- C-cały czas chciałem być wybrany. - Wybrany, nawet nie kochany. - Chcę być wybrany. Z tego tłumu, który cię wielbi. - Z tłumu ludzi, którzy pewnie mogli zapewnić mu dobry byt, status, wpływy. Rzeczy, na których Crowowi nie zależało wcale, ale zapewne zależało Laurentowi, skoro już któryś raz nadrabiając prasę trafił na jego imię. - Chociaż na chwilę chciałbym być tym który może cię kochać i jest w tym spełniony - nie chodziło tu nawet o jednostronność, nawet jeżeli tak naprawdę nigdy nie wytrzymałby w relacji, w której nie był chwalony, wspierany, w której nie okazywano mu czułości - tym przy którym nie musisz łgać, przy którym księżniczka, jaką jesteś... może pokazać, co kryje się za tymi ślicznymi, jasnymi oczkami. Bo wie, że w każdej swojej wersji jest przeze mnie adorowana. - Patrzył się na niego rozedrgany. Zdążył opuścić palce na jego ramię, zahaczając o kołnierz koszulki, przesuwając go nieco w kierunku miejsca ugryzienia, żeby je dokładnie obejrzeć. Prewett wciąż był wychudzony. Sunąc dłonią wzdłuż jego obojczyka czuł to doskonale, ale nie komentował tego negatywnie. - Kurwa. W Rose Noire powinni postawić twój pomnik. - Kiedy to nieco zbyt odważne stwierdzenie opuściło jego usta, przypomniał sobie rzeczy opowiadane mu w dzień po tym, jak Laurent wyłowił go z morza. Jednocześnie uspokajało go to i budziło grozę. Znał kolejną cegłę budującą jego smutną, czarną stronę - fakt, iż dla Crowa tragedia, jaka wydarzyła się na Ścieżkach... była podniecająca. Naprawdę chciałby być kimś innym. Kimś, kogo nie mógłby wrzucić w głowie do worka facetów myślących tylko o jednym. Niestety był żywym dowodem tego, że dla innych pewnie wypaczony sposób, w jaki Laurent postrzegał rzeczywistość... miał w sobie przynajmniej ziarnko prawdy. W tym wszystkim odnajdował spokój, bo obsceniczne rzeczy opisywane mu tamtej nocy nie sprawiły, że Laurent przestał o niego zabiegać. Musiał to w przynajmniej minimalnym stopniu tolerować - to w jaki sposób go wtedy opisywał, tak sprośnie, obleśnie - powiedział mu wtedy, że jest mu go żal, a teraz siedział na nim i go ściskał i... mówił mu, że się go nie boi. A może jednak powinien, skoro przynajmniej raz dobierał się do niego mimo wyraźnych protestów.
Znów opuścił spojrzenie na jego usta i szybko wrócił nim w górę. Można było czytać z niego jak z otwartej książki.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.