• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[02.07.1972] konie w galopie | Laurent & Geraldine

[02.07.1972] konie w galopie | Laurent & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
22.04.2024, 22:53  ✶  

Na całe szczęście panna Yaxley nie miała w zwyczaju atakować ludzi, no chyba, że ktoś się wyjątkowo o to prosił, a zdarzali się i tacy. Wtedy musiała reagować, nie, żeby tego nie lubiła, bardzo chętnie pokazywała im, gdzie jest ich miejsce przy pomocy siły, był to jej największy atut i wcale tego nie ukrywała. Ba, wręcz była dumna z tego, co udało jej się osiągnąć, w jaki sposób panowała nad swoim ciałem. Wymagało to niemałej pracy, ale osiągnęła już naprawdę sporo, jeśli chodzi o poznanie własnego ciała i jego możliwości, z czego była bardzo dumna, bo jej ojciec był z niej dumny, a to chyba było jej największym sukcesem. Na jego aprobacie zależało jej jak na niczym innym.

Selkie same w sobie pewnie nie należały do najgroźniejszych stworzeń, jednak ich połączenie z gatunkiem ludzkim... Tutaj mogły pojawiać się komplikacje, bo ludzie byli chyba najbardziej przebiegli ze wszystkich. Próbowali ugrać na każdy możliwy sposób sobie coś. Czy to bogactwo, pozycję, czy inne rzeczy. Dlatego też podchodziła z dystansem do tych wszystkich, którzy tworzyli hybrydy z najróżniejszymi stworzeniami, bo oni mogli być faktycznie niebezpieczni.

Nauczona dystansu, starała się go nie okazywać, żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał sobie, że dyskredytuje go przez mieszankę krwi, bo to by było przecież niemile widziane. Sama nie miała problemu z tym, żeby akceptować mugoli, czy mugolaków, jednak czym tak właściwie różnili się od nich mieszańce w czarodziejskim świecie?

- To ciekawe. - Skomentowała krótko. Nie wyobrażała sobie darzyć przyjacielskim uczuciem zwierząt. Nawet jej psy pozostawały jedynie psami, gdyby miała wybierać, je albo swoich ludzkich przyjaciół, to wybór byłby oczywisty. Po raz kolejny było to spowodowane wychowaniem w rodzinie łowców, w którym od małego było jej wpajane, gdzie jest miejsce zwierząt. Nigdy nie próbowałaby żadnych uznawać za swoich przyjaciół.

- Nie, nikt mi o tym nie mówił, raczej mają mnie za mruka, więc to całkiem ciekawa odmiana. - Albo traktowali ją tak, jakby miała na wszystko wyjebane, co właściwie powodowało, że mogli mówić przy niej co tylko chcieli, bo pewnie i tak by nie zwróciła na to większej uwagi, więc może w spostrzeżeniu Prewetta było nieco prawdy. Tak naprawdę po prostu za wygodne uważała nie wtrącanie się, przynajmniej do momentu w którym ktoś nie pierdolił takich farmazonów, że nie mogła wytrzymać tego gadania.

- Nie oczekiwałam ekscytacji, mam świadomość, żeby zacząć trzeba przejść wszystkie podstawy. - Nawet nie zakładała, że będzie jej dane sobie pogalopować, chociaż liczyła na to, że wystarczy nieco pracy i osiągnie zamierzony cel. Zawsze to miła odmiana od codzienności, szczególnie, że ta umiejętność wydawała się jej być na przyszłość całkiem przydatna, chociaż może w ten sposób próbowała sobie wytłumaczyć tę głupią zachciankę, bo miała w sobie jednak coś z bogacza, który lubił wydawać pieniądze na głupoty tego typu. Pewnie kupi sobie na dniach konia, żeby mieć na czym ćwiczyć, możliwe, że później porzuci go, jak niechcianą zabawkę.

- Jasne, możemy robić i kółka. Dużo kółek. - Ważne by opanowała podstawy, bez uczenia się jakichś złych nawyków. Tuptała więc póki co całkiem ostrożnie na tym koniu.

- Co się stanie jeśli przyspieszy? - Była ciekawa, w jej opinii jedyne, co mogłoby się przydarzyć to spadnięcie z konia, nie bała się tego jednak, daleko nie poleci, a chętnie by zobaczyła, jak szybko potrafi jeździć to stworzenie. Mimo wszystko zamierzała trzymać się poleceń Laurenta. To jego opinia była tutaj najważniejsza.

Przycisnęła więc delikatnie klacz nogami, aby nakierować ją w lewo, chciała sprawdzić, czy to faktycznie zadziała, skoro Prewett mówił, że może kombinować, to zamierzała to robić. Lepiej przy nim, niżeli miałaby eksperymentować sama.

Nie wydawała się mieć problemu z dopasowaniem rytmu ciała do tego, w jaki sposób poruszało się zwierzę. Była czujna i po prostu reagowała, jak miała w zwyczaju. - Oczywiście, żadnych batów nie będzie. - Jeśli już miała z jakimś stworzeniem współpracować, to nie zamierzała go ranić.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
24.04.2024, 17:41  ✶  

Niektórzy nie przepadali za mówieniem. Za wylewaniem z siebie opowieści i dzieleniem się swoim życiem. Inni uwielbiali ględzić trzy po trzy, byle tylko z zamiłowaniem wsłuchiwać się w swój głos, a jeszcze inni chcieli pochwalić się wiedzą i udowodnić, że zawsze muszą mieć ostatnie zdanie, a ich słowo będzie kropką dla całej konwersacji. Zawsze znajdowałeś też ludzi pośrodku - tych, którzy może niekoniecznie lubili wylewać z siebie siódme poty podczas pogawędek, ale nie pozostawali bierni. Milczące osoby czasem miały w sobie coś, co sprawiało, że łatwiej było otworzyć do nich usta. Geraldine milczkiem nie była, ale nie była też w tych słowach wylewna - przyjemnie się prowadziło z nią rozmowę, bo widać było, że słucha. Słucha, zastanawia się nad tym, czasem może zrobi krzywą minę, ale koniec końców nie pozostawała bierna, a czy nie o to właśnie chodziło w nadawaniu komunikatów? Żeby odzyskać odbiór i informację zwrotną, kiedy próbowałeś nawiązać relację? Zastanowiłby się głębiej nad tym poczucie, że będąc z nią sam na sam, bez obecności aurora, egzorcysty czy jeszcze innego towarzystwa to atmosfera zupełnie się zmieniała i można było wtedy robić dokładnie to - rozmawiać. Odnosił wrażenie, ze kobieta nie miałaby niczego przeciwko, gdyby zaczął ją zasypywać wszystkimi ciekawostkami związanymi z jeździectwem, końmi czy abraksanami, ale jak na razie i tak miał sporo do powiedzenia w związku z jej początkiem jazdy. Ponadto nie chciał jej nadmiernie rozpraszać. Przynajmniej jak na razie. Tak i podobało mu się to, jak racjonalnie podchodziła do treningu, chociaż nie powinno go to dziwić. Imponowało, tak, to na pewno. Mogli mieć całkowicie sprzeczne poglądy na temat zwierząt i istot magicznych, ale był ten wspólny element, którym było uczenie się tych istot i czasem konieczność ich eliminacji. Bez względu na to, czy coś się podobało czy nie. Mógł kochać istoty magiczne, uważać je za lepsze od ludzi pod wieloma względami, ale nadal człowiek - to o życie człowieka właśnie walczyli. To wśród ludzi tkwiły wciąż dobre osoby, na które można było liczyć. Osoby, które chciało się chronić.

Co jakiś czas rzucał komentarz apropo zachowania konia - że klacz próbuje zabrać jej kontrolę, bo pochyla łeb, albo zaczyna powłóczyć nogami, żeby Geraldine ściągnęła z powrotem pięty w dół, dodawał jej kolejne elementy układanki jak właśnie praca sama nóg konia i czemu to jest istotne, że ona całą sobą czuje pracę mięśni konia, a to którą nogą koń prowadził miało duże znaczenie przy przeszkodach, żeby przez nie przeskoczyć. Powolutku, klocek po klocku, bo zdecydowanie też ostatnie czego chciał to przytłoczyć Geraldine ilością informacji. Niektóre rzeczy były bardziej ciekawostkami czy zapowiedzią przyszłości.

- Możesz lekko spróbować. - Zachęcił z uśmiechem. - Przejdzie wtedy do kłusa, który będzie cię mocno wybijał z siodła i zmusi cię do złapania rytmu unoszenia i opadania w siodle. - Wracając do tego, dlaczego też wyczucie ruchu konia było istotne. - Jazda jest bardzo niewygodna, kiedy się tego nie opanuje. - Bo zaczynało miotać tobą w tym siodle prawie jak szatanem. Warunki mieli kontrolowane jak na razie, a Geraldine radziła sobie więcej niż świetnie, więc tak. Mogli sobie pozwolić na różne próby. - Bardzo dobrze. Mówiłem, że od razu to wyczujesz. Uwidaczniają się twoje lata nauki. - I lata polowań, które przeprowadziła. Laurent przeszedł kawałek na bok, żeby podążyć za skrętem, który po paru próbach wyszedł, żeby czasem nie zaplątał się z tą lążą i koniem przy tym wszystkim. Wcale nie był przekonany, czy Geraldine należała do osób, które stały nad psami czy końmi z kijem - bo skąd miał to w zasadzie wiedzieć? Może mówiła teraz tak, żeby go przekonać - ale nie miało to dla niego chwilowo znaczenia. Doceniał to, że szanowała natomiast zasady jego stajni. Zresztą... zawsze miał skłonności do spoglądania na ludzi o wiele lepszymi, niż byli. Jakoś nie przychodziło mu do głowy, że idealizowana przez niego wojowniczka o tym mocnym spojrzeniu, naturalnie pewna siebie indywidualistka, mogła zostać odmieniona przez krew istot, jaką miała na rękach. Obcowanie ze śmiercią, nawet jeśli zwierzęcą, zawsze trochę zmieniało.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
25.04.2024, 22:30  ✶  

Skrajności nigdy nie były dobre, nie przynosiły nic dobrego. Najlepiej było lawirować gdzieś pomiędzy, chyba w każdej dziedzinie życia. Takie podejście miała Yaxley. Niby była dzika, niedopasowana, ale miała w sobie ogładę, gdy wymagała od tego sytuacja. Nie lubiła mówić, chociaż czasem zdarzało się jej być wylewną, wszystko zależało od tematu rozmowy. Uważała, że bez sensu jest ględzić trzy po trzy, o niczym. Kto w ogóle chciał tego słuchać? Słowa wtedy traciły na znaczeniu, był do niczego. Nie bez powodu mówiono, że to milczenie jest złotem. Odezwać się jasne, w sytuacji, która tego wymagała.

Słuchała, bardzo uważnie, zastanawiała się nad odpowiedziami, przynajmniej w towarzystwie osób takie jak Laurent, bo nie mogła sobie pozwolić przy nim na te chaotyczne rzucanie myśli, jak w przypadku Florence, czy Gio, którzy bardzo dobrze ją znali, widzieli ją w najgorszych momentach życia, tutaj czasem wolała się ugryźć w język. Miała świadomość, że Prewett może mieć inne zdanie na wiele spraw, akceptowała to i po prostu wolała omijać niektóre tematy. Tak było wygodniej, jakby te różnice w ogóle nie istniały.

Łatwiej jej było odnaleźć się w rozmowie jeden na jeden, mogła szybciej myśleć, mniej analizować, nie powstrzymywać się, aż tak bardzo. Zresztą nie było z nimi pracowników ministerstwa, a to naprawdę sporo zmieniało. Przy nich robiła się nieznośna. Przyjemnie jej się gawędziło z Laurentem, widać było, że zna się na tym, co robi, a ona naprawdę ceniła sobie profesjonalizm, w każdej dziedzinie, jaka by ona nie była. Uważała też za całkiem ciekawe to, że jak i ona wybrał profesję rodzinną, niektórzy od tego uciekali, jakby było coś złego w podążaniu przez utarte ścieżki.

Kiedy Laurent rzucał jej uwagi, reagowała na nie bardzo szybko. Zależało jej na poprawności, gdy już coś robiła, to faktycznie mocno się angażowała, żeby nauczyć się tego dobrze. Nie wybierała półśrodków - nigdy. Pilnowała tych pięt, chociaż wcale nie było to takie proste, skupiła się jednak na tym bardzo mocno. Nie chciała też zawieść swojego nauczyciela, szczególnie, że dzielił się z nią swoim ogromem wiedzy.

- Mam nadzieję, że twe słowa są szczere. - Wcale nie czuła, żeby jej szło jakoś świetnie, po prostu stosowała się do zaleceń, tak samo jak robiła z Florence i tymi jej magicznymi eliksirami, które kazała jej pić. Ufała mu z tym jeździectwem na podobnym poziomie. Nie wydawało jej się, że mogła lepiej trafić.

- No to próbuję, lekko. - Wiedziała, że nie może przeszarżować, bo mogłoby się to skończyć katastrofą, a tej wolałaby uniknąć. Spróbowała wymusić na zwierzęciu szybszy ruch, i faktycznie zaczęło być mniej wygodnie, jednak próbowała znaleźć równowagę, dostosować się do ruchów konia. Unoszenie i opadanie w siodle, powtarzała sobie w głowie te słowa i starała się wbić w rytm. Nie szło jej chyba tak najgorzej, bo póki co utrzymywała się w siodle.

- Żałuję, że zabrałam się za to tak późno. - Naprawdę spodobała jej się ta aktywność, czuła, że znalazła nową dziedzinę, w której będzie mogła się rozwijać. Szkoda, że zmarnowała tyle czasu, bo już dawno mogła mieć to za sobą.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
29.04.2024, 10:12  ✶  

Z nie odzywaniem się, kiedy nie potrzeba, Laurent miał regularny problem. Problem wyrodzony głównie z tego, że skoro nie mógł się bronić ciałem, to jedynym sposobem było bronić się słowem. Powstała więc niekoniecznie dobra pętla, kiedy przestajesz sobie dokładnie zdawać sprawę z tego, gdzie słowo przestawało być tarczą, a stawało się obusiecznym mieczem. Maglował więc, chcąc dobrze, a wychodziło bardzo niedobrze. Umiar był rzeczywiście czymś, co człowiekowi ciężko było osiągnąć, a jednocześnie jeśli byłeś wystarczająco bystry to o niego walczyłeś. Starałeś się dotrzeć do punktu, gdzie nie będziesz musiał się szarpać z samym sobą, a dzięki temu z ludźmi, którzy mogli stworzyć wokół ciebie koszmar.

- Komplementy bez pokrycia niczego nie znaczą, Geraldine. - Uśmiechnął się ciepło, stojąc wyprostowanym, pewnym siebie, z liną w rękach, kręcąc się wolno na ziemi wraz z wykonywanymi kółkami przez kobietę. Owszem, starał się wchodzić pod skórę ludziom, starał się, żeby relacje były utrzymane na stopnie pozytywnej, żeby atmosfera była czysta i pozbawiona drzazg, na które można się natrzeć, bo takie atmosfery go zabijały. Ciężko się oddychało. Fakt był faktem - kiedy posiadałeś z kimś sprzeczność tematów lepiej było sięgać po to złoto - ciszę - i nie próbować komuś wbijać do głowy mądrości, których nie chciał i które tylko budowały napięcie i ciśnienie. Komplementów jednak nie uważał, żeby warto było szczędzić, CHOĆ wypowiadane za dużo razy rzeczywiście traciły urok. Dlatego sztuka polegała na tym, aby były wypowiadane tam, gdzie były trafne. Kiedy ktoś na nie zasługiwał, by miały impakt na rzeczywistość. Niektórzy takie komplementy przyjmowali lepiej, inni gorzej, jedni wypierali, na jeszcze innych nie robiły żadnego wrażenia. Kwestia zaufania czyimś intencjom była czasami bardzo skomplikowaną sprawą.

- Unoś się lekko na każdym wybiciu konia. Jego krok jest miarowy, złap rytm. Dobrze. Nie wyskakuj tak wysoko w siodle, spokojnie. - W normalnych warunkach pewnie spodziewałby się, że osoba zsiadająca po takim treningu, do którego nie była przyzwyczajona, z siodła padnie na ziemię, ale co do fizycznej wytrzymałości nóg kobiety jakoś nie miał najmniejszych wątpliwości. - Abraksany są jeszcze wspanialsze. - Szczególnie, kiedy mogłeś się na nich unosić wysoko nad ziemię i wszystko stawało się wtedy malutkie i bez znaczenia. Tak, też nie widział niczego złego w podążaniu za rodzinnymi tradycjami, w posiadaniu ambicji, żeby pielęgnować stare obyczaje. Nie był pod tym kątem święty, ale nie żałował obranej drogi. Czasami tylko się zastanawiał, czy gdyby pomyślał a czego chciałbym ja w dzieciństwie to wcale by nie skończył z opieką nad tym miejscem. Prawdopodobnie to nawet lepiej, że tak się stało i był tutaj, skoro istoty magiczne przynosiły mu ukojenie. - Nie macie swojej stajni rodzinnej? - Zagaił pilnując równego kłusu klaczy, która go nie zawiodła w tej nauce i wykazywała się pełną cierpliwością, nie robiła błędów. Tak jak był zadowolony z Geraldine, która nawet przerosła to, czego się spodziewał, udowadniając, że doskonale wie, co robi. I że potrafi bardzo uważnie słuchać. - Zatrzymaj ją. - W końcu to też musieli opracować, tak? Co komu z jazdy, kiedy nie wiesz, jak dobrze zatrzymać konia! Powtórzyli ćwiczenie parę razy, aż w końcu Laurent podszedł do klaczy i odpiął jej ląże, żeby Geraldine mogła swobodniej poćwiczyć sama i popróbować, czym jest prowadzenie konia, kiedy ten przestawał krążyć po wyznaczonym torze i mógł iść... potencjalnie gdziekolwiek, bo wciąż w granicach nakreślonych przez ogrodzenie. Sam usunął się ze środka i stanął z boku, pod płotem. Oparł się swobodnie, krzyżując nogi i śledząc ruchy obu pań. - Nic straconego, może przyda się w przyszłości do polowań. - Jazda, jeździectwo i koń. Albo hipogryf czy jakakolwiek inna istota, która będzie skłonna ponieść na swoim grzbiecie Geraldine.

- Byłaś kiedyś w Ameryce? - Wiedział, że kobieta dużo podróżowała za magicznymi istotami, ale czy za granicę też? Tego nie wiedział. Pewnie prawne mecyje bardzo utrudniały polowania poza krajem, wymagały zezwoleń, nie wspominając już o samej Ameryce, gdzie podróż była naprawdę niełatwa z formalnościami. - Marzy mi się zobaczenie ptaka gromowładnego... choć bardziej marzy mi się sprowadzenie go do mojego lasu. - Uniósł lekko kąciki ust. Tak, marzyło mu się, ale jednocześnie nie mógłby poskromić tego zwierzęcia i po prostu go tu zamknąć. To były dość sprzeczne ze sobą pragnienia, ale sprzeczności były częścią codziennego życia.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
05.05.2024, 18:46  ✶  

Yaxley miała dosyć narwany charakter, co powodowało, że często też nie zastanawiała się nad tym, co mogą nieść ze sobą jej słowa, była bardzo prostym człowiekiem jeśli o to chodzi i bywało, że pakowała się przez to w kłopoty. Parę razy dostała za to po mordzie, ale nic nie zmieniło to w jej życiu, nadal nie miała problemu z tym, żeby rzucać w eter pierwsze słowa, które przyjdą jej na myśl. Jednak nie wojowała słowem, ona po prostu dzieliła się swoimi przemyśleniami, brakowało jej wprawy w czarowaniu zdaniami. Nie uważała tego, za coś złego, nie wszyscy musieli być cudownymi mówcami, ona akurat mogła w zupełnie inny sposób walczyć o swoje, w ten najprostszy, jaki istniał. Bo czyż było coś mniej skomplikowanego od pięści?

- Oczywiście. Nigdy jednak nie możesz mieć pewności, co myśli sobie druga strona, tak naprawdę. Mówić można wszystko, opowiadać, ale myśleć zupełnie coś innego. Nie uważam, że warto wierzyć słowom, nie one się liczą, a czyny. - W tym przypadku wydawało jej się, że Laurent nie kręci za bardzo, bo przecież inaczej też nie zgodziłby się na to wszystko. Może faktycznie miał do niej trochę szacunku, może uważał, że może coś na tym zyskać. Nieszczególnie jednak się przejmowała tym, co jest prawdą, jaka by ona nie była, to przyjmie ją na klatę, jak to miała w zwyczaju.

Ona nie miała problemu z mówieniem komplementów, ba nawet nie nazwała by tego w ten sposób. Komentowała, kiedy coś lub ktoś jej się podobało, dzieliła się swoją opinią, sama też ceniła sobie po prostu szczerość. Milczała równie często, gdy znajdowała się przy ludziach, którzy ją oceniali. Nie było to równe szczerości, bowiem niektórzy mieli tendencje do pewnych oczekiwań, których ona nie zamierzała spełniać, nigdy nie robiła tego, co powinna, wręcz przeciwnie, zawsze to, na co miała ochotę. Spotykało się to z dezaprobatą, a w dodatkowe kłótnie wolała niepotrzebnie się nie wplątywać, aby nie przynosić wstydu rodzinie, to jako jedyna rzecz ją trochę powstrzymywało. Rodzina była dla niej ważna, dzięki niej mogła robić wszystko to, na co miała ochotę.

- Dobrze. - Skomentowała krótko uwagi Laurenta i się do nich dostosowała. On się na tym znał, on miał doświadczenie, ona jedynie wykonywała jego polecenia, żeby w przyszłości móc zacząć jeździć bardziej profesjonalnie.

- Nie wątpię. - Abraksany musiały być wspanialsze, nie wspomniała jednak o swoim wymarzonym zwierzęciu. Geraldine Yaxley chciała spróbować jeździć na smoku, na pewno niezbyt szybko to zrobi, jednak taki był jej plan na daleką przyszłość. Jedyną osobą, z którą się podzieliła tym pomysłem był Theseus, który teraz siedział gdzieś w Afryce, jak jej go okropnie brakowało. Musiała odsunąć od siebie te myśli, bo mogłaby się rozkleić z tęsknoty za swoim przyjacielem.

- Mamy, aczkolwiek jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do koni. - Mogłaby pójść do ojca, poprosić go, żeby ją nauczył jeździć, jednak znając jego metody... mogło się to zakończyć różnie, dlatego wybrała Prewetta, bo w jej oczach to ich rodzina znała się na tym lepiej.

Gerry poruszała się nieco szybciej, chyba nabrała wreszcie odwagi w tym końskim spacerze, czuła, że dzisiaj nie spadnie z tego zwierzęcia. Spróbowała ją zatrzymać, nie udało jej się to jednak za pierwszym razem, a dopiero za trzecim, mimo wszystko nie poszło tak źle, jak się spodziewała.

Wreszcie Prewett pozwolił jej zupełnie samej panować nad zwierzęciem. Nie było to łatwe, w głowie jednak przypominała sobie wszystkie jego słowa, wszystkie wskazówki, które ją prowadziły w tym co robiła. Delikatnie naciskała stopami na konia, żeby nakierować go w odpowiednią stronę. Siedziała całkiem pewnie, chyba w pełni opanowała już, jak powinna poruszać się w siodle, aby było jej wygodnie.

- Żeby to raz, mam babkę w Kanadzie. - U której bywała dosyć często kiedy była dzieckiem. - Zwiedziłam sporo tamtych terenów, północną, łacińską i południową. Lasy Amazonii to jedne z moich ulubionych miejsc do polowań. - Były ogromne, niezbadane, tak naprawdę nikt nie wiedział, co dokładnie można było tam spotkać. Raj dla łowców.

- Sprowadzenie? Po co ci on tutaj? Byłbyś mu w stanie zapewnić odpowiednie warunki do życia? - Nie bez powodu każde ze zwierząt mieszkało w danym rejonie. Mogłaby mu pewnie sprowadzić takiego ptaka, tyle, że to wcale nie było takie proste, jednak dla Geraldine nie było rzeczy niemożliwych do zrealizowania.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
09.05.2024, 13:36  ✶  

Złote słowa - to nic złego. Jedni potrafili korzystać ze swoich mięśni, którymi obdarzyła ich natura, inni ze swojego uroku, który przynosił miód na ich usta. Możesz próbować się zmienić, zmienić swoje życie, swoje nastawienie, ale człowiek był zawsze ograniczony własnym ciałem. Nie każdy był w stanie całkowicie przerzucić się na drugą stronę. Nie każdy miał wrodzoną inteligencję, która pozwalała mu sprawnie liczyć i nie każdy był w stanie to liczenie opanować do perfekcji. Nie każdy mógł biegac po lasach i mocować się z magicznymi stworzeniami jak Geraldine. To nic złego. Żyj w zgodzie ze swoją naturą - pokonuj swoje ograniczenia, ale nie pozwól ograniczeniom pokonać siebie samego. Laurent spoglądał z podziwem na osoby takie jak Yaxley - dumne, silne, które były dębem wobec wichury zdolne się jej opierać. Więc się opierała. Trzymała głowę wysoko, ale przynajmniej wobec niego - wcale się nie wywyższała. Była jak dzika pantera, która zeskakiwała do ciebie z gałęzi, ale wcale nie ubywało jej przez to królewskiej linii krwi - błękitnej, czystej, tak cenionej w ich społeczeństwie. Połączyła w sobie dwa światy i z jakiegoś powodu doprowadziła do tego, że idealnie jej leżały. Niby makijaż specjalnie przygotowany do wieczorowej sukni na dzisiejszy bal. Czy pomiędzy tymi światami była rozerwana - tego nie wiedział. Los nie zbliżył ich na siebie o tyle, żeby odważył się zadawać tak personalne pytania.

- Problem pojawia się wtedy, kiedy subtelność czynów nie jest zauważana. - Bo tak było - i to zbyt często. Wtedy nawet czyny potrafiły być fałszywe, bo potrafiły wpajać do głowy autosugestie, które potem pchane były przez podświadomość dalej. Nagle wydawało ci się, że ta druga strona daj ci znaki, że to zakochanie, dawałeś z siebie więcej, wpadałeś głębiej... Plusk. Kolejny topielec, kolejne serce porwane przez ocean. Tym nie mniej nie zamierzał zaprzeczać jej teorii, bo... cóż, właśnie o niej mówiła, ale czynami jak dotąd nie dała mu żadnych predyspozycji do pomyślenia, że jest obleczona fałszem. Że jej czyny mogłyby być nieprawdziwe. Nie miał sokolich oczu, ale zwracał dużą uwagę na słowa, które do niego trafiały i czyny, które się wokół niego kręciły.

- Więc skąd zmiana zdania? - Skoro nie ciągnęło ją do koni, a teraz jeździła na jednym to znaczy, że COŚ się zmieniło. Albo to był po prostu kaprys? Od tej strony też jej nie znał. Może pragnienie samodoskonalenia się? Ciężko było poruszać się na miotle w bardziej ograniczonych, leśnych przestrzeniach, na nogach też zawsze nie było tak sprawnie, koń był nie raz i nie dwa idealnym rozwiązaniem do zapuszczenia się w dzikie tereny, gdzie musisz zabrać ze sobą większy bagaż, bo wiesz, że szybko do domu nie wrócisz. Większość osób bez problemu teleportowała się w jedną i drugą stronę, ale nie zawsze było to rozwiązanie, kiedy zależało ci na dobrym zorientowaniu się w okolicy - chociażby. Polowania rządziły się własnymi prawami. - Jesteś więc skarbnicą wiedzy o moim niespełnionym marzeniu, żeby ją odkryć. - Zgadza się, było co odkrywać, dlatego ciepło się uśmiechnął na samą myśl. Potrafił sobie bez problemu wyobrazić kobietę między tymi ostępami, plątaniną drzew i krzewów, z nogami zapadającymi się w mchu i rękoma potrącającymi paprocie. - Byłbym w stanie, ale nie miałbym serca wyrywać dzikiego stworzenia z jego domu. - I tutaj pojawiał się rozjazd między tym, czego się pragnie a własnym sumieniem. Można chcieć, tylko czy będzie się w stanie zapłacić cenę? Nie tą, która jest więcej niż oczywista w pieniądzu, tym mógł płacić, choć nie lubił wydawania złota. - Gotowa na szklaneczkę whiskey? - Chyba już obu paniom wystarczyło nauki na dzisiaj, szczególnie kiedy Laurent spojrzał na zegarek.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
09.05.2024, 19:23  ✶  

Tak naprawdę dobrze jej było między tymi światami. Była nieco inna od typowych czystokrwistych, ale mogła sobie pozwolić na swoje zachcianki, dzięki bogactwu, jakie uzyskała przez swoje pochodzenie. Mimo wszystko nie osiadła na laurach, ciężko pracowała, aby jej rodzina mogła nadal wieść taki status. Trochę czuła się za to odpowiedzialna z racji na to, że umysł ojca po upadku z konia nie do końca działał, miewał pewne zawieszenia, na które nie mieli wpływu, Astaroth został wampirem, a starszy brat zajmował się tylko i wyłącznie swoimi sprawami. Chcąc nie chcąc, to ona musiała nosić spodnie w ich rodzinie, nie do końca nawet spodziewała się tego, że tak się to wszystko potoczy, dobrze jej było wcześniej - nie musiała się przejmować, teraz gdzieś z tyłu głowy miała to, że wiele od niej zależy. Dlatego też przyodziewała nawet te piękne suknie, pojawiała się wśród czystokrwistych czarodziejów na wszystkich balach, spotkaniach, aby nie zapomnieli o jej rodzinie. Musiała to robić, musiała czasem grać, pokazywać się tam, gdzie nie do końca chciała. Wiele zawdzięczała swojej rodzinie i czuła, że taki jest jej obowiązek, nawet nie zawsze jej to przeszkadzało, miała bowiem kilkoro serdecznych przyjaciół, którzy umilali jej te sztuczne spędy.

- Problem może się nie pojawić, gdy czyny są bardziej niż subtelne. - Dodała z uśmiechem, bo taka już była, jeśli coś robiła to całą sobą, subtelność była jej raczej obca, nie potrafiła być delikatna, jeśli już coś robiła to z pierdolnięciem.

- Zachcianka, typowa zachcianka. - Rzekła zupełnie szczerze, nawet ona miała swoje fanaberie, pomysły, które chciała realizować. - Wiele się u mnie dzieje ostatnio i chciałam znaleźć coś, co mogłoby mi zająć myśli, zaangażować się w coś, ojciec ma konie, ale nie mamy jakichś wybitnych nauczycieli, dlatego przyszłam do ciebie. - Wiedziała, że trudno jej będzie znaleźć kogoś w tej dziedzinie lepszego od Prewetta, nie ukrywała nawet tego, zresztą na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jaka opinia krąży na temat tych umiejętności między innymi czarodziejami.

- To chyba trochę za dużo powiedziane odkryć, nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział o niej wystarczająco dużo, te tereny są ogromne, niezbadane. - Puszcza ją ciekawiła, dawno tam nie była, ostatnio większość czasu spędzała w Wielkiej Brytanii i powoli czuła chęć wybycia gdzieś dalej. Brakowało jej egzotycznych przygód, nie przywykła do zbyt długiego siedzenia na tyłku, nie służyło jej to. Zresztą widziała po tych kilku miesiącach, kiedy zaczęła się staczać przez to, że pozwoliła sobie spróbować się tutaj ustatkować, to chyba nie było dla niej. Wolność, podróże - to jej służyło.

- Rozumiem, czyli ja mam je wyrwać, a ty udawałabyś, że je przede mną uratowałeś i zapewniasz mu ciepły domek? - To był żart, może nieco brutalny, ale zawsze właśnie do niej należała ta brudna robota, ona miała łapać zwierzęta, zabijać je, by inni mogli się albo nimi nacieszyć, albo korzystać z przedmiotów stworzonych z ich części. Zawsze to ona była złoczyńcą, w każdej z tej historii. Nie przeszkadzało jej to specjalnie.

- Zawsze! - Cóż, chwilę jej zajęło zatrzymanie konia, jednak po chwili z niego zeskoczyła i znalazła się tuż obok Laurenta/

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
10.05.2024, 21:56  ✶  

Problem z niedomyślaniem się intencji, jakie próbujesz przekazać, dotyczył głównie mężczyzn. Z jednej strony potrafiła być to prawdziwa zmora i niektóre osobniki wymagały przez to pisania osobnej instrukcji postępowania, z drugiej potrafiło to całkiem ułatwiać niektóre sprawy. Kierować nimi subtelnie (ha!), żeby sądzili, że to oni są panem i władcą całej sytuacji. Przecież nikomu to wtedy nie robiło krzywdy! Oni czuli się lepiej, spełniali swoje fantazje, a druga strona dostawała po prostu odrobinę więcej tego, czego chciała sama. Nie, nie było w tym niczego złego, póki rzeczywiście intencje były czyste. Znał też tych, którzy powiedzieliby, że manipulacja jest zła niezależnie od chęci. Że kłamstwo jest złe bez względu na to, co próbujesz osiągnąć. Do jakiego typu ludzi zaliczała się Geraldine? W pierwszej chwili strzelałby, że do tych, którzy gardzą takimi zachowaniami. To ta jej dzika, prosta natura. Tylko że Geraldine nie była zero-jedynkowa, nie była płaska w swojej istocie. Przypominasz sobie, że przecież miała nazwisko Yaxley, które traktowała poważnie i nagle docierało do ciebie, że ktoś żyjący wśród żmij nie może w pełni gardzić manipulacjami i niedopowiedzeniami. Inaczej by się wśród nich nie utrzymał. Więc... naciągnął cięciwę i puścił strzałę w tarczę, która mówiła o tym, że może tych zabiegów nie lubi, ale nie wzrastało to do rangi zupełnego odtrącenia. Strzała przebiła tarczę. Drgała.

- Czy mogę prosić o lekcje dosadności? - Trochę sobie żartował, bo nie miał żadnego problemu z porozstawianiem ludzi po kątach. Za to miał wielki problem z wylewaniem z siebie negatywnych emocji. Z tym, żeby czasem móc zwyczajnie KRZYKNĄĆ. Z tym, żeby więcej stawiać żądań według swoich potrzeb w prywatnych znajomościach, zamiast ciągle starać się dopasować, podpasować i wypełniać potrzebę bycia akceptowanym. To była właśnie ta część, w której to była prawda - że mógłby się od niej uczyć. Ta część, która tym mocniej budziła jego podziw wobec niej. I często ruszało niepewność - bo Geraldine nie należała do osób, które dałyby sobą pomiatać i robiła to, co uważała za słuszne. Nawet jeśli nie miała kłopotów z współpracą. - Aaach... miód na moje serce. - Uśmiechnął się szerzej na moment, bo tak w istocie było - bycie docenionym, tak całkiem szczerze, było najbardziej cennym z komplementów, czyż nie? Każdy mógł powiedzieć, że Prewett jest dobry w tym, co robi, ale nie każdy miał takie obeznanie, nie każdego zdanie cenił sobie w pewnych dziedzinach tak samo jak zdanie Yaxleyów. Wszystkich? Cóóóż... Nie. Głównie dlatego, że lwiej części rodziny nie znał, ale w jego opinii - znał tę najważniejszą część. - Drzwi moich stajni będą zawsze przed tobą otworzone, nawet jeśli nie będę miał akurat czasu zarezerwuję dla ciebie najlepszego instruktora, jakiego mam. Szkoli zawodowców. - Innymi słowy ktoś, kogo nikt tak o z wejścia by nie dostał. Ale tym były właśnie znajomości - mogłeś więcej. Tym było nazwisko. Tym były pieniądze.

- Zrobienie pierwszych paru kroków zawsze do tego przybliża. Z pewnością jest zaś krokiem większym niż mój brak kroku. - W jego głosie pobrzmiał śmiech, kiedy to mówił. Jeden zawsze większy niż zero. Cokolwiek zawsze większe niż zero. Fakt - ta puszcza była dzika, wielka, pełna tajemnic. Szczególnie magicznego świata, który potrafił naprawdę załamywać rzeczywistość. Aach... dobrze było spędzić takie chwile - spokojne, nieważkie niemal. Ale na następne jej słowa już się zaśmiał całkowicie. Tak, brutalny żart, być może w innych okolicznościach zareagowałby na niego inaczej, ale nie traktował tego poważnie - tej propozycji. To, że tego tak nie potraktował nie znaczyło, że nie był świadom, że mógł ją o to poprosić i jakoś nie sądził, żeby był to problem. Mógł też poprosić wprost, żeby złapała mu tego bydlaka i tu sprowadziła siłą. Mógł. Tymczasem śmiał się z żartu.

- Mam już białego rumaka, zleciłem wykucie miecza, brakuje mi tylko zbroi. - Pociągnął żart apropo ratowania - co prawda nie księżniczki tylko ptaka z opresji, ale sens pozostaje ten sam. Przesunął palcami po krańcu włosów. - Zapraszam damę. - Podszedł do niej, żeby pomóc jej zsiąść - poinstruował ją co i jak, po kolei, a potem jeszcze poprowadził ku stajni, żeby zdać konia stajennemu nim skierowali się do jego domu na kilka opowieści rodem z puszczy amazońskiej.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
12.05.2024, 13:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.05.2024, 13:59 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Yaxley nie znosiła podziału na płeć. Jej zdaniem każdy był po prostu człowiekiem, odmienną jednostką i nie od tego, co ma się między nogami zależało to, jak dana osoba się zachowuje. Irytowały ją stereotypy, może przez to, że sama często z tego powodu była lekceważona, wiecznie musiała udowadniać swoją wartość. Od najmłodszych lat, nadal to tego nie przywykła, z czasem nie wdawała się w polemiki, tylko po prostu pokazywała na co ją stać, tak było zdecydowanie łatwiej, prościej.

- Chyba nie nadaję się nauczyciela. - Odparła szczerze. Czasem przesadzała, nie umiała wypośrodkować swojego zachowania, brakowało jej subtelności w tym wszystkim, o czym zdawała sobie sprawę. Wolałaby aby inni nie powielali jej zachowania, nie wydawało się jej, by była odpowiednią osobą do tego, żeby uczyć kogokolwiek, czegokolwiek. Nie czuła się na tyle kompetentna.

Miała tendencje do mówienia w głos, jakie są jej oczekiwania, czego potrzebuje, chociaż czasem i to nie wystarczało, dlatego tak bardzo bała się zbliżyć do kogokolwiek, za bardzo cierpiała. Wiele razy, wykańczało ją to emocjonalnie, bo nigdy też nie była dobra w tym, żeby mówić komukolwiek o tym, co w niej siedziało. Jasne, potrafiła stawiać granice, radzić sobie z najtrudniejszymi przeciwnikami, jednak ona także miała uczucia, o czym bardzo często wszyscy zapominali. Na pierwszy rzut oka mogła wydawać się bardzo silna, nawet wtedy kiedy jej serce było roztrzaskane na milion kawałków, praktycznie nikomu o tym nie opowiadała, bo po co. Wolała sobie z tym radzić sama, no nie do końca sama, bo z butelką w ręce, tak łatwo jej przychodziło uciekanie od tego wszystkiego.

- Dziękuję, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. - Świadomość, że ktoś się nią zaopiekuje, nawet jeśli jego nie będzie. Właściwie nie zamierzała już tu przychodzić, chyba pokazał jej wszystko, czego potrzebowała, kolejnym razem pewnie wybierze stajnię rodziców i będzie sobie radziła sama, bo dostała to czego potrzebowała - podstawy. Wiedziała już jak zacząć, co powinna robić, nie chciała też nadużywać gościny młodego Prewetta.

Domyśliła się, że to była propozycja, specjalnie ugryzła to w ten sposób. Miała świadomość, jak widzą ją inni, kiedy przychodziło do oceny zachowania, pracy to ona wychodziła na tą brutalną, złą. Ludzie mieli tendencje do widzenia świata w dwóch kolorach: czarnym i białym. Ona zazwyczaj zostawała złym charakterem większości historii, bo to ona zabierała małe zwierzęta od ich rodziców, mordowała niewinne stworzonka. Przywykła do tych opinii. Czyż jednak ktoś, kto chciał je więzić, żeby móc sobie na nie popatrzeć również nie był zły? Zlecenia, które realizowała miały swoich prowodyrów, to nie były jej zachcianki.

- Obawiam się, że zbroja mogłaby być dla ciebie zbyt ciężka, bez urazy. - Rzuciła żartobliwie, jednak zupełnie szczerze. Laurent nie był rycerzem, nawet jeśli trzymałby w ręku miecz, to nadal by nim nie został.

Uśmiechnęła się do niego po raz kolejny. Nie zamierzała mówić, że do damy na pewno wiele jej brakuje. Oczywiście skorzystała z pomocy przy zsiadaniu z konia, szkoda by było, żeby teraz wywróciła się na twarz.

Poszli więc razem, odprowadzić konia, a później mieli wreszcie skosztować trunki, czas na nagrodę, która spowodowała, że to zajęcie było jeszcze bardziej przyjemne.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Geraldine Greengrass-Yaxley (5499), Laurent Prewett (5880)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa