• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[kwiecień 1971, Paryż] Pierwsze ataki Śmierciożerców

[kwiecień 1971, Paryż] Pierwsze ataki Śmierciożerców
Strateg
Strateg, szachista, detektyw
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, przystojny mężczyzna o surowych rysach twarzy, jasnych oczach i krótko przyciętych, jasnych włosach. Jego spojrzenie bywa przenikliwe, ton głosu spokojny, ale stanowczy. Porusza się z pewną wojskową dyscypliną, emanując opanowaniem i skupieniem – jak ktoś, kto więcej widział, niż mówi.

Alistair Anderson
#1
26.05.2025, 21:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2025, 17:13 przez Alistair Anderson.)  
Paryż, Francja – kwiecień 1971 roku. Miasto światła nie zasypiało nigdy naprawdę, nawet w czasach, gdy mrok coraz śmielej wkradał się w jego zakamarki. Na bulwarach Sekwany szemrały rozmowy, knajpki w magicznych zaułkach tętniły życiem, a eleganccy czarodzieje w płaszczach szytych na miarę przechadzali się pod latarniami rzucającymi ciepły, bursztynowy blask. Z pozoru wszystko wyglądało normalnie. Zbyt normalnie. Tak, jakby ktoś za wszelką cenę chciał utrzymać iluzję spokoju.
Alistair Anderson nie przyjechał tu tylko po to, by rozgrywać partie szachów czarodziejów. Choć oficjalnie był reprezentantem Wielkiej Brytanii na prestiżowym turnieju międzynarodowym, nieoficjalnie – miał jeszcze jedno zadanie. Polecenie otrzymał drogą, której nie powierza się pergaminowi. Miał przyjrzeć się uważnie delegacji radzieckiej. Wśród ich sekundantów podejrzewano obecność zamaskowanych śmierciożerców.
Z okna swojego pokoju hotelowego przy Rue du Bac, Alistair widział dachy Paryża i białą kopułę Sacré-Cœur w oddali. Pod jego dłonią spoczywała stara, drewniana szachownica – ta sama, na której jako dziecko ogrywał każdego, kto odważył się usiąść naprzeciwko. Teraz pionki i figury – drobne, ręcznie rzeźbione, z żywicy i srebra – milczały. Było coś dziwnie znajomego w tym bezruchu.
Turniej miał rozpocząć się nazajutrz w Salle Magique, jednej z najbardziej znanych paryskich sal zaklętych – ukrytej przed wzrokiem mugoli i zbudowanej wśród starych murów opactwa. Oficjalnie zaproszono najlepszych graczy z całej Europy. Nieoficjalnie – stawka była większa niż tytuł mistrza kontynentu. Zakon Feniksa podejrzewał, że radzieccy czarodzieje próbują wykorzystać turniej do zorganizowania zamachu na ważne osoby francuskiego podziemia magicznego.
Anderson przeszedł się po pokoju, przystanął przy walizce i wyjął z niej składany raport. Nie było w nim wiele – tylko krótkie nazwiska sekundantów z delegacji radzieckiej. Żadne z nich nie figurowało w oficjalnych rejestrach Ministerstwa Magii. W dodatku ich tożsamości zmieniały się na przestrzeni lat. Jeden z nich był kiedyś obserwowany przez aurorów. Inny – rzekomo zmarł trzy lata temu. Dziwny przypadek, prawda?
Zanim Alistair poszedł spać, rzucił jedno zaklęcie ochronne na drzwi i sprawdził jeszcze raz różdżkę. W ciszy, jaka zapanowała, kiedy Paryż szeptał swoje sekrety przez ściany starych kamienic, pomyślał o tym, co nadejdzie.
Wiedział, że ta rozgrywka będzie miała więcej niż jedną planszę. I nie wszystkie pionki będą widoczne od początku.
Turniej trwał już drugi dzień. Alistair zdążył zagrać dwa solidne pojedynki – jeden z Niemcem o twarzy kamiennej jak smok z Norymbergi, drugi z młodym Włochem, który najwyraźniej bardziej dbał o fryzurę niż o przewidywanie ruchów przeciwnika. Obie partie wygrał bez większego trudu.
Ale nie po zwycięstwa przyjechał.
Tego dnia spacerował dłużej między stołami. Oficjalnie obserwował grę. Nieoficjalnie – wypatrywał czegokolwiek. Zwracał uwagę na spojrzenia. Na gesty. Na to, kto wychodzi z sali i ile czasu nie wraca.
Zatrzymał się przy jednej z partii, gdzie grał Wiktor Gorienko – radziecki mistrz, człowiek o spojrzeniu martwym jak jezioro w zimie. Obok niego siedział sekundant. Ten sam, który poprzedniego dnia miał sygnet z czarnym oczkiem. Dziś sygnetu nie było. Ale Alistair widział coś innego – lekki błysk zaklęcia niewerbalnego. Subtelny ruch palców pod stołem.
Nie był pewien, co to było. Protekcja? Komunikat? Magiczne podszepty? Nie mógł zareagować. Nie miał podstaw, by przerwać grę.
Po południu poszedł do pobliskiej kawiarni. Tam umówił się z Adrienem Delacourtem. W półmroku salki dla czarodziejów, w której lustra pokazywały to, co dzieje się kilka ulic dalej, pili czarną kawę bez cukru.
— Coś jest nie tak — powiedział Alistair. — Jeden z sekundantów rzucił czar w trakcie gry. Niewerbalnie. Być może subtelnie, ale rzucił.
Adrien skinął głową. — Nie jesteś jedynym, który coś zauważył. Rano w jednej z szatni znaleźliśmy wypalone linie runiczne. Ktoś próbował otworzyć portal między tu a jakimś punktem w rejonie Katakumb.
— Myślisz, że szykują się do czegoś dużego?
— Myślę — odpowiedział Adrien — że to dopiero przygotowanie. Dziś wieczorem ktoś będzie się przemieszczał.
Anderson wypił łyk kawy. Czuł, jak rośnie napięcie. Partie szachowe były coraz bardziej przewidywalne. Ale to, co działo się za kulisami – nie. W tej grze nie chodziło o królową. Chodziło o coś znacznie większego.
I czuł, że lada chwila padnie pierwszy ruch decydujący o wszystkim.
Nazajutrz Sala Magique wypełniła się po brzegi. Zaklęte świeczniki unosiły się pod kopułą, rzucając równomierne światło na polerowaną podłogę z czarnego marmuru. W powietrzu unosił się aromat dymu tytoniowego i drogich eliksirów do włosów, którymi pachnieli francuscy organizatorzy. Alistair wszedł do środka bez pośpiechu, niosąc pod pachą futerał ze swoją własną, zaczarowaną szachownicą.
Z daleka dostrzegł delegację radziecką. Ubrani schludnie, niemal identycznie, mężczyźni mieli kamienne twarze i puste spojrzenia. Dwóch sekundantów nie rozmawiało z nikim. Jeden z nich nerwowo pocierał sygnet z czarnym oczkiem. Niby szczegół, ale Alistair nie zapominał szczegółów.
Podczas oficjalnego otwarcia zdołał zamienić kilka słów z Adrienem Delacourtem, francuskim czarodziejem-pisarzem i zakamuflowanym członkiem Zakonu Feniksa. Spotkali się już wcześniej na odprawie w podziemiach Luwru. Teraz tylko skinęli sobie głowami. Ich oczy wystarczyły za całą rozmowę.
— Będą dziś próbować — szepnął Adrien, kiedy przeszli obok siebie. — Sala z portretami. Wieczorem.
Anderson odłożył futerał i wyprostował się. Miał grać w rundzie szóstego dnia, ale najważniejsza rozgrywka toczyła się gdzie indziej. Czuł, że napięcie rośnie – w rozmowach, w ruchach różdżek dookoła, w spojrzeniach wymienianych ponad filiżankami kawy. Magiczny turniej był tylko przykrywką.
Gdy nadszedł wieczór, Alistair spotkał się z Adrienem w bocznym korytarzu prowadzącym do sali z portretami. Ściany pokrywały stare płótna mówiących obrazów, które burczały z niezadowoleniem, gdy zakłócano ich spokój. Dwóch francuskich czarodziejów czekało w środku – powiązanych z ruchem oporu i obserwowanych od tygodni.
To miała być zasadzka.
Gdy tylko zamknęły się drzwi, powietrze przeszył huk zaklęcia. Trzy sylwetki w czarnych pelerynach zmaterializowały się jakby z powietrza – zakapturzone, twarze ukryte pod zaklęciem cienia. Śmierciożercy.
— Protego! — ryknął Anderson, zasłaniając jednego z czarodziejów przed zaklęciem ciętym. Fioletowy promień roztrzaskał kolumnę obok.
Adrien rzucał zaklęcia z niesamowitą szybkością. — Expulso! Petrificus Totalus!
Walka trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale każda sekunda była jak partia z kilkunastoma możliwymi wariantami. Alistair był wojownikiem – wiedział, jak planować ruchy, jak przewidzieć ruch przeciwnika. Unik, zaklęcie, osłona, przejście w lewo. Przewrócił jeden ze stojących w kącie globusów – kula eksplodowała błękitnym światłem, dając chwilowe zamieszanie.
Jeden ze Śmierciożerców próbował ucieczki – ale trafił na Adriena.
— Incarcerous! — wrzasnął Francuz, pętając go łańcuchami magicznymi.
Drugi padł trafiony zaklęciem oszałamiającym. — Stupefy! — rzucił Alistair, celując precyzyjnie.
Trzeci został trafiony kombinacją Expelliarmusa i Petrificusa – najpierw wypadła mu różdżka, potem znieruchomiał i runął jak manekin na posadzkę.
Po chwili wszystko ucichło. Trzej Śmierciożercy byli unieszkodliwieni, związani i pozbawieni różdżek. Po zdjęciu maski... tak, zgadzało się. To był jeden z radzieckich sekundantów.
Alistair nie czuł triumfu. Wiedział, że to nie koniec – tylko pierwszy ruch w dłuższej partii. Ale Francuzi żyli. Misja została wykonana.
I to się liczyło.
Alistair ledwo przespał kilka godzin po dramatycznych wydarzeniach nocy. Wciąż miał w oczach błyski zaklęć i dym unoszący się nad obezwładnionymi przeciwnikami. Spędził ranek na przekazywaniu informacji Ministrowi Magii Francji oraz Zakonnym łącznikom. Potem długo rozmawiał z Adrienem Delacourtem – wyciągali wnioski, analizowali runy i resztki magicznych śladów pozostawionych przez Śmierciożerców. Przekazane przez Alistaira informacje okazały się kluczowe – nie tylko potwierdziły podejrzenia wobec radzieckich szachistów, ale także ujawniły nazwiska nowych sojuszników Voldemorta na zachodzie Europy.
Teraz jednak czekała go partia – finałowa gra turnieju z Leonidem Iljinem, radzieckim arcymistrzem, postacią równie kontrowersyjną co tajemniczą. Iljin zbliżył się do Alistaira przed rozpoczęciem rozgrywki i z zimnym uśmiechem rzucił:
— Gratuluję nocnej aktywności, towarzyszu. Mam nadzieję, że dziś nie zabraknie panu koncentracji.
Alistair tylko skinął głową. Zacisnął zęby. Wzbierała w nim złość, bo wiedział, że radziecki arcymistrz jest w to wszystko zamieszany – tylko nic nie mógł zrobić. Nie miał dowodów. Czuł każdą nieprzespaną godzinę i każde zaklęcie odbite przez tarczę. Emocjonalne napięcie, jakie towarzyszyło mu od wczoraj, zaczynało zbierać swoje żniwo. Usiadł przy desce.
Grał czarnymi. Przez pierwsze posunięcia zachowywał zimną krew:
1.c4 g6 2.d4 Sf6 3.Sc3 d5 4.Sf3 Gg7 5.Hb3 dxc4 6.Hxc4 O-O
Wybiera klasyczne ustawienie – chce zminimalizować ryzyko i nie otwierać się zbyt wcześnie. Czuje jednak presję.
7.e4 Gg4 8.Ge3 Sfd7 9.Ge2 Sc6 10.Wd1 Sb6 11.Hc5 Hd6
Iljin manewruje, próbuje wywabić go z równowagi. Alistair odpowiada precyzyjnie, choć coraz bardziej traci czucie tempa. Potem pojawia się błąd:
12.h3 Gxf3 13.gxf3 Wfd8 14.d5 Se5
— Zbyt agresywnie – pomyślał.
15.Sb5 Hf6 16.f4 Sed7 17.e5 Hxf4 18.Gxf4 Sxc5
Gra się zaostrza. Alistair poświęca figurę, licząc na kontratak.
19.Sxc7 Wac8 20.d6 exd6 21.exd6 Gxb2 22.O-O Sbd7
Czuje się dobrze – zyskał przestrzeń, gra jest otwarta, ale nie dostrzega jednego z posunięć przeciwnika.
23.Wd5 b6 24.Gf3 Se6 25.Sxe6 fxe6 26.Wd3 Sc5
Zaczyna tracić inicjatywę. Czuje, że popełnia błędy, ale nie może już ich zatrzymać.
27.We3 e5 28.Gxe5 Gxe5 29.Wxe5 Wxd6
Remis coraz bliżej. Iljin zamienia presję na konkrety. Anderson szuka ostatnich szans.
30.We7 Wd7 31.Wxd7 Sxd7 32.Gg4 Wc7 33.We1 Kf7 34.Kg2 Sc5 35.We3 We7 36.Wf3+ Kg7 37.Wc3 We4 38.Gd1 Wd4 39.Gc2 Kf6 40.Kf3 Kg5
— Skup się. Jeszcze nie wszystko stracone — myśli gorączkowo.
41.Kg3 Se4+ 42.Gxe4 Wxe4 43.Wa3 We7 44.Wf3 Wc7 45.a4 Wc5 46.Wf7 Wa5 47.Wxh7 Wxa4 48.h4+ Kf5 49.Wf7+ Ke5 50.Wg7 Wa1 51.Kf3 b5 52.h5 Wa3+ 53.Kg2 gxh5 54.Wg5+ Kd6 55.Wxb5 h4
Pozycja robi się klarowna – przewaga niknie. Alistair wie, że teraz walczy nie o wygraną, ale o twarz.
56.f4 Kc6 57.Wb8 h3+ 58.Kh2 a5 59.f5 Kc7 60.Wb5 Kd6 61.f6 Ke6 62.Wb6+ Kf7 63.Wa6 Kg6 64.Wc6 a4 65.Wa6 Kf7 66.Wc6 Wd3 67.Wa6 a3 68.Kg1 ½-½
Remis.
Partia, mimo taktycznych prób Alistaira, zakończyła się remisem. I to bolało. Miał przewagę psychologiczną, znał wszystkie warianty – ale głowa pulsowała bólem, ręce drżały przy najprostszych posunięciach. W końcówce zagrał zbyt pasywnie. Stracił rytm. Gdyby tylko miał kilka godzin snu więcej…
Iljin wyciągnął rękę po partii z nienaturalnym spokojem.
— Dobra gra – powiedział. – Chociaż spodziewałem się czegoś więcej.
Anderson przez ułamek sekundy zawahał się, czy nie rzucić czegoś dosadnego. W końcu tylko skinął głową i wyszedł bez słowa z sali.
Dziennikarze dopadli go niemal od razu.
— Panie Anderson! Jak oceni pan dzisiejszą partię? Czy to był godny przeciwnik?
Alistair spojrzał prosto w obiektyw jednego z magicznych aparatów.
— On mnie oszukał — rzucił krótko, nie wyjaśniając nic więcej.
Bo nie chodziło o partię.
Chodziło o wszystko inne.
Po partii nie wrócił od razu do hotelu. Przeszedł się jeszcze raz przez opustoszałe ulice Paryża, gdzie światło latarni rozlewało się na bruk jak rozmyty atrament. W jego myślach wciąż trwała partia – każde posunięcie Iljina pulsowało w głowie niczym echo błędów, których nie powinien popełnić. Wiedział, że przegrał coś więcej niż zwykłą szansę na zwycięstwo przy szachownicy.
To nie był tylko remis. To był znak. Ostrzeżenie.
Walka wczorajszej nocy, uścisk dłoni Iljina, ironiczne słowa rzucone przed rozpoczęciem gry – wszystko to było fragmentem większej układanki, której jeszcze nie potrafił w pełni zrozumieć. Ale czuł – głęboko, boleśnie – że ci, których obezwładnił w ruinach kamienicy, byli tylko pionkami. Iljin? Być może figura. Ale król wciąż był ukryty.
Usiadł w cieniu jednej z paryskich kamienic i wbił wzrok w ciemność. Dłoń trzymająca różdżkę lekko drżała. Nie ze strachu. Ze złości. Z frustracji. Z determinacji.
Nie mógł sobie pozwolić na podobną słabość następnym razem. Bo będzie następny raz. Voldemort nie pozwoli na ciszę zbyt długo. I Zakon też nie może.
Zamknął oczy i westchnął głęboko.
„Tylko pionki zostały zbite. Gra dopiero się zaczyna.”
Wstał, otrzepał płaszcz i ruszył w stronę świateł. Miał jeszcze raport do napisania. I kilka rzeczy do przeanalizowania.
Alistair Anderson nie zamierzał przegrać kolejnej partii.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alistair Anderson (1874)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa