13.05.2024, 19:09 ✶
Mogłaby zmienić twarz w taki sposób, że ta pozostałaby zmieniona albo na zawsze, albo przynajmniej dopóki nie dopadłby jakiegoś członka jej rodziny i nie wybłagał pomocy w powrocie do własnych rysów - ale nie przyznawała się do tej umiejętności przed nikim, kto nie był członkiem Zakonu. Poza tym po prostu nie chciała wprowadzać głębokich modyfikacji tego typu bez przygotowania, bo potem siedziałaby i się męczyła, aby odtworzyć stan początkowy. Kwadrans zresztą tu w zupełności wystarczył, by sprawdzić, czy to odpowiedni mężczyzna i... właściwie to nie była pewna, czy chciał tylko zweryfikować miejsce przebywania czy od razu go aresztować, ale jeśli już wyciągną różdżki, to nagła zmiana koloru włosów nikogo nie zaskoczy.
Czyli stawało na bajeczce o zabłądzeniu.
– W kwestii długiej linii upartych idiotów na pewno cię przebijam, więc dobrze, że tym razem nie obstawiasz przy swoim – oświadczyła z odrobiną rozbawienia. Jakby nie było, oni podobno wiedli swój ród w prostej linii od Ravenclaw, a Longbottomowie od Godryka Gryffindora, i ta pierwsza słynęła z mądrości i trzeciego oka, a ten drugi z uporu i odwagi graniczącej z głupotą, przekazywanej wśród jego potomków z pokolenia na pokolenie. – Hm... w porządku, jeśli to będzie on, to zacznę bardzo dużo gadać i bardzo głośno powiem coś o siódemce, żebyś mógł wyjść i sobie na niego popatrzeć. A jeśli zapukam do drzwi przypadkowego nieznajomego, serdecznie przeproszę i się wycofam – powiedziała, wybierając jako hasło numer ich pokoju. Nie była w końcu pewna, ile pomieszczeń przyjdzie jej po drodze sprawdzić, w przypadku pierwszej pomyłki nie zamierzała więc krzyczeć na cały korytarz od razu.
Kilka machnięć różdżką wyprostowało i przyciemniło jej włosy, a potem nos zmienił kształt. Brenna wprowadzała takie modyfikacje tak często, że nie musiała nawet patrzeć do lusterka - kilka drobiazgów, które utrudniały rozpoznanie na pierwszy rzut oka. Jeżeli on życzył sobie skorzystać tutaj ze wsparcia w kamuflażu, to potrwało odrobinę dłużej, ale też ograniczyła się głównie do zmiany koloru włosów i jakiegoś drobnego akcentu - w końcu jeśli nie znał tamtego człowieka osobiście, to aby rozpoznać Atreusa, musiałby trzymać jego zdjęcie nad łóżkiem i codziennie tęsknie mu się przyglądać. A chyba nie miał jednak niczego wspólnego z kowenem Macmillanów, i już na pewno nie był przebraną za mężczyznę kuzynką Sary Macmillan, więc takie ryzyko było stosunkowo niskie.
Drzwi pokoju została odrobinę uchylone, by nie było to widoczne, ale dało się słyszeć, co dzieje się na korytarzu, a potem po prostu nacisnęła klamkę najbliższego z pomieszczenia: na piętrze poza tym ich było po tej stronie jeszcze cztery. To okazało się zamknięte, nikt też nie odpowiedział na pukanie, po drugiej stronie panowała cisza. Z kolejnym postąpiła więc dokładnie w ten sam sposób, i ku jej zdumieniu klamka ustąpiła pod naciskiem.
Brenna spojrzała na mężczyznę, który w środku właśnie kończył dopinać guziki koszuli, pewnie po przebraniu się. Oczy miał niebieskie, nos jak kartofel i tak ogólnie to pasował do opisu, ale cholera, czy to naprawdę był ten sam gość?
On też spojrzał na nią.
Otworzył usta…
– Ojej! Pan nie jest moim mężem? – zdumiała się Brenna, przysłaniając usta dłonią, a potem zaczęła… gadać. Jak katarynka, bardzo, bardzo szybko, i zupełne głupoty, korzystając z naturalnego talentu do wygadywania… nie, nie kłamstw. Głupot właśnie. – To znaczy, oczywiście, że nie jest pan moim mężem, przepraszam, głupia jestem, spodziewałam się męża, to znaczy spodziewałam się go, bo myślałam, że to nasz pokój, ale chyba mamy jednak numer SIEDEM, nie wiem czemu, zdawało mi się, że osiem, nigdy nie miałam pamięci do cyfr, tak bardzo pana przepraszam, i powinien pan chyba zamykać drzwi, w takich miejscach nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, mógłby próbować panu wejść do pokoju jakiś zboczeniec, czytałam kiedyś w gazecie, że takie rzeczy się zdarzają.
A tutaj rzut na pana
Czyli stawało na bajeczce o zabłądzeniu.
– W kwestii długiej linii upartych idiotów na pewno cię przebijam, więc dobrze, że tym razem nie obstawiasz przy swoim – oświadczyła z odrobiną rozbawienia. Jakby nie było, oni podobno wiedli swój ród w prostej linii od Ravenclaw, a Longbottomowie od Godryka Gryffindora, i ta pierwsza słynęła z mądrości i trzeciego oka, a ten drugi z uporu i odwagi graniczącej z głupotą, przekazywanej wśród jego potomków z pokolenia na pokolenie. – Hm... w porządku, jeśli to będzie on, to zacznę bardzo dużo gadać i bardzo głośno powiem coś o siódemce, żebyś mógł wyjść i sobie na niego popatrzeć. A jeśli zapukam do drzwi przypadkowego nieznajomego, serdecznie przeproszę i się wycofam – powiedziała, wybierając jako hasło numer ich pokoju. Nie była w końcu pewna, ile pomieszczeń przyjdzie jej po drodze sprawdzić, w przypadku pierwszej pomyłki nie zamierzała więc krzyczeć na cały korytarz od razu.
Kilka machnięć różdżką wyprostowało i przyciemniło jej włosy, a potem nos zmienił kształt. Brenna wprowadzała takie modyfikacje tak często, że nie musiała nawet patrzeć do lusterka - kilka drobiazgów, które utrudniały rozpoznanie na pierwszy rzut oka. Jeżeli on życzył sobie skorzystać tutaj ze wsparcia w kamuflażu, to potrwało odrobinę dłużej, ale też ograniczyła się głównie do zmiany koloru włosów i jakiegoś drobnego akcentu - w końcu jeśli nie znał tamtego człowieka osobiście, to aby rozpoznać Atreusa, musiałby trzymać jego zdjęcie nad łóżkiem i codziennie tęsknie mu się przyglądać. A chyba nie miał jednak niczego wspólnego z kowenem Macmillanów, i już na pewno nie był przebraną za mężczyznę kuzynką Sary Macmillan, więc takie ryzyko było stosunkowo niskie.
Drzwi pokoju została odrobinę uchylone, by nie było to widoczne, ale dało się słyszeć, co dzieje się na korytarzu, a potem po prostu nacisnęła klamkę najbliższego z pomieszczenia: na piętrze poza tym ich było po tej stronie jeszcze cztery. To okazało się zamknięte, nikt też nie odpowiedział na pukanie, po drugiej stronie panowała cisza. Z kolejnym postąpiła więc dokładnie w ten sam sposób, i ku jej zdumieniu klamka ustąpiła pod naciskiem.
Brenna spojrzała na mężczyznę, który w środku właśnie kończył dopinać guziki koszuli, pewnie po przebraniu się. Oczy miał niebieskie, nos jak kartofel i tak ogólnie to pasował do opisu, ale cholera, czy to naprawdę był ten sam gość?
On też spojrzał na nią.
Otworzył usta…
– Ojej! Pan nie jest moim mężem? – zdumiała się Brenna, przysłaniając usta dłonią, a potem zaczęła… gadać. Jak katarynka, bardzo, bardzo szybko, i zupełne głupoty, korzystając z naturalnego talentu do wygadywania… nie, nie kłamstw. Głupot właśnie. – To znaczy, oczywiście, że nie jest pan moim mężem, przepraszam, głupia jestem, spodziewałam się męża, to znaczy spodziewałam się go, bo myślałam, że to nasz pokój, ale chyba mamy jednak numer SIEDEM, nie wiem czemu, zdawało mi się, że osiem, nigdy nie miałam pamięci do cyfr, tak bardzo pana przepraszam, i powinien pan chyba zamykać drzwi, w takich miejscach nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, mógłby próbować panu wejść do pokoju jakiś zboczeniec, czytałam kiedyś w gazecie, że takie rzeczy się zdarzają.
A tutaj rzut na pana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.