawy. Wyglądał wręcz... Beztrosko, ale przy tym zachowując odpowiednią statusowi jego rodziny elegancję. Drogi alkohol w dłoni, dogasająca woń papierosów, rozpięta koszula. Tylko namalować mu portret i zatytułować "refleksje młodego arystokraty". Idealnie by wyglądał zawieszony nad kominkiem lub w dużym salonie.

— Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś bardzo fotogeniczny? — spytał, upijając nieco wody sodowej z cytryną. Nie, żeby Erik był jakimś wielkim ekspertem, jednak te kilka poważniejszych doświadczeń z reportami i fotografami sprawiło, że wiedział, co było estetyczne. A teraz Vincent wyglądał bardzo estetycznie. — Masz świetny... Profil.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Widmo
Nie mam nic do ludzi.
Nawet szacunku.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Co się rzuca w oczy, gdy do pomieszczenia wchodzi ON? Jego wzrost (197 cm). Jest gigantem, umięśniony, dba o to, aby być silnym fizycznie. Jest to jego atut. Ma na ciele sporo blizn ze spotkań z niebezpiecznymi stworzeniami. Zwykle ma zarost na twarzy, kręcone włosy i ciemne jak otchłań piekła oczy, które patrzą na ludzi z nienawiścią, a na zwierzęta z obsesyjną miłością. Jeśli pracuje, nie spodziewa się gości ubiera się niedbale, byle jak, bez patrzenia na modę. Jeśli idzie do ludzi, brata, rodziny to ubiera się w skrojone na jego miarę garnitury, koszule, kamizelki (ale za tym nie przepada).

Vincent Prewett
#4
20.01.2024, 19:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 16:03 przez Vincent Prewett.)  

Vincent na szczęście nie miał takich problemów. Zawsze radził sobie sam, szybko dorósł i nigdy nie potrzebował szukać swojego rodzeństwa. Zwykle to on był tym, którego szukano, bo jego rodzeństwo było grubo starsze od niego. Mógłby robić wręcz za ich własne dziecko, co czasami go wkurzało, bo sam Edward o tym zapominał, że był jego bratem, a nie ojcem. Na takich imprezach jednak czuł się zadowolony, że miał pełną swobodę w poruszaniu się i myśleniu, bez zamartwiania się o to, czy ktoś gdzieś jest i czy jest cały. Jeśli chodziło o Paskudną Brenne to widział ją już jakiś czas temu jak wymykała się z kuzynką w nieznanym mu kierunku. Nie skupił się na niej za bardzo, też nie pokazywał się w jej towarzystwie jakoś szczególnie oficjalnie. Zwykle spotykał się z nią w jakichś lasach będą w podartych spodniach, czasami jej unikał, aby nie ponieść konsekwencji z powodu swojej rodzinnej pracy.

Na ustach Prewetta malowało się delikatne rozbawienie, oczy mętnie patrzyły na swojego rozmówcę, ale łapał każde słowo, które mu przekazywał. Erik zdecydowanie różnił się od Brenny, która była zdecydowanie mocno bezpośrednia.

– Ja się bawię wyśmienicie i mów mi Vincent, pan Prewett to mój brat, albo ojciec – wzruszył ramieniem. Nie cierpiał oficjalności w rozmowach, dystansowały rozmówców i czuł się jakoś starzej.

Wzniósł szklankę z trunkiem w geście toastu przyglądając się jego wodzie. Oh, Longbottom, bo pić to trzeba z głową, a nie bez niej. Czy bawiła go ta sytuacja? Owszem. Czy to okazywał? Delikatnie, ale nie bezpośrednio. Po prostu był w dobrym humorze, uśmiechał się i bujał lekko na krześle barowym, na którym siedział. Nie był to jakiś wyjątkowo wygodny mebel, ale dało się na nim jakoś w miarę usiedzieć. Vincent należał do wysokich osób, więc takie krzesełka były dla niego na dłuższą sprawę trochę niekomfortowe, ale nikt nie wymyślił niczego lepsze, więc korzystał z czego miał. Na pewno był w lepszej sytuacji niż osoby, które miały metr pięćdziesiąt w kapeluszu.

– Brenna? Widziałem jak prowadziła jakąś dziewczynę, ale nie pamiętam w jakim kierunku. Ewidentnie jej towarzyszka miała dość na dzisiaj – upił kolejny łyczek i zerknął na niego – Jeśli potrzebujesz towarzystwa mogę ci go dotrzymać – dodał jeszcze i wyciągnął papierośnice, aby wyjąć z niej papierosa – Palisz? – podsunął mu ją, a potem sam dla siebie wziął i odpalił różdżką zaciągając się.

To jak jej szukał było naprawdę zabawne. Wyglądał trochę jak dziecko we mgle szukające swojego przewodnika / opiekuna – skreśl niepotrzebne. Oparł łokieć na barze i też zwrócił się do niego przodem, aby móc go obserwować. Tak się najlepiej rozmawiało, nie?

– Oh, nieee – zaprzeczył – Jestem wolnym strzelcem i oprócz tego dbam o rodzinny biznes. Same nudne sprawy – odparł – Hoduję też smoczogniki – dodał, bo w sumie to było naprawdę jego ulubione zajęcie.

Uniósł jedną brew ku górze w rozbawieniu, gdy Erik zaczął zasypywać go komplementami. Było w tym coś niesamowicie zabawnego i intrygującego.

– Zdarzyło się – uniósł lekko podbródek przyglądając się mu uważnie – Czyżbyś zmienił branżę rodzinną na rzecz fotografii? – zapytał. Nie czuł się komfortowo, aby mówić mu tego samego, więc tę kwestię przemilczał.


viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#5
01.02.2024, 01:09  ✶  
— W takim razie, mów mi Erik, Vincencie. — Uścisnął jego dłoń.

Lubił myśleć, że przez to, że miał znajomych w różnych środowiskach, potrafił dostosować się do sytuacji. Poniekąd, wymagał tego też od niego zawód: czasem trzeba było siedzieć na oficjalnym spotkaniu z urzędnikami i tłumaczyć się z raportów, a parę godzin temu wyjść na ulicę i faktycznie ubrudzić sobie ręce. Obcowanie z innymi czarodziejami ze znanych rodów było jednak pełne niuansów. Różni ludzie mieli różne podejście do tego jak podchodzili do tego typu uroczystości.

— Jak jest okazja — potwierdził, uśmiechając się leniwie. Po tytoń sięgał przede wszystkim wtedy, gdy musiał się odstresować. Przynajmniej tak sobie mówił, wierząc, że w ten sposób ogranicza ryzyko nagłego uzależnienia. — A to chyba jest jeden z tych dni. — Machnął dłonią w stronę roztańczonego tłumu. — Urodziny i tak dalej.

Sięgnął po oferowanego papierosa, obracając go przez chwilę między palcami. Po chwili zaciągnął się mocno, pozwalając, aby dym rozlał się po jego płucach. Z lekkim zdziwieniem odnotował brak nawet symbolicznego dyskomfortu, chęci kaszlu czy odkrztuszenia. Może to krążący w jego żyłach alkohol niejako hamował działanie tytoniu? Erik wypuścił kłębek dymu, odchylając na moment twarz w bok.

— Tak myślałem, że się zmyła, ale nie byłem pewny.

Pokiwał głową z cichym westchnieniem. Jego zdaniem było to nieco nieodpowiedzialne ze strony Brenny, że go tak zostawiła, nawet jeśli w tym wypadku chodziło o ich wspólną krewną. Nawet jeśli rzuciła w jego stronę na odchodne jakieś szybkie ''do zobaczenia w domu'', to najwyraźniej wiadomość ta nie wbiła się wystarczająco mocno w pamięć Erika. Wprawdzie to on był tym starszym z rodzeństwa, ale to przecież Longbottomówna wszystko ''ogarniała''. Jak mogła to tak porzucić na pastwę losu? Pewnie nawet nie pożegnała się z gospodarzami, pomyślał z niezadowoleniem. Wszystko będzie na jego głowie...

— Czyli całkiem przyjemnie? — Uniósł pytająco brwi. — Musi być miło trzymać się z dala od tej calej biurokracji. — Oczy Erika rozszerzyły się nagle, jakby nagle nawiedziły go jakieś niepokojące wspomnienia z niedalekiej przeszłości. — Przy smoczognikach przynajmniej nie trzeba pisać tylu raportów, czyż nie?

Niewiele wiedział o magicznych stworzeniach, ale miał świadomość, że raczej nie oczekują od swych opiekunów wypełnienia kilkuset stronicowej dokumentacji przed posprzątaniem zagrody. Na pierwszy rzut oka nowa profesja Prewetta wydała mu się nawet ciekawa. Smoki były zwierzętami, które zdecydowanie ściągały na siebie uwagę ludzi. Liczne legendy, skala tych niezwykłych stworzeń... Opieka nad takimi od małego musiała być nad wyraz satysfakcjonujące.

— Poniekąd? — Zmrużył lekko oczy, nie wiedząc, czy zmiana branży była najlepszym określeniem. — Uważam się za estetę, ale w tym przypadku stałem się raczej ofiarą fotografii. I ludzi, którzy się nią trudnią. — Parsknął cichym śmiechem. — Czasem się trafia jakaś sesja w Proroku, gdy organizujemy jakieś przyjęcie charytatywne, a czasem Biuro Brygady Uderzeniowej robi ze mnie rzecznika prasowego.

A czasem Brenna rzuca mnie na pożarcie lwom, pomyślał z przekąsem. Otępiały umysł chłopaka ewidentnie dalej przeżywał to, że siostra zostawiła go samego, żeby cucić kuzynkę poza terenem imprezy. Ale jej wytknie to wszystko przy śniadaniu...

— Więc... Znasz solenizantkę albo jej rodziców? — zapytał z ciekawością. Kojarzył Lenorę z widzenia i rodzinnych zlotów Potterów, ale poza tym nie mógł powiedzieć, że wiedział o dziewczynie zbyt wiele. Z drugiej strony, grono Longbottomów było na tyle liczne, że nadrobienie zaległości u krewnych z Potterów zakrawało na zadanie, które było skazane na porażkę.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Widmo
Nie mam nic do ludzi.
Nawet szacunku.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Co się rzuca w oczy, gdy do pomieszczenia wchodzi ON? Jego wzrost (197 cm). Jest gigantem, umięśniony, dba o to, aby być silnym fizycznie. Jest to jego atut. Ma na ciele sporo blizn ze spotkań z niebezpiecznymi stworzeniami. Zwykle ma zarost na twarzy, kręcone włosy i ciemne jak otchłań piekła oczy, które patrzą na ludzi z nienawiścią, a na zwierzęta z obsesyjną miłością. Jeśli pracuje, nie spodziewa się gości ubiera się niedbale, byle jak, bez patrzenia na modę. Jeśli idzie do ludzi, brata, rodziny to ubiera się w skrojone na jego miarę garnitury, koszule, kamizelki (ale za tym nie przepada).

Vincent Prewett
#6
15.02.2024, 22:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2024, 23:16 przez Vincent Prewett.)  

Skinął mu głową wpatrując się w niego intensywnie, może odrobinę zbyt nachalnie. Nie miał zbyt wielu okazji do tego, aby poznać lepiej brata Brenny nawet jeśli byli mniej więcej w tym samym wieku. Paskuda zdecydowanie łatwiej wpadała w pamięć, nie pozwalała o sobie zapomnieć i była cholernie nachalna. Lubił w niej to, że nie była typową cizią z wyższych sfer, a konkretną kobietą, z którą można było potańczyć, a także poobijać jakichś nieodpowiednich typów.

– Ja mogę oficjalnie powiedzieć, że palę zawsze, ale w każdym momencie mogę rzucić – czy było to kłamstwo? Nie wiedział, ale każde kłamstwo powtarzane wiele razy staje się w końcu prawdą, nie?

Zauważył jego zmartwienie, smutek, a może zmęczenie tym miejsce? Nie wiedział jak określić jego melancholijny humor, ale nie należał do osób zdecydowanie wesołych w tym momencie. Był nostalgiczny, czyżby tak mocno tęsknił za siostrą? Może się o nią martwił? Ale kto się martwi o Brenne? Ona poradzi sobie wszędzie i z każdym. Zdecydowanie nie był w stanie zrozumieć tego westchnienia jakim skomentował odejście Paskudy z tej imprezy. Vincent doskonale wiedział, że nie przepadała za takimi imprezami, jeszcze kilka lat temu sam się z nią z jednej wymknął. Robiła to teraz rzadziej, zostawała dłużej, a Prewett nadal był sobą i nadal równie szybko zwijał się z miejsc, w których jego brat mógł mu znaleźć partnerkę na całe życie.

– No, zdecydowanie mniej papierkowej roboty. Prędzej by mi te smoczogniki je spaliły niż bym cokolwiek napisał – zażartował. – Czasem się zdarzy, że muszę ogarnąć jakieś dokumenty, ale można powiedzieć, że pracuję sam na siebie i nikt mi nie rozkazuje. U mnie w rodzinie raczej rzadko wypełniamy rozkazy innych, więc nie odnalazłbym się w Ministerstwie – wyjaśnił.

Przekrzywił lekko głowę. Tak, nie raz widział jego fotografię w gazecie. Vincent zdecydowanie unikał rozgłosu. Jego brat sam pchał się na świeczniki wszelkich intryg i informacji o jakichś imprezach. Uwielbiał pokazywać się na aukcjach cennych dzieł sztuki, udzielać się charytatywnie byle tylko o nim mówili, a Vincent? Cóż, uciekał przed dziennikarzami, zdjęciami i wywiadami. Nie był do tego stworzony i nigdy nie będzie. Robił wszystko na przekór wszystkim, ale był wierny jak pies, nigdy nikogo nie zdradził.

– Ja unikam rozgłosu. Nie nadaję się do rozmów z dziennikarzami i nawet jeśli ktoś uważa, że dobrze wyglądam nie dam się usidlić na zdjęciu w gazecie. To nie dla mnie – zaciągnął się papierosem. – Mój brat za to kocha być w centrum uwagi. Osobowość narcystyczna – wyjaśnił i wypił swój drink jednym haustem. Chrząknął zsuwając się ze stołka.

– Nie znam tu nikogo. Brat mnie tu zaciągnął i zapewne szuka mi żony wśród Potterów, albo wśród zaproszonych gości – wzruszył ramionami dopalając do końca papierosa – Chodźmy się zabawić. Nie usiedzę za długo na jednym miejscu – kiwnął na niego głową. – Na co masz siły i na co ochotę? Tylko nie mów, że sen. Noc jest jeszcze młoda – wyszczerzył się łobuzersko. Chciał też Erika rozbujać, widział jak błądził myślami wokół czegoś, co zdecydowanie zabawą nie było.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#7
18.02.2024, 00:05  ✶  
Nie zauważył, jak duże zainteresowanie wzbudziła jego osoba w Prewettcie. Alkohol, który krążył w jego żyłach, zaciemniał mu umysł i zmysły, sprawiając, że rzeczywistość zdawała się dużo bardziej... płynna i podatna na naciski. Cieszył się jednak, że na tym etapie nocy trafił na kogoś, komu, jak sądził, mógł zaufać. Nie mieli wprawdzie okazji, by spędzić ze sobą więcej czasu na rozmowach w cztery oczu, bez wpływu obecności innych, jednak Vincent dalej był przyjacielem Brenny.

Choć znajomi i przyjaciele rodzeństwa Longbottom tworzyli szerokie i zróżnicowane kręgi towarzyskie, tak nie zawsze pokrywały się one w całości. Co najwyżej nachodziły na siebie w paru miejscach. Nie każdy przyjaciel Erika mógłby nazwać się przyjacielem Brenny i na odwrót. Z reguły, jednak gdy rzucano imię jakiegoś znajomego w rozmowie, druga strona przynajmniej kojarzyła, o kogo chodzi. Koneksje wynikające z pochodzenia też działały tu małe cuda.

— A próbowałeś oficjalnie przetestować tę teorię, czy raczej bazujesz na domysłach i nadziei? — rzucił takim tonem, jakby naprawdę chciał uwierzyć, że rzucenie palenia mogło być tak łatwe. Na pewno dzięki temu łatwiej odsunąłby na bok wątpliwości co do szybkiego popadnięcia w nałóg. Zaciągnął się papierosem. — Albo wiesz co... Nie mów mi. Przekonamy się kiedyś na własnej skórze i porównamy notatki.

Oczywiście, że martwił się o Brennę. Często wychodzono z założenia, że jego siostra była jakąś niezniszczalną istotą, która nie musiała jeść, pić i spać, a przy tym radziła sobie z każdym problemem na pstryknięcie palca. W dużej mierze Erik nie był zdziwiony tym, że Brenna zdołała wypracować sobie taki wizerunek w magicznej społeczności. Od dzieciaka wszędzie jej było pełno, jednak on się z nią wychował. Bez względu na jej umiejętności postrzegał ją jako nieco bardziej bezbronną niż była w rzeczywistości. Poza tym, gdyby on się o nią nie martwił i nie przypominał jej, że jednak jest człowiekiem jak cała reszta, mogłaby trochę przeholować.

— No to nieźle trafiłeś, kolego. — Zaśmiał się cicho. Chociaż jednej osobie się udało uniknąć tego biurokratycznego piekła. — U nas to chyba poszło w zupełnie przeciwnym kierunku.

Pół rodziny w Ministerstwie Magii; nie można było pójść na przerwę, nie ryzykując spotkania z kimś z rodziny. Nie mówiąc już nawet o spotkaniu służbowym dla całego Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nawet w okrojonym składzie przypominało to mały zjazd rodzinny, na który po prostu wezwano wsparcie. Czasem działało to na ich korzyść, a czasem wręcz przeciwnie. Trudno unikać pomówień o dostanie roboty po znajomości, pomyślał przelotnie, aż nagle wybałuszył oczy. Uniósł palec wskazujący w górę, jakby właśnie doznał olśnienia.

— Teraz już rozumiem, czemu Brenna cię lubi. Jesteście pod tym względem praktycznie tacy sami. Ona też najchętniej oddałaby mi ten zaszczyt, jakim jest kontakt z prasą — wyjaśnił, dopijając swoją wodę gazowaną. — W takim razie jego zdrowie. Oby utrzymał sępy przy sobie jak najdłużej.

Podniósł się na równe nogi, gdy Vincent postanowił wstać z miejsca.

— Na wszystko, co chowasz w zanadrzu — odparł hardo, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Zaraz jednak na jego twarz wypłynął błogi uśmiech. — Noo... Może nie licząc jakiegoś wspinania się po kolumnach na czas i bujania się na suficie... W sensie, zyrandolu.

Parkiet, spacer... Równie dobrze mogli nawet sprawdzić, czy znajomi solenizantki nie dorwali się do jakiegoś mocniejszego towaru. Zawsze mogli go... skonfiskować. Na użytek własny. Papierosów z jednej paczki już razem zasmakowali, czemu nie i innego palenia. W tym stanie Erik był w stanie przyjąć praktycznie każdą propozycję Vincenta.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Widmo
Nie mam nic do ludzi.
Nawet szacunku.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Co się rzuca w oczy, gdy do pomieszczenia wchodzi ON? Jego wzrost (197 cm). Jest gigantem, umięśniony, dba o to, aby być silnym fizycznie. Jest to jego atut. Ma na ciele sporo blizn ze spotkań z niebezpiecznymi stworzeniami. Zwykle ma zarost na twarzy, kręcone włosy i ciemne jak otchłań piekła oczy, które patrzą na ludzi z nienawiścią, a na zwierzęta z obsesyjną miłością. Jeśli pracuje, nie spodziewa się gości ubiera się niedbale, byle jak, bez patrzenia na modę. Jeśli idzie do ludzi, brata, rodziny to ubiera się w skrojone na jego miarę garnitury, koszule, kamizelki (ale za tym nie przepada).

Vincent Prewett
#8
31.03.2024, 23:44  ✶  

Vincent był osobowością, która oficjalnie pokazywała, że nie lubi ludzi, że ich wręcz nie chce w swoim życiu, a rzeczywistość wrzucała go w sytuacje, w których wręcz chciał pozna ć inną osobę. Fascynowało go to jak ta osoba się zachowuje, co ma do powiedzenia. Chciał po prostu poznać tego człowieka. Fakt – mało interesował się ich wewnętrznymi rozterkami, nie był typem pocieszyciela, raczej wolał iść się z kimś pobić w zaułku dla przyjemności niż porozmawiać o uczuciach skrywanych głęboko w sercu. Raczej czuł się niekomfortowo, gdy ktoś wywalał mu swoje problemy, żale i bóle serca, ale słuchał, próbował taką osobę rozweselić, zagadać, dodać odrobiny zapomnienia. Nie, nigdy nie starał się rozwiązywać zagwozdek takich osób, ale nie oznaczało to, że nie mógł być przyjacielem, ramieniem jeśli ktoś postawiłby go w takiej sytuacji.

Natomiast, gdy wypił, gdy wlał w siebie odpowiednią ilość alkoholu, by czuć, że hamulce dyskomfortu puściły stawał się jeszcze większą duszą towarzystwa, większą mądralą i większym pewnym siebie Vincentem. Przemądrzał się, wychwalał, że jest ponad uzależnienia będąc uzależnionym, opowiadał o sobie zbyt wiele, dawał zbyt wiele powierzchownych rad, ale poziom charyzmy, który od niego bił sprawiał, że ludzie nadal chcieli go lubić, że nie zrażał ich swoimi pijackimi opowieściami.

– Nie ograniczam umysłu – wzruszył ramieniem nadal nie tracąc humoru, nadal uśmiechając się w łobuzerski, zadziorny sposób, a uśmiech ten obejmował również ciemne oczy. Oczy, które posiadał sprawiały, że wyglądał dobrze, przyjemnie, miło, ciepło wręcz i pociesznie. Całkowicie inaczej niż jak prezentował się, gdy nie ograniczał go wpływ alkoholu, gdy próbował być powściągliwy będąc trzeźwym. – Bo czaisz, uzależnienie siedzi w twojej głowie. Nie wolno pozwolić, aby cię ograniczył umysł zamykając cię na tym, że musisz palić. Ja palę bo chcę, a nie że muszę – odrobinę bredził, wręcz okłamywał swój umysł próbując wmówić sobie, że pali, bo może.

To nie tak, że Vincent ignorował ludzką naturę Brenny Longbottom. Zdawał sobie z tego sprawę, ale ta dziewczyna stała się dla niego taką przyjaciółką, osobą, której nie chciał ograniczać zamartwianiem się. Oczywiście nie chciał, aby stała się jej krzywda, nie raz serce zabiło mu szybciej, gdy była w sytuacji zagrożenia, ale nie chciał też, aby myślała, że on nie śpi po nocach, bo ona może nie wrócić z jakiejś szalonej eskapady ratowania przyjaciółki z opresji, bo utknęła na drzewie. Nie chciał, aby przed nim coś ukrywała, więc wykazywał się wobec niej sporą dozą zaufania, aby czuła się odpowiednio komfortowo i nie ukrywała przed nim jakichś rzeczy. Od braku snu w nocy miała brata. Vinc był raczej osobą do ucierania nosa i udowadniania, że była od niego lepsza i na odwrót.

Zdziwił się zdecydowanie na jego porównanie z Brenną. Nigdy nie patrzył na nią jak na kogoś podobnego do siebie. Brenna raczej otwarcie lgnęła do ludzi, a on wręcz karykaturalnie ich odpychał. Inaczej było na takich zabawach, ale sam fakt – Vinc unikał rozgłosu w podobny sposób jak Brenna. Zaśmiał się cicho i wzruszył skromnie ramionami. Nigdy nie sądził, że dogada się z jakimkolwiek Longbottomem. Jego własny brat zszedłby na zawał jakby dowiedział się o jego przyjaźni z Brenną.

– Mam nadzieję – uniósł szklankę ku górze i dopił trunek. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś celu, na ustach nadal malował się uśmiech, a oddanie Erika wydało mu się nawet przyjemnie zabawne. – Mam pomysł – odparł i machnął na niego, aby ten ruszył za nim. Wyszli za namioty, Vincent widział wcześniej jakichś młodzików, który się chowali między krzakami chowając jakieś mocniejsze jaranie. Wcześniej to zignorował, ale teraz miał ochotę upalić odrobinę Erika, aby sprawdzić jakie ma granice. Brat Brenny wydawał mu się być dosyć odległą osobą do robienia jakichś szalonych akcji, więc można złamać drobne granice takiego osobnika, prawda?

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#9
24.04.2024, 19:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2024, 14:45 przez Erik Longbottom.)  
Z Erikiem było wręcz dokładnie na odwrót. Lubił towarzystwo innych ludzi, jednak nie znosił, spędzać czasu z innymi wbrew swojej woli tudzież na czyjeś wyraźne życzenie. Wychodził bowiem z założenia, że jeśli trzeba było go zmuszać do wejścia w jakiś układ, to zapewne po drugiej stronie drzwi czaiło się coś, co bardzo by mu się nie podobało. Większość mężczyzn miałoby na tyle oleju w głowie, aby popisać się w takich momentach swoją pewnością siebie, jednak Erik nie znosił, gdy komuś było przykro z jego powodu.

Miał miękkie serce, potrafił się postawić na czyimś miejscu, a jego optymizm sprawiał, że nawet w najgorszych chwilach potrafił dotrzeć samotne promyki nadziei, które wytyczały mu drogę przez mrok. Być może dlatego jego siostra cieszyła się większą wolnością, z dala od upierdliwych reporterów i niezobowiązujących pogawędek, podczas gdy on z każdym kolejnym spotkaniem towarzyskim stawał się nieoficjalną twarzą rodu Longbottomów. Nie potrafił powiedzieć nie, gdy w grę wchodziły emocje jego najbliższych, a trudno było mu też intencjonalnie sprawić komuś ból czy zawód.

— Umysł to jedno, ale ciało to coś zupełnie innengo — mruknął w odpowiedzi, szukając kontry dla argumentów Prewetta z samej chęci kontynuowania dyskusji, niźli udowodnienia własnej racji. — Organizm mimowolnie przyzwyczaja się do tego, że je czymś karmisz, a potem może pragnąć więcej. Może to być cukier. Może to być alkohol. Może to być nikotyna. Można też pójść o krok dalej i uznać, że można się też uzależnić od towarzystwa danej osoby.

Każdy chciałby mieć kontrolę nad swoim nałogiem. Każdy chciałby móc wskazać, że jest lepszy od tych słabszych, którzy dali się zwieźć prostym substancjom lub czyimś namowom. A jednak uzależnić można było się od wszystkiego, jeśli nie uważało się na ilość danego ''narkotyku''. Substancje. Ludzie. Emocje. Adrenalina przynosiła umysłowi zastrzyk energii, ale ciało też na tym korzystało. Kochankowie pomagali spełnić potrzeby fizyczne, ale z biegiem czasu nawiązywała się między nimi relacja, pieszcząca świadomość, sprawiająca, że wyczekiwało się kolejnego spotkania. Czy faktycznie można było mieć kontrolę nad swoim nałogiem?

Co zaś tyczyło się Brenny... Chyba nie zasługiwałby na miano jej brata, gdyby się o nią nie martwił. Oczywiście, w ciągu kolejnych etapów swojego życia, postrzegał swoją opiekę nad nią w inny sposób. Za dzieciaka pilnował przede wszystkim, aby nagle nigdzie nie zabłądziła lub nie wróciła do domu cała posiniaczona (i nie angażowała się w bójki). W szkole próbował zadbać o to, aby nie wpadła w złe towarzystwo, a teraz... Cóż. Chciał przede wszystkim, aby każdego dnia wróciła do domu z głową na karku i wszystkimi poprawnie działającymi kończynami. Czy prosił o dużo? Wiele wskazywało na to, że za parę lat okaże się, że było to przeogromne wręcz wyrzeczenie.

— Robi się — dopił własny napitek i ruszył w ślad za Vincentem.

Nie wiedział, czego oczekiwać i w sumie... Może tak było lepiej? Gdyby próbował kontrolować każdy element tego spotkania, wykazując powściągliwość przy każdej sugestii, w gruncie rzeczy nie pokazałby się od najlepszej strony. Żeby kogoś lepiej poznać, trzeba było też dać coś od siebie, a jeśli w tej chwili wymagało to zaufania Vincentowi, to był gotów to zrobić. Gdy zniknęli za namiotami, Erika ogarnęła błogość, gdy znaleźli się w ciemnościach. Oczy zdecydowanie podziękują mu za to, że trochę odpoczną.

— Gdybyś był Yaxleyem, powiedziałbym, że zabierasz mnie na jakieś nocne polowanie na... jelenia... albo... dobry Merlinie... dzika — mamrotał pod nosem.

Mimo to dalej podążał za Prewettem, wychodząc z założenia, że ten zapewne wie, gdzie chciał się dostać, buszując pośród tych wszystkich krzaków. Noc spędzona na wspólnym paleniu podkradzionych papierosów czy innych fajek na pewno na długo pozostanie w ich głowach... To jest, o ile później nie zdecydują się na utopienie tych wspomnień w oferowanych przez gospodarzy alkoholach.

Postać opuszcza sesję


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Erik Longbottom (3097), Vincent Prewett (2218)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa