• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[07.1965] Zagubieni w wielkiej ciszy, wędrujemy wśród gwiazd | Loretta x Axel

[07.1965] Zagubieni w wielkiej ciszy, wędrujemy wśród gwiazd | Loretta x Axel
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
27.12.2023, 03:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2025, 23:49 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Kocham i nienawidzę by Manaam, czyli nasz nowy theme song, bejbe
------------
lipiec 1965, rezydencja rodziny Fawley pod Londynem, wydarzenie organizowane przez zarząd klubu Spektrum

Alexander Mulciber był znudzony.

Po pierwsze, kolejny raz utwierdził się w przekonaniu, że życie czarodziejskiej socjety nuży go do tego stopnia, że gdyby wydestylować pierdolenie Cassandry Fawley, magimedycyna wreszcie odnalazłaby skuteczne lekarstwo na bezsenność, o czym to napomknął konspiracyjnym szeptem Morpheusowi Longbottomowi, którego to uratował ze szponów podstarzałej nekromantki, jak tylko zauważył, że mężczyzna od dobrych pięciu minut nie mrugnął ani razu, wysłuchując jej monologu… Wyciągnął biedaka na papierosa, żeby ten pokrzepił się przed resztą wieczoru, a chociaż początkowo zamierzał dotrzymywać mu towarzystwa, to zgubił mężczyznę gdzieś w tłumie wiernych psychofanów Vakela Dolohova, który jak zwykle otoczony był wianuszkiem zasłuchanych w jego słowa wyznawców, jakby głosił im co najmniej prawdy objawione… co zapewne miało właśnie miejsce, bo Mulciber nie miał wątpliwości, że wychudzony jasnowidz na swoim fachu się znał. Ale Axel wolał czytać jego prace naukowe, niż wsłuchiwać się w przydługie oratorskie popisy. Wolał prostsze przyjemności. W Anglii bywał z doskoku, wpadając do ojczyzny co kilka miesięcy, między jednym projektem a drugim, i wpadałby tutaj rzadziej, gdyby nie to, że wciąż miał tutaj ludzi, na których mu zależało.

Niestety, to prowokowało do kontynuowania tematu i powiedzenia: po drugie.

Bo, po drugie, tak jakoś wyszło, u jego boku nie było dzisiaj żadnej z bliskich mu blondynek (wypadałoby tutaj też wspomnieć honorowo o Murtaghu, który do tej kategorii również zdawał się zaliczać), które pomogłyby mu w walce z wszechogarniającą nudą:

* Jego szwagierka, Diana, rozłożyła się na podłodze w salonie rodzinnej posiadłości i kleciła sukienkę z mięsa hipogryfów (podobno chciała w niej iść na jakąś galę charytatywną na rzecz praw magicznych stworzeń, co Alexander wziął za wspaniały żart), przykładając międzyczasie mrożony stek do twarzy, żeby złagodzić ból z podbitego przez męża oka, i za żadne skarby nie chciała wychodzić z domu. Axel próbował przekonywać ją, że przecież sam wygląda jak kryminalista z rozwalonym rączką Donalda łukiem brwiowym, ale Dianę interesowało tylko, czy szwagier zechce jej podawać jej szpileczki, by mogła zszyć befsztyki tworzące gorset, więc Mulciber przewrócił oczami, i poszedł wydać dyspozycje dla magimedyka, który wpadł na wizytę domową, aby zaopatrzyć Donalda po braterskiej bójce;

* Z Eden, z którą przyjaźnił się od czasów niepamiętnych, zawsze mógł liczyć na dobrą zabawę. To właśnie ją równie często i równie chętnie zapraszał na podobne uroczystości, bo nie dość, że kobieta nawykła była do brylowania pośród całej tej czarodziejskiej elity, zawsze wiedziała, jak się zachować w towarzystwie, doskonale orientowała się w najświeższych ploteczkach socjety, to tak jak i Axel lubowała się w subtelnej sztuce inteligentnego rozpierdalania delikatnej psychiki arystokratycznych dyletantów, pod płaszczykiem ogłady kryjąc okrutną satysfakcję, jaką przynosiła słowna szermierka.
Niestety, miała jakieś wcześniejsze plany, co Mulciber przyjął z niemałym zawodem, choć mała żmija, zamiast podziękować za zaproszenie, nie oszczędziła mu w liście zwrotnym jakichś podprogowych złośliwości, że skoro taki z niego wybitny jasnowidz, to dziwne, że nie przewidział, że ona ma lepsze rzeczy do roboty niż jakieś bale dla wróżbitów na kiju (Co niby robisz, eksmitujesz wreszcie tę prostytutkę z mieszkania obok na Horyzontalnej? Nie można spać nocami przez jej jęki, odpisał Eden, tylko po to, żeby podrażnić jej nerwy, bo wiedział, że najszybciej zirytuje kobietę doczepiając się do jej pracy, a ona nie będzie w stanie domyślić się tak od razu, czy kłamie, czy serwuje jej swój zwyczajny cryptic prophet shit);

* Natomiast Ambrosia… Ambrosia odpisała mu, że do trzech razy sztuka – cokolwiek to miało znaczyć – i po prostu nie przyszła. Nie miał do niej żalu: w końcu już dawno przestali być z Rosie na wyłączność, choć podczas bezsennych nocy to o niej myślał najczęściej, i ona jedyna zdołała poruszyć jego serce przez te wszystkie lata. Nie wiedział, czy na decyzji kobiety zaważył ten jej nieznośny upór, czy chęć odespania nawarstwionego zmęczenia po zmaganiu się z zaglądaniem w przyszłość nokturńskiej klienteli. Nie raz mówił Rosie, że ta jest dalece bardziej utalentowaną spirytystką niż połowa tych pozerskich partaczy zbierających się na corocznych celebracjach Spektrum coby zaspokoić swoją potrzebę atencji, ale prawda była taka, że im BUMowcy przerywali spacery po Nokturnie (Mulcibera oskarżano o podobieństwo do jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy, bo czasem się tam pokazywał, kiedy chciał załatwić narkotyki, a McKinnon – o szarlatanerię, bo jakaś dziwna nerwowość w gestach kobiety jej uroda widocznie prowokowała oficerów prawa do chwalenia się odznaką) natomiast inni posiadacze trzeciego oka goszczący w progach Cassandry Fawley, choćby nie wiem jak ekscentryczni, przyciągali raczej dziennikarzy, nie policyjne patrole. A akurat tego wieczoru, Axel nie miał ochoty na żadne przesłuchania.

Wystarczyło, że już musiał nakłamać jakiejś egzaltowanej damulce, że tę rozbitą brew to mu zafundował inferius, z którego wnętrzności próbował wróżyć razem z pewnym rumuńskim szamanem…

No i po trzecie, ciemnowłosa piękność, która igrała na peryferiach jego wzroku przez cały wieczór, okazała się opierać na ramieniu jakiegoś innego mężczyzny.

A szkoda. Wcześniej wydawała się równie znudzona, co Axel.


Pierwszy raz wpadła mu w oko, kiedy przeszła obok niego, stukając obcasami, które dodawały jej kilka słusznych centymetrów. Bez nich zapewne zginęłaby wśród tłumu… Ale nie, było coś, co wyróżniało ją spośród innych kobiet w sali bankietowej, choć Alex nie potrafił dociec, co to właściwie było. Spojrzenie miała lepiące, i ewidentnie zerkała w jego stronę – patrzył jak siada z boku, i poprawia zapięcie sprzączki od trzewików – jej gesty były hipnotyzujące: nieco przesadne ruchy bioder przypominały wychylenia wahadełka hipnotyzera, kiedy podniosła się, by odejść w przeciwnym kierunku. Odwrócił za nią głowę, całkowicie bezwstydnie – zdążył się nauczyć, że wszystkie te arystokratyczne panny w głębi ducha wolały takie prymitywne afekty od poprawnych komplementów i zmanierowanych zalotów; gorzej niż kurwy, chciałoby się powiedzieć, ale Axel był zbyt zajęty kontemplacją łabędziej szyi brunetki, żeby dywagować na temat kobiecej natury.

Była w niej jakaś świeżość… Bo Mulciber nie nazwałby tego niewinnością.
Prawie uśmiechnął się do tej myśli. Ona wydawała się podzielać tę wesołość, choć dzielił ich dystans całej sali balowej.

Nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że dziewczyna prędzej czy później skończy w jego ramionach. Dziewczyna, tak, bo nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat, ocenił, obserwując ją spod przymkniętych powiek, niby zasłuchany w wywód jakiegoś kolegi po fachu; zapomniał jego imienia, choć pamiętał, że kiedyś walili razem fetę.
Zaczął się zastanawiać, czy ma w ogóle ochotę na zabawę w kotka i myszkę z jakąś egzaltowaną arystokratyczną panną – ale musiał przyznać, że nie miał tego wieczora nic lepszego do roboty.

Okazja nadarzyła się, kiedy pierwsi goście zaczęli zajmować miejsca przy wcześniej przygotowanych, kameralnych stolikach, przy których jednocześnie miały być prowadzone zsynchronizowane seanse spirytystyczne.

Jak gdyby nigdy nic, usiadł obok ciemnowłosej piękności, ostentacyjnie podsiadając młodego mężczyznę, który widocznie towarzyszył nieznajomej.

– To miejsce jest zajęte – uprzejmy ton blondyna w grafitowym garniturze podszyty był irytacją.
Alexander mierzył mężczyznę leniwym spojrzeniem. Ocenił jego nudną szatę jako nieprzyzwoicie drogą, i nazbyt ostentacyjną, co wystarczyło, by w głowie Mulcibera zaliczyć go do grona wypacykowanych arystokratycznych chłopców próbujących udawać swoich ojców, a raczej marnie radzących sobie w roli mężczyzn. Gdyby był tu z Dianą, ta już dawno odciągnęłaby natręta – już widział te upiorne iskierki czające się na dnie jej brązowych oczu – a on elegancko mógł wziąć się za bajerowanie czarownej brunetki… Cóż, nie tylko on lubił młodsze i blondynki, co było dosyć zabawne, kiedy razem ze szwagierką podrywali jakieś zblazowane nastoletnie parki na rave’ach.

Protesty mężczyzny bynajmniej nie zamierzały zniechęcić Alexa.

– Jak widać – odpowiedział – równie uprzejmie, co jego rozmówca, kompletnie ignorując wyzywającą nutę w głosie nieznajomego – decydując się na potraktowanie uwagi młokosa w kategoriach niezobowiązującego pytania, co było zagraniem nie tyle bezczelnym, co szalenie zabawnym w głowie Mulcibera.
Choć mężczyzna wydawał się teraz niezwykle poirytowany tym, że Alexander postanowił strategicznie zagrać głupiego, nie kwapił się za bardzo do podjęcia dalszej dyskusji: czy to odstraszało go podejrzanie serdeczne spojrzenie Mulcibera, który nie wziął jego „demonstracji siły” ani trochę na serio, czy może to ta lekko pokiereszowana fizys rozmówcy – młody jakoś tak zamilkł, i trochę bezradnie zerknął w stronę swojej towarzyszki.

Kelner, z którym Axel wcześniej podzielił się papierosami na podwórzu za rezydencją, dokąd wyszedł, aby zapalić w spokoju, nawet nie mrugnął na tę nieoczekiwaną zamianę miejsc; nie patrząc na odrzuconego kawalera, skrzętnie zgarnął resztę zastawy pozostałej na stole – niby przypadkiem zabierając razem z naręczem naczyń bilecik, na którym zapisane było nazwisko mężczyzny, do tej pory zajmującego miejsce obok pięknej nieznajomej – Mulciber skinął mu krótko głową w podzięce, z trudem powstrzymując drżenie kącików ust, mimowolnie układających się do uśmiechu na widok miny rywala. Nie przypuszczał, by ten był jakąś istotną personą w życiu… Panny Lestrange – jak odczytał na winietce obok talerza kobiety – bo ta nie zdawała się oponować, kiedy jej towarzysz poszedł sobie po chwili szukać innego miejsca.

Dopiero teraz spojrzał na kobietę u swojego boku, skupiając na niej całą swoją uwagę.

Lubił delikatne kobiety, kruche; takie, których eteryczne piękno najłatwiej wabiło ku sobie przemoc. Lubił długie nogi, wcięte talie i odstające obojczyki. Podobało mu się to, że była taka drobna. Co prawda, wolał blondynki – zastanawiał się czasem, czy to Rosie tak skrzywiła jego gust, że tak przywykł do blond włosów rozlanych na poduszce obok – ale nie wybrzydzał; nie, kiedy patrzyła na niego kobieta tak urokliwa, jak tajemnicza nieznajoma.

– Pani mnie fascynuje. – Świdrował ją spojrzeniem – nazbyt intensywnym, tak mu mówiono – i zastanawiał się, czy wyglądała na taką, co w bezpośredniej konfrontacji spłoszy się pod naciskiem jego wzroku i znów spuści oczy, kryjąc się za zasłoną czarnych rzęs, czy jednak odważy się patrzeć tak jak wcześniej, na parkiecie: z jakimś takim dziwnym powabem, choć nie przesadnie wyzywająco, a raczej tak, jakby chciała wodzić go na pokuszenie.

Dziwne, nie wyglądała na nieśmiałą.

– Najpierw uśmiecha się pani, ukontentowana, kiedy rozbieram ją wzrokiem; potem unika mnie przez resztę wieczoru. – Ręka Alexandra, nie wiedzieć kiedy, spoczęła na oparciu krzesła nieznajomej, w dziwnie familiarnym geście, czając się nieopodal karku kobiety, na który spływały ciemnobrązowe kosmyki jej krótko przyciętych włosów. Nachylał się lekko w stronę brunetki, odcinając ją swoim potężnym ramieniem od reszty świata, jakby nagle reszta gości gromadząca się powoli wokół stołów zniknęła, a na pustej sali bankietowej pozostali tylko oni. Był bezczelny. Widział to w jej ściągniętych brwiach, subtelnym drgnięciu kącików ust, pociągniętych pomadką o kolorze zbyt intensywnym jak na jego gust… Z drugiej strony, miała szalenie zmysłowe usta, więc łatwo dało się to wybaczyć.
Ile może mieć lat, zastanawiał się, zresztą nie pierwszy już raz dziś; z bliska nie wyglądała na więcej niż osiemnaście, z tą swoją alabastrową cerą i kryształowym spojrzeniem, co trochę go bawiło, a trochę łechtało próżność. Uśmiechnął się do swoich myśli, i ściszył głos, choć nie dlatego, że obawiał się, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę – to było tylko zaproszenie do złamania dzielącej ich bariery anonimowości, do tego, by przysunęła się bliżej; na tyle blisko, by mógł policzyć piegi na jej nosie.

Był bezczelny, i dobrze o tym wiedział.

Nic sobie jednak z tego nie robił. Jego spojrzenie wędrowało od jej oczu, do ust, i z powrotem.

– Zawstydziłem panią? – rzucił niezobowiązująco, wcale niezmieszany, przerywając kontakt wzrokowy, tylko po to by wyciągnąć zza pazuchy marynarki papierośnicę, którą dostał na ostatnie urodziny od Murtagha. Zaoferował jej papierosa, zanim sam wsadził jednego między zęby.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
29.12.2023, 14:36  ✶  

Egzaltowana w swoim niewybrednym zachowaniu i niemniej w snobistyczny sposób arogancka już od wczesnych wiosen, prawdopodobnie przybyła do Fawley’ów wyłącznie celem pokazania się i zmiękczenia spojrzeń, które ślizgały się po jej sylwetce. Licząc osiemnaście mroźnych zim, nie posiadała tej lwiej przewagi sławy, której nabrała ze studni w miarę kolejnych spopielonych, przemijających lat. Teraz była nikim, poza sobą; gdzieś uśmiechała się osjanicznie (czy te metafory były zastępowane przez dandyzm współczesny?), urągliwie przybierała miłe dla oka grymasy – była jednak nastolatką, która musiała niejako pogodzić się z szybującą ku górze karierą – ledwie wyszła poza hogwardzkie strzeliste mury, a już pod swe skrzydła wziął ją obiecujący artysta, który uczynił z jej życia miałko i bezdennie. Wreszcie rozumiała, czym jest to fatalistyczne non omnis moriar – miała pozostać wieczna dzięki rozmachowi i rozmaitości tworzonych obrazów; nigdy jednak nie była przywiązana do koncepcji życia wiekuistego.

Loretta Lestrange była znudzona.

Spojrzenie spozierające spod welonu czarnych rzęs ślizgało się po obecnych, tak jakby chciała przewartościować ich lukratywność względem samej siebie. Już lata temu przestała uważać, że w miejscach zbierających migotliwe gwiazdy na nieboskłonie, jest dla czystej, nieskalanej fałszem przyjemności. Już od młodych lat jednak, otaczał ją wianuszek dziewcząt i dżentelmenów – tak, jakby został stworzony do jej adorowania. Westchnięcie zamierające na wargach tliło się łagodnie, a jej wzrok kilkukrotnie bezpardonowo zahaczył o wysokiego, starszego od niej mężczyznę. Nie posyłała mu filuternych uśmiechów, karmazyn warg utrzymując w niemym skupieniu – była przyzwyczajona do niejakiej kokieterii, wówczas jednak, będąc w akwenie osiemnastej wiosny, nie potrafiła wprawnie władać swoimi atutami, a świadomość własnego ciała przyszła jej na kanwie kolejnych lat.

Kolejnych lat tkanych na tym padole łez.

Przyszpilona do ramienia blondwłosego mężczyzny, bardziej jak modliszka aniżeli jej ofiara, posyłała mu uśmiechy łagodne, pełne wysmakowanej, buńczucznej gry; jej spojrzenie jednak utykało co rusz w martwym punkcie, którym były mroźne oczy nieznajomego – oceniała ich błękit przez jakiś czas, aby w rytm przemijających sekund wracać tym wzrokiem ku partnerowi.

Burke? Travers? – nie pamiętała jego nazwiska.

Loretta, będąc Lorettą, nie uważała za swój obowiązek pamiętanie nazwisk mężczyzn przewijających się przez jej tkany przez Mojry życiorys – było ich wielu i choć sama Lestrange z definicji nie była femme fatale, pewna niewinność zamknięta w szklistej kapsule wnętrza ściągała ku niej ofiary. Ofiary, ponieważ Loretta nie potrafiła inaczej traktować ludzi, aniżeli przedmiotowo. Prawdopodobnie już wówczas zgnilizna urosła w jej duszy, delikatnie nadgryzając świadczone przez imaginację opuszki palców – nie docierając jednak do trzonu jestestwa; będąc daleko od samego serca, którego splugawienie zajęło jej osiem długich lat.

Teraz jednak, uważała ludzi za uciechę; za martwy punkt, który został stworzony do adorowania jej – było wszak w jej niebagatelnej charyzmie coś, co nakazywało posłuszeństwo i choć jej uwertura była niebywale pogodna, a całokształt duszy przystępny – powoli zaczynała niszczeć. Możliwe, iż to brak szacunku do czyjegokolwiek życia sprowadzał ją pojednawczo na manowce – wolała jednak myśleć, iż to jej urok osobisty ściągał gwiazdy podniebne ku sobie – ku modliszce.

Dopiero gdy usiadła przy okrągłym stole, gubiąc z pola widzenia swego partnera, dostrzegła, iż nieznajomy dosiadł się do niej – zupełnie jakby odczytał jej splątane w kłębek myśli.

Jednak dopiero jego słowa wyrwały ją ze swoistego letargu, niemego zastanowienia, które przebiegło się na palcach po jej obliczu, a dreszczem wędrując w dół linii kręgosłupa. Nie odwróciła wzroku, nie wyglądała na spłoszoną w żadnej mierze, a jej butna pewność siebie zakwitła już wtedy; już gdy była zagubioną nastolatką. Zamiast tego przekrzywiła głowę nieznacznie, mrużąc oczy tak, jakby chciała go odczytać.

On nie był otwartą księgą, a ona jedynie chciała wiedzieć.

– Właśnie zepsuł pan oświadczyny – rzekła, skinąwszy ku mężczyźnie, który z nią przyszedł. – Teraz musi pan wziąć mnie za żonę, aby odpokutować winy – dodała z pełną powagą malującą się na obliczu tak, jakby z jej ust sączyła się sama prawda, a stalowe arkana umysłu pozostawały nieprzebrnięte.

I wpatrywała się w niego tak zaciekawiona; utykając gdzieś między bezdennym, morskim błękitem nieba, które zawierało się w jego oczach a wargach, które uginały się w parszywym uśmiechu. Spoglądając tak na niego odrobinę dłużej, odrobinę intensywniej i odrobinę zbyt nachalnie, pozwoliła uśmiechowi w negliżu emocjonalnym rozszerzyć wargi.

Następnie parsknęła śmiechem.

– Żartowałam, nie pamiętam, jak miał na nazwisko

Wątłe ogniki rysujące się w bezmiarze jej ciemnych tęczówek skupiły się na jego osobie; tak, jakby nagle cały świat rozmył się w niebyt – tak, jakby pozostali jako jedyni w tym akwenie niezawoalowanej bliskości – bo gdy tylko odgrodził ją ramieniem, łapiąc za oparcie krzesła, obróciła się ku niemu, pochylając się konspiracyjnie. Dokładnie tak, jakby miał policzyć wszystkie piegi na nosie, układające się w konstelację.

– Może właśnie czekałam na pański ruch? – zabrzmiała retoryką tak donośną, że nieomal namacalną.

Nie zarumieniła się, a alabaster jej skóry, upstrzonej siateczką piegów, pozostawał w swej jasnej nienaganności. Pochyliła się ku niemu jeszcze bliżej – tak, że mógł poczuć zapach bergamotki umiejscowiony gdzieś między smukłą szyją a obojczykami – pozwalając ustom rozmyć się w uśmiechu o barwie krwistej i emocji nieodgadnionej.

Ich słowa stały się nieomal niedosłyszalne przez otaczających ich ludzi.

– Trzeba o wiele więcej, by mnie zawstydzić – rzekła prowokacyjnie, sięgając do papierośnicy, którą jej zaoferował.

Zapaliwszy papierosa, którego końcówka prędko zajęła się ognistym oczkiem, a dym spowił ich sylwetki, unosząc się fatalistycznie ku górze, pozwalając rozmyć akwarelą wszystko, co było w zasięgu ich wzroku. I wówczas odsunęła się, przerywając dzielący ich nagły paroksyzm bliskości, opadając miękko na oparcie krzesła. Coś w niej drgnęło nieprzejednanie, jakby każdy spośród neuronów zechciał przylgnąć do niego, a jednocześnie odsunąć się na sporawy dystans. Tkwiła tak w niewiadomym, niepomna co powinna zrobić w sytuacji zawierającej tak abstrakcyjny życiowy oksymoron, jednak już po chwili zatopiła sarnie tęczówki w jego obliczu na powrót.

– Loretta – rzekła, otulając filtr papierosa ciepłotą ust. – Ale to pan już wie – dodała, skinąwszy głową na kartkę, która objaśniała jej nazwisko.

– Jest pan tajemniczy. To zamierzona żonglerka wizerunkiem, czy po prostu jest pan tak nieprzystępny na co dzień? – zabrzmiała pytaniem, a zewnętrzne kąciki jej oczu zajęły się niewydatnymi, płytkimi zmarszczkami; puentując uśmiech, który żwawo wstąpił na jej wargi. – Gdzie pańska partnerka?



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
19.01.2024, 09:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2024, 10:24 przez Alexander Mulciber.)  
Alex zaśmiał się szczerze, doceniając żart Loretty. Spodobała mu się ta przekorna śmiałość, a jej odpowiedź tylko utwierdziła go w przekonaniu, że Lestrange jest dokładnie taką kobietą, jakiej szukał na tę noc - urokliwa, zblazowana arystokratka, z przekleństwem zbytniej samoświadomości własnego ciała, które teraz taksował niby to obojętnym spojrzeniem, nie mogąc oderwać od niej oczu - a może to on był mężczyzną, którego szukała cały wieczór, rzucając w jego stronę bezczelnie klejące spojrzenia spod firany czarnych rzęs: lepkie, słodkie, brudne, tak jak plama po rozlanym winie na obrusie pokrywającym ich stolik... Jak ślad jej szminki na bibułce papierosa.

Wątpił, by był z niej materiał na żonę.

Wydawała się być jedną z tych kobiet, które nieustannie potrzebują, by na nie patrzeć, bo inaczej nazbyt przytłacza je ciężar własnego istnienia - a może nieistnienia, bo czy można to nazwać życiem, kiedy wszystko podporządkowane jest performance'owi, a brakuje miejsca na autentyzm? - sam niechybnie oszalałby z taką partnerką u boku. Zapewne zawsze znalazłby się ktoś, kto patrzyłby na nią dłużej, bardziej intensywnie, z większym uwielbieniem, tym samym bardziej zasługując na miłość w oczach kobiety - a może właśnie uparcie odwracałby wzrok, niewrażliwy na urok panny, a to prowokowałoby ją do tym zacieklejszej walki o jego względy?
Wydawało się to szalenie męczące; zresztą, czy dało się patrzeć wprost na kogoś, kogo nieustannie spowija poblask jupiterów, czy raczej można było tylko zerkać spod zmrużonych powiek, by uniknąć późniejszego bólu głowy?
Alex szczerze w to wątpił, a że akurat gdzieś zapodział swoje czarne okulary, w których krył się przed paparazzi, po prostu grzecznie się zaśmiał i pokręcił głową na ten absurd.

Lestrange, jak przystało na wykształconą panienkę z dobrego domu, mogła uderzać w jakąś wysublimowaną retorykę, ale on był prostym mężczyzną: widział jej wędrujące spojrzenia - zdążyła zapewne przeprowadzić socjalną wiwisekcję większości zgromadzonych tutaj gości - widział też rozbrajające uśmiechy oraz egzaltowane acz pełne gracji ruchy, właściwe komuś, kto przyzwyczajony był brylować w towarzystwie. Szalenie atencyjna, stwierdził, z leniwą satysfakcją kogoś, kto nie pomylił się w swojej intuicyjnej ocenie sytuacji, a do tego nader słodko zepsuta. Musiała być też nawykła do takich nieprzystojnych rozmów, na granicy flirtu i zbereźności, skoro na jej policzkach nie widać było ani śladu rumieńców.

Nie lubił takich kobiet, ale lubił ich towarzystwo, zwłaszcza podczas samotnych nocy.

- Loretta... - obrócił jej imię na języku, jakby wypowiadał nieznane mu do tej pory słowo. - Ładnie. - Sam nie podjął trudu, by się przedstawić, trochę z rozmysłem, bo uważał, że to dosyć zabawne trzymać ją w niepewności, a trochę dlatego, że miał zwyczajnie wyjebane. Po co niby te formalności, skoro wkrótce i tak wylądują w łóżku? Wierzył, że ich ciała mogą tej jednej nocy poznać się lepiej aniżeli oni sami mogliby po miesiącach takich rozmów... Zwłaszcza, że potem zasypała go gradem zręcznych słówek.

- Zapewne huśta się na sierpie księżyca, spowita blaskiem gwiazd. Nędzny blichtr przyjęć wypada blado w porównaniu z nimi. - W kącikach ust Mulcibera zaplątał się niewinny uśmiech, kiedy niby to skupiał się na podpalaniu swojego papierosa, jakby te słowa - wypowiedziane ni to żartobliwie, ni to z powagą - kierował bardziej do samego siebie, niż do siedzącej obok dziewczyny. Zaczął od końca, od jej najbadziej bezpośredniego z pytań: "gdzie pana partnerka?" Och, czasami była wszędzie, I jeszcze tam, gdzie tylko akurat patrzył. Przez chwilę myślami był gdzieś dalej - gdzieś pomiędzy wnętrzem ich mieszkania, zakurzonym francuskim bezdrożem a z dnia na dzień coraz mniej odległym wyobrażeniem wybrzeża Grecji, dokąd niedługo miał wybrać się z Ambrosią - co noc powracał do tych obrazów, które to zastępowały mu marzenia senne podczas bezsennych nocy. Nie wspomniał imienia Ambrosii, nie musiał; opisał ją na tyle, by dziewczyna - widocznie lubiąca niedomówienia i gierki słowne - mogła zgadywać, czy mówi prawdę, czy plecie banały. Jego wzrok ślizgał się między jej pełnymi ustami a głębią brązowych oczu, w których błyskały iskierki ciekawości.

- Więc, jestem dzisiaj sam... I śmiertelnie się nudzę. - Potarł gładko ogoloną szczękę, mimowolnie, jak zawsze kiedy był lekko zamyślony, albo wyjątkowo self-conscious. Prawie zapomniał, że Donald rozwalił mu łuk brwiowy, ale widocznie nie przeszkadzało to siedzącej obok damie, która do tej pory nie uciekła z krzykiem. Skupił na niej ponownie całą intensywność spojrzenia. - Ale pani, Loretto, musi pani znać to uczucie z autopsji - nudę, nie samotność, oczywiście - inaczej nie stroiłaby pani takich ujmująco zblazowanych min - przerwał na chwilę, tylko po to, by strząsnąć popiół do popielniczki.

- Tajemniczy i nieprzystępny... - powtórzył za kobietą, obracając te słowa na języku, ni to z rozbawieniem, ni to z kpiną wobec tej analizy swojego charakteru. - Po prostu wiem, że nazwisko i tak zaraz pani wyrzuci z pamięci. - Ton Mulcibera był ironiczny (i tylko trochę uszczypliwy), kiedy nawiązał do jej wcześniejszej uwagi. Nie znał Loretty Lestrange, i ciekawiło go, z jakiej strony trzeba było ją podejść, by zatrzymać jej zainteresowanie, sprawić, by lepkie spojrzenie przykleiło się na resztę wieczoru do jego twarzy.

- Jestem raczej sentymentalny - rzucił w końcu, odchyliwszy się nieznacznie na bok, by wypuścić z ust dym. - Kiedy wracam do Anglii, myślę sobie zawsze, jak to dużo czasu spędziłem poza ojczyzną, i przychodzę tu, popatrzeć na znajome twarze, licząc na coś... - wzruszył nieznacznie ramionami, jakby chciał oddalić razu zdystansować się od własnych wyznań. - Więcej? - rzucił, przywołując na twarz uśmiech, jakby teatralnie zażenowany własną naiwnością. - I zawsze się cholernie rozczarowywuję. A przynajmniej rozczarowywałem - aż do teraz. - Cały ten czas patrzył chciwie na towarzyszącą mu kobietę: papieros był równie smaczny, co widoki. Zastanawiał się, czy jej włosy pachną tak samo jak zgięcie jej szyi, skropione odświeżającymi perfumami, tak różnymi od ciężkiego zapachu wonnych kadzideł, który kojarzył mu się z Ambrosią; zastanawiał się, czy aby na pewno była legalna, czy pójdą do niej, czy do hotelu, i czy zostać z nią na zbliżającym się seansie spirytystycznym, czy wyciągnąć ją do ogrodu, by mogli porozmawiać. Ale na razie podziwiał Lorettę na jej własnych warunkach - w świetle jupiterów. - Więc, kim jesteś, Loretto? - teraz to on rzucił obcesowo, odchylając się nieco na krześle, by dać jej trochę przestrzeni. Nie zabrał jednak ramienia, które dalej spoczywało na oparciu jej siedziska.

Był ciekawy, kim właściwie była ta dziewczyna, której nie widywał przecież wcześniej na spotkaniach Spectrum - nie, żeby sam bywał tu na tyle często, by być na wszystkich - miała trzecie oko, czy może jakieś specjalne umiejętności, które łączyły ją z ogólnie pojętą społecznością wróżbitów?

Alexander był odrobinę mniej znudzony niż wcześniej.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
13.02.2024, 22:30  ✶  

Prawdopodobnie to on stanowił tę jedną milionową wszechświata zamykającą się w mikrokosmosie zmysłowej pamięci, której potrzebowała, a jego śmiech rozbił się prędko perłami zerwanymi ze sznurka w absolucie jej umysłu; przyglądała mu się spod tej firany kruczych rzęs, kącikami ust drżąc, jakby nieprzekonana do świadomego uśmiechu. Powinna była odwrócić ten zatracony wzrok z jego ust, napomnieć się wielokroć i odkleić lepkie spojrzenie w przeciwnym kierunku, zgrywać zblazowaną arystokratkę, niedostępny akwen, który gościł tylko jedną różę. Zamiast tego gubiła się pomału, miękła pod jego wzrokiem, a każdorazowe sekundy potęgowały bicie jej skorego do uniesień serca – Loretta przecież miałką kobietą nie była w żadnym względzie.

Może dlatego go prowokowała?; może dlatego posyłała te umarłe uśmiechy – umarłe, bo sprowadzające niechybnie na manowce. Jeszcze jedno uderzenie serca i…

Ponownie uniosła miękki jak biszkopt wzrok, uciekając się do masywu kokieterii, w której była przecież rozbrajająco, urokliwie wręcz szczera, niezakłamana i odmienna od tych panien w sweterkach znaczonych monogramami. Jej prywatne niebo było w końcu tutaj, zmieszane z tchnieniem papierosowym, krwistą szminką i diaboliczną osobowością o posturze zgoła anielskiej.

Nosiła na ramionach barchanowy całun braku apatii; oderwane tak rześko od klejącej socjety bytowanie; może była westchnięciem, a może jedynie fatamorganą – nikt dotychczas nie zagościł w jej młodym sercu dosadniej, aniżeli jakaś gałązka magnolii odpiłowana gdzieś przy skwerze; silniej niż stukot jej obcasów wybijający melodię prospektu newskiego, gdy zapuściła się z bratem w rosyjskie bezkresy. Ciężar szepczący bezeceństwa do ucha, pobudzający jej potrzebę bycia zauważoną i podziwianą – był to swoisty narkotyk, ciężki o tyle, że uzależniający od pierwszej igły wbitej w żyłę. Musiała być wyraźna; musiała wybijać się blaskiem supernowej, a lukrowane kłamstwa sprzedawała z nieposkromioną wprawą.

Założyła nogę na nogę z delikatną pruderią, którą momentalnie zamknęła w kapsule niebytu, gdy niby przypadkiem dotknęła czubkiem buta jego łydki. Sarnie oczy definitywnie nie dorosły do tego rodzaju śmiałości, podwiązek, które opatulały jej uda, definiując drogę podboju.

– Nie spytam pana o imię – zręcznie wychwyciła jego celowy zabieg nieujawniania tej informacji. – Mogłabym teraz słodko stwierdzić, iż będę pana nazywać co najwyżej swoim przeznaczeniem, ale… – Zmrużyła oczy, otulając bibułkę papierosa pełnią warg. – …nie nawykłam do tak prostych stwierdzeń. A między nami – urwała, pochylając się ku niemu z tak absolutną konspiracją, że mógł poczuć zapach bergamotki moszczący się w zgięciu jej szyi – nie muszę o panu wiedzieć nic, aby dzisiejszej nocy triumfować. Czy to zbyt śmiałe? Możliwe. Czy to godzi w moje dobre imię? Z całą pewnością.

– Z sierpa księżyca łatwo spaść, a upadłych aniołów nie brak na tym świecie – skwitowała, przekrzywiając nieznacznie głowę, wzrok ogniskując gdzieś pomiędzy jego oczami, których bezdenny błękit mógł istotnie sprowadzać na samo dno Tartaru. Odwróciła się jednak na moment, dłonią sięgając do popielniczki, pozwalając umarłemu popiołowi opuścić rozognione oczko tlącego się wciąż papierosa.

– Och, pan się nudzi? – Uniosła wysoko brwi. – Zaproponowałabym urwanie się stąd – perseidy tą porą roku są wyjątkowo urokliwe. W końcu, co mamy do stracenia poza wszystkim? – zawtórowała.

Istotnie, znudzenie przemykało po jej obliczu z równą intensywnością, z którą on ogniskował swoje spojrzenie w niej – roztropnie i mętnie, udawała nieświadomą wszelkiej gry, którą zaczęli prowadzić; Loretta nigdy nie była wybitna w końcu w szachach, jednak gdy szło o meandry życiowe, bywała jadowitą żmiją. Ciekawość rozpostarła swoje poła, a ona, mająca jeszcze niepełne dwadzieścia wiosen, kokietowała tak, jak to robią młode dziewczęta; w niej jednak było coś na tyle wyważonego, roziskrzonego i tętniącego życiem, że nie miała sobie równych w tej konkurencji.

– Jestem tą marą, która błądzi gdzieś między ziemią a niebem, oddychając marzeniami. Wiem wiele o sentymentalności, mam wrażenie, że tylko z niej jestem zbudowana. – Pochyliła się ku niemu, przysuwając się nieznacznie na skraj krzesła. – Brzmię patetycznie. I jestem patetyczna. Zyskuję przy bliższym poznaniu – pozwoliła sobie na tę gorzką ironię, która rozsmakowała się na jej języku słodko-kwaśno.

Gwałtownie podniosła się, a mając teraz tę wyższość ponad nim, miękkie, lepkie spojrzenie umiejscowiła w jego oczach, górując tym razem.

– Dbam o swoją opinię, jednak bardziej niż o nią, dbam o brak nudy – rzekła, wyciągając ku niemu dłoń. – To jak? – Kąciki jej ust ponownie zadrgały niepoprawnie.

Noc rozpościerała swoją ciemną, poprzetykaną gwiazdami szatę ponad ich głowami; zupełnie jakby niebo chciało wykonać głęboki skłon, usprawiedliwiając się tą skłonnością do wtórowania rzeczom absolutnym i miałkim. Ona jednak, tak absolutnie nieabsolutna, tak miękka, że aż rozlewająca się w ustach, trzymała go za dłoń – drzewa sadowe, trącane przez dęcie zefiru kołysały subtelnie gałęziami, rozpostartymi jak nitki waty cukrowej, a ona w głowie miała pstro.

Niebywałe, że tutaj jestem. Niebywałe, że trzymam za dłoń Ciebie, tak jakby każda sekunda miała swoje imię, które spopielało się z ich upływem. Nie znam Cię nawet trochę, nie znam Cię wcale, a jednak w jakiś sposób wydaje się to właściwe. Nie puszczaj mojej dłoni.

Wyślizgnęła się z jego uścisku dopiero, gdy opadła na miękką trawę, a gdy ten jej zawtórował, obróciła twarz w jego kierunku.

– Czy jest pan nadal znudzony? – zabrzmiała retoryką, wyciągając dłonie ku niebu, na którym prędko błysnęła jedna ze spadających gwiazd. – Tutaj możemy poznać się jak chcemy; poznać się na naszych warunkach.

Uśmiech spłynął na jej wargi tak, jak aureola kruczych włosów, która rozlała się dookoła jej głowy. Było w tym coś buńczucznie zakazanego, a jednocześnie zdawało się być właściwym – każde muśnięcie jego palców i te wszystkie nieistotności, które zawarły się w tym jednym wieczorze, jednym na milion i jednym na wieczność.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#5
12.03.2024, 17:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2024, 18:12 przez Alexander Mulciber.)  
TW: nwm, jakiś taki pojebany i trochę bardziej mizoginistyczny niż zwykle ten post mi wyszedł

Więc Loretta chciała triumfować? Uśmiechnął się tylko pod nosem, wyciągając dłoń, która do tej pory spoczywała na oparciu krzesła kobiety, tak, by palce – niespokojne jak wtedy, kiedy zamiast wróżyć, używał tarota by zademonstrować jakąś karcianą sztuczkę z lat chłopięcych – mogły muskać delikatnie jej kark, skąd bardzo blisko było do rozkosznie wygiętej szyi ozdobionej świecidełkami, rozanielonej twarzy, wykrzywionej w uwodzicielskim grymasie i pociągniętych szminką ust, które nieustannie się ruszały, jak żerujące na baudelaire’owskiej padlinie muchy. Miała mu tak wiele do powiedzenia? Urocze.

– Może po prostu pozwalam pani wygrać – Axel droczył się z nią niespiesznie, teraz już swobodnie rozwalony na krześle. – Bo nie nawykłem do tak prostych... podbojów? – w jego oczach błyszczały złośliwość i pożądanie, ale głos miał pewny i spokojny, kiedy niby to niewinnie przesunął palcami najpierw po jej szyi, a potem i po policzku, pod pretekstem odgarnięcia z twarzy dziewczyny upartego kosmka, wtedy, gdy Loretta nachyliła się ku niemu, spowita ożywczym zapachem perfum. Tak, pomyślał, z zimną satysfakcją, bliżej. – Albo do tak ujmująco śmiałych kobiet – powtórzył po niej, nauczony doświadczeniem, że ludziom zwykle wystarczy powtórzyć ich własne słowa – poddane delikatnej trawestacji jedynie – by dać im to, co chcą usłyszeć najbardziej.

A Loretta przecież najbardziej ze wszystkiego chciała być podziwiana.

Axel pozwolił błądzić i palcom, i myślom – bezwiednie (i kompletnie bezwstydnie) sięgając dalej, poza granice zwykłej percepcji, by wybadać jej intencje; teraz robił to niemal automatycznie, choć niegdyś przecież wzdragał się nieco przed wpuszczaniem cudzych myśli do wnętrza swojej głowy – i patrzył; kiedy ona zasłaniała się hipnotycznymi figurami retorycznymi, on analizował, chłodno, metodycznie, i zrozumiał, że chociaż pośród tych wszystkich wysokich i rozpoetyzowanych emocji ukrywa się prawda równie ordynarna i niska, co jego żądze, wyrażona prostym: chcę cię; teraz, szybko, gwałtownie, a przede wszystkim, chcę przestać się, kurwa, nudzić.

Co mamy do stracenia? No właśnie, co?
– Absolutnie nic. Poza seansem spirytystycznym – zawyrokował z beznadziejną zdroworozsądkowością.

Jeżeli próbowała grać niedostępną, cóż, Mulciber nie wróżył jej udanej kariery aktorskiej.

Była piękna i potrafiła równie pięknie mówić – śliczne słowa, śliczna buzia, śliczne ciało; wszystko w tej dziewczynie było śliczne, i tak szalenie działało na ogarniętego chucią Alexandra – Loretta dobierała wykwintne frazy z namaszczeniem stylistki układającej kwietne kompozycje…
Niestety, cały ten bukiet czarującej kobiecości miał urok pogrzebowej wiązanki, począwszy od jej umarłych uśmiechów, po szmirowate słowa, kompletnie pozbawione jakiejkolwiek treści.

Nie dowiedział się o niej absolutnie niczego.

Nazywała się jednak senną marą, a Mulciber bardzo lubił powtarzać rodową maksymę pomyśl, że to sen, kiedy potrzebował dystrakcji. Czy Loretta Lestrange była dystrakcją? Och tak, i to wyjątkowo skuteczną.
Powiedziała mu, że jest jej przeznaczeniem, i szalenie rozbawiło to Mulcibera, bo tylko po tych słowach zdołał skonstatować, że kobieta nie może być jasnowidzką – takich tekstów używali tylko niedojrzali chłopcy, nadrabiający zdolnością wieszczenia braki w charyzmie, którzy chcieli szybko zaruchać, a akurat Lorettcie charyzmy nie brakowało – czy była zatem jedną z tych fascynatek wróżbiarstwa, które pozwalały astrologii dyktować wszystkie swoje decyzje, bo tylko w ten sposób mogły zyskać ułudę kontroli nad swoim popapranym życiem?

Był pewny jednego: Loretta starała się udawać niewinną, ale była aż nazbyt świadoma zasad gry, jaką prowadzili, i zdawała się wyzuta z jakiegokolwiek poczucia wstydu, kiedy mówiła mu, że „zyskuje przy bliższym poznaniu”.
Mulciber pogardzał takimi kobietami, ale przecież nie potrafił bez nich żyć.

Czy to godzi w moje dobre imię?, kusiła dalej kobieta, zasypując Alexa kolejnymi pytaniami retorycznymi. Na pewno nie w moje, bo nawet go nie znasz, Loretto, pomyślał z pewnym rozczuleniem wręcz, ślizgając się spojrzeniem po jej twarzy. Upadłe anioły, spadające gwiazdy... Może jeszcze kobiety upadłe? Ale tego Alexander nie powiedział na głos, w końcu była damą, a te – niezależnie od tego, jak zblazowane by nie były – nie lubiły wysłuchiwać przestarzałych prawideł o moralności.
A powinny. Zaoszczędziłoby to im wielu łez i bolesnych rozczarowań, gdyby wiedziały, że Mulciber był jednym z tych mężczyzn, który kobiety traktował jak gówno, kiedy już dostał od nich to, czego chciał… A oddawały mu się łatwo, zwykle wystarczyło, że wyciągnął pożądliwie dłoń.

Ale tym razem, Alex nie musiał nawet sięgać. To ona powiodła go za rękę w ostępy wielkiego ogrodu na tyłach rezydencji.

Opadł razem z nią na miękką trawę, podsuwając jej po dżentelmeńsku swoje ramię, by mogła użyć wygodnie głowę.
– Doprawdy? – pytanie gładko spłynęło z jego ust, kiedy Loretta dalej sypała dwuznacznościami. Wiedziała w ogóle, w co się pakuje, czy to była jakaś dziewczęca fantazja rodem z szekspirowskiego Snu Nocy Letniej? Przykre, że Alexander mógł jej zaproponować co najwyżej jarmarczną trawestację tejże sztuki. Nie z nią zwykł przecież dyskutować o literaturze. – Więc jakie są twoje warunki?
Pytał, chciwie sunąc wzrokiem po jej ciele, ale nie pozwolił jej odpowiedzieć – nigdy nie oczekiwał zresztą odpowiedzi – aż zatrzymał się na jej oczach. Jego ruchy były pewne i gwałtowne: zaciskając pożądliwie dłoń na wiotkiej szyi Loretty, upajał się rytmicznym pulsowaniem wyczuwalnej palpacyjnie tętnicy, i całował łapczywie, chwilę wcześniej niecierpliwym ruchem starłszy wierzchem dłoni szminkę z jej ust.

Nie chciał się ubrudzić.

Nie pozwolił jej wziąć oddechu, chciał, by walczyła pod nim, ale kiedy wreszcie rozluźnił chwyt i błądził ustami po jej szyi, poczuł, że…

Nagle stracił w ogóle ochotę na wszystko, jak rozkapryszone dziecko.

Czy to nie było zbyt łatwe? Wolał łapać chwile, przedłużać gonitwę, a potem orgazm. Wolał, kiedy zaczynały się opierać.
Odsunął się od niej, beznamiętnie, bez słowa. Wstał i odpalił papierosa. Patrzył teraz na Lorettę z góry: na jej śliczną buzię, na rozmazaną szminkę, potargane włosy, falującą pierś, i pogniecione ubranie.

Podziwiał swoje dzieło.

– Ładnie ci tak. – porzucił grzecznościowe formy, gdy tylko uciekli przed wzrokiem postronnych. – A odpowiadając na twoje pytanie – leniwym ruchem strzepnął popiół na ziemię, ślizgając się wzrokiem po kuszącym cieniu jej rozwartych ud, teraz, kiedy nieprzyzwoicie zadarł jej spódnicę. – Przestałem się nudzić, ponieważ zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu ogrodu powinienem cię zerżnąć.

Uśmiechnął się do niej protekcjonalnie.

– Więc powiedz mi, Loretto – który zakątek wydał ci się najbardziej malowniczy?


Choć niewątpliwie pochlebiała mu uwaga i powłóczyste spojrzenia zblazowanych kokietek – nawet teraz, czuł, że zbytnio dał się ponieść, że ta gówniara pewnie wodzi go za nos, a on jej ulega, jak skończony głupiec – to nie próżność motywowała jego podboje, ale coś bardziej pierwotnego.

Być może, ten skurwiały sadyzm był dla niego jakimś synonimem męskości – może potrzebował tych przelotnych miłostek, by zaspokoić swoje potężne ego? – choć nie sądził, że próbuje sobie coś tym udowodnić czy zrekompensować, jak to już parę kurewek wykrzyczało mu w twarz. On doskonale wiedział, czego chce, kiedy wciskał im palce do majtek, kazał klękać, zmuszał do uległości – one widziały w nim kochanka, ale on nigdy nie skalałby swojego sumienia mówiąc, że „kochał się” z jakąś kurwą, bo przecież nie od tego były – Mulciber uważał, że jako mężczyzna ma pewne potrzeby, które można zaspokoić jedynie przez takie przelotne miłostki.

Bo przecież żadna kobieta godna szacunku nie zasługiwała na takie traktowanie. Żadna kobieta, która mogła zagościć w jego sercu, nie mogłaby znieść czegoś takiego, bo zwyczajnie przestałaby być tym ideałem, który nosił w sercu. Dla takiej musiał być najlepszą wersją samego siebie.

Dlatego Alex był zdecydowany, że istnieją pewne granice, których nie ośmieliłby się nigdy przekroczyć z kobietą, którą kocha.

Przekraczał je z każdą inną. Dzisiaj była to Loretta, a jutro...? Kto wie.

Co najlepsze, uważał się za uczciwego faceta, bo przecież nigdy tym kobietom nie kłamał. Zawsze mówił: nie kocham cię; to zabawa, nie przywiązuj się, skarbie; nie myśl, że tutaj chodzi o jakiekolwiek uczucia; mogę uwierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie od pierwszego włożenia. Nie udawał nigdy księcia na białym koniu: mógł co najwyżej dumnie powiedzieć, że jego matka prawie została cygańską królową, ale on, wbrew stereotypom, nie był, i nie zamierzał być żadnym koniokradem.

To one zawsze doszukiwały się głębi pod ordynarną powierzchnią, jaką im pokazywał; a im bardziej chamski, brutalny i niedostępny był, tym chętniej wracały.

Czy to nie wystarczyło, by uczynić go człowiekiem pełnym pogardy do rodzaju niewieściego?

Zamierzał powiedzieć jej jeszcze więcej, jeszcze bardziej ją upodlić, zgnoić dla czystej frajdy, i zobaczyć, czy i tak ostatecznie odrzuci tę swoją damulkowatą dumę, i się z nim prześpi.
Oczywiście, że to zrobi.

W końcu była taka młoda, uległa… Zasługiwała na kogoś, kto pokaże jej, że życie to nie bajka.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (4322), Loretta Lestrange (1905)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa