• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere

[30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
09.05.2026, 16:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2026, 17:02 przez Alexander Mulciber.)  
Wrześniowe słońce świeciło bystro, nie niosło jednak ze sobą ciepła, które mogłoby ogrzać skalistą ziemię. Ale na wrzosowiskach zawsze było zimno. Zimno biło od ziemi, porośniętej nieużytkami.
Zdradliwe były to bowiem grunty.
W jednym miejscu pod stopami czuć było skały, w drugim grzęzło się w błotnym trzęsawisku. Niewielu zapuszczało się tak daleko. Alexander znał jednak tutejsze ścieżki tak samo dobrze, jak znał wnętrze swej dłoni. Przestąpiwszy przez szeroki łan trawy, pochylił się, aby rozgarnąć bujną wiechę zbrązowiałych turzyc. Zdrewniałe łodygi zaszeleściły buntowniczo, poddały się jednak pod jego dotykiem, odsłaniając gniazdo skowronka, ukryte w zagłębieniu ziemi. W milczeniu pokazał je Jahnavi. Poza resztkami pierza, nadgniłych traw i mchu, gniazdo było pustym. Część ptaków odlatywała na zimę, część zostawała jednak, nie chcąc opuszczać tutejszych wzgórz. Alexander dobrze rozumiał ptasią tęsknotę. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za czasami, gdy wracał do domu z brudem pod paznokciami, z kropelkami mgły zaplątanym w skręconych od wilgoci włosach. Z zapachem wiatru przyczepionym do ubrań jak kulki łopianu do ogona Nemo.
Spacerowali razem z Jahnavi pośród wzgórz, puściwszy psy luzem. Niech ścigają się z wiatrem, niech go kąsają! Wiatr desperacko plątał się bowiem między długimi włosami kobiety. Raz targał nimi brutalnie, raz z czułością niemal rozwiewał szale, które Jahnavi co jakiś czas poprawiała, próbując osłonić się przed jego gwałtownymi podmuchami. Alexander, zawsze będący gdzieś obok, co jakiś czas pozwalał ich dłoniom spotykać się ze sobą. Szedł od nawietrznej, aby osłonić Navi. Gdy włóczyli się z wolna pośród nieużytków, dbał o to, aby zwróceni byli bokiem i plecami do podmuchów południowo-zachodniego wiatru. Latem Alexander leżał skryty pośród traw, pozwalając, aby ten sam wiatr odwracał strony czytanej akurat książki. Przysłuchiwał się brzęczeniu skrzydełek owadów, trelom ptaków. Tych, które latały mu nad głową, i tych, które gniazdowały nisko, w zagłębieniach gruntu. Jesienią, wzorem ptaków, wolał kryć się jednak pośród skał, w osłoniętych przed wichrami nieckach porośniętych wrzosem. Złapał więc Jahnavi za rękę, pociągnąwszy ją między kamienie. Biegli. Niedługo, ale wystarczająco, aby wicher wyrwał Alexandrowi dech z piersi. Stosy kamieni na stromych zboczach przypominały mu z dawna porzucone ruiny pierwotnych cywilizacji. Były niczym odległe wspomnienie utraconej wielkości, potęgi upadłej pokolenia temu. Przypominały mu w tym Mulciber Manor. Wszystko było niegdyś większym, zawodził śpiewnie wiatr, wszystko było wspanialszym. A potem mknął dalej, rozbijając się nad wzgórzami, nad murami podupadłej posiadłości pogrążonej w wiecznym śnie. Pieśń wiatru stawała się częścią snu, który śniło Mulciber Manor. Alexander przysłuchiwał się jej co noc. Wszystko było niegdyś większym, mruczały sennie portrety, wszystko było wspanialszym. Jak gdyby Mulciber Manor nie było stertą gruzów. Na tych gruzach nie musiał jednak być panem, pomyślał, przesuwając ręką po kamieniu zagłębionym w ziemi. Natura nie znała panów. Mógł zatem kroczyć pośród ruin tego, co przeminęło, nie czując wyrzutów sumienia. To co miało runąć, już runęło.

Jakie miejsce mogłoby więc być lepszym na to, co sobie zaplanowali? Nasłuchali się dzisiaj przecież w radiu o tym, jak romantycznym gestem jest stworzenie wspólnej kapsuły czasu. Bo Alexander wygrał w karty radio, no i... No i jakoś się samo potoczyło, że oddał je Navi. Wydawało mu się, że sprawi jej przyjemność tym prezentem, choć sam nie pomyślałby o czymś takim, nie w pierwszym odruchu. Zwłaszcza, że lubił jej stary gramofon. Na początku nieco był podirytowany tym, że ustrojstwo zamiast muzyki zaczęło nadawać nudne słuchowisko. Nie umiał go dobrze nastawić, więc ucieszył się, że złapał w ogóle jakiś kanał... Niespodziewanie zaangażował się jednak w pomysł przedstawiony na falach radia. Przypomniało mu to bowiem o czymś, o czym przeczytał niedawno na łamach jednej z mugolskich gazet o technice. Ichniejsi naukowcy wysłali przecież w kosmos podobną kapsułę! "Nazwali to płytką Pionieera", opowiadał potem Navi. Wygrawerowany w złocie list do pozaziemskich cywilizacji, w którym zawarto informacje na temat Układu Słonecznego. Alexander nie wiedział na początku, co o tym myśleć, uważnie śledził jednak kolejne doniesienia. Pierwsza z płytek została wystrzelona poza ziemską orbitę trzeciego marca. "Pisali, że wystrzelą jeszcze drugą w przyszłym roku", dodał, pogrążony w zadumie. "Nie wiem, Navi." Nie wiedział nawet, czy dożyje przyszłego roku. "Co ty w ogóle o tym wszystkim myślisz?"

Zgodziła się, żeby zakopać kapsułę czasu pośród wrzosowisk.

Alexander zatrzymał się w pół kroku, wpatrzony w ziemię pokrytą wrzosem. Z oddali wciąż słychać było szczekanie psów, które pewnie kopały własne jamy, ale nie to zajmowało w tym momencie myśli mężczyzny. Słuchał głosu ziemi. Pochylił się powoli, aby przyklęknąć pośród traw, a byliny uczepiły się jego płaszcza, pochwyciwszy go zazdrośnie w swe umierające objęcia. Kolanem wyczuł nieznaczne obniżenie gruntu, przesunął się więc dalej, wzdłuż niwy. Roślinność wydawała się w tym miejscu nieco rzadsza, choć dalej płożyła się gęsta kępa wrzośców. Pochylił się niżej. Gdy się garbił, przypominał drzewa porastające zbocza wrzosowisk. Wiatr nie zdołał ich złamać, ale jego porywy były zbyt silnymi, aby pozwolić im wzrastać swobodnie. Pokurczone pnie wiły się więc, skarlałe, przygniecione wiatrem. Na tej ziemi wzrastały jedynie nieużytki. Może dlatego Alexander Mulciber wzrósł tutaj tak bujnym. To było jego miejsce. Jedyne, jakie nazywał domem. A słowo "dom" brzmiało w romani niemal tak samo, jak w hindu. 
Mógłby tutaj umrzeć. Pośród wzgórz, które przypominały starożytne kurhany, usypywane ku czci zmarłych. Nigdy nie chciał być pochowanym w ziemi. Ale teraz nikogo przecież nie grzebali.
Alexander zostawił jakąś część siebie w jeziorze Jahnavi.
Chciał, ażeby i ona odcisnęła swe piętno na jego świecie.

Położył się płasko na wyniesieniu, brzuchem do dołu, a potem przycisnął słyszące ucho do ziemi, odwracając się w taki sposób, żeby wciąż móc patrzeć na Navi. Wystarczyło wymowne spojrzenie, żeby położyła się obok, choć nie na gołej ziemi, bo na to nie pozwolił: nawet wtedy, gdy trąciła go lekko, wydymając usta w pretensji. Wiedział, że nie chciała przygnieść swym ciężarem krzaczących sie bylin, wzorem ptaszka, który zwinnie biega pośród gęstwiny, nie dał jej jednak wyboru. Więc leżała pośród wrzosów. Mógłby jej powiedzieć, że wyrosły po to tylko, żeby być dla niej łożem, na którym składa głowę. Nie odezwał się jednak. Przymknął na chwilę oczy, wsłuchawszy się w to, co mówi ziemia. A potem uderzył weń dłonią zaciśniętą w pięść. Uderzył raz, drugi, trzeci, jak gdyby badał, co jest pod spodem. Odgłos był głuchy, stłumiony... A jednak coś musiało sprawić, że zainteresował się cienką warstwą darni. Otworzył oczy, na których dnie widać było znajome skupienie. Zdawał się tak innym, gdy zamykał oczy, jak gdyby cała jego istota skupiała się w oczach właśnie. Znowu był sobą, choć wcześniej stał się na chwilę jednym z ziemią, która skrywała się w bruzdach jego dłoni. Podsunął dłoń tak, aby dotknąć wspartej o twardy grunt dłoni Jahnavi. Poprowadzić ją dalej. Jej palce miękko nurzały się w zieloności, jego pożądliwie ryły w gruncie, zagłębiając się w jałowe łono wrzosowisk. Nie był czułym, bo tutejsza ziemia znała tylko brutalność. To, co było miękkie, kryło się pod spodem. Nie dało się z nią inaczej. Nie dało się z nim inaczej. A jednak Navi mogła wyczuć, że ziemia lekko osiada pod jej dłonią, gdy Alex delikatnie nacisnął na odsłoniętą połać gruntu. Zrozumiała, co chciał jej pokazać. Pod warstwą korzeni kryła się pustka. Musieli wiec znaleźć króliczą norę. Czy porzuconą? Alexander nie usłyszał drżenia, sugerującego, że w środku wciąż mieszkają zwierzęta. Nie widział wydeptanej ścieżki między kępami wrzosu, a wejście do drążących ziemię tuneli musiało zapaść się jeszcze pod koniec lata, bo i po nim nie było śladu. Teraz jednak przyglądał się Navi badającej grunt. Być może i ona chciała posłuchać. Ręka Alexandra nie wiedzieć kiedy objęła jej wąskie ramiona, osłaniając Jahnavi przed gwałtownym podmuchem wiatru. Zarzucił na nią swój płaszcz, z którego wyplątał jedno ramię: przyciągnął kobietę bliżej, jak gdyby bał się, że mu odleci, porwana przez zazdrosny wiatr. Wciąż wiał od południowego zachodu.

Alexander uśmiechnął się.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wróżbitka, wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#2
10.05.2026, 21:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2026, 22:01 przez Jahnavi Pandit.)  
Dom Alexandra miał bardzo dumną nazwę.
Mulciber Manor.
Powiedział jej o tym cicho, zupełnie jakby wstydził się, że w jego świecie nawet posiadłość ma swoje imię.
Nie weszli do środka. A przynajmniej ona nie weszła. Chyba tego nie chciał. Nie naciskała. Dlatego została na zewnątrz, przyglądając się wszystkiemu z zaciekawieniem. Wiekowa rezydencja straszyła spalonym szkieletem wschodniego skrzydła; ciemne, osmolone ściany odcinały się od wrześniowego nieba niczym blizna pozostawiona po czymś gwałtownym i bardzo dawnym. Jątrząca się, zainfekowana rana na historii rodziny, której nie znała. Nawet stąd widziała wybite okna i martwą pustkę kryjącą się za nimi.
Reszta domu zdawała się być w lepszym stanie. Kamienne mury porastał bluszcz, ciężki od ostatnich deszczy. Ogród był mocno zaniedbany, utracił swój pierwotny kształt - zdziczałe krzewy róż rozrastały się bez ładu, podobnież byliny, które korzeniami dusiły cokolwiek innego chciało tu urosnąć.
Dom Alexandra nie przypominał żadnej z tych wielkich posiadłości, które bogate rodziny budowały na obrzeżach Little Hangleton. Tamte były piękne w swój własny sposób. Z reguły bardzo jasne, zadbane, pracowało tam bardzo wielu ludzi, którzy dbali o to jak się prezentowały. Bo czasem to było dla ich gospodarzy najważniejsze. Nie pytała dlaczego wolą mieć pięknie wypielęgnowane trawniki miast bujnych krzewów i zielników. Ziemia była w ich miasteczku dobra. Ale musiało im nie zależeć na uprawie. Pewnie nie musieli tego robić.
Ten dom tutaj sprawiał, że myślała o takich książkach, które czasem pożyczały jej młode sąsiadki. Historie o zamkniętych w nich niczym w klatkach hrabinach o nienagannych manierach i pięknych sukniach; o intrygach i politycznych gierkach, które czytała z przestrachem, ale nie potrafiła oderwać wzroku; o takich opowieściach, gdzie nie musiano mówić sobie zbyt wiele, by wyrazić wszystkie uczucia.
W Mulciber Manor było wiele z takiego ciężaru historii bardzo potężnych ludzi, osobliwego napięcia i surowości, która była jej zupełnie obca.
Navi poczuła się przy nim dziwnie mała, gdy tylko przeszli przez otwartą bramę. Instynktownie chwyciła Alexandra mocniej pod ramię.
Tu nawet powietrze smakowało smutkiem.

Pomyśl, że to sen.
Dewiza wyryta nad bramą wydała jej się naraz dziwnie niepokojąca. Brzmiała bardziej niż ostrzeżenie niż coś co powinno przynosić rodzinie ukojenie w chwilach wątpliwości. Ale czy ludzie mieszkający w takim domu mieli w co wątpić? Mieli się czego bać? Może po prostu powtarzali te słowa tak długo aż stały się prawdą?
Sny były przecież czymś niezwykłym! W snach Bogowie odsuwali całun przyszłości; były schronieniem dla wspomnień; kryły w sobie tęsknotę, lęk, szczęście w najczystszej postaci. W snach powracali ci, którzy odeszli. Umarli znów żyli. Domy nie płonęły.
Jeśli wszystko było snem, to nic nie musiało boleć tak naprawdę. Ani pożary, ani szaleństwo, które zdawało się czepiać kamiennych murów, ani samotność.
Pamiętała czas, gdy przestała śnić. To było zaraz po śmierci papy. Nocami pracowała lub leżała na dnie jeziora tak długo aż zmęczone ciało samo zapadało w letarg. Zawsze na granicy wycieńczenia. A potem ojciec wrócił, choć nie ciałem, a duchem i kazał jej iść spać. Od tamtego momentu wszystko było… czy było dobrze. Może troszkę. Wystarczająco.

Uniosła na moment spojrzenie i przez krótką chwilę zdawało jej się, że ktoś ją obserwuje z wyższych pięter. Strząsnęła z siebie nieprzyjemne wrażenie, szybko chyląc głowę. Zwłaszcza, że zaraz usłyszała szczeknięcie, a zza bramy wejściowej wyłonił się Alex ze swoim szczeniakiem. Uśmiechnęła się ciepło - ciężko stwierdzić czy do czarodzieja czy jednak jego psa. Może do obojga?
Łajka.
Nazywała się Łajka od suczki, którą mugole posłali w kosmos. Navi uważała, że to coś niezwykłego, że gdzieś tam teraz w przestrzeni między gwiazdami krąży mała psinka. Może ziemia zdawała jej się teraz jedynie błękitno-zieloną piłką, którą mogłaby aportować?
Nie wiedziała do końca jak mogłoby się to udać, nie rozumiała technologii niemagicznych, ale z pewnością wymyślili coś zręcznego co pozwoliło jej przetrwać w oceanie kosmicznego pyłu. Może nawet dali jej fikuśny skafander? Dużo smakołyków? Rozmyślała o tym, zerkając raz po raz na Kapitana Nemo. Podejrzewała, że jemu nie spodobałoby się w kosmosie. Ale teraz, gdy czasem zadzierał głowę, by szczeknąć na jakąś zabawnie wyglądającą chmurę na nocnym niebie, to było zupełnie tak jakby szczekał psie “hello”.

Kapitan Nemo z początku wcale nie wydawał się być zachwycony towarzystwem znacznie mniejszej i o wiele żywszej suczki i tulił się do nogi Pani, łypiąc tylko okiem, raz po raz wzdychając ciężko. Podnosił przy tym łeb robiąc minę jakby nie rozumiał skąd to to ma tyle energii. Nawet nieszczególnie go ruszyło, gdy Navi odpięła mu smycz. Dopiero gdy wyszli na wrzosowiska i odkrył jak wiele ma do odkrycia w tym nieznanym sobie miejscu… Popędził radośnie przed siebie z towarzyszącą mu, wciąż jeszcze potykającą się o własne łapy Łajką.
Zimno biło od ziemi szykującej się na przyjście zimy. Taki był naturalny porządek świata. Wrzesień czuło się tu jednak jakoś tak bardziej niż w otoczonej lasem mieścinie czy nawet w pełnym wysokich kamienic Londynie.
Stawiała bose stopy ostrożnie na kamieniach, prześlizgiwała się pomiędzy zdradliwymi trzęsawiskami, pokładając niezachwianą ufność w tym, że Mulciber wie dokąd zmierzają. To był jego świat.
Mogła tylko w milczącym zachwycie odkrywać jego tajemnice. Przyglądała się pustym gniazdom ptactwa, które musiało niedawno odlecieć w cieplejsze strony. A przecież nawet tu życie nie zamierało, gdy nadchodziła zima. Cietrzewie wyglądały leniwie znad wysokich traw, wypatrzyła też błotniaka zbożowego, leniwie sunącego po jasnym niebie. Gdy nadejcie wieczór ze swych kryjówek wyłonią się drobne gryzonie, myszy polne i nornice. Może nawet jeż przetnie im drogę, umykając z liśćmi w igłach, gotowy do snu.
Wyglądała właśnie lisa rudego, który od pewnego czasu śledził ich ruch, przysłaniając oczy dłonią przed słońcem, gdy Alexander pochwycił ją za rękę. Pobiegli. Jak dzieci, które bawiły się w chowanego i miały niewiele czasu na znalezienie kryjówki doskonałej - takiej w której nikt ich nigdy nie znajdzie. Wiatr porwał jej wstążkę, rozpuścił długi warkocz. Nie oglądała się za nią. Pozostanie pomiędzy trawami już na zawsze. To była piękna wizja. Skoro mogła zostawić tu jakąś małą cząstkę siebie. W tym obcym świecie. Tak ważnym dla Alexa.

Pomyśleć, że to wszystko zaczęło się od nowego radia.
Z początku broniła się trochę, bo to przecież taki niepotrzebny zakup. Miała swój gramofon i tak wiele pięknych płyt. Ale machnął ręką i nawet zaczął radio ustawiać. Z początku nie szło to za dobrze i już już miała wskazać w stronę lasu za oknem, że może pójdzie poszukać taty, bo tata na pewno będzie wiedział jak to zrobić i z pewnością chętnie Alexandrowi pomoże! I wtedy się udało. Co prawda spodziewała się muzyki, ale akurat trafili na audycję.
Miło było słuchać o tych całych kapsułach pamięci. Alex ustawił jej ulubiony fotel bujany tak, co by lepiej słyszała, a sam siedział na dywanie z Kapitanem Nemo i nie robił nic użytecznego. Pies zresztą też nie. Navi natomiast zajęła się robieniem szalika na drutach. W przeciwieństwie do wielu czarownic, wolała mugolską metodę. Zajmowało jej to więcej czasu, ale było znacznie przyjemniejsze.
W pewnym momencie podniosła głowę znad robótki i pomyślała, że wyglądają trochę tak jak jej starzy sąsiedzi. Oni też wiecznie słuchali radia, ale pan Thomas zazwyczaj rozgrywał wielogodzinne partie szachów sam z sobą, a pani Cassie haftowała przepiękne wzory na serwetkach i obrusach. Przez moment pozwoliła sobie na jedną malutką myśl, że może i oni mogliby się tak zestarzeć? Otrząsnęła się z tego szybko, gdy zaczął opowiadać o płytkach, mugolskich rakietach i tak wielu rzeczach, że aż jej się ze zdumienia zakręciło w głowie.

- Co ty o tym wszystkim myślisz?
Uśmiechnęła się po prostu w odpowiedzi i odłożyła robótkę do wiklinowego koszyka. Musiała poszukać czegoś co nada się na ich własną kapsułę czasu. Może nie wystrzelą jej wysoko w kosmos (co w samo sobie jej się nieszczególnie podobało. Gdyby tak nagle wszyscy zaczęli wysyłać swoje kapsuły czasu to zrobiłby się tam śmietnik gorszy niż po zabawach jarmarcznych w Great Hangleton), ale zakopią na wrzosowiskach niedaleko domu rodzinnego czarodzieja.
Serce jej zabiło mocniej na samą myśl, że chciałby ją zabrać w tak ważne miejsce
Nadal biło, policzki zaś Jahnavi miała zaróżowione od wiatru i uczuć, których nie potrafiła zbyt dobrze opisać. Wystarczyło, że czasem musnął, zupełnym przypadkiem, swoją dłonią o jej dłoń, gdy coś wskazywał lub kiedy poprawiał jej usuwający się z ramion szal, czuła dziwaczny uścisk w sercu.
Haan kya yeh mera pehla pehla pyar hai , sajna kya yeh mera pehla pehla pyar hai?
Słowa starej piosenki rozbrzmiewały jej w pamięci raz po raz niczym uciążliwa mucha brzęcząca tuż nad uchem w letni wieczór.

Pochłonięta myślami, w pierwszej chwili nie zauważyła, że Alex się zatrzymał. Wpadła na niego. Och. Co za nieostrożna, głupia gąska. Natychmiast złożyła dłonie w przepraszającym geście. Nie wyglądał jakby miał się na nią zagniewać. To dobrze. Nie chciała, żeby się złościł. Nie dzisiaj. Nie jutro. Nigdy.
Przyklęknął, a potem… położył się pośród traw. Załamała lekko ręce na ten widok. Przecież zaraz ubrudzi koszulę, a zaklęcia wywabiające ziemię wcale nie były takie proste. Ale było coś niesamowitego w tym jak słuchał swojej ziemi. Nie widziała go nigdy takiego. Podwinęła trochę sari, by położyć się obok niego.
Nie chciała gnieść roślinność, choć ta układała się pod nią niczym miękki dywan. Zimno bijące od ziemi działało kojąco. Nie potrafiła tej tęsknoty za matką naturą wytłumaczyć. Czuła ją nawet gdy byli w Londynie i choć sam wyjazd był piękny, to jednak tutaj… Tu było tak jak powinno być.
Pozwoliła poprowadzić mu swoją dłoń bliżej wyrobionej ziemi. Niegdyś musiały żyć tu nornice lub króli lecz teraz, nora zdawała się pusta. Nie patrzyła na Alexa. Nie potrzebowała patrzeć, żeby wiedzieć co chce jej pokazać. A może po prostu zwyczajnie bała się na niego patrzeć, gdy był tak blisko? Nie dlatego, że wciąż ją przerażał, ale dlatego, że w jego oczach dałoby się ukryć wszystkie emocje świata, a jednak nie było w nich zwykle żadnych. Nie chciała widzieć w nich pustki w dniu, w którym była tak bardzo szczęśliwa.
Instynktownie przysunęła się jeszcze odrobinę bliżej, gdy objął ją ramieniem. Chodziło o ciepło. Tylko o to. Tyle była sobie w stanie jeszcze wmówić. Ona sama oparła się na łokciach, grzebiąc w przyniesionej ze sobą wsiąkiewce. Wyciągnęła z niej sporą puszkę po kawie, która miała służyć im za kapsułę, aksamitki zebrane w jej ogrodzie i kilka róż z Mulciber Manor. W audycji mówili, że takie kapsuły miały służyć zapamiętaniu rzeczy, które były ważne. Pomyślała, że to piękne dodać do środka kwiaty. Miała też przygotowaną pierwszą obrożę Nemo, gdy ten był jeszcze szczeniakiem niewiele większym od Łajki. Papa na metalowym krążku wygrawerował z jednej strony “Kapitan”, a na rewersie “Jahnavi”. W końcu wyjęła z sakiewki rzecz, której jeszcze nie pokazywała Alexandrowi.
W małym drewnianym pudełeczku leżały dwa pierścienie. Te, które znalazła na dnie jeziora, a które miała cały czas schowane głęboko pod swoimi sari w jednej ze swoich komódek.

Przymknęła na moment oczy.
Może to całe pomyśl, że to sen wcale nie było żadnym ostrzeżeniem jak zdawało jej się wcześniej. Może właśnie to był bardzo miły sen, który mogli choć przez chwilę dzielić między sobą.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
08.06.2026, 18:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 18:31 przez Alexander Mulciber.)  
W jego świecie nawet posiadłości miały imiona, to prawda: imiona wyniosłe, dumnie brzmiące, nadane na wyrost. Niewiele różniły się w tym od ludzi, jacy je zamieszkiwali.  Mulciber Manor wymawiał w taki sam sposób, w jaki wymawiał własne imię. Uginając się pod ciężarem dzierżących je pokoleń tak jak fundamenty uginały się pod ciężarem domostwa. Alexander, mówił, ściszając głos przywilejem człowieka o głośnym nazwisku. Nigdy nie dorósł do chwały swego imienia. Nie spełnił oczekiwań, jakie się z nim wiązały. Wątpił, aby kiedykolwiek był w stanie to zrobić. Zawsze frustrowało go, że nawet jego imię nie mogło należeć do niego w pełni. Otrzymał je przecież po dziadku, który otrzymał je z kolei po budowniczym Mulciber Manor.

Nic nie miał na własność, pomyślał gorzko. Nawet imienia.

Nie czuł wstydu, gdy patrzył na ruinę, jaką przedstawiał jego dom rodzinny. Pamiętał czasy, kiedy dom był jeszcze domem, a nie grobem. A może tylko zdawało mu się, że pamięta. Po cóż miałby prowadzić Jahnavi do nieswojego grobu? Nigdy przecież nie zobaczyłaby w Mulciber Manor domu. Nie chciałby, żeby widziała. Jego dom był jak grób, wzniesiony z kamiennych bloków, sny zaś były zaprawą, która zespoiła je z sobą: sny dawno nieżyjących przodków, którzy śnili nawet zza grobu. Dom mógł być siedzibą rodu, symbolem niegdysiejszej jego potęgi… Ale w gruncie rzeczy, był tylko nagrobną płytą, która uświetniała pamięć o nim. Nie kamień się liczył dla arystokratów, lecz wyryte w nimi imiona, bo to imiona pozwalały zachować ciągłość rodu.

Jak to dobrze, że gdy milczeli, imiona nie musiały istnieć, pomyślał Alexander, oparłszy rękę o leżące nieopodal kamienie.

Dawno już zostawili przecież Mulciber Manor za sobą. Wiatr poniósł ich dalej, na otwartą przestrzeń, z dala od tej grobowej duchoty. Z dala od ogromu murów wznoszących się strzeliście ponad ich głowami. Jedynym, co zdawało się okazjonalnie górować ponad płaskowyżem, były drzewa: okazjonalnie nie dlatego, że rosło ich tutaj niewiele, a dlatego, że większość wiatr bezlitośnie przygniatał ku ziemi, nie pozwalając piąć się wzwyż. Na palcach jednej ręki dałoby się zliczyć drzewa, które zdołały się wiejącym tu wichrom przeciwstawić. Jedno rosło na szczycie wzgórza, u podnóży którego skryli się wraz z Navi. Brzoza. Stara, powyginana, ale wciąż silna, mimo że konary powykręcane miała jak palce człowieka z artretyzmem. Chyba tylko siłą woli zdołała oprzeć się nieprzyjaznym warunkom wokół… Zwłaszcza, że wyrosła w samym sercu wrzosowiska. Gdy był jeszcze dzieckiem, mógł wspiąć się po niej, nie zważając na trzaskanie gałęzi. Czuł się wtedy lekkim jak ptak. Lorien skrzywiła się, gdy jej o tym powiedział, ale rozpogodziła się, gdy wyciągnął rękę w jej stronę. Nawet jeżeli była damą, a damy, jak powszechnie wiadomo, po drzewach nie chodziły. Alex wiedział jednak, że sprawia jej tym przyjemność, gdy pomagał jej wejść wyżej, a potem siadywał obok, żeby osłonić ją przed wiatrem. Musiał oddać siostrze swój sweter, żeby było jej wygodniej przycupnąć na rozwidleniu konarów, inaczej nie dałaby mu żyć… A jednak nie narzekał zbyt mocno. Bo gdy mówił, że czuje się jak ptak, miał na myśli to, że czuje się wolnym. Wysoko ponad światem. Wysoko ponad innymi. Lorien nigdy nie przepuściła okazji, aby móc spojrzeć na otaczający ją świat z góry, może dlatego, że wątłe jej ciało nie pozwalało patrzeć na innych z wysoka. Gdy podsadził ją, żeby weszła wyżej, mogła jednak spojrzeć na wrzosowisko z najwyżej położonego naturalnie punktu. Drzewo nie było wysokie, ale z jego gałęzi roztaczał się dobry widok na bezkres wrzosowisk. Nie wolno jej było tylko powiedzieć mamie, że czepia się po drzewach. Zmusił ją, żeby obiecała, że nie powie! W zamian za obietnicę pokazywał jej przelatujące nad głowami ptaki. Kształty w chmurach. Kazał zgadywać, z której strony świata wieje wiatr, targający jej lokami.

To byłem ja, chciał teraz powiedzieć Navi. To jestem ja.

Potem przychodził tam sam. Zasiadał na starym kamieniu obok drzewa, jedną rękę opierając o powyginany przez wiatr pień, drugą o nagrzaną przez słońce ziemię. Zasiadał na kamieniu jak król na tronie, i patrzył na swoje królestwo. Bo to było jego królestwo, choć wygnańczym był królem. Bardziej przywiązanym do ziemi, aniżeli do ludzi, którzy na niej wyrastali. Nie liczył się dla niego ich dobrobyt. Dbał więcej o trawy i o kamienie, o ptaki i o gwiazdy. Nie potrzeba mu było innych doradców. Nie toczył bitew, jak wielcy królowie z książek, które czytał, skryty przed wiatrem pośród skalnych nasypów. Po co miałby kąpać ziemię we krwi, skoro wiedział, że sama zacznie krwawić czerwienią wrzosów, ledwie nadejdzie jesień? Po cóż miałby podbijać dalekie krainy, wędrować w nieznane? Wystarczyło zamknąć oczy, żeby szum traw porastających wrzosowisko zaczął przypominać szum morza.

Miał nadzieję, że Jahnavi również je słyszy.

Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że wzięła z sobą pierścienie. Sięgnął po jeden z nich, ten, który zawsze był jego ulubionym: włożył błyskotkę na palec, jak gdyby chcąc nacieszyć się po raz ostatni jej blaskiem. Chwilę później zsunął pierścień z palca, tylko po to, aby przytknąć do niego różdżkę. Zaklęcie wypowiedział bezgłośnie, patrząc, jak złote sploty ożywają, a precjozum maleje. Bez słowa sprezentował błyskotkę Navi, przytrzymawszy jej rękę, aby zbyt duży pierścień nie spadł z jej szczupłych palców. Poczekał, aż dopasuje się do nich rozmiarem. Z zadowoleniem zauważył, że nie zatracił przyjętego pod wpływem zaklęcia kształtu, nawet wtedy, gdy wróżbitka zdjęła pierścień z palca. Zanim powróci do swych rozmiarów, zdążą zakopać go w ziemi.

Do kapsuły trafiły najpierw zabawki psów poszczekujących w oddali. Stara obroża Nemo i piłka Kopernika, którą przez kilka dni bawiła się Łajka: zabawkę skonfiskowaną przed laty zwróciła Alexandrowi babka, z okazji ostatnich obchodów Mabon. Potem wsypali do puszki po kawie kwiaty. Płatki zdziczałych róż, obrosłych Mulciber Manor, oraz pocałowane jesiennym słońcem aksamitki, z których Navi plotła piękne wieńce. Do środka trafiły również pierścienie, porzucone przez Alexandra w jeziornym mule. Cieszył się, że Jahnavi nie wydobyła z jego głębin wszystkich błyskotek. Brakowało jeszcze tylko jednej rzeczy.

Ujął delikatnie przegub kobiety, na którym perlił się pąk starych bransoletek. Uniósł delikatnie jej dłoń, jak gdyby nagle dostrzegł coś w jej liniach, co dotychczas było przed nim ukryte. Przez chwilę po prostu studiował metalowe kółka, które zdobiły jej nadgarstek, szukając tego najbardziej obdartego z koloru. Wyślizganego bliskością jej ciała. Wytartego o skórę. Nie zapytał o pozwolenie. Po prostu zsunął jedną z bransoletek z ręki Navi, musnąwszy ustami jej przegub w niewypowiedzianej na głos obietnicy zadośćuczynienia.

!BINGO A5



Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#4
08.06.2026, 18:16  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: A5
wariant: 1
typ: prompt

„Jeśli cię zaraz nie pocałuję, wybuchnę.”

Myślałeś o tym cały dzień. Wmawiałeś sobie, że to napięcie przejdzie – wystarczy skupić się na pracy. Nie mogłeś wytrzymać... Chciałeś jak najszybciej znaleźć się obok! Kiedy tylko widzisz ukochaną osobę, od razu czujesz, jak wszystko w tobie drży. Jesteś tak pełen potrzeby bliskości, że czujesz się jak kielich przelany winem. To takie oczywiste, że łączy was miłość.
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wróżbitka, wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#5
28.06.2026, 16:06  ✶  
Obserwowała rytuał pakowania drobiazgów do “kapsuły czasu” z narastającym bólem w sercu.
Ludzie w tym kraju grzebali w ziemi swoich zmarłych. Stawiali im grobowce. Pomniki. Wpychali do rzeźbionych trumien wyściełanych atłasem.  Więzili ich dusze i ciała na ziemi, do której już nie należeli.
W ich kulturach, tak sobie wszak podobnych - pozwalano duszy ulecieć w ogniu i dymie.
Nie myślała o tym wcześniej. To wszystko było tylko niewinną zabawą. Czymś miłym. Ulotną chwilą. Wszystko było w ich życiu takie.
Czy właśnie tak przyszło im pochować przeszłość i wspomnienia? Ku czyjej radości to czynili? Swojej? Dzieci, które może kiedyś to odkryją bawiąc się w piratów? Nie było nic złego w myśli, że te drobiazgi staną się kiedyś czyimiś skarbami.

Poczuła jak łzy płyną jej po policzkach. Zmarszczyła delikatnie brwi. Płakała? Płakała. Ale nie rozumiała dlaczego. Nie była przecież nieszczęśliwa. Serce biło jej odrobinę mocniej.

Dłoń miała jeszcze brudną, gdy przeniosła ją powoli na czoło Alexa. Docisnęła na moment kciuk do zgłębienia między brwiami mężczyzny w geście nabożnego błogosławieństwa. Ale tym razem nie glina zmieszana z kurkumą i popiołem z domowego paleniska została odbita.
Ziemia wrzosowisk, zawsze przecież wilgotna, zdążyła już czepić się jej skóry. Wlazła pod paznokcie, osiadła w zagłębieniach knykci, namaściła ją zapachem wrzosu i tutejszych traw. Tą samą ziemią, której słuchał przed chwilą z policzkiem przyciśniętym jak do matczynego łona. Tą samą, którą nosił w duszy od dzieciństwa, bo wychowała go ziemia wrzosowisk nie kamienne mury Mulciber Manor.
Manor.
Na takie miejsca, tam skąd pochodziła mówiło się हवेली. Zamieszkiwali je członkowie warny kszatriów, ludzi tak ważnych, że na samą myśl aż kręciło się biednej Navi w głowie. 
Ale nie było w tym słowie żadnej sylaby, która znaczyła dom. Nie było duszy, miłości, ciepła paleniska. Ale wiedziała, że nie w jej mocy jest przymusić Alexandra do czegokolwiek - wieczna podróż była jego przykazaniem, jego krwią. Jak każdy prorok wędrował po liniach czasu. Jak naiwną musiałaby być, żeby wierzyć, że wybierze akurat to ją jedną, w której mógłby być z nią i zbudować swój dom.
Przez krótką chwilę trwała nieruchomo, pozwalając, by wiatr rozwiewał luźne kosmyki włosów wokół ich twarzy. Nie zamknęła oczu. Patrzyła na niego uważnie, jakby próbowała zapamiętać każdą linię jego twarzy. Każdy cień zalegający pod rzęsami. Każdą zmarszczkę wyrytą przez ciężar, który nosił na ramionach w milczeniu.


Przypominał jej teraz tego chłopaka z jeziora. Czasami zastanawiała się czy może Bogowie się nimi bawią, a gdy przyjdzie odpowiedni moment - zabiorą go sobie, odbiorą dług jaki Alexander zaciągnął przed paroma tygodniami. Ale nawet jeśli była to tylko ułuda, nie chciała grzeszyć przeciwko Wyższym. Nie kiedy dawali jej jeszcze kilka godzin, dni, może lat. W końcu będzie musiała go oddać, usunąć się na nowo w cień. Wielki pan powróci do swojego królestwa i na wpół spalonego pałacu. Pozostanie po nich tylko zakopana puszka i marzenia o życiu, które nie mogło się spełnić.
Wiele było w gestach Alexandra czułości, choć nie wiedziała czy sam jest jej świadom. Zbyt często ludzie wiązali właśnie taką czułość z niezachwianą dobrocią wobec świata. Taki Alex nie był. Ale był czuły i tyle wystarczyło. Musiało wystarczyć.
Odjęła dłoń od jego twarzy.

Nie należało wszakże żądać. Nie wypadało nawet prosić. Wybacz mi. Nie wiedziała już nawet czy wznosi błagania do Bogów czy może do niego. Modlitwa nigdy nie opuściła jej ust, była ledwie cichym oddechem, który zdążył zniknąć między wrzosami.
Alexander nie należał do niej. Nie mógł. Nie jej prawem było oczekiwać, że pokocha ją tak jak ona pokochała jego. Pierścień, który założył na jej palec nie był żadnego rodzaju obietnicą. Bransoletka, z której ją obdarł nie była niczym więcej jak pamiątką o życiu, które grzebali. Za parę chwil zniknie zaczerwienienie na jej przegubie, zniknie ziemia spod paznokci, ubrania brudne od traw wylądują w praniu.
Naraz znienawidziła całą tą kapsułę czasu.
Nie dała mu tego odczuć. Nie chciała, żeby się smucił. Chciała go zapamiętać właśnie takim jakim był - odrobinę zmęczony, blady, z jednym kosmykiem zdecydowanie bardziej krzywym od reszty, bo Kapitan Nemo trącił jej rękę akurat wtedy, gdy obcinała Alexowi włosy. Wybacz mi i nie odbieraj mu prawa do drogi.

Uniosła się ostrożnie na przedramieniu. Dziwnym było całe to ich spotkanie, zupełnie jakby ktoś żartobliwie trącił nici przeznaczenia, trochę jak wtedy, gdy kot wpadł do koszyka z jej motkami wełny i wszystko ze sobą splątał.
Nie całuj mnie z litości.
Powiedział przy ich pierwszym spotkaniu, gdy wcale a wcale nie chciała go całować. Czemu by miała? Wtedy byli dla siebie jeszcze obcy. Wrogim były i same słowa i Alexander,  kiedy próbował ją chwilę później do siebie docisnąć. Zastanawiała się wtedy co złego widzi w litości skoro ta była jednym z najczystszych z uczuć w sercu. Nie było w nim poniżenia, którego go nauczono. Współczuła mu. Wyciągnęła ku niemu dłoń. Zlitowała się nad losem nieszczęsnego samobójcy równie szczerze jak ulitowałaby się nad żebrakiem śpiącym na świątynnych schodach czy kupcem, który jednej nocy przegrał w kości swój statek i życie.
Potem zrozumiała, że chodzi o dumę. Ktoś kto mógłby kupić cały świat nie chciał, żeby widziano go takim jakim widziała go uboga wieśniaczka. Nie chciał pokazywać jej swoich ran i blizn; wszelkich znaków na niebie i ziemi, że jest złym, słabym człowiekiem.
Chciał być wybrany mimo nich, nie dzięki nim.

Przesunęła się jeszcze bliżej, choć wzrokiem uparcie uciekała od spojrzenia w jego jasne oczy. W każdej chwili mogła się jeszcze wycofać. Pozwoliłby jej na to. Zabrałby ją z powrotem do Little Hangleton, gdyby takie było jej życzenie. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Przekręciła lekko głowę, szukając właściwego kąta pod którym mogłaby ją ułożyć, gdy tak niezręcznie leżeli na ziemi.
Uśmiechnęłaby się z tej okrutnej nieporadności sytuacji, w której się znaleźli, ale ciężkie kołatanie serca w piersi przebijało się przez każdą myśl. W ostatniej chwili poruszyła tylko ustami w niemym “Alexander” doskonale wiedząc, że przecież na lądzie i tak głos ją zawiedzie.
Pocałowała go dokładnie tak jak tego oczekiwał - bez cienia litości.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
13.07.2026, 22:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2026, 22:48 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander nie należał.

Opanował sztukę życia na obrzeżach świata niemal do perfekcji. Nie przez swoje zblazowanie, nie przez obojętność nawet, ale przez coś dalece bardziej niepokojącego — coś, co sprawiało, że poruszać się umiał wyłącznie na peryferiach egzystencji — właściwość charakteru, fundamentalną wadę, markującą żywot jego niczym pęknięcie przebiegające przez skałę. Zdawało mu się, że czuje głęboko, a jednak wszystkie jego przywiązania były powierzchownymi. Nigdy nie dał nikomu namacalnego dowodu swojego uczucia. Nie przeszedł pomyślnie żadnej z postawionych przed nim prób.

Alexander Mulciber był złym człowiekiem. Był człowiekiem słabym, a jednak miał w sobie wystarczająco siły, żeby rozpoznać zło, jakie w sobie nosił. Nie chciał pokazywać nikomu swoich ran ani swoich blizn, bo wszystkie rany i blizny, jakie nosił na swoim ciele, nosił z własnej winy. Nie wierzył w żal, bo życie spędził użalając się nad sobą. Nie należała mu się litość. Nie dla jasnowidza, który lepiej niż inni świadomy był konsekwencji swych czynów. Nie był w stanie przewidzieć wszystkiego, owszem — a jednak marnym zdawało się to wytłumaczeniem, wymówką wręcz. Miał się za kogoś lepszego od innych ludzi, kogoś bliższego bogom, których czciła Navi, w gruncie rzeczy nie różnił się większość czasu od tych wszystkich wymuskanych paniczyków, w których śmiechu słychać było pieniądze. A jednak różnił się od nich, upierał się, wiedział, że się różni.

Inaczej Jahnavi nie patrzyłaby na niego w ten sposób.

Nie lubił upraszczania, bo świat był tworem o wiele bardziej skomplikowanym niż mogłoby się wydawać, a jednak własne uczucia mimowolnie podporządkowywał znajomym dychotomiom. Dobro i zło. Wolność i zawłaszczenie. Szacunek i pogarda. Jakże łatwo byłoby powiedzieć, że ludzie byli mu wrogimi. Jakże łatwym byłoby dokonać uproszczenia w drugą stronę: przyznać, że to on był przez cały czas ludzkości wrogiem. Nikt go nigdy nie skrzywdził, krzywdził tylko Alexander. Nie było tak, kłócił się sam ze sobą, nie potrafiąc dociec, co właściwie chce tym osiągnąć.
Wszelkich wyborów dokonywał z pełną świadomością tego, co mu przyniosą. Więc dlaczego wciąż wybierał źle? A przecież jesteś taki inteligentny, szeptały głosy w jego głowie. Nie ma drogi, której byś nie zmapował. Nie ma ścieżki, którą nie podążyłyby twoje myśli. Więc dlaczego wciąż jesteś tym, kim jesteś? Nie umiał odpowiedzieć. Wiedział jednak, że potrzebował doznać wszystkiego, czego doznał, żeby mógł z nią teraz tutaj siedzieć.

Może dlatego tak bardzo nie znosił litości. Nie znosił tego, że była odpowiedzią na wszystkie jego dylematy.
Nie chciał litości. Chciał sprawiedliwości, chciał logiki, chciał struktury. Chciał pierdolonego prawa natury, pożerającej tych, którzy są zbyt słabi, żeby przetrwać. Potrzebował konsekwencji. Potrzebował ciągów przyczynowo-skutkowych, rachunku prawdopodobieństwa. Bo tak jak Alexander Mulciber ukochał tajemnice losu, tak odmawiał tajemnic ludzkości. Oczy jego, zapatrzone w nieskończoność wszechświata, obojętnie prześlizgiwały się po nieskończoności, jaką był człowiek. "Nigdy nie ma jednej interpretacji", powtarzał, doszukując się znaczeń we wróżbach, "przyszłość nie jest brukowanym traktem, lecz wiedzie przez rozstajne bezdroża".
A jednak samemu sobie odmawiał więcej niż jednego odczytania. Współistnienia sprzeczności, które były tym, co tak bardzo ukochał we wszystkim innym. Świat istniał dla niego w przestrzeni między dychotomiami. Może dlatego Alexander Mulciber istnieć nie chciał. Może dlatego nie umiał kochać. W profesji swojej wymagał wieloznaczności, ale od lat żył wydanym na samego siebie wyrokiem.
Okazanie litości nigdy nie wchodziło w grę. Litość zdejmowała go pogardą.

Litość była przerażająca.

Przerażało go zrozumienie, jakie widział na dnie oczu Jahnavi, głębokich jak leśne jeziorko, w którego odmętach odnalazł spokój. Wiedział, że Jahnavi rozumie. Widział to w sposobie, w jaki patrzyła na świat. W sposobie, w jaki patrzyła na niego. Przerażało go jej zrozumienie, a jednocześnie przejmowało absolutną fascynacją. Nie przywiązywał nigdy wagi do świętości, bo nie był człowiekiem wiary, a jednak świętą była uległość, z jaką akceptowała to, co przynosi jej przeznaczenie. Przywykł widzieć w tym właściwość natury kobiecej. Mężczyznom była poniżającą, a jednak poszukiwali jej w kobietach.
Pożądali jej.
Obejrzał więc z bliska własne pożądanie. Palcami powiódł wzdłuż zapłakanej twarzy, jaką nosiło. Dotknął policzków spływających łzami, nie dociekając jednak ich znaczenia. Uczucia przemijały, ale rytuały były wiecznymi. A było coś rytualnego w tym, jak pomazała jego czoło ziemią. W tym jak zrosiła jego wrzosowisko łzami. W tym jak złożyła pocałunek na jego ustach.

Wplótł delikatnie dłoń w ciemnobrązowe włosy Jahnavi, którymi smagał wiatr. Pachniały kadzidłem, wonnymi olejkami, które wcierała w nie z wielką pieczołowitością. Pachniały wiatrem, pomyślał, pozwalając, aby zakryły jego twarz nagłym podmuchem. Pachniały ziemią.

Czy tak wyglądała wzajemność? Chciał dać jej tak wiele rzeczy, ale ona nigdy nie chciała brać. Teraz jednak zabrała mu oddech.
Nie całuj mnie z litości.
Może jednak pragnął jej litości, pomyślał spokojnie, kciukiem rozcierając łzy na twarzy Jahnavi. Może jednak wciąż umiał pragnąć.

Alexander pragnął należeć.

Przyciągnął Jahnavi bliżej, jak wcześniej, gdy osłaniał ją przed wiatrem. Jego ręce drżały, nienawykłe do czegoś innego niż branie. A jednak dotyk był delikatnym. Dotyk był czułym, chociaż wrzosowisko, na które ją przywiódł, tchnęło surowością.

Pogłębił pocałunek.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3083), Jahnavi Pandit (2765), Pan Losu (70)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa