09.05.2026, 16:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2026, 17:02 przez Alexander Mulciber.)
Wrześniowe słońce świeciło bystro, nie niosło jednak ze sobą ciepła, które mogłoby ogrzać skalistą ziemię. Ale na wrzosowiskach zawsze było zimno. Zimno biło od ziemi, porośniętej nieużytkami.
Zdradliwe były to bowiem grunty.
W jednym miejscu pod stopami czuć było skały, w drugim grzęzło się w błotnym trzęsawisku. Niewielu zapuszczało się tak daleko. Alexander znał jednak tutejsze ścieżki tak samo dobrze, jak znał wnętrze swej dłoni. Przestąpiwszy przez szeroki łan trawy, pochylił się, aby rozgarnąć bujną wiechę zbrązowiałych turzyc. Zdrewniałe łodygi zaszeleściły buntowniczo, poddały się jednak pod jego dotykiem, odsłaniając gniazdo skowronka, ukryte w zagłębieniu ziemi. W milczeniu pokazał je Jahnavi. Poza resztkami pierza, nadgniłych traw i mchu, gniazdo było pustym. Część ptaków odlatywała na zimę, część zostawała jednak, nie chcąc opuszczać tutejszych wzgórz. Alexander dobrze rozumiał ptasią tęsknotę. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za czasami, gdy wracał do domu z brudem pod paznokciami, z kropelkami mgły zaplątanym w skręconych od wilgoci włosach. Z zapachem wiatru przyczepionym do ubrań jak kulki łopianu do ogona Nemo.
Spacerowali razem z Jahnavi pośród wzgórz, puściwszy psy luzem. Niech ścigają się z wiatrem, niech go kąsają! Wiatr desperacko plątał się bowiem między długimi włosami kobiety. Raz targał nimi brutalnie, raz z czułością niemal rozwiewał szale, które Jahnavi co jakiś czas poprawiała, próbując osłonić się przed jego gwałtownymi podmuchami. Alexander, zawsze będący gdzieś obok, co jakiś czas pozwalał ich dłoniom spotykać się ze sobą. Szedł od nawietrznej, aby osłonić Navi. Gdy włóczyli się z wolna pośród nieużytków, dbał o to, aby zwróceni byli bokiem i plecami do podmuchów południowo-zachodniego wiatru. Latem Alexander leżał skryty pośród traw, pozwalając, aby ten sam wiatr odwracał strony czytanej akurat książki. Przysłuchiwał się brzęczeniu skrzydełek owadów, trelom ptaków. Tych, które latały mu nad głową, i tych, które gniazdowały nisko, w zagłębieniach gruntu. Jesienią, wzorem ptaków, wolał kryć się jednak pośród skał, w osłoniętych przed wichrami nieckach porośniętych wrzosem. Złapał więc Jahnavi za rękę, pociągnąwszy ją między kamienie. Biegli. Niedługo, ale wystarczająco, aby wicher wyrwał Alexandrowi dech z piersi. Stosy kamieni na stromych zboczach przypominały mu z dawna porzucone ruiny pierwotnych cywilizacji. Były niczym odległe wspomnienie utraconej wielkości, potęgi upadłej pokolenia temu. Przypominały mu w tym Mulciber Manor. Wszystko było niegdyś większym, zawodził śpiewnie wiatr, wszystko było wspanialszym. A potem mknął dalej, rozbijając się nad wzgórzami, nad murami podupadłej posiadłości pogrążonej w wiecznym śnie. Pieśń wiatru stawała się częścią snu, który śniło Mulciber Manor. Alexander przysłuchiwał się jej co noc. Wszystko było niegdyś większym, mruczały sennie portrety, wszystko było wspanialszym. Jak gdyby Mulciber Manor nie było stertą gruzów. Na tych gruzach nie musiał jednak być panem, pomyślał, przesuwając ręką po kamieniu zagłębionym w ziemi. Natura nie znała panów. Mógł zatem kroczyć pośród ruin tego, co przeminęło, nie czując wyrzutów sumienia. To co miało runąć, już runęło.
Jakie miejsce mogłoby więc być lepszym na to, co sobie zaplanowali? Nasłuchali się dzisiaj przecież w radiu o tym, jak romantycznym gestem jest stworzenie wspólnej kapsuły czasu. Bo Alexander wygrał w karty radio, no i... No i jakoś się samo potoczyło, że oddał je Navi. Wydawało mu się, że sprawi jej przyjemność tym prezentem, choć sam nie pomyślałby o czymś takim, nie w pierwszym odruchu. Zwłaszcza, że lubił jej stary gramofon. Na początku nieco był podirytowany tym, że ustrojstwo zamiast muzyki zaczęło nadawać nudne słuchowisko. Nie umiał go dobrze nastawić, więc ucieszył się, że złapał w ogóle jakiś kanał... Niespodziewanie zaangażował się jednak w pomysł przedstawiony na falach radia. Przypomniało mu to bowiem o czymś, o czym przeczytał niedawno na łamach jednej z mugolskich gazet o technice. Ichniejsi naukowcy wysłali przecież w kosmos podobną kapsułę! "Nazwali to płytką Pionieera", opowiadał potem Navi. Wygrawerowany w złocie list do pozaziemskich cywilizacji, w którym zawarto informacje na temat Układu Słonecznego. Alexander nie wiedział na początku, co o tym myśleć, uważnie śledził jednak kolejne doniesienia. Pierwsza z płytek została wystrzelona poza ziemską orbitę trzeciego marca. "Pisali, że wystrzelą jeszcze drugą w przyszłym roku", dodał, pogrążony w zadumie. "Nie wiem, Navi." Nie wiedział nawet, czy dożyje przyszłego roku. "Co ty w ogóle o tym wszystkim myślisz?"
Zgodziła się, żeby zakopać kapsułę czasu pośród wrzosowisk.
Alexander zatrzymał się w pół kroku, wpatrzony w ziemię pokrytą wrzosem. Z oddali wciąż słychać było szczekanie psów, które pewnie kopały własne jamy, ale nie to zajmowało w tym momencie myśli mężczyzny. Słuchał głosu ziemi. Pochylił się powoli, aby przyklęknąć pośród traw, a byliny uczepiły się jego płaszcza, pochwyciwszy go zazdrośnie w swe umierające objęcia. Kolanem wyczuł nieznaczne obniżenie gruntu, przesunął się więc dalej, wzdłuż niwy. Roślinność wydawała się w tym miejscu nieco rzadsza, choć dalej płożyła się gęsta kępa wrzośców. Pochylił się niżej. Gdy się garbił, przypominał drzewa porastające zbocza wrzosowisk. Wiatr nie zdołał ich złamać, ale jego porywy były zbyt silnymi, aby pozwolić im wzrastać swobodnie. Pokurczone pnie wiły się więc, skarlałe, przygniecione wiatrem. Na tej ziemi wzrastały jedynie nieużytki. Może dlatego Alexander Mulciber wzrósł tutaj tak bujnym. To było jego miejsce. Jedyne, jakie nazywał domem. A słowo "dom" brzmiało w romani niemal tak samo, jak w hindu.
Mógłby tutaj umrzeć. Pośród wzgórz, które przypominały starożytne kurhany, usypywane ku czci zmarłych. Nigdy nie chciał być pochowanym w ziemi. Ale teraz nikogo przecież nie grzebali.
Alexander zostawił jakąś część siebie w jeziorze Jahnavi.
Chciał, ażeby i ona odcisnęła swe piętno na jego świecie.
Położył się płasko na wyniesieniu, brzuchem do dołu, a potem przycisnął słyszące ucho do ziemi, odwracając się w taki sposób, żeby wciąż móc patrzeć na Navi. Wystarczyło wymowne spojrzenie, żeby położyła się obok, choć nie na gołej ziemi, bo na to nie pozwolił: nawet wtedy, gdy trąciła go lekko, wydymając usta w pretensji. Wiedział, że nie chciała przygnieść swym ciężarem krzaczących sie bylin, wzorem ptaszka, który zwinnie biega pośród gęstwiny, nie dał jej jednak wyboru. Więc leżała pośród wrzosów. Mógłby jej powiedzieć, że wyrosły po to tylko, żeby być dla niej łożem, na którym składa głowę. Nie odezwał się jednak. Przymknął na chwilę oczy, wsłuchawszy się w to, co mówi ziemia. A potem uderzył weń dłonią zaciśniętą w pięść. Uderzył raz, drugi, trzeci, jak gdyby badał, co jest pod spodem. Odgłos był głuchy, stłumiony... A jednak coś musiało sprawić, że zainteresował się cienką warstwą darni. Otworzył oczy, na których dnie widać było znajome skupienie. Zdawał się tak innym, gdy zamykał oczy, jak gdyby cała jego istota skupiała się w oczach właśnie. Znowu był sobą, choć wcześniej stał się na chwilę jednym z ziemią, która skrywała się w bruzdach jego dłoni. Podsunął dłoń tak, aby dotknąć wspartej o twardy grunt dłoni Jahnavi. Poprowadzić ją dalej. Jej palce miękko nurzały się w zieloności, jego pożądliwie ryły w gruncie, zagłębiając się w jałowe łono wrzosowisk. Nie był czułym, bo tutejsza ziemia znała tylko brutalność. To, co było miękkie, kryło się pod spodem. Nie dało się z nią inaczej. Nie dało się z nim inaczej. A jednak Navi mogła wyczuć, że ziemia lekko osiada pod jej dłonią, gdy Alex delikatnie nacisnął na odsłoniętą połać gruntu. Zrozumiała, co chciał jej pokazać. Pod warstwą korzeni kryła się pustka. Musieli wiec znaleźć króliczą norę. Czy porzuconą? Alexander nie usłyszał drżenia, sugerującego, że w środku wciąż mieszkają zwierzęta. Nie widział wydeptanej ścieżki między kępami wrzosu, a wejście do drążących ziemię tuneli musiało zapaść się jeszcze pod koniec lata, bo i po nim nie było śladu. Teraz jednak przyglądał się Navi badającej grunt. Być może i ona chciała posłuchać. Ręka Alexandra nie wiedzieć kiedy objęła jej wąskie ramiona, osłaniając Jahnavi przed gwałtownym podmuchem wiatru. Zarzucił na nią swój płaszcz, z którego wyplątał jedno ramię: przyciągnął kobietę bliżej, jak gdyby bał się, że mu odleci, porwana przez zazdrosny wiatr. Wciąż wiał od południowego zachodu.
Alexander uśmiechnął się.
Zdradliwe były to bowiem grunty.
W jednym miejscu pod stopami czuć było skały, w drugim grzęzło się w błotnym trzęsawisku. Niewielu zapuszczało się tak daleko. Alexander znał jednak tutejsze ścieżki tak samo dobrze, jak znał wnętrze swej dłoni. Przestąpiwszy przez szeroki łan trawy, pochylił się, aby rozgarnąć bujną wiechę zbrązowiałych turzyc. Zdrewniałe łodygi zaszeleściły buntowniczo, poddały się jednak pod jego dotykiem, odsłaniając gniazdo skowronka, ukryte w zagłębieniu ziemi. W milczeniu pokazał je Jahnavi. Poza resztkami pierza, nadgniłych traw i mchu, gniazdo było pustym. Część ptaków odlatywała na zimę, część zostawała jednak, nie chcąc opuszczać tutejszych wzgórz. Alexander dobrze rozumiał ptasią tęsknotę. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za czasami, gdy wracał do domu z brudem pod paznokciami, z kropelkami mgły zaplątanym w skręconych od wilgoci włosach. Z zapachem wiatru przyczepionym do ubrań jak kulki łopianu do ogona Nemo.
Spacerowali razem z Jahnavi pośród wzgórz, puściwszy psy luzem. Niech ścigają się z wiatrem, niech go kąsają! Wiatr desperacko plątał się bowiem między długimi włosami kobiety. Raz targał nimi brutalnie, raz z czułością niemal rozwiewał szale, które Jahnavi co jakiś czas poprawiała, próbując osłonić się przed jego gwałtownymi podmuchami. Alexander, zawsze będący gdzieś obok, co jakiś czas pozwalał ich dłoniom spotykać się ze sobą. Szedł od nawietrznej, aby osłonić Navi. Gdy włóczyli się z wolna pośród nieużytków, dbał o to, aby zwróceni byli bokiem i plecami do podmuchów południowo-zachodniego wiatru. Latem Alexander leżał skryty pośród traw, pozwalając, aby ten sam wiatr odwracał strony czytanej akurat książki. Przysłuchiwał się brzęczeniu skrzydełek owadów, trelom ptaków. Tych, które latały mu nad głową, i tych, które gniazdowały nisko, w zagłębieniach gruntu. Jesienią, wzorem ptaków, wolał kryć się jednak pośród skał, w osłoniętych przed wichrami nieckach porośniętych wrzosem. Złapał więc Jahnavi za rękę, pociągnąwszy ją między kamienie. Biegli. Niedługo, ale wystarczająco, aby wicher wyrwał Alexandrowi dech z piersi. Stosy kamieni na stromych zboczach przypominały mu z dawna porzucone ruiny pierwotnych cywilizacji. Były niczym odległe wspomnienie utraconej wielkości, potęgi upadłej pokolenia temu. Przypominały mu w tym Mulciber Manor. Wszystko było niegdyś większym, zawodził śpiewnie wiatr, wszystko było wspanialszym. A potem mknął dalej, rozbijając się nad wzgórzami, nad murami podupadłej posiadłości pogrążonej w wiecznym śnie. Pieśń wiatru stawała się częścią snu, który śniło Mulciber Manor. Alexander przysłuchiwał się jej co noc. Wszystko było niegdyś większym, mruczały sennie portrety, wszystko było wspanialszym. Jak gdyby Mulciber Manor nie było stertą gruzów. Na tych gruzach nie musiał jednak być panem, pomyślał, przesuwając ręką po kamieniu zagłębionym w ziemi. Natura nie znała panów. Mógł zatem kroczyć pośród ruin tego, co przeminęło, nie czując wyrzutów sumienia. To co miało runąć, już runęło.
Jakie miejsce mogłoby więc być lepszym na to, co sobie zaplanowali? Nasłuchali się dzisiaj przecież w radiu o tym, jak romantycznym gestem jest stworzenie wspólnej kapsuły czasu. Bo Alexander wygrał w karty radio, no i... No i jakoś się samo potoczyło, że oddał je Navi. Wydawało mu się, że sprawi jej przyjemność tym prezentem, choć sam nie pomyślałby o czymś takim, nie w pierwszym odruchu. Zwłaszcza, że lubił jej stary gramofon. Na początku nieco był podirytowany tym, że ustrojstwo zamiast muzyki zaczęło nadawać nudne słuchowisko. Nie umiał go dobrze nastawić, więc ucieszył się, że złapał w ogóle jakiś kanał... Niespodziewanie zaangażował się jednak w pomysł przedstawiony na falach radia. Przypomniało mu to bowiem o czymś, o czym przeczytał niedawno na łamach jednej z mugolskich gazet o technice. Ichniejsi naukowcy wysłali przecież w kosmos podobną kapsułę! "Nazwali to płytką Pionieera", opowiadał potem Navi. Wygrawerowany w złocie list do pozaziemskich cywilizacji, w którym zawarto informacje na temat Układu Słonecznego. Alexander nie wiedział na początku, co o tym myśleć, uważnie śledził jednak kolejne doniesienia. Pierwsza z płytek została wystrzelona poza ziemską orbitę trzeciego marca. "Pisali, że wystrzelą jeszcze drugą w przyszłym roku", dodał, pogrążony w zadumie. "Nie wiem, Navi." Nie wiedział nawet, czy dożyje przyszłego roku. "Co ty w ogóle o tym wszystkim myślisz?"
Zgodziła się, żeby zakopać kapsułę czasu pośród wrzosowisk.
Alexander zatrzymał się w pół kroku, wpatrzony w ziemię pokrytą wrzosem. Z oddali wciąż słychać było szczekanie psów, które pewnie kopały własne jamy, ale nie to zajmowało w tym momencie myśli mężczyzny. Słuchał głosu ziemi. Pochylił się powoli, aby przyklęknąć pośród traw, a byliny uczepiły się jego płaszcza, pochwyciwszy go zazdrośnie w swe umierające objęcia. Kolanem wyczuł nieznaczne obniżenie gruntu, przesunął się więc dalej, wzdłuż niwy. Roślinność wydawała się w tym miejscu nieco rzadsza, choć dalej płożyła się gęsta kępa wrzośców. Pochylił się niżej. Gdy się garbił, przypominał drzewa porastające zbocza wrzosowisk. Wiatr nie zdołał ich złamać, ale jego porywy były zbyt silnymi, aby pozwolić im wzrastać swobodnie. Pokurczone pnie wiły się więc, skarlałe, przygniecione wiatrem. Na tej ziemi wzrastały jedynie nieużytki. Może dlatego Alexander Mulciber wzrósł tutaj tak bujnym. To było jego miejsce. Jedyne, jakie nazywał domem. A słowo "dom" brzmiało w romani niemal tak samo, jak w hindu.
Mógłby tutaj umrzeć. Pośród wzgórz, które przypominały starożytne kurhany, usypywane ku czci zmarłych. Nigdy nie chciał być pochowanym w ziemi. Ale teraz nikogo przecież nie grzebali.
Alexander zostawił jakąś część siebie w jeziorze Jahnavi.
Chciał, ażeby i ona odcisnęła swe piętno na jego świecie.
Położył się płasko na wyniesieniu, brzuchem do dołu, a potem przycisnął słyszące ucho do ziemi, odwracając się w taki sposób, żeby wciąż móc patrzeć na Navi. Wystarczyło wymowne spojrzenie, żeby położyła się obok, choć nie na gołej ziemi, bo na to nie pozwolił: nawet wtedy, gdy trąciła go lekko, wydymając usta w pretensji. Wiedział, że nie chciała przygnieść swym ciężarem krzaczących sie bylin, wzorem ptaszka, który zwinnie biega pośród gęstwiny, nie dał jej jednak wyboru. Więc leżała pośród wrzosów. Mógłby jej powiedzieć, że wyrosły po to tylko, żeby być dla niej łożem, na którym składa głowę. Nie odezwał się jednak. Przymknął na chwilę oczy, wsłuchawszy się w to, co mówi ziemia. A potem uderzył weń dłonią zaciśniętą w pięść. Uderzył raz, drugi, trzeci, jak gdyby badał, co jest pod spodem. Odgłos był głuchy, stłumiony... A jednak coś musiało sprawić, że zainteresował się cienką warstwą darni. Otworzył oczy, na których dnie widać było znajome skupienie. Zdawał się tak innym, gdy zamykał oczy, jak gdyby cała jego istota skupiała się w oczach właśnie. Znowu był sobą, choć wcześniej stał się na chwilę jednym z ziemią, która skrywała się w bruzdach jego dłoni. Podsunął dłoń tak, aby dotknąć wspartej o twardy grunt dłoni Jahnavi. Poprowadzić ją dalej. Jej palce miękko nurzały się w zieloności, jego pożądliwie ryły w gruncie, zagłębiając się w jałowe łono wrzosowisk. Nie był czułym, bo tutejsza ziemia znała tylko brutalność. To, co było miękkie, kryło się pod spodem. Nie dało się z nią inaczej. Nie dało się z nim inaczej. A jednak Navi mogła wyczuć, że ziemia lekko osiada pod jej dłonią, gdy Alex delikatnie nacisnął na odsłoniętą połać gruntu. Zrozumiała, co chciał jej pokazać. Pod warstwą korzeni kryła się pustka. Musieli wiec znaleźć króliczą norę. Czy porzuconą? Alexander nie usłyszał drżenia, sugerującego, że w środku wciąż mieszkają zwierzęta. Nie widział wydeptanej ścieżki między kępami wrzosu, a wejście do drążących ziemię tuneli musiało zapaść się jeszcze pod koniec lata, bo i po nim nie było śladu. Teraz jednak przyglądał się Navi badającej grunt. Być może i ona chciała posłuchać. Ręka Alexandra nie wiedzieć kiedy objęła jej wąskie ramiona, osłaniając Jahnavi przed gwałtownym podmuchem wiatru. Zarzucił na nią swój płaszcz, z którego wyplątał jedno ramię: przyciągnął kobietę bliżej, jak gdyby bał się, że mu odleci, porwana przez zazdrosny wiatr. Wciąż wiał od południowego zachodu.
Alexander uśmiechnął się.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat