Złapał Brennę pod ramię - to, po której nie płynęła jej krew. Z przerażeniem obserwował, jak jej nogi są miękkie, jak nie ma w nich na tyle siły, żeby nawet w pełni się podnieść. Musiała bardzo mocno uderzyć w drzewo. Czy poczynione zostały jeszcze jakieś szkody? Przesuwał oczyma po jej sylwetce, czy jeszcze gdzieś była krew. Czy żebra miała całe, czy mogła oddychać, czy to w ogóle dobry pomysł, żeby wstawała? Nigdy nie był tego pewien. Nie był medykiem, ale znał się na fizjonomii na tyle, żeby wiedzieć, że jeśli rzeczywiście coś masz połamanego to ruszanie się nie było najmądrzejszym pomysłem. A tutaj mieli trochę możliwości przemieszczania się, po prostu musiałby... och, musiałby ich tutaj zostawić. Ją i Cane'a, który sam podpierał się ciężko swojego boku, próbując nawet cicho oddychać, nie wspominając o jakimkolwiek innym poruszaniu się. Mogła nie uważać się za wybrańca czy za Dumbledora, ale zdaniem Laurenta nie musiała nim być. Była... Brenną. Tylko tyle i aż tyle. Zawsze chroniących wszystkich Brenną.
Nie zamierzał się z nią kłócić, czy coś jej jest czy nie jest - bo było. I żeby to stwierdzić też nie musiał być medykiem i nie potrzebował dyplomu z medycyny. Było i to całkiem sporo, skoro tak się prezentowała - nie miał pojęcia też, co podziało się w tamtej kotłowaninie i modlił się, żeby Duma nic jej nie zrobił, nie zahaczył przypadkiem zębem. Gdybym tylko wiedział... Ale nie wiedział. Nie znalazł na niej żadnych widocznych w tym mroku śladów obrażeń, nie chciał jej świecić też światełkiem różdżki przed oczami, ale może powinien? Jeszcze gotowa go była pogonić...
- Nic mi nie jest. - Faktycznie, nawet go nic nie drasnęło. Spojrzał krótko na Dumę, który teraz siedział i uparcie lizał się po boku, pisnął ze dwa razy. Będzie musiał poczekać, kochany psina. Wyglądało na to, że nic mu poważnego nie było, może jakieś zaklęcie go jednak tam drasnęło. Potem, potem. Wszystko potem... - Poczekaj chwilę... Brenno..! - Bogowie, ta kobieta..! Uniósł różdżkę, trzymając Brennę, żeby przelać swoją energię życiową na nią. Może nie powinien, bo zaraz zacznie tutaj biegać, jakby naprawdę nic jej nie było, ale był świadom równie dobrze jak ona, że wcale nie byli bezpieczni. Szczególnie, że ciągle nie wiedział, czy ta zawierucha nie ściągnie tutaj jakiegoś stworzenia.
- Jestem..! - Odezwał się słabym głosem Cane.
- Już po ciebie idę! Poczekaj! - Zawołał i puścił Brennę, dotykając na moment swoją klatkę piersiową. - Brenno nie biegaj tylko, zaraz się stąd wydostaniemy, dobrze? - Z tego wszystkiego nawet zapomniał, że Brenna mogła się teleportować stąd po prostu i chociażby... iść szukać pomocy, albo cokolwiek. Ale nie pomyślał o tym. Pobiegł zaraz do Cane'a, który wylazł ze swojego ukrycia, złapał go, by i puścić go przodem, trzymając jego rękę.
- Wszystko w porządku? Brenno... Brenno... - Mężczyzna miał płaczliwy głos, ale się trzymał. Laurent ściągał swoje brwi, i przesunął dyskretnie różdżką w powietrzu, by i jemu rozdzielić trochę swojej siły. Zrobiło mu się słabo i niedobrze, ale tym razem z ubytku sił. Puścił go, na moment samemu się zatrzymując, kiedy mężczyzna na własnych siłach podszedł do Brenny.
- Wyprowadzę was... stąd. Proszę, nie zbaczajcie z drogi, tutaj nie jest bezpiecznie. - Wbrew temu, co chyba myślał Cane, kiedy tutaj wbiegał. I kiedy chciał biec dalej, pogoniony przez Brennę. - Duma, do domu. - Polecił jarczukowi. Ten szczeknął w odpowiedzi i ruszył do przodu żwawym krokiem. Ociekając krwią, która spływała po jego krótkim, czarnym włosiu. Laurent ruszył za nim, ale podszedł uprzednio do Brenny i Cane'a. - Potrzebujecie pomocy? Poradzicie sobie? Możesz na pewno iść, Brenno? - Upewnił się, gotów być chociażby stelażem dla wariującego błędnika, gdyby była taka potrzeba.