• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[12.07.1972, dwór Zmarzłoć] I'm colder than this home

[12.07.1972, dwór Zmarzłoć] I'm colder than this home
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
17.04.2024, 02:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 12:18 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Lorraine Malfoy - osiągnięcie Piszę więc jestem

Niewielka miejscowość, położona około godziny drogi od Londynu, którą to Robert Mulciber wskazał jako miejsce, gdzie potrzebna mu była na teraz bezpieczna baza wypadowa – zawężając dodatkowo możliwość wyboru do niezbyt rozległego obszaru zaznaczonego na mapie – była podobna do wszystkich niewielkich miejscowości: to znaczy, miała to do siebie, że wszyscy jej mieszkańcy znali się tu ze wszystkimi od lat. Nowe twarze przyciągały ciekawskie spojrzenia i prowokowały niewygodne pytania. Dla nowoprzybyłych mogło się to wiązać co najwyżej ze swego rodzaju towarzyskim dyskomfortem, natomiast dla kogoś z zewnątrz, dla kogo dyskrecja była priorytetem, uniknięcie małomiasteczkowego aparatu śledczego stanowiło poważne wyzwanie. Jakże prostsze wydawało się w tej chwili życie w stolicy! Tam nikt nie zwracał uwagi na ludzi dookoła, nikt nie zadawał niepotrzebnych pytań, kiedy jego sąsiad znikał bez słowa wyjaśnienia, nikt nie dbał o to, co się dzieje w mieszkaniu za ścianą... Ciemne uliczki Londynu były rozkosznie anonimowe, stały drobnymi przestępstwami i społeczną znieczulicą, a płacz i zgrzytanie zębami towarzyszące codziennym ludzkim tragediom były zagłuszane przez zgiełk wielkiego miasta.

Zaletą całej misji było jednak to, że Lorraine miała mieć do czynienia z mugolami, a oszukanie tych pozbawionych mocy magicznej istot nie stanowiło problemu dla czarownicy. Mugole nie nakładali na swe domy żadnych zaklęć zabezpieczających, nie mogli jej zaskoczyć żadną paskudną klątwą wymierzoną w plecy, a ich prymitywna technologia wariowała w zetknięciu z potęgą magii. Wciąż, Malfoy nie zamierzała ściągać na siebie więcej uwagi, niż było to konieczne, zwłaszcza, że po konsultacji całego przedsięwzięcia ze Borginem okazało się, że rzecz rozchodziła się w dalszym ciągu o jego kłopoty z Harper Moody i ferajną. Nie zamierzała też zajmować się researchem sama: najpierw wysłała dwóch "zwiadowców" – ludzi od lat będących częścią jej siatki informacyjnej – by zorientowali się w sprawie od strony czysto technicznej. Uzyskanie planów zagospodarowania konkretnej dzielnicy okazało się dziecinnie łatwe, bo, jak zrelacjonowano jej w pospiesznym raporcie, wystarczyło w tym celu zbajerować pracownicę mugolskiego urzędu. Naoczny rekonesans pozwolił także wykluczyć domy, które absolutnie nie nadawały się na... Cokolwiek planował Robert Mulciber. "Dowolna nieruchomość"? Dobre sobie; Lorraine wykluczała kolejne domostwa, bo a to okazywało się, że dany dom zamieszkuje duża rodzina z dziećmi, a to okna wychodzą na główną drogę, a to podwórko jest jakoś tak "na widoku", że trudno byłoby ukryć obecność obcych przed wścibskimi oczyma sąsiadów... Szybka wizyta w osiedlowym sklepie – pod pretekstem poszukiwania krewnych o nazwisku wziętym z kościelnych roczników, bo wie pani, rodziny szukam, mama zawsze mówiła, że dziadek wychodził z tych okolic, może pani kojarzy, kto tutaj najdłużej mieszka – pozwoliła drugiemu z jej informatorów zorientować się w najświeżych plotkach, skandalach, scysjach, a także małomiasteczkowych układach i układzikach, zaś uzyskane podczas wywiadu środowiskowego informacje pozwoliły Lorraine jeszcze bardziej zawęzić wybór dostępnych nieruchomości.

"Dwór Zmarzłoć" – tak mówili na ten dom miejscowi. Rośnie tam wiele starych drzew – myślę, że niektóre mogą mieć z dwieście lat albo i więcej – pamiętam, że jeszcze kiedym była dzieckiem, wydawały mi się starsze od mojej prababki, a ta dożyła przecież setki, mówiła jedna ze spotkanych w parafii kobiet, jej oczy zapatrzone w odległą przeszłość. Zawsze podziwialiśmy, jak zimą oblepia je szadź, a kiedy podczas największych mrozów słońce świeciło bystro na niebie, drzewa srebrzyły się tak, jakby pokrywający je lód był złotogłowiem. Choć posiadłość rodziny Frostów mogła poszczycić się szumną nazwą "dworu", tytuł ten – niewątpliwie rozbudzający wyobraźnię - istniał tylko w świadomości mieszkańców. Zmarzłoć niespecjalnie różniła się rozmiarami od reszty większych domostw zlokalizowanych w najbliżej okolicy. Choć sam dom miał w najprostszym ujęciu dwa piętra i zaadaptowane poddasze, z zewnątrz trudno było ocenić jego konkretne rozmiary: wzniesiono go na nierównym terenie, o znacznej różnicy poziomów, co nieco zaburzało strukturę pięter, a rozeznanie w misternej konstrukcji utrudniały nieco tandetne wieżyczki wyrastające w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Słowo "dwór" odnosiło się tylko i wyłącznie do niezwykłego charakteru tego miejsca: fantazyjnie powyginane gzymsy, straszliwe rzygacze, karkołomna mieszanka stylów architektonicznych i brak jakiejkolwiek regularności w oprawie estetycznej domostwa nadawało mu przedziwny, niemalże fantastyczny wygląd, jakby wyjęto go spomiędzy kart bajek. Sama nazwa "Zmarzłoć" również brzmiała bajkowo, choć nie wszyscy mieszkańcy byli zgodni co do pochodzenia tego imienia. Większość opowiadała o rozległych nieużytkach otaczających niegdyś posiadłość Frostów – z czasem rozparcelowanych na kolejne działki – o tym, jak głęboko lód skuwał ziemię każdej zimy, a wszystkie kwiaty i krzewy obumierały, bo mroźne powietrze ścinało ich delikatne pączki, zanim te zdążyły się w pełni zawiązać, a hulający po niskim terenie wiatr przyginał je bezlitośnie do ziemi, oszczędzając tylko osłoniętą drzewami Zmarzłoć, położoną nieco na wzgórzu w stosunku do reszty domostw. Nie, sprzeciwiał się starszy mężczyzna spod cmentarza, to nie tak. Mówiliśmy "Zmarzłoć", bo wszyscy co tam mieszkali – choć to było bogate państwo, co ziemi i złota za starego króla wiele mieli – to jakoś tak... Nieszczęśliwie zmarli. Jak tam jabłka chodziliśmy czasem kraść, to zawsze mnie takie dziwne zimno przejmowało, że duch mnie tam jakiś pochwyci. W letnią noc wychodziłem stamtąd, rozdygotany – jakbym godzinę na mrozie stał i marzł, choć ja przecież tylko kilka minut na czatach byłem! – i tak się modliłem, patrząc, czy nikt nie idzie, sam nie wiedziałem, co gorsze, czy człowiek, czy jaka mara... A stara pani Frost, co tam mieszka samiusieńka, to trudno powiedzieć, czy jest bardziej tym pierwszym, czy drugim.

---

– Pani Frost? – zawołała półgłosem Lorraine, pozwalając, by masywne drzwi wejściowe zamknęły się za nią z cichym trzaskiem. Jej oczy potrzebowały chwili, by przyzwyczaić się do ciemności: przestronny przedpokój spowity był w lekkim półmroku, a jedynym źródłem światła były promienie słońca wpadające przez niewielkie przeszklenie w drzwiach frontowych, ozdobione fantazyjnym witrażem; jego kolorowe odbicie padało na podłogę wyłożoną marmurowymi płytami, zahaczając nieco o pierwsze stopnie szerokich schodów, które rozwidlały się w okalającą pokój, wysoką antresolę. W panujących dookoła ciemnościach, Lorraine nie mogła dostrzec, dokąd sięga sklepienie. Kinkiety zawieszone na ścianach spowijały pajęczyny, w lichtarzu, ustawionym na niewielkim stoliku obok wejścia, brakowało świec... Kiedy Malfoy – z dłońmi skrytymi w jasnych, letnich rękawiczkach – potarła palcem blat i dmuchnęła, dookoła niej zawirowała chmura kurzu: drobne drobinki zamigotały, unosząc się, wzburzone, w stęchłym powietrzu przedsionka, ale Lorraine nie patrzyła, jak te na powrót miękko osiadają na przestarzałych meblach – skupiła swe spojrzenie na starszej kobiecie, która wyszła jej na spotkanie.

[na charyzmę, aby skorzystać z uroku wili]
Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 4
Akcja nieudana


Mugolka cofnęła się, bardziej chyba kierowana przeczuciem niż realną obawą. Lorraine zobaczyła w jej oczach strach. Zadziwiające, że posiadają tak wysoko rozwinięty instynkt samozachowawczy, choć nie rozumieją magii, która istnieje od wieków tuż pod ich nosem, zauważyła chłodno Malfoy. A jednak, kolejne spojrzenie w stronę Lorraine wystarczyło, by kobieta wyciągnęła w jej stronę drżącą dłoń.

– Przyszłaś wreszcie! – zawołała łamiącym się głosem.

Lorraine mrugnęła, zdziwiona. Przyjrzała się uważniej kobiecie. Nie takiego powitania się spodziewała. Biedna, całkiem straciła zmysły, sama w tym strasznym domu, bo cała rodzina jej już dawno odumarła. Kiedyś to była wielka pani, ale teraz... Duch zaledwie. Ale Zmarzłoć zawsze była pełna duchów, mówili miejscowi. Chociaż na ustach kobiety błąkał się lekko nieprzytomny uśmiech, nie wyglądała na szaloną. Raczej na smutną. Tam, gdzie Lorraine spodziewała się ujrzeć wariatkę, widziała elegancko ubraną, starszą panią, w czarnej – nieco staromodnej, acz wciąż pięknej – sukni, z gładko zaczesanymi w kok, posiwiałymi włosami; staruszka sprawiała wrażenie schludnej i dosyć zadbanej, mimo, że wycierała ręce o fartuch poplamiony farbą, a na prawym policzku nosiła jakiś zielony ślad, zapewne po przypadkowym maźnięciu pędzlem. Jednym, co wybitnie zwracało uwagę w jej wyglądzie, były okulary o absurdalnie wręcz grubych szkłach, które dziwnie zniekształcały oczy w optycznej iluzji.

Lorraine uśmiechnęła się ciepło.

Nie chciała wyrządzać bezbronnej kobiecie krzywdy. Była gotowa posłużyć się magią w bardzo kontrolowany sposób, i wiedziała, że poradziłaby sobie nawet wtedy, gdyby umysł staruszki okazał się niestabilny – wbrew pozorom, umysły mugoli były w swych właściwościach bardzo podobne do tych czarodziejskich, a Malfoy miała niemałe doświadczenie z szaleństwem – liczyła jednak, że uda jej się przekonać staruszkę do opuszczenia domu na te kilka dni po dobroci, z minimalnym wykorzystaniem magii.

– Przepraszam, że zajęło mi to tak długo, pani Frost. Żałuję, że nie mogłam uprzedzić pani wcześniej.

W oczach staruszki zamigotało coś na kształt iskierek rozbawienia, a przynajmniej takie wrażenie odniosła Malfoy.

Może ta kobieta jest jednak trochę pomylona, pomyślała.

– Nic się nie stało. "Nie znacie dnia i godziny", czyż nie? – roześmiała się Cecilia Frost, puszczając klamkę drzwi, na której do tej pory zaciskała dłoń, tak, że aż zbielały jej knykcie. Obawiała się, że drżące nogi odmówią jej posłuszeństwa, ale głos spowitej w biel nieznajomej tchnął przedziwnym spokojem, co dodało jej odwagi.
– Chciałabyś może najpierw obejrzeć dom? – spytała uprzejmie. Poprawiła spadające z nosa okulary, by móc się lepiej przyjrzeć Białej Damie. Przecież wiedziała, że ten moment kiedyś nadejdzie. Nie czuła już strachu. Nie bała się śmierci.

---

Przechodziły przez kolejne pokoje, klucząc między meblami zaścielonymi przez stare prześcieradła, snując się sennie wzdłuż ścieżek wydeptanych przez dawno nieżyjących członków rodziny Frost; ich ciche głosy odbijały się echem od wyłożonych fantazyjnymi tapetami i boazerią ścian, a sylwetki – jedna spowita w czerń, druga biel – odbijały się w rozlicznych lustrach, czyniąc kobiety podobnymi do zamieszkujących mury Zmarzłoci zjaw. To nie jest dom, to grobowiec, pomyślała spokojnie Lorraine, krocząc powoli za staruszką. Nie obawiała się zmarłych. Nie bała się śmierci. Gdyby nie kurz, och!, czułaby się tutaj niemal jak u siebie – choć sama nie wiedziała, czy mówiąc "u siebie" miała na myśli wnętrze Necronomiconu, czy z nagła powracające, dziecinne wspomnienia zadłużonej rezydencji Malfoyów pod Londynem.

Choć, oczywiście, rodzinny dom Lorraine urządzony był ze smakiem, nie to co ta... "Eklektyczna" tragedikomedia architektoniczna.

– Zawsze wiedziałam, że będę malarką – mówiła Cecilia, próbując zdrapać zasychającą farbę z policzka. Przeszły przez szeroki korytarz, który służył za galerię portretów. Majestatyczne przedstawienia kolejnych pokoleń rodziny Frostów zerkały na kobiety ze ścian – wyniosłe damy i stateczne matrony, prężni kawalerowie i dostojni mężowie – wszyscy dumni, martwi i nieruchomi. – Widziałam piękno we wszystkim dookoła, bo sama byłam potwornie brzydka.

Lorraine pokręciła tylko głową.

– Pani portret temu przeczy – stwierdziła, stając przed, jak sądziła, autoportretem młodej Cecilii, o której można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była brzydka.

– Nie lubię tego obrazu, bo to ostatnie...  jedno z ostatnich przedstawień ludzkich, jakie wyszły spod mojego pędzla – przyznała niechętnie staruszka. – Cenię sobie portrety moich rodziców, rodzeństwa, mojego męża – ale oni, ach, oni! – po nich zostały mi już tylko te portrety... Nie znam natomiast tej kobiety, która siedzi na moim miejscu. Ma martwe oczy. Tak jakby już wtedy wiedziała, że za kilkanaście lat zacznie powoli tracić wzrok. I rodzinę.

Historia upadku Frostów była długa, i zawiła. Dziadkowie zmarli szybko, nigdy nie zdażyła ich poznać. Bracia poginęli na wojnie. Średnia siostra została zamordowana przez męża, który następnie skoczył z mostu, zaś młodsza – zginęła w pożarze. Matka popełniła samobójstwo. Ojciec zginął w wypadku samochodowym. Mąż umarł na gruźlicę. Lorraine, chcąc upewnić się, że staruszka rzeczywiście jest ostatnią z rodu, słuchała uważnie, i budowała w głowie nekropolię Frostów, skrupulatnie odnotowując daty śmierci poszczególnych członków rodziny na naprędce zasadzonym w gęstwinie myśli drzewie genealogicznym. Kiedy jednak słuchała barwnych opowieści Cecilii o tych wszystkich ludziach – niegdyś przecież tak pełnych życia – nagle poczuła coś na kształt wyrzutów sumienia: że dla niej, wszyscy mieszkańcy tego domu zawsze będą znaczyć tylko tyle, co drobinki kurzu, wirujące w powietrzu.

To mugole, Lorraine, oni żyją krócej od puszków pigmejskich. Roztkliwianie się nad ich nędznymi żywotami to doprawdy śmieszny sentyment.

Zmierzyła staruszkę uważnym spojrzeniem: ta, mrużąc silnie oczy, wpatrywała się w stylizowany portret mężczyzny w kwiecie wieku – zapewne swego ojca – ale Lorraine nie skupiała wzroku na obrazie, tylko na twarzy staruszki.

[na zauroczenie, aby skorzystać z legilimencji, i wniknąć do wspomnień staruszki]
Rzut PO 1d100 - 76
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 15
Akcja nieudana


– Jest tyle miłości w pani głosie, kiedy opowiada pani o swojej rodzinie – zauważyła Lorraine, z cichym westchnieniem opuszczając wspomnienia Cecilii. Ta nie wydawała się zauważać obecności w swej głowie, może dlatego, że i tak trwała pogrążona we wspomnieniach – przez chwilę wyglądała może tylko na lekko skołowaną, tak, jakby doznała wyjątkowo silnego deja vu – Malfoy potrzebowała tylko kilku chwil, by rzucić okiem na wnętrze głowy kobiety.

Zapadało między nimi milczenie.

– Jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi – odezwała się w końcu Cecilia. Wciąż miała przymknięte oczy, ale wydawała się w pełni świadoma, i nie straciła nawet wątku rozmowy. – Od kiedy pamiętam, ludzie mówili, że nie potrafię kochać. Moja matka zawsze powtarzała mi, że jestem taka, jak mój ojciec: że mam kawał lodu w miejscu, gdzie inni mają serce. A on tylko się śmiał, i mówił: "to moja królowa lodu ze Zmarzłoci"...

– To on?

– Tak. Był cenionym architektem. To był nie tylko jego zawód, ale i największa pasja. Ja gorąco pragnęłam dzielić tę pasję razem z nim, bo myślałam, że w ten sposób doceni moje artystyczne inklinacje... I nie pomyliłam się. Choć nie porzuciłam swych marzeń o malarstwie, zaczęłam wiercić ojcu dziurę w brzuchu, by przyuczył mnie podstaw rysunku technicznego. Zapełniałam kolejne szkicowniki swoimi projektami, kopiowałam zagraniczne budowle, które znałam tylko ze zdjęć w książkach i gazetach, przesiadywałam nad deską kreślarską w jego biurze. Moim pierwszy wielkim projektem było uwiecznienie całej okolicy na rysunkach z węgla. Zdobią ściany mojej starej sypialni... Teraz na prawo, jeżeli chcesz je zobaczyć.

Ostatni obraz w galerii zasłaniała biała płachta. Staruszka ominęła go bez słowa. Lorraine nie przerwała zaległego między nimi milczenia. Nie zapytała. Miała jednak pewne podejrzenia, co – a raczej kogo – mógł przedstawiać ostatni obraz Cecilii Frost. Dłuższą chwilę porządkowała w myślach to, czego dowiedziała się, zaglądając do głowy artystki. Przed oczami stanęła jej wymizerowana twarz dziewczynki ze wspomnień kobiety. Córka? Zapewne. Ona królowała w myślach kobiety. Rodzina... Tak, znała ich twarze z portretów w galerii. Byli też mężczyźni... Wszystko powoli układało się w całość.

– Po prostu wyspecjalizowała się pani w wedutach – uśmiechnęła się wyrozumiale Lorraine, pokazując na miejskie krajobrazy. – Ale mówiła pani, że przestała malować ludzi, a ja widzę, że okazjonalnie trafił się tutaj jednak jakiś pejzaż ze sztafażem. A przez wszystkie przedstawienia Zmarzłoci przewija się postać jednego mężczyzny.

– Nie kochałam go – odpowiedziało szybko Cecilia.

Kochanek, zgadła ukontentowana Lorraine.

– Zginął podczas zmagań wojennych, podobnie jak moi bracia. Byłam zła, bo zostawił mnie, i pojechał na front. Byłam zła, że porzucił nasze marzenia. Ja... Projektowałam domy, a on tworzył ogrody. Ja tworzyłam coś monumentalnego, on uzupełniał to czymś pięknym, ulotnym... – Pokręciła głową, jakby chciała odegnać od siebie te myśli. Ale go nie kochałam – zakończyła sucho.

– Kochała go pani za to, kim był pani życiu. Kochała go pani, bo wypełniał pustkę, choćby tylko na chwilę. – Lorraine nie potrzebowała legilimencji, by zrozumieć motywację kobiety. Zbyt dobrze znała to uczucie z autopsji.

Milczenie.

– Tak. – Szept Cecilii przerwał zapadłą między nimi ciszę. Starsza kobieta odwróciła na chwilę twarz. Westchnęła. – Choć ciężko przechodzi mi przez gardło to wyznanie. Ale kiedy zbliża się koniec, człowiek musi być szczerym wobec samego siebie. Przyznać się do tego, że było się okrutnym.

– To nie było okrutne. Pochodziliście z różnych światów. Pani była bogatą dziedziczką, on – biednym ogrodnikiem. Pani nigdy nie byłaby szczęśliwa, zmuszona do życia w niedostatku, a on, nawet, gdyby został zaakceptowany przez pani rodzinę, nigdy nie pozbyłby się kompleksu niższości wynikającego z takiego a nie innego urodzenia. Ten związek nie miał prawa bytu. Nie mogła pani nic zrobić. To była właściwa decyzja.

– Zanim wyjechał, powiedział mi, że nie mam serca, bo kazałam mu szczeznąć na froncie. – Staruszka nie potrafiła zamaskować goryczy w głosie.

Przynajmniej realistycznie podeszłaś do sprawy, pomyślała leniwie Lorraine. Ogrodnik – żołnierzem? Co on tam robił, zasiewał chwasty na grobach wrogów? Malfoy nie rozumiała pokrętnej logiki świata mugoli.

– Powiedział, że lodowate objęcia śmierci będą mu cieplejsze, niż moje łoże. Widzę, że się nie pomylił – zaśmiała się smutno kobieta – bo sama Śmierć usprawiedliwia mnie takimi samymi słowy, jakimi ja usprawiedliwiałam swoją obojętność. – Zwróciła błędne spojrzenie, uwięzione za szkłami okularów, w stronę Lorraine. – Jak mogę nazywać mój egoizm miłością?

Lorraine milczała. Nie sądziła, by starsza kobieta oczekiwała realnej odpowiedzi na to pytanie. Ta jednak nie odpuszczała.

– Czy mogę w ogóle powiedzieć, że kiedykolwiek kochałam?

Lorraine poczuła złość. Ta mugolka pozwalała sobie na nazbyt wiele. Mogła widzieć w Malfoy uosobienie samej śmierci, proszę bardzo, ale jej naiwne pytania i dylematy moralne nudziły ją niepomiernie. Skoro sama nie potrafiła wyciągnąć odpowiednich wniosków z tych autorefleksji, to jak jedno słowo z ust Lorraine miało ją uświadomić co do istoty rzeczy?

– Myślę, że kochała pani swoją córkę – warknęła.

Trafiła w czuły punkt. Cecilia zachwiała się,

– Ty wiesz o... Ty wiesz o Dolores? – wyszeptała.

– Ja wiem wszystko – powiedziała skromnie Lorraine.

---

Dotknęła jednej z wyblakłych, chropowatych ścian. Przez lata pokryto je tak wieloma warstwami tapety i farby, że pokój – bardziej niż dziecinną sypialnię – zaczął przypominać jątrzącą się ranę. Spod łuszczącej się, starej farby, wyglądały licznie ziarniniujące, acz wciąż nie do końca zabliźnione okaleczenia. Ich poszarpane brzegi odsłaniały odręczne malunki w kilku różnych stylach, które lepiej niż jakiekolwiek słowa oddawały historię niepełnosprawnego dziecka, trudów matki, by zapewnić jedynej córce najlepsze możliwe życie, i głębię depresji, jaka towarzyszyła kobiecie po jej śmierci. Lorraine dobrze rozumiała, dlaczego mimo upływu czasu pokój wyglądał w taki, a nie inny sposób – jak nieudolna, artystyczna skaryfikacja zakryta żałobnym kirem czarnych zasłon – sama nie była matką, była jednak córką. A choć od śmierci jej własnej matki – czy raczej kobiety, która była jej matką we wszystkim, poza prawdziwym znaczeniem tego słowa, bo przecież to nie ona dała jej życie – minęło już kilka dobrych lat, Lorraine nadal nie znalazła sposobu na wypełnienie pustki po tej stracie. Przewróciłabyś oczami, Mirando, patrząc na to szaleństwo, pomyślała czule, wspominając wykrzywioną w ironicznym, zimnym uśmiechu twarz przybranej matki, ale wiem, że nie pozostawiłoby cię to obojętną.

W zaległej między nią a Cecilią, gęstej jak nierozmieszana tempera ciszy, Lorraine kontemplowała fantazyjne malowidła zdobiące wnętrze pokoju Dolores – dzikie pnącza, drżące w pląsawiczym tańcu łodygi, powyginane linie, a wszystko tchnące jakimś dziwnym, frenetycznym obłędem – produkty chorego umysłu kobiety znękanej żałobą po śmierci jedynego dziecka.

– Obawiam się, że chyba trochę wówczas oszalałam. – Uśmiechnęła się mugolka, nieco wstydliwie, jak gdyby jej nagłe wyznanie było czymś zdrożnym. – Odejście Dolores... Zniszczyło mnie. – Choć na poznaczonej zmarszczkami twarzy kobiety pojawił się wyraz zakłopotania, Cecilia Frost nie spuściła oczu: dumnie uniosła podbródek i wyprostowała pochylone plecy.

W istocie, kiedy jej niepełnosprawna córka umarła, Cecilia długo odchodziła od zmysłów, dzień i noc czuwając przy jej łóżku, jakby miało to odwrócić czas, dopóki nie pokryła ścian dziecinnego pokoju rysunkami pokracznych motywów roślinnych. Spod zamaszyście położonej farby przebijały inne, o wiele starsze malunki – piękne, o wiele bardziej stonowane, wykonane wprawioną ręką – misterne pejzaże, opowiadające zgoła odmienną historię od tańczących w szale ekstatycznej rozpaczy, dzikich kwiatów (te przynajmniej nie mogły zwiędnąć jak nagrobna wiązanka, pomyślała nagle Lorraine): historię chorej dziewczynki, która traciła powoli wzrok, i historię jej matki, która chciała dać córce zaznać życia w prawdziwym świecie. Świecie, którego ona nie mogła zobaczyć. Lorraine widziała wspomnienia Cecilii, i to, jak mała, niedowidząca Dolores, poznawała niedostępny jej świat za pomocą obrazów swojej matki. Jak wodząc palcem po ścianie – na której wyrysowano góry, lasy, pola, doliny, rzeki, morza – wyobrażała sobie, że jest księżniczką zamkniętą w zamku, w najwyższej wieży, podziwiającej życie jakie znała z kart książek i opowieści matki. Jak pewnego dnia sama chwyciła za kredki, i zaczęła malować to, co znała najlepiej – fasadę Zmarzłoci, i ogród za oknem – okraszając to magią dziecięcych fantazji. 

Nagle, Lorraine zrozumiała, dlaczego dom Frostów wygląda jak wyjęty z baśni – nie sposób było teraz spierać się z miejscowymi, który ochrzcili to miejsce mianem "dworu" – mała Dolores uczyniła ze Zmarzłoci swoje królestwo, a jej matka stopniowo przebudowywała rodzinną siedzibę, aby jak najwierniej odtworzyć fasadę pałacu wyrysowanego ręką córeczki.

Dwór Zmarzłoć nagle wydał jej się niemal pięknym w swej brzydocie.

---

– Tylko tyle mi zostało – powiedziała smutno Cecilia, trzęsącymi się dłońmi poprawiając zwieńczenie wieżyczki na pomniejszonym modelu posiadłości, dokładnie odwzorowującym rodową siedzibę Frostów oraz okalające ją ogrody. – Nie mam siły, ani pieniędzy, by zrealizować nasze marzenia. Chciałam odwzorować możliwie najlepiej rysunki moje i Dolores... Całe życie pragnęłam zbudować coś trwałego – zamruczała. – A zostało mi tylko to: pusty dom dla lalek. Czasem śnię o tym, że Dolores bawi się tą makietą, i...

– Dobrze, że dalej pani maluje – padła zdawkowa odpowiedź, skutecznie wyrywając mugolkę z nakręcającej się spirali histerii. Lorraine pochyliła się nad makietą modelarską tuż obok pani Frost, szczerze zafascynowana jej pracą. Ta kończyła właśnie malować wyrzeźbiony z niesłychaną starannością krzak bzu.

– Tylko to mi zostało. Dom dla lalek dla mojej dziewczynki. Fasada skończona, ale brakuje jeszcze tylu detali wewnątrz. Niedługo przyjdzie mi żyć w ciemności. Ale kiedy będę po omacku obijać się o meble, przyjdzie mi zapamiętać ich kształty i rozstaw lepiej, niżbym próbowała to zrobić teraz – odetchnęła ciężko Cecilia. Odłożyła na bok grube szkło powiększające, którego używała podczas malowania. Ruchy palców kobiety były precyzyjne, kiedy umieściła ostatni z rozkwitłych krzaków naprzeciwko balkonu, na który można było wyjść z pokoju córki.

– Dopóki widzę, tworzę kwiaty. – szepnęła. – Takie, jakimi je pamiętam, zanim ogród kompletnie zdziczał. Takie, jakie Dolores lubiła najbardziej, kiedy miała wystarczająco dużo siły, by prosić mnie o to, bym pomogła jej podejść do okna. Bałam się, że nie zdążę ze wszystkim...

Staruszka zgarbiła się, i zamilkła na chwilę, tylko po to, by po chwili uśmiechnąć się znów do wpatrzonej w nią Malfoyówny.

– Nie przyszłaś, by obejrzeć dom, prawda? – spytała cicho.

– Nie – odszepnęła Lorraine, wolno postępując w stronę kobiety. Rękę dla pewności zacisnęła na różdżce, schowanej w wewnętrznej kieszeni sukni. – Nie po to przyszłam.

[na charyzmę, aby skorzystać z uroku wili]
Rzut Z 1d100 - 72
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!


– Tak myślałam. – Uśmiech, który pojawił się na twarzy Cecilii, był nieprzenikniony. – Przyszłaś, żeby mnie zabrać, prawda? – Staruszka odchyliła się na krześle z ciężkim westchnieniem ulgi. – Gdy cię zobaczyłam, wiedziałam – przyznała. – Trzy białe damy, o białych jak śmierć twarzach i białych dłoniach, zimniejszych niż śnieg. To widziała moja Dolores przed śmiercią. Mówiła, że anioły razem ze mną czuwają nad jej łóżkiem... Ale kiedy jedna z nich położyła swoją zimną dłoń na sercu mojej córki – wtedy... Wtedy Dolores odeszła.

Chociaż głos Cecilii wysadzały łzy, jej oczy były suche. Jakaż straszna była to ironia. Kobieta, które całe życie wmawiała sobie, że nie potrafi kochać, żyła tylko dla miłości.

– Ja mam ciepłe dłonie – szepnęła Lorraine.

Zdjęła rękę z różdżki. Zamiast tego, ujęła delikatnie dłoń siedzącej kobiety.

– Mogę przejść z tobą przez te wspomnienia. Mogę przenieść cię z powrotem do lat młodości, kiedy zasłona ciemności nie spowijała jeszcze twoich oczu, mogę pokazać ci ten ostatni raz twarz córki – tak, Cecilio – mogę zabrać cię w przeszłość, za którą tak tęsknisz... Ale jeszcze nie teraz.

Przez chwilę zapomniała o tym, że trzyma za rękę mugolkę. Dziwne. Czy jej dłonie różniły się czymś od dłoni Lorraine? Przez chwilę widziała w niej po prostu Cecilię, tak jak ona była po prostu Lorraine.

– Pozwól zabrać się w inne miejsce. Gdzieś, gdzie jest słońce, i kwiaty, i przestrzeń, a ściany nie zamykają się wokół ciebie jak w grobowcu.

W milczeniu, które zapadło, Lorraine odmówiła w myślach modlitwę do Staruchy: tę samą, której nauczyła ją kiedyś Miranda, prosząc o przewodnictwo duchowe, i mądrość.

Skoro wielka bogini przejmowała się losem owiec bardziej niż życiem swych wiernych wyznawców, musiała też pochylić się nad dolą mugoli, którym nie dane było nawet poznać jej imienia.

– Więc... Nie umieram? – zachrypiała kobieta, w chwili, gdy Malfoy wypowiadała w myślach ostatnie słowa litanii.

– Nie bądź głupia, Cecilio – pouczyła ją delikatnie Lorraine. Puściła dłoń staruszki.

Co za wstyd, pomyślała z niesmakiem. Co też ona sobie najlepszego myślała? Przecież będzie musiała wyrzucić te rękawiczki.

– Jedziesz na małą wycieczkę do Irlandii. Aż się prosi, by ktoś uwiecznił tamtejsze widoki w formie pejzażu. I... – zawahała się, choć tylko przez chwilę – ...weź ze sobą Dolores.

---

– Ufam, że poradzisz sobie z nakładaniem obszarowych zaklęć ochronnych i wyciszających sam. – Lorraine uśmiechnęła się uprzejmie do siedzącego naprzeciwko niej Roberta, hipnotyzującym ruchem odrzucając do tyłu swoje długie blond włosy. W obyciu zawsze była ujmująco słodka, a jej czar wili niewątpliwie stanowił dodatkowy argument w prowadzeniu wszelkiego rodzaju dyskusji biznesowych, więc ta delikatna nuta uszczypliwości, na którą sobie od czasu do czasu pozwalała, umykała większości jej rozmówców. Czy umknęła także Mulciberowi? Nie przejęła się tym zbytnio. Robert dostał to, czego sobie zażyczył, więc nie powinien mieć powodów do narzekań. Jeżeli oczekiwał czegoś innego, cóż: zawoalowana złośliwość Malfoy sugerowała, że następnym razem powinien podać więcej szczegółów dotyczących operacji i konkretnie opisać, czego sobie od niej właściwie życzy. Sama nie zamierzała robić niczego ponad to, co jej polecono, i niepotrzebnie narażać się na dodatkowe trudności – czy wręcz na irytację skrupulatnego Mulcibera, któremu zaraz coś by nie pasowało w jej modus operandi – za które nikt nie udzieliłby jej zapewne stosownej rekompensaty finansowej. – Nie sprecyzowałeś w liście, czy potrzebujesz dodatkowych usług tego typu, więc nie wychodziłam przez szereg, chyba słusznie zakładając, że pytania o to, do czego właściwie zamierzasz wykorzystać dom pani Frost, byłyby tutaj nie na miejscu – dodała spokojnie Lorraine, podnosząc się z miejsca, by zaprezentować Robertowi plany posiadłości. Dowolna nieruchomość zlokalizowana w okolicy zaznaczonej na mapie – tyle sobie zażyczył, i tyle też miał otrzymać. Malfoy obrzuciła mężczyznę chłodnym spojrzeniem, upewniając się, że ten jest w pełni skupiony na jej osobie.

– Co do praktycznych informacji. Po pierwsze, właścicielka bardzo uprzejmie użyczyła mi skreślone jej ręką plany rezydencji. Polecam zapoznać się z nimi bliżej, rozkład pomieszczeń jest dosyć specyficzny. Gdybyś ty albo... – "Twoi ludzie", chciała powiedzieć Lorraine, ale powstrzymała się, coby Mulciber się nie obraził, że ktoś mu sugeruje, że ma pod sobą stado minionów od brudnej roboty. Zawiesiła na chwilę głos, ale też obdarzyła mężczyznę krótkim, bardzo konkretnym uśmiechem – takim, który sugerował, że naprawdę jest jej absolutnie obojętne, do czego Robertowi posłuży zaproponowana przez nią lokacja – uśmiechem, który mówił, żeby oboje zgodnie przemilczeli ten moment zawahania, bo jakakolwiek dyskusja na ten temat stanowiłaby jedynie afront dla inteligencji obojga. – ...Ktokolwiek – kontynuowała, ani trochę niespeszona – miał jednak problemy z interpretacją rysunku technicznego, w gabinecie pani domu znajduje się pokaźnych rozmiarów makieta przedstawiająca wnętrze rezydencji. Bardzo pięknie odwzorowuje wszystkie detale domostwa. W rezydencji jest jedno tajne przejście – zlokalizowane we wspomnianym gabinecie, tuż obok biblioteczki – wychodzące w budynku gospodarczym obok głównego domostwa. Polecam je chwilowo zapieczętować albo stosownie obstawić. Na planie pozwoliłam sobie ponadto dodatkowo zaznaczyć najszybsze drogi ewakuacyjne, choć – to po drugie – nikt nie powinien wam przeszkadzać. Pani Frost mieszka w Zmarzłoci sama, ale nie wróci do domu przez najbliższych kilka tygodni. Wysłałam ją na krótką wycieczkę. Nie ma żyjących krewnych, którzy mogliby złożyć jej niespodziewaną wizytę. Nie utrzymuje żadnych stosunków z sąsiadami, ma opinię samotniczki. Okazjonalnie, Zmarzłoć odwiedzali zaproszeni przez nią robotnicy, architekci, konserwatorzy zabytków – ludzie zajmujący się ogólnie pojętą sztuką – dlatego nawet w przypadku większego ruchu wokół domu, sąsiedzi nie powinni się zbytnio zdziwić obecnością obcych. A po trzecie... – Lorraine położyła na biurku Roberta pęk kluczy, bardziej w symbolicznym geście, aniżeli z realnej potrzeby: w końcu odpowiednie zaklęcie czyniło najbardziej skomplikowane z mugolskich zamków całkowicie bezużytecznymi. – Powinieneś obejrzeć ogród. Jest naprawdę bardzo ładny. Nieomal tak ładny, że liczę na dodatkowe wynagrodzenie za wskazanie ci tak urokliwego miejsca. Porastają go zdziczałe drzewa i krzewy, które przez lata zdążyły stworzyć nieprzenikniony mur zieleni, chroniący posiadłość Frostów przed nawet najbardziej wścibskimi oczami. Wieczorem unosi się tam zaś czarowny zapach letniego kwiecia, i... – urwała nagle, wzruszywszy ramionami. Mężczyźni rozumieli tylko język faktów, a nie kwiatów, z których najpiękniejsze ozdabiały pustą sypialnię dawno zmarłej dziewczynki. Na poważnej dotąd twarzy Malfoy wykwitł szybki uśmiech tchnący samozadowoleniem, gdy przeniosła wzrok na twarz Mulcibera, i zwróciła się do niego z żartobliwą wyniosłością:
– Zmarzłoć jest do twojej dyspozycji, Robercie.

Mogłam powiedzieć: "jest twoja", przemknęło jej potem przez głowę. Ale wtedy bym skłamała.

Zmarzłoć była nagrobkiem, na którym wyryto nazwisko Frost.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (4615)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa