• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[3.01.1969] Only | Cain & Laurent

[3.01.1969] Only | Cain & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
27.01.2025, 23:36  ✶  
~*♫*~
Come in from the cold
Buried under heat
Lay you on the floor
Heavy like the force between us

Krople spływały po szybie jak tancerki zsuwały się na szarfach ponad deskami cyrkowej sceny. Wszystko wokół było ciemne - i tylko światło najeżdżające na nie. Wiraż barw odbijających się w ich cekinowych stronach i ciała jak z waty. Szukały swojej własnej drogi, zaraz szybciej w dół! Lecz nie... teraz łagodnie w prawo... Czerwień przyświeciła na pierwszym centymetrze, ale tych pięć centymetrów niżej już złapało odbicie złota. Och, a cóż to? Błękit - nie, to niebieski - jak kolor smutku, który przypominał o tym, że nawet najbardziej gorąca czerwień mogła skończyć ofiarą największego z doznań.

Krople wody na smutnej szybie były ofiarą ciepła mieszkania, które tętniło ludźmi. Niepowtarzalne płatki śniegu uderzały do nas - Laurent słyszał każde ze stuknięć tych malutkich żyć - i nie mogły się tu dostać. Ale gdyby..? Otworzyć okno, zaprosić je do środka. Stać się częścią świata, który teraz nie był częścią nas. Gdyby..? Gdyby na niebie widać było gwiazdy, gdyby Noktur nie był taki parny. Parny... bo tu było chyba parno. Możliwe...

- Monsieur... na pewno się pan nie napije? - Słodki uśmiech na wargach damy, która mało po kobiecemu usiadła na stoliku, zasłaniając Laurentowi widok na okno. Ubrana w czerwoną kreację barwioną kwiatami jak kolorowy ptak, z czerwoną szminką na ustach. Z odsłoniętymi ramionami, wystawiając zgrabną nogę, kiedy wsuwała w zęby fajkę. Przeszkoda. Nie płatek śniegu, który się topił, chociaż Laurent widział to w niej oczach - ona chciała zostać roztopiona. Uśmiechnął się do niej - ulotnie tak samo, jak łatwo zefir podrywał do tańca każdą z zamarzniętych kropel wody. To właśnie z nich powstawały te dzieła sztuki. Takie samo dzieło potrafił stworzyć człowiek ze swojego uśmiechu. Pokręcił lekko głową. Kobiecie więcej nie było potrzeba. Mógł odprowadzić ją wzrokiem, jak kręciła biodrami odchodząc. Wiedział, co właśnie tliło się w jej głowie. Jego strata. A może nie..?

Blondyn obrócił głowę w kierunku mężczyzny, który trzymał dłoń na jego nodze - ale zajęty był rozmową z kimś innym. Jak się tutaj znalazł, z kim dokładnie przyszedł - nawet nie pamiętał. Pamiętał tylko żal za płatkami śniegu. Jakby siedział tu od zawsze - Kai ze szkiełkiem w oku, zgubiony przez Królową Lodu. Ale przecież to nie jego rola w jego bajce...

Czyżby?

Wśród tych kolorowych ptaków i ludzi ubranych w czerń siedział anioł na dużej kanapie. Biała plama rzeczywistości, boleśnie realna i odcięta od ludzi dookoła. Jak śnieg za oknem. Jak płatek - równie chłodny - który zapomniał, że kiedyś był kroplą wody. Inna liga. Biel jego ubrania, złota biżuteria prezentująca jego szyję, blada karnacja. Każdy gest, każdy nawet ruch, był jak delikatne muśnięcie pędzla malarza tworzącego swe Magnum Opus. Anioły musiały istnieć na tym świecie. Jak inaczej wytłumaczylibyśmy, że tyle Diabłów zapałętało się w tym zgniłym zakątku Londynu? Nie, Laurent tutaj nie pasował, a jednocześnie nikt nie wydawał się myśleć tym torem. Między oparami dymu palonych ziół, opium i papierosów.

Błękit oczu miał przed oczami posmak tego, jak bawili się ludzie poza złotymi salonami. Czy miało to lepszy smak? Autentyczność rozmywała się o podniebienie tym swędzącym, nagle przeszkadzającym dymem nikotyny. Przeprowadzał wiwisekcję ludzi za życia - ale tutaj żaden z tych ludzi nie zachwycił go swoją klasą. Odtrącił rękę ze swojego kolana z niechętnym westchnięciem i podniósł się nieco ociężale. Błędniku, czy jeszcze tu jesteś? Nie, ja wiem, to nie jest ten lot, który nam obiecywano. Kto widział anioła chodzącego o własnych nogach? Tancerki na szybie wabiły ciągle tak samo - nikt wokół nie był tak samo chłodny i gorący zarazem jak one. Jego wolny krok w stronę okna był krokami osoby, która chciała się dostroić do tego powolnego tańca, do którego się zbliżał. I w końcu mógł dotknąć palcami szyby. W końcu jego oddech rozbił się na niej, zostawiając niewyraźną smugę po ciele.

Nie, nie miał być w tej bajce Kaiem.

Miał być Gerdą, która wymyła szkiełko z oka zagubionego chłopca i ukradła miłość sprzed nosa Królowej Lodu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
the horror and the wild
But the half part sees what the other half's got
Sometimes I feel like I'd rather just rot
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
medium za dychę i niegrzeczny sklepikarz
Wysoki, bo mierzący 185 cm wzrostu, smukły, o długiej twarzy zwykle przekornie uśmiechniętej — Cain w wielu aspektach przypomina gentlemana, w pozostałych sępa. Wszystko w nim jest zawsze trochę niedbale, trochę niedokończone, jego koszule są zawsze niedopięte, a antracytowe włosy nosi palcami sczesane z czoła. Łatwo odnaleźć w tłumie ślady jego obecności — cierpki zapach papierosów, kadzideł i mocnych, piżmowych perfum oraz przedziwny chłód, zupełnie jakby minął cię właśnie duch. Gdy mówi, jego niski głos brzmi uprzejmie, choć przebrzmiewa w nim nuta protekcjonalizmu, a nieco bezczelne spojrzenie ciemnobrązowych oczu zdaje się tkwić w tobie jak sztylet.

Cain Fawley
#2
01.02.2025, 23:14  ✶  
Myra nie miała najlepszego gustu do mężczyzn — lubiła chwytać się tego, czego nie mogła dostać, nie z desperacji, a ze zwykłej nudy. Była to cecha typowa pięknym kobietom, tak przynajmniej powiedziała mu kiedyś jedna z sióstr, tamtego wieczora, kiedy druga z nich płakała z głową wciśniętą w poduszkę i złamanym sercem odciśniętym na prześcieradle. Cain skrzywił się więc lekko i zmrużył oczy, gdy Myra, odgarnąwszy falę włosów na plecy, ruszyła w stronę następnego stolika, wpatrzona w swoją ofiarę niczym wyjątkowo ładny wąż polujący na wyjątkowo ładną mysz. Dwie pary oczu, obie pijane, w dziwnie dusznym półmroku mieszkania kojarzące się Cainowi z małymi żarami w dogasającym kominku. Myra przypominała trujący kwiat, jeden z tych, którymi wyszywano jej sukienki, lecz nawet ona nie była zdolna odwrócić uwagi chłopaka, nawet jej płatki i krwisty odcień jej szminki, nawet pożyczony od niego papieros zgrabnie wsunięty między wargi. Mówił jej, że to nie ma sensu. Jest w innym świecie — szeptał jej, kiedy dostrzegł już jej oczy uroczo wczepione w postać przy stole. Jeden z nich go przyprowadził, myślisz…? Urwała, a on się zaśmiał. Cierpko i złośliwie, z brzydkim oskarżeniem zwiniętym w kąciku ust. Przestań — pouczył ją, choć oboje wiedzieli, że myślą o tym samym i że żadna z tych myśli nie jest lepsza od poprzedniej. Wszyscy jesteśmy ofiarami w ten czy inny sposób — wzdychała Myra, sekundę przed tym jak ruszyła w stronę wypatrzonego stolika, a Cain prychnął, bo nie zdążył jej odpowiedzieć, że nie, nie wszyscy; nie zdążył jej powiedzieć, że on naostrzył zęby szybciej, że był gotów rozciąć się wpół i wyjść z własnej skóry jak jeden z nieboszczyków balsamowanych przez jego ojca, byle tylko nie pozwolić nikomu uczynić z niego ofiary. Nawet tak ładnej i jasnowłosej.

Nie zauważył momentu, w którym Myra się poddała. Wszystko musiało dziać się szybko. Jej nogi na stole, ruch jej spódnicy, mgła jej perfum osadzająca się w powietrzu jak groźba burzy złożonej wyłącznie z białych kwiatów i palonego cukru. Przez chwilę śledził ją wzrokiem, a ona złapała jego oczy z czymś na kształt rozbawionego uśmiechu, tak jakby chciała powiedzieć, że mieli rację, a może, że następny jej posiłek będzie większy. Zniknęła gdzieś na jednej z kanap, w cieniu mężczyzny, który obejmował ramieniem kobietę w białej sukience, kuriozalnie ślubnej, zbyt czystej, by przebywać w tym mieszkaniu. Wszystko było tu zbyt brudne i zbyt ciemne, oddechy były zbyt ciężkie, słowa zawsze nieuważne. Łatwiej było mu szwędać się w tym bałaganie, gdy był młodszy — świeżo po ucieczce z ponurego domu Fawleyów, kiedy wolność wciąż wydawała się taka świeża i nadal nosiła w sobie obietnicę czegoś lepszego. Teraz był po prostu przyzwyczajony. Przywiązany do własnego zepsucia jak każdy inny oszust.

Odstawił kieliszek na stół i miękkim ruchem dłoni rozpiął kilka guzików pod szyją. Było mu słabo — przez alkohol lub przez to, że mógł go wypić więcej. Nawet w tej mgle jednak nadal przyglądał się ofierze Myry, zupełnie jakby pragnął upewnić się, że chłopak wciąż trzyma głowę na tym samym poziomie. Patrzył więc, kiedy odsuwał się od mężczyzny, którego nazywali „jednym z nich", jak wstaje, jak odchodzi. Coś w Cainie zadrżało, jakiś impuls obudzony pod mostkiem, gdy twarz mężczyzny przy stole stała się napięta i surowa. Podszedł, niemal ostrożnie, spoglądając na jego dłoń zimno zaciśniętą na blacie stołu. Być może to nie Myra była drapieżnikiem.

— Spokojnie, znajdziesz sobie następnego ofiarnego baranka — odezwał się, jego głos zaskakująco wesoły wśród hałasu rozmów. Mężczyzna poderwał na niego wzrok i przez chwilę patrzyli sobie w oczy, obaj niechętni, by się poddać. — Może tym razem poinformujesz o tym nawet żonę — dodał, uśmiechając się pogodnie i musiał cofnąć się o pół kroku, gdy rozmówca poderwał się z miejsca. Jeżeli naprawdę chciał go uderzyć, był zbyt pijany, żeby się zamachnąć, a ktoś z tyłu zbyt szybko pociągnął go w dół za brzeg rękawa. Cain rozłożył dłonie, choć jego gest kapitulacji nawet teraz wydawał się prześmiewczy. Chaos szybko jednak zapomniał o jego występku. Ludzie nadal rozmawiali, nadal pili, a on — najwidoczniej nadal głodny rozrywki — podszedł do blondyna, którego jeszcze przed chwilą obserwował. Stał przy oknie i wpatrywał się w nie tak, jakby pragnął przykleić się do szyby i spłynąć wraz z resztą wody.

— Musisz uważać, gdzie dajesz się zaciągać — powiedział do jego pleców i sięgnął palcami do jego ramienia. — Pełno tu robactwa — szepnął, nachylając się bliżej i uśmiechając się w ten cukrowy, elegancki sposób, z którego łatwo było wyczytać, iż ponad wszystkie inne świństwa, mówił o sobie.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
10.02.2025, 00:43  ✶  

Tam, gdzie żar dogasał w palenisku, dogasał też człowiek. W pokoju pełnym życia buzował ogień, nikt nie pozwalał mu dogasnąć. Dzieci prześcigały się w możliwości dorzucenia chociaż małej gałązki, a rodzice niecierpliwym ruchem ręki odpędzały je i samodzielnie przyjmowali rolę strażnika płomienia. Jak w Yule - po prostu tak śpiewała o tym krew. Coś o tradycji, coś o naturalnych odruchach, albo w końcu nazwijmy to nadopiekuńczością. Wynik był ten sam. Dopiero gdy płomienie nie skakały już w górę podczas mroźnych wieczór, dowiadujesz się, że dom zasypia. Ostatni kręci się ojciec po domu upewniając, że wszystkie drzwi są zamknięte. Że żaden wąż o błyszczących oczach nie pełza po ziemi, starając się wykraść skarby, których się dorobił. Żar. Iskierki krzeszące się spomiędzy węgielków, a każdy z nich był symbolem przysypiającego świata. Gdzie ten ojciec? Pewnie zasnął. Ten wąż? Musiał obejść się smakiem. A ciepło? To ciepło, co ulatuje między szybą a ramą okna. Wyślizguje się z wnętrza i chciałoby topić wzory malowane palcem Panienki Zimy, ale nie ma go wystarczająco wiele. Więc - zostaje mu zamienianie płatków śniegu w słodkie krople. Zrugane brudem codzienności, spaczone smrodem Nokturnu. Nie wydawały się zbrukane, kiedy patrzyło się na nie przez pryzmat szyby. Czy tamta dziewczyna na czyichś kolanach, w tej ślubnej sukience, też zdawała się aniołkiem? Zesłana na miękkiej chmurce z letniego nieba, promyk słodkiego poranka - nie palony cukier, a ten pieczony razem z truskawkami, żeby ślinka naleciała na język jeszcze przed spróbowaniem jej. Wąż, niewiniątko i dwie duszy w żywo-martwym ciele. Obywatele tego domu, w którym dogasał ogień. O gdzie ojciec? Wcale nie poszedł spać. Wcale nie zapomniał o swoim obchodzie i stróżowaniu, które nabiegało elektryzacją każdą komórkę ciała. Niesforne dziecko na przechadzce po zacienionym domostwie musiało zostać wysłane dokładnie w ten kąt pokoju, które wskaże pańska ręka. Więc taka rola Mężczyzny-Ojca - pilnować. Pokręcić palcem, kiedy ktoś niegrzecznie się unosił, odesłać węża z powrotem do ogrodu i zagonić aniołka do łóżka. Albo..? Chociaż przez chwilę - zamienić się z nim. Dołączyć? Czy można dołączyć do próby zamienienia się w kroplę wody, drogi Cainie?

Bluźnierco, który zabiłeś własnego Ojca?

Przekrój małego zamieszania był ledwo jednym zdaniem na kartce ciągłości zachwytu tymi nocnymi tancerkami. Coś, co sprawiło, że nawet obejrzałeś się przez ramię na tę drobną chwilę, ale zaraz znowu prawie dotykałeś nosem szyby. Rycerz na Karym Rumaku - oto on. Albo - oto Oni. Żadne Rycerz, ale bajka musiała biec swoim torem. Zło i dobro miały być jasno określone - inaczej zgubimy tutaj morał. Nie byłoby Złej Królowej, która chciała zatrzymać Gerdę ani Kaia, który odtrącił od niej jej własną rękę. Ale może to nie była wcale opowieść o mrozie, rozbitym lusterku i samotności. Może to była zupełnie inna bajka. Taka, w której Zły Charakter był tym, którego nikt nie uratował w porę.

Dreszcz przebiegł po całym jego ciele, kiedy Płatek Śniegu wdarł się za jego kołnierz i spłynął na ramiona. Z całą swoją delikatnością. Z całą swoją kąśliwością. Przymknął oczy i rozchylił usta. Automatycznie te ramiona powędrowały nieco w górę, w tym odruchu kulenia się, gdy przez cieniutki materiał białej koszuli czuł zimne palce. Kropla wody wystarczy, by żar dogasić. Aby czerwień coraz bardziej cichła i pojawiło się jeszcze więcej czerni na jej miejscu. Dla tej chwili to było błogosławieństwo. Zaraz rozchylił te powieki, by spojrzeć na twarz odbitą w lustrze. Ciche westchnienie wydobyło się z jego ust i ufnie, jakby znał Caina od lat, pochylił się w tył, ku niemu, by oprzeć łopatki na jego klatce piersiowej. Oprzeć się częściowo na nim, wpatrzony w idealny obrazek. W swojego Tancerza. Kropla za szybą przetoczyła się od jego czarnego (w tym świetle, tym odbiciu) oka po jego policzku. I zniknęła w ciemnościach parapetu po drugiej stronie okna.

- Robactwa..? - Miał śpiewny głos, dźwięczny, a chociaż był cichy to rzeczywistość zdawała się skłaniać ku niemu, by na pewno został dosłyszany. Ale może to tylko ta bliskość między nimi..? - Jesteś karaluchem czy motylem..? Ćmą..? Ćmą... - Prawie tak, jakby samemu sobie odpowiedział tym nieco zblazowanym, nieco nieobecnym głosem. Idealnie spasowanym z lekko nieobecnym spojrzeniem, z za dużymi źrenicami w jasnych tęczówkach, gdzie lazur prowadził walca z błękitem. Wyciągnął dłoń do ich odbicia w szybie i przesunął palcem przez miejsce, gdzie spłynęła fantomowa łza. Zwykła kropla deszczu, która przybrała niezwykły wizerunek. Co widzisz? Pewnie trzeba go od siebie odgonić. Lecz skoro przyszedł tu, tak miły, stworzył ramkę dla idealnego obrazu i wkomponował w niego siebie - nagle tu pasował. Ten uporczywie poszukiwany element, dla którego chciało się śpiewać. A to tylko odbicie. Mara? Sen? Może to wyobraźnia toczy się za daleko - Sęp zleciał na żer nad białym pawiem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cain Fawley (742), Laurent Prewett (1427)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa