22.12.2025, 16:37 ✶
Christopher Rosier uważał, że jest już za stary i zbyt poważny, żeby lepić bałwany.
Ale tym razem to nie był byle jaki bałwań.
Chłopcy wstali jeszcze przed świtem, by wyślizgnąć się z zamku na dziedziniec w tym samym momencie, w którym zakończy się cisza nocna, a potem wybrali miejsce usadowione idealnie pod oknami nielubianego nauczyciela. Ten nieraz wychylał się ze swojego gabinetu, żeby zepsuć młodzieży zabawę, odejmując punkty za zbyt głośny śmiech albo karając szlabanami za tak błahe przestępstwa jak pociągnięcie koleżanki za włosy czy rzucenie zaklęcia w plecy niczego niespodziewającego się Gryfona. Niebo jednak dopiero jaśniało, mróz szczypał w nosy, i okno było nie tylko zamknięte, ale i częściowo pokryte lodem. Profesor pewnie jeszcze głęboko spał, a kiedy wstanie wreszcie z łóżka, słońce zaś odsłoni widoczność, jego wzrok padnie na bałwana.
Był to bałwan cudowny, powstały zarówno z zaangażowanego toczenia kul, jak i rzucania licznych zaklęć (i małej kłótni, która przerodziła się w krótką bijatykę o to, jak powinna wyglądać jego fryzura). Całkiem wiernie odzwierciedlał właśnie podobiznę profesora, włącznie z jego uszami. Tuż przed wielkim finałem jeszcze ostrożnie pokryto go warstewką wody, która zamarzała szybko w niskiej temperaturze, dodając mu trwałości. Ktoś rzucał czary, mające dodać kolorów, tak by z daleka był nie do odróżnienia od oryginału – przynajmniej tak do pierwszej lekcji, żeby jak najwięcej osób zdążyło go zobaczyć.
Samym wielkim finałem było zaś odzianie bałwana.
– To na głowę, a to tutaj… – mamrotał Christopher, wspinając się na palce, by udekorować fryzurę mężczyzny wielką, różową kokardą, do kompletu do kolorowego fartuszka.
Tak, to było wspaniałe dzieło.
Ale tym razem to nie był byle jaki bałwań.
Chłopcy wstali jeszcze przed świtem, by wyślizgnąć się z zamku na dziedziniec w tym samym momencie, w którym zakończy się cisza nocna, a potem wybrali miejsce usadowione idealnie pod oknami nielubianego nauczyciela. Ten nieraz wychylał się ze swojego gabinetu, żeby zepsuć młodzieży zabawę, odejmując punkty za zbyt głośny śmiech albo karając szlabanami za tak błahe przestępstwa jak pociągnięcie koleżanki za włosy czy rzucenie zaklęcia w plecy niczego niespodziewającego się Gryfona. Niebo jednak dopiero jaśniało, mróz szczypał w nosy, i okno było nie tylko zamknięte, ale i częściowo pokryte lodem. Profesor pewnie jeszcze głęboko spał, a kiedy wstanie wreszcie z łóżka, słońce zaś odsłoni widoczność, jego wzrok padnie na bałwana.
Był to bałwan cudowny, powstały zarówno z zaangażowanego toczenia kul, jak i rzucania licznych zaklęć (i małej kłótni, która przerodziła się w krótką bijatykę o to, jak powinna wyglądać jego fryzura). Całkiem wiernie odzwierciedlał właśnie podobiznę profesora, włącznie z jego uszami. Tuż przed wielkim finałem jeszcze ostrożnie pokryto go warstewką wody, która zamarzała szybko w niskiej temperaturze, dodając mu trwałości. Ktoś rzucał czary, mające dodać kolorów, tak by z daleka był nie do odróżnienia od oryginału – przynajmniej tak do pierwszej lekcji, żeby jak najwięcej osób zdążyło go zobaczyć.
Samym wielkim finałem było zaś odzianie bałwana.
– To na głowę, a to tutaj… – mamrotał Christopher, wspinając się na palce, by udekorować fryzurę mężczyzny wielką, różową kokardą, do kompletu do kolorowego fartuszka.
Tak, to było wspaniałe dzieło.