- Hm? No ty może tak, ale kto wie, jak on by sobie poradził? - spytała, obracając się do Hollowa i obdarzając go beztroskim uśmiechem. Chociaż w istocie była gotowa zareagować, gdyby jednak wyciągnął tę różdżkę: ale wątpiła, by to zrobił. Jak dotąd w jej stronę wymachiwał nią tylko, kiedy chciał spróbować rzucić zaklęcie oszuszające. - I ja też nie jestem pewna, jakbym sobie poradziła? Wiesz, jakbyś trzasnął mu jakimś bardzo paskudnym zaklęciem, musiałabym go osobiście wlec do skrzydła szpitalnego, jesteśmy w lochach, on wygląda na trochę ciężkiego, straszliwie bym się przy tym zmęczyła, a już się dzisiaj okropnie nabiegałam - wyjaśniła. Uśmiech kontrastował z poważnym tonem, co w zestawieniu z doborem słów mogło utrudnić odgadnięcie, czy Brenna Longbottom znowu sobie żartuje, czy mówi stuprocentową prawdę. (W gruncie rzeczy, gdyby zaczął się tutaj pojedynek, faktycznie musiałaby go przerwać, a potem zabrać tego, który ucierpiał, do skrzydła szpitalnego... ewentualnie powłóczyć się tam sama, bo z dużym prawdopodobieństwem osobą, która by oberwała, byłaby ona sama.)
- Twój śmiertelny wróg, czy jest taki złośliwy dla wszystkich? - zapytała, machając ręką w stronę schodów, którymi tamten Ślizgon odszedł. Kojarzyła go, owszem, ale głównie z widzenia. - Chyba że chodziło o mnie, w sumie to ostatnio zabijał mnie wzrokiem, jak podeszłam do stołu Slytherinu podczas śniadania... Wracasz do waszego Pokoju Wspólnego, czy idziesz na kolację? Ten drań, Irytek, a raczej wrzaski przez niego wywołane, ściągnęły mnie akurat, jak tam szłam.
Ona sama postanowiła się powoli z lochów ewakuować - póki była jakakolwiek szansa na to, że dostanie jeszcze coś ciepłego w Wielkiej Sali.
@Felician Hollow