zbiórka drewna
Astoria Avery zupełnie nie wyglądała na osobę, która przyszła do lasu po drewno. Miała na sobie elegancką, ciemną szatę o prostym, dopracowanym kroju, na którą narzuciła długi jesienny płaszcz. Materiał miękko układał się wokół jej sylwetki, a wysokie, skórzane buty pozostawały niemal nieskazitelne mimo grząskiego podłoża. Włosy miała starannie ułożone, a dłonie chroniły cienkie rękawiczki. Całość bardziej przypominała strój na spacer po posiadłości któregoś z arystokratycznych rodów niż wyprawę po opał. Tyle że czarownica nie zamierzała sama niczego dźwigać. Tuż za nią dreptał Deek, rodzinny skrzat, który ewidentnie został przydzielony do najcięższej części zadania. Kiedy tylko Astoria wskazywała różdżką odpowiedni fragment drewna, skrzat zajmował się resztą. Kolejne kawałki drewna unosiły się nad ziemią i ustawiały w równym szeregu za nimi, podążając powoli ścieżką niczym osobliwa, lewitująca kolumna opału. Czarownica poruszała się niespiesznie. Nie rozglądała się bez celu. Obserwowała las z taką samą uwagą, z jaką oglądała dzieła sztuki przed przyjęciem ich do galerii. Oceniła kilka powalonych konarów, jeden odrzuciła niemal natychmiast, inny wskazała po krótkim namyśle. Interesowało ją przede wszystkim suche drewno, odpowiednio twarde i pozbawione oznak gnicia. Miało trafić do organizatorów sabatu w Little Hangleton, więc nie zamierzała pozwolić, żeby Deek znosił przypadkowe gałęzie tylko po to, by zwiększyć stertę.
- Ojciec mnie poprosił, wiesz? Mam przygotować stragan z ikonami świętych na sabat w Little Hangleton, więc przy okazji mam też nazbierać chrustu - westchnęła ciężko, bo choć nie było to żmudne zajęcie, tak kolejna cegiełka dołożona do jej rozbudowanych obowiązków, powodowała dodatkowe oznaki zmęczenia organizmu. Obróciła głowę do kobiety, która maszerowała obok. Obecność kuzynki sprawiała, że cała wyprawa miała mniej charakter obowiązku, a bardziej jesiennego spaceru. Edith należała do osób, przy których Astoria nie musiała bezustannie pilnować każdego gestu. Deek tymczasem pracował bez wytchnienia. Każdy wskazany przez kobietę konar unosił się w powietrze z cichym szelestem liści, dołączając do pozostałych.
- Udało ci się przemówić Matt'iemu do rozsądku? - zagaiła z ciekawością w głosie. Miała szczerą nadzieję, że chłopakowi minęło to fatalne zauroczenie i nic przykrego nie spotkało jego rodziny.
Zrobiła kilka kroków poza ścieżkę, żeby wskazać kolejne gałęzie. Las zdawał się zupełnie nie pasować do jej świata. W powietrzu mieszał się zapach mokrej ziemi, kory, grzybów i gnijących liści. A jednak Astoria poruszała się między drzewami z tą samą pewnością i gracją, z jaką przemierzała sale swojej galerii.
then break some