Gdzieś tam z tyłu głowy wciąż kołatało mu się spotkanie z żebrakiem i towarzyszące mu cały dzień nerwy sprawiały, że po powrocie do pracy marzył tylko o tym, żeby się ogarnąć, zamknąć się w pokoju i przespać resztę dnia i całą noc. Trudno, może Rita nie będzie na niego aż tak zła, jeśli raz pójdzie na spacer z Benjim zamiast niego. Następnym razem weźmie dwie jej kolejki.
Po powrocie do domu przypomniał sobie jednak, że przecież obiecał coś mamie. Mieli wybrać się do tej sławnej lodziarni w Niemagicznym Londynie, o której można było usłyszeć wiele dobrego od niejednej osoby. Sam zaproponował matce to wyjście, więc nie powinien teraz go odwoływać tylko dlatego, że miał gorszy dzień. Dlatego przywołał na twarzy uśmiech, gdy prosił matkę, by dała mu chwilkę, odświeżył się, przebrał w lżejsze ubrania i mogli już wyjść.
Niemagiczny Londyn zrobił się... bardziej kolorowy, co trochę zaskoczyło Jessiego. To i ładna pogoda sprawiały wrażenie, jakby tego dnia świat próbował rozproszyć wszystkie ciężkie chmury, które mogły wisieć nad kimkolwiek, wywołać na ustach uśmiech, naładować pozytywną energią i wywołać radość.
-Mnie się tylko wydaje, czy coś się święci? - spytał, rozglądając się po ulicy, jakby spodziewał się, że zaraz napadnie ich jakiś psychol, Śmierciożerca, albo smok. -Dobrze, że zostawiłem Benjiego w domu - to już powiedział ciszej.
Co prawda w pierwszej chwili, kiedy byli jeszcze w domu, pomyślał, żeby wziąć psa ze sobą, ale w tej samej chwili coś mu zaczęło podpowiadać, że chyba jednak byłoby lepiej, gdyby pies jednak został w domu. Później po prostu chłopak się zbierze i wyjdzie z nim na dłuższy spacer.
I faktycznie, zostawienie psiaka w domu okazało się dobrym pomysłem, bo niedługo potem w ich stronę zaczęli zbliżać się ludzie. Nie była to para ludzi. Nie była to nawet grupa. To była horda. Chmara. Cały tłum ludzi, wykrzykujących jakieś mieszające się ze sobą słowa i hasła,
-Co, do cholery?