28.06.2024, 21:59 ✶
— Mnie też cieszy nasze starcie — rzucił na odchodne, prostując jednak plecy na dźwięk wycelowanej w niego groźby.
Czy powinien traktować jej słowa poważnie? Jeden pojedynek wystarczył, aby pokazać mu, że była trudną przeciwniczką. Gdyby nie limit czasowy i łut szczęścia, który pozwolił mu nieco zaburzyć równowagę sił... Zapewne dalej wiłby się zaklętym dywanie Srebrnych Różdżek, próbując wyplątać kostki z zaklętych lin. Odprowadził Phoenix wzrokiem, gdy ta zniknęła w najbliższych drzwiach, po czym skierował spojrzenie na zebraną na sali gawiedź.
Zamarł na moment, nie wiedząc, co powinien zrobić. Wygrał. O włos. Jeśli jakiekolwiek bóstwa kierowały poczynaniami czarodziejów i czarownic żyjących na tym świecie to w tym momencie sprzyjali Erikowi. Taryfa ulgowa u sił wyższych nie trwała jednak wiecznie. Przyjdzie taki moment, kiedy fortuna przestanie mu sprzyjać, a wtedy będzie musiał zawierzyć własnym umiejętnościom i przypadkowi. Ale teraz... Teraz mógł się cieszyć swoją wielką wygraną. Sukcesem, który będzie tematem numer jeden podczas spotkań, dopóki ktoś inny nie rzuci komuś wyzwania.
Longbottom wypuścił głośno powietrze z ust i wsunął różdżkę do kabury przy udzie, po czym ukłonił się w pas przed widzami, jak i Godrykiem. Jego oczy tylko na moment zaczepił o sylwetkę dziadka, aby chwilę później utkwić gdzieś ponad głowami gości. Uśmiechnął się minimalnie. Co by nie mówić to była dobra walka. Problem w tym, że dążąc do własnego zwycięstwa, najwyraźniej wyprodukował sobie swoją osobistą rywalkę... Oh, dobry Merlinie.
Zamrugał, odcinając się od własnych wspomnień. Tego się... Nie spodziewał. Jak mogłem o tym zapomnieć?, zachodził w głowę. Takich pojedynków się nie zapominało, a jednak teraz, gdy odtworzył w głowie wizję dotyczącą konfliktu z Phoenix... Miał wrażenie, jakby uratował część własnej historii przed zniknięciem w niebycie własnej pamięci. Wzdrygnął się na samą myśl.
Chociaż nawet teraz perspektywa ponownego starcia z Parkinsonówną nie napawała go jakąś wielką euforią, tak ta ambitna część jego osobowości aż rwała się do tego, aby spekulować o tym, jak to spotkanie wyglądałoby po latach. Jak bardzo ewoluowali jako czarodziej i czarownica. Czy byliby w stanie skontrować swoje ruchy z większą gracją? Opanowaniem? Co z zastawianiem pułapek na swego przeciwnika? Erik westchnął cicho i odsunął się od stoiska z wystawionymi obrazami.
Miło było wrócić do tamtego dnia, chociaż wówczas był szczerze przerażony perspektywą sromotnej porażki na oczach Godryka. Pamiętał jednak aż nazbyt dobrze, ile siły dało mu to zwycięstwo. Eh, może gdyby podczas Beltane startowałby z takiego pułapu, to byłby w stanie zrobić wówczas zrobić więcej. Lepiej przygotować Heather i Charlesa. Może przemówić paru osobom do rozsądku. Usprawnić wewnętrzne procedury Brygady Uderzeniowej i Biura Aurorów, żeby wsparcie dotarło wcześniej... Erik skrzywił się, odsuwając od siebie te przemyślenia. Przeszłości nie cofnie. Nie mógł zmienić wydarzeń z Polany Ognisk, tak jak i Phoenix - jak bardzo by tego nie chciała - nie mogła zawrócić zegara i poniżyć go przed całym klubem pojedynków. Wszyscy musieli żyć z konsekwencjami minionych dni.
Czy powinien traktować jej słowa poważnie? Jeden pojedynek wystarczył, aby pokazać mu, że była trudną przeciwniczką. Gdyby nie limit czasowy i łut szczęścia, który pozwolił mu nieco zaburzyć równowagę sił... Zapewne dalej wiłby się zaklętym dywanie Srebrnych Różdżek, próbując wyplątać kostki z zaklętych lin. Odprowadził Phoenix wzrokiem, gdy ta zniknęła w najbliższych drzwiach, po czym skierował spojrzenie na zebraną na sali gawiedź.
Zamarł na moment, nie wiedząc, co powinien zrobić. Wygrał. O włos. Jeśli jakiekolwiek bóstwa kierowały poczynaniami czarodziejów i czarownic żyjących na tym świecie to w tym momencie sprzyjali Erikowi. Taryfa ulgowa u sił wyższych nie trwała jednak wiecznie. Przyjdzie taki moment, kiedy fortuna przestanie mu sprzyjać, a wtedy będzie musiał zawierzyć własnym umiejętnościom i przypadkowi. Ale teraz... Teraz mógł się cieszyć swoją wielką wygraną. Sukcesem, który będzie tematem numer jeden podczas spotkań, dopóki ktoś inny nie rzuci komuś wyzwania.
Longbottom wypuścił głośno powietrze z ust i wsunął różdżkę do kabury przy udzie, po czym ukłonił się w pas przed widzami, jak i Godrykiem. Jego oczy tylko na moment zaczepił o sylwetkę dziadka, aby chwilę później utkwić gdzieś ponad głowami gości. Uśmiechnął się minimalnie. Co by nie mówić to była dobra walka. Problem w tym, że dążąc do własnego zwycięstwa, najwyraźniej wyprodukował sobie swoją osobistą rywalkę... Oh, dobry Merlinie.
Zamrugał, odcinając się od własnych wspomnień. Tego się... Nie spodziewał. Jak mogłem o tym zapomnieć?, zachodził w głowę. Takich pojedynków się nie zapominało, a jednak teraz, gdy odtworzył w głowie wizję dotyczącą konfliktu z Phoenix... Miał wrażenie, jakby uratował część własnej historii przed zniknięciem w niebycie własnej pamięci. Wzdrygnął się na samą myśl.
Chociaż nawet teraz perspektywa ponownego starcia z Parkinsonówną nie napawała go jakąś wielką euforią, tak ta ambitna część jego osobowości aż rwała się do tego, aby spekulować o tym, jak to spotkanie wyglądałoby po latach. Jak bardzo ewoluowali jako czarodziej i czarownica. Czy byliby w stanie skontrować swoje ruchy z większą gracją? Opanowaniem? Co z zastawianiem pułapek na swego przeciwnika? Erik westchnął cicho i odsunął się od stoiska z wystawionymi obrazami.
Miło było wrócić do tamtego dnia, chociaż wówczas był szczerze przerażony perspektywą sromotnej porażki na oczach Godryka. Pamiętał jednak aż nazbyt dobrze, ile siły dało mu to zwycięstwo. Eh, może gdyby podczas Beltane startowałby z takiego pułapu, to byłby w stanie zrobić wówczas zrobić więcej. Lepiej przygotować Heather i Charlesa. Może przemówić paru osobom do rozsądku. Usprawnić wewnętrzne procedury Brygady Uderzeniowej i Biura Aurorów, żeby wsparcie dotarło wcześniej... Erik skrzywił się, odsuwając od siebie te przemyślenia. Przeszłości nie cofnie. Nie mógł zmienić wydarzeń z Polany Ognisk, tak jak i Phoenix - jak bardzo by tego nie chciała - nie mogła zawrócić zegara i poniżyć go przed całym klubem pojedynków. Wszyscy musieli żyć z konsekwencjami minionych dni.
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞