26.09.2026, 21:14 ✶
25/10/72
klub pracowniczy
klub pracowniczy
Powietrze w lokalu było szare. Klientela wnosiła ze sobą jeszcze więcej tej szarości. Pracownicy okolicznej fabryki: odziani w szare ogrodniczki, brzuchaci albo wyniszczeni. Szare twarze, krzywo ogolone zarosty. Czapki przykrywały łysiny. Podkrążone oczy, ziewali. Śmierdzieli dymem, byli wymęczeni pracą. Siadali do żarcia i do piwa. Przeliczali pieniądze w portfelach.
Pomimo ich obecności lokal zionął pustką. No proszę. Zenek tak się już przyzwyczaił do tego, że sprzęty w Rejwachu nieustannie do niego gadały, że w mugolskim klubie społecznym słyszał tylko… pustkę. Na ścianie była tylko tablica korkowa z ofertami zatrudnienia. Kartki trzepotały za każdym razem, gdy robole przechodzili obok nich, stąpali ciężkimi butami.
Tym razem mieli na co patrzeć, między kotletem a kolejnym piwem. No chyba nie na Zenka. Zenek się uwijał przy ścianie, ogarniał równocześnie syntezator, mikser i nagłośnienie. Ale tu, obok niego. Na tym samym podwyższeniu, ale zupełnie bardziej z przodu.
Tak. Okazuje się, że o wiele łatwiej było o fuchę, kiedy Zenek ustawił obok siebie piękną laskę do śpiewania. Jak jeszcze przywdziewała kusą spódniczkę, to było zajebiście. Pracodawcy byli zachwyceni.
Czy Tonyę równie desperacko ciągnęło do grania w klubach, tego Zenek nie mógł wiedzieć. Kwestia jej tak pozostawała zatem tajemnicą.
Powiedziała coś do mikrofonu. Zimne lampy oświetlały kartoflane twarze tak łaskawie, jak tylko potrafiły. Sprzęt wokół ledwo zipał, ale Zenek walczył z nim, jak mógł, wtykając we wtyczki i przewody kable własnego instrumentu, byle tylko wzmacniacz należący do lokalu zadziałał, jak należy. A robole gapili się, bez słowa zachęty, choć z niezaprzeczalnym zainteresowaniem. O, ktoś zagwizdał. Jakiś chudy koleś z tyłu, prężył kościsty łokieć w górze. Dziękujemy.
Jarzeniówka zamigotała w jednej z lamp nad nimi. Głośnik zamigotał, bzzt bzzt, to statyka elektroniczna. Włosy na rękach Zenka stanęły. Poprawił kable przy sprzęcie i wyprostował się do grania. And one, two, and one two three…
BZZZZZZZT
Mikrofon odpadł pierwszy. Tonya śpiewała do siebie. Pierwsze słowa lirycznej piosenki trafiały do mikrofonu, który zdecydowanie tego nie oddawał na salę. Najlepiej to słyszał ją Zenek, bo najbliżej. Potem wysiadły sprzęty dookoła niego. Osz kurwa, a jak przeładowałem sieć?, rozległo się w głowie Zenka, wyjątkowo pustej ze względu na brak pogłosu magicznych urządzeń. Jego zabaweczka jeszcze dychała, bo przecież ją podrasował. Mugolski wzmacniacz jednak wysiadł, tak samo jak głośniki, a więc dźwięk nie miał gdzie się udać. Z postępującym szaleństwem w oczach uderzał klawisze.
Potem poszła już cała sala. Lampeczki i lampy na ścianach, żyrandole na suficie, wszystko zaczęło gasnąć po kolei, spowijając zimny beton ciemnością. Przeciągłe mruki niezadowolenia rozległy się ze stolików.
O mamusiu.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.