Człowiek lubił myśleć o sobie samym jako o szczycie łańcucha pokarmowego. Niektórzy czarodzieje mieli o sobie jeszcze wyższe mniemanie. Palce Astarotha mogłyby należeć do kogoś takiego - kogoś, kto pogubił łagodność w tym dotyku, kto dopatrywał się korony na głowie Prewetta, ale na jego własnych burzowy splot stworzyłby wieniec laurowy. Wieniec, po który chciał sięgnąć. Który chciał dostać. O co chodziło? Czyste wypełnienie zlecenia, pracy, czy jednak udowodnienie wszystkim, włącznie ze sobą, że mogę, że potrafię, że ani wyschnięta gleba ani nieprzemierzony w głębinach ocean nie stanowiły dla niego przeszkody i wyzwania? Kiedy wyzwanie się pojawiało to wystarczyło na nie odpowiedzieć - w końcu pokonać. Taka osoba, w której oczach ludzie mogliby być nawet niżej, a na pewno były istoty, które uciekały swoją krwią poza ludzki rodowód. Czysta magia, która mogła płynąć w żyłach człowieka, nie wpasowywała się w ideał społeczeństwa, gdzie czarodzieje, najwyżsi z najwyższych, żyli, rządzili, kochali i nienawidzili. Miał to wszystko zapisane w oczach - trop wzgardy, nieufności, wyższości. Tworzyły cały splot map, który wyznaczony był plamkami i kreseczkami dostrzegalnymi w tęczówkach. Zielone tęczówki, w których zapisano historię łąk pod ciemnym, letnim niebem pochłoniętych przez burzowe chmury. Te iskry tu grasowały, one tu tańczyły, wpraszały się do rzeczywistości i przeskakiwały na skórę Laurenta. Nie był to jednak dotyk elektryzujący, którego poszukiwał chyba każdy człowiek w swoim życiu. Wytwarzało jednak napięcie, które potwierdzało, że żyjesz. To napięcie przeskakiwało na twoje ciało i napinało. Sprawiało, że serce zmieniało rytm, przyśpieszało, że krew szybciej płynęła, że oczy o wiele intensywniej dopatrywały się nowych bodźców. Stres. Jak zabawne, że tak blisko mu było do ekscytacji.
Starał się, żeby strach wpełzający pod jego czaszkę nie wypływał na wierzch. Starał się, żeby utrzymać odpowiednią postawę, żeby nie dać się zastraszyć, nie uciekać spojrzeniem. I żeby nie robić żadnego gwałtownego ruchu, bo Astaroth, ten mały kolega ze szkoły, nagle stał się zwierzęciem - dziki, niebezpiecznym Nundu, przy którym nawet prędkość oddechu mogła mieć znaczenie. Bolączka polegała na tym, że Nundu był bardziej przewidywalny od człowieka, który swoje imię odziedziczył po jednym z Panów Piekła. Dziwne, bo przecież nie buchały tu ognie piekielne - co najwyżej było piekielnie zimno. Jakby zima stała się intensywniejsza, przyszła wcześniej, tylko dlatego, że dostała pełne przyzwolenia skinięcie od Yaxleya. Ludzie byli nieprzewidywalni. Szczycąc się tym wyżem łańcucha pokarmowego, byciem na szczycie rozwoju, potrafili się omamić własnym myślom. Pognać na zgubę własnym emocjom. Zwątpienie - ogromna broń, która tutaj obracała się ostrzem w kierunku Laurenta. Zwątpienie tego człowieka było jego wrogiem. Żeby tylko nie zagościły tutaj kroki, które sprowadzą prawdziwy akt agresji należało stąpać ostrożnie... uspokoić. Należało Diabła ukoić.
- Czy mogę zobaczyć odznakę brygadzisty albo aurora, skoro wspomina pan przy mnie o pracy? - To raczej nie był dobry tor do uspakajania, ale raczej tor do próby jakiegoś logicznego opamiętania tego człowieka. Usadzenia go. Laurent przestał się wiercić i ułożył tylko dłoń na przedramieniu trzymającego go ręki. Nie próbował jej na razie od siebie na nowo odpychać. - Z tego co mi wiadomo to prawo nie zmieniło się w ostatnich latach, a domieszka krwi selkie nie kwalifikuje mnie do potworów kolekcjonowanych przez rodzinę Yaxley. - Czy ten chłopak znał Geraldine? Może rozsądne byłoby się powołać na nią? A może właśnie nie, może to jakaś jego nemezis? - Myśli pan, że ratowałbym pana z głębin, gdybym był tą poszukiwaną bestią? - Spróbował podważyć rozumowanie Astarotha i... ciągle spoglądał na niego tak, jakby każdy nagły gest miał go spłoszyć jak sarnę w lesie, na którą spogląda wilk. Bo tak się czuł. To były bardzo zielone, głębokie wilcze ślepia.