06.09.2026, 13:57 ✶
6.10
Spotkania z Mabel były dziwne. Przyjemne. Niepokojące. Obce i znajome w takiej samej proporcji. Mabel torpedowała go uczuciami, zaś Karl informacjami, zawsze wychodził z tych spotkań otępiały i zmęczony. Bardzo chciałby być jej ojcem na pełen etat, bardzo chciałby być jej ojcem od samego początku jej istnienia - żadne z tego nie było możliwe na tym etapie.
Powinien pewnie czuć złość. Albo smutek. Tymczasem był po prostu zmęczony z takim mocnym wewnętrznym impulsem i potrzebą powrócenia do pracy, która przynosiła mu ukojenie, a której nigdy nie brakowało.
Gdy już szykował się do teleportacji, opuszczając pielesze Azylu, w jego błękitne oko wpadła sylwetka niedoszłego szwagra. Rozmawianie z Thomasem było trudne i wcześniej, Samuel obawiał się nieco jego surowej oceny, ale mężczyzna dał mu się przez te kilka tygodni poznać jako przyjazna dusza, która mimo okoliczności życzyła McGonagallowi w najgorszym przypadku neutralnie, może nawet i dobrze.
Teraz jednak, po rozmowie z zieloną panną z Warowni w Samuelu zakiełkowało coś więcej niż płożący po skórze pleców bluszcz. Istniały runy działające na widma. Runy, które mogłyby mu powrócić do domu. Albo… kto wie… ochronić drzewa przed potworem z lasu, który może był widmem, a może nie był widmem.
Z nową determinacją strzepnął nadwyżkę emocjonalną po spotkaniu z córką i jej kotem, aby sprężyście podejść do Figga i odezwać się nim ten cokolwiek powiedział:
– Potrzebuję Twojej wiedzy o runach. Chciałbym móc wrócić do Kniei, do mojego domu, a powiedziano mi, że Ty wiesz o runach, które działają na te duchy. – Wypalił wprost, bo czemu miałby czekać, czemu miałby znosić spojrzenie pełne litości i współczucia i miałkie zdania zawarte w pytaniach "co u Ciebie" i odpowiedzi "po staremu" albo "wszystko dobrze". Wolał przejść od razu do konkretu.