18.01.2026, 22:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:45 przez Lorraine Malfoy.)
Mieszkanie Caina Fawleya
"Nie mogę się do ciebie odzywać", syknęła do niego kiedyś, kiedy siedziała na cmentarzu, zaplatając wianki z pokrzyw. "Umrę, jeżeli się odezwę!" Wcale nie dlatego, że była na niego obrażona, o nie, Lorraine wcale nie była obrażona. Bo to przecież nie była wina Caina, że nie spędzał z nią tyle czasu, co dotychczas. W tym roku zaczął chodzić do szkoły, mógł więc mieć nowych przyjaciół. Pewnie lepszych od niej, pomyślała poirytowana, puszczając najpierw piekący listek pokrzywy, a potem wodze wyobraźni. Wyobrażała już sobie Caina w gronie przyjaciół, przed którymi mógł popisywać się swoją nową różdżką, włóczyć się po ścieżkach Lasu Wisielców – ich lasu, bo to był przecież ich las, pomyślała ze złością, oni byli stróżami jego zmarłych, opiekunami leśnych bezdroży, żałobnikami pośród głuszy! – a potem wracać do położonej na jego obrzeżach bazy wypadowej, tuż przy cmentarzu.
Przycupnięta obok zapomnianego nagrobka półwila pozwoliła, aby długie, jasnoblond włosy zasłoniły jej twarz, separując ją od reszty świata. Zawsze tak robiła, gdy nie chciała zwracać na siebie uwagi, choć ostatnio zdawało się to być coraz trudniejszym. Nie wstała jednak, żeby odsunąć się od stojącego przy niej Caina, bo przecież wcale nie była na niego obrażona. Wcale a wcale, chociaż znowu zachowywał się jakoś dziwnie. Czasem, gdy z nim rozmawiała, odnosiła wrażenie, jak gdyby miała do czynienia z dwiema zupełnie różnymi osobami. Pewnie tylko udawał, że ją lubi, dokładnie tak jak mówiła Miranda. Miranda zawsze powtarzała, że ludzie są dwulicowi, że tylko czekają, aby móc kogoś skrzywdzić albo wykorzystać. Mała męczennica milczała więc, z poświęceniem parząc sobie palce pokrzywami, choć miała ochotę powiedzieć Cainowi, żeby sobie poszedł, bo nie ma mu nic do powiedzenia. A już na pewno nie chce mu powiedzieć o nowej baśni, którą napisał jej ojciec. Baśni o wili, która chciała ocalić swe wile siostry, podstępem przemienione w łabędzie. Był tylko jeden sposób, żeby zdjąć klątwę. Wila musiała upleść wianek z pokrzyw zebranych w pełnię księżyca, a potem włożyć ów wianek na czoło czarnoksiężnika, który odebrał jej siostrom wolność. Siedziała więc pośrodku jeziora, pochłonięta pracą. Siedziała, i plotła wianki, a gdy plotła, śpiewała. Śpiewała psalm żałobny, który miał zwiastować czarnoksiężnikowi śmierć. Śpiewała tak pięknie, że stojący na brzegu jeziora czarnoksiężnik, który usłyszał jej głos, zakochał się w wili do szaleństwa. Nie mogąc znieść dłuższej rozłąki, przemienił się w czarnego łabędzia, żeby dołączyć do swej ukochanej. Ta, widząc to, zapłakała boleśnie, rozumiejąc, że nie wróci już wilej postaci swym siostrom. Sama przywdziała więc wianek z pokrzyw, pogrążona w rozpaczy, i umarła, a głos jej przejął czarny łabędź, który na wieki miał już śpiewać jej żałobną pieśń.
Lorraine nie podobało się to zakończenie. To znaczy, podobało jej się bardzo, bo było bardzo smutne i poetyckie, ale chciała napisać własne. Chciała napisać zakończenie, w którym wila żyje. Wiedziała przecież, w którym miejscu należało dokonać narracyjnej alteracji. Wilę zgubił jej głos, Lorraine nie mogła więc odezwać się choćby słowem... Choć było to trudniejszym, aniżeli się tego mogła spodziewać.
"Przecież mówiłam, że nie mogę mówić!", warknęła w końcu, poderwawszy się na nogi, gdy krzywy wianek z pokrzyw rozpadł się nagle w jej rękach. Chciała zabrzmieć stanowczo, ale wyszło żałośnie i piskliwie. A Cain uśmiechnął się do niej tym okropnym, pobłażliwym uśmieszkiem, o którym sądził, że czyni go przystojnym... A czynił go zwyczajnie głupim. Ale i tak nie mógł się równać w tym polu z Lorraine. Nie, zrozumiała, to ona była głupia. Głupia Lorraine z głupim wiankiem i swoimi głupimi bajkami o łabędziach. Wokół nie było żadnego łabędzia, był tylko głupi balet głupiego Czajkowskiego, którego nie przećwiczyła, chociaż Miranda kazała jej ćwiczyć na tej głupiej planszy udającej pianino, dopóki nie opanuje melodii na sucho. A nie opanowała jej, bo była głupia, i nie opanuje jej, bo poparzyła sobie głupimi pokrzywami głupie palce. Głupia, głupia, głupia!
Przypomniała sobie o tym wszystkim, gdy objąwszy rękami ramiona czekała, aż Cain otworzy jej wreszcie drzwi. Zniekształcone przez legilimencję wspomnienia zawsze powracały do niej w tych dziwnych momentach zawieszenia i niepewności. Czasem nie była pewna, co wydarzyło się naprawdę, a co było wymyślonym. Zbyt głęboko w jej głowę sięgnęła swą magią macocha. Lorraine nie pamiętała ciągu dalszego. Ale przecież musiał być ciąg dalszy, skoro stała przed tymi właśnie drzwiami.
Nie pamiętała, co stało się z odparzonymi przez pokrzywę palcami, ale pamiętała, że nie umiała zbyt długo udawać obrażonej. Nigdy nie umiała długo się nie odzywać z Cainem... Wtedy jeszcze tylko Cainem, bo o istnieniu Abla dowiedziała się potem.
Nie, nigdy dotąd nie odzywała się do niego tak długo. Do nich, poprawiła się pedantycznie. Nie odzywała się do nich od czasu śmierci Mirandy. Nie odzywała się od lipca... Chociaż prawda była taka, że od pogrzebu macochy Lorraine nie odzywała się niemal do nikogo spoza rodziny. Zadrżała, gdy wreszcie otworzyły się przed nią drzwi. Weszła do środka wraz z listopadowym chłodem.