• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [21.09] Salt-N-Pepa

[21.09] Salt-N-Pepa
traumwelt prince
she's the definition of a bad bitch
stole her heart,
so I'm the definition of a bandit
wiek
29
sława
VII
krew
czysta
genetyka
wybraniec Maponosa
zawód
rzępoła

Laetian Zabini
#1
28.10.2026, 21:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2026, 16:41 przez Laetian Zabini.)  

Właściwy problem nie zaczął się jeszcze od nieobecności Tonyi na przymiarkach kostiumów do nowego cyklu koncertów. Mógłby to przełknąć, niby drobiazg, spóźniona artystka i kilka godzin przesuniętych w grafiku. Jednak w praktyce wystarczyło, by całe przedsięwzięcie straciło sens, zanim zdążyło się na dobre rozpocząć. Umówiona kostiumografka przybyła przygotowana, z własnymi szkicami, pomysłami i próbkami tkanin. Była bardzo profesjonalna, bardziej niż mógłby zakładać zważywszy na to ile wynegocjował ich menager. Tymczasem główna zainteresowana nie raczyła się pojawić, manager nie potrafił udzielić żadnych konkretnych wyjaśnień, a Laetian musiał wysłuchiwać coraz bardziej oburzonych uwag kobiety, która słusznie nie zamierzała projektować scenicznego wizerunku na podstawie domysłów. Mieli przecież wspólnie ustalić motyw przewodni, paletę barw, całą resztę szczegółów, od których należało rozpocząć przygotowania do nadchodzących występów. Bez Tonyi nie było jednak o czym rozmawiać, racja? To na niej, w przytłaczającej mierze, miały spocząć spragnione spojrzenia publiczności. Jej strój wyznaczał kierunek, w którym należało poprowadzić resztę kostiumów, a dopiero później można było myśleć o scenicznej oprawie. Próba odwrócenia tej kolejności słusznie oburzyła opłaconą projektantkę. Laetian nie rozumiał, co właściwie się wydarzyło. Nie wiedział, dlaczego Tonya nie przyszła, dlaczego manager nie potrafił zapanować nad sytuacją ani dlaczego cała odpowiedzialność za zmarnowane popołudnie zdawała się spadać właśnie na niego. Owszem, istniała pewna możliwość, choć nie miał ochoty przyznawać jej zbyt wiele prawdopodobieństwa. Tonya mogła zwyczajnie obrazić się na niego i resztę ekipy po ich ostatniej sprzeczce o wybór kostiumografa. Pamiętał, że bardzo zależało jej wówczas na kogoś związanego z rodem Rosierów, chyba nawet miała na to jakiś cwany pomysł, Laetian zaś odmówił, twierdząc, że to nieodpowiedni wybór dla niej. Być może popełnił błąd, ujmując sprawę właśnie w ten sposób. Nie chodziło przecież o jej gust ani o kompetencje polecanej osoby. Chodziło o ryzyko. Współpracował z ludźmi z otoczenia Rosierów wystarczająco wiele razy, by nie mieć złudzeń, że ktoś z nich mógłby rozpoznać go w zespole, a na to nie zamierzał sobie pozwolić. Nie teraz, kiedy tyle wysiłku kosztowało go utrzymanie pewnych spraw w tajemnicy. Nie chciał jednak powiedzieć Tonyi prawdy, więc próbował zasłonić ją argumentem, który musiał zabrzmieć jak protekcjonalna ocena jej własnych decyzji. Coraz częście, trudno było mu znaleźć wspólny język, ilekroć rozmowa schodziła na drażliwe kwestie. Oboje mieli swoje racje, oboje potrafili być uparci, a każde niedopowiedzenie szybko obrastało w kolejne pretensje.

Dopiero kiedy Ofelia przyznała, że sama nie ma pojęcia, co stało się z ich przyjaciółką, Laetian przestał traktować sytuacje jak zwykły organizacyjny bałagan. Do tej pory mógł jeszcze łudzić się, że Tonya po prostu postanowiła kazać im się szukać, za karę. Była przecież upartą indywidualistką, a ustalenie, gdzie aktualnie przebywa, graniczyło z cudem. Tym razem jednak nieobecność zaczynała ciążyć mu znacznie bardziej. Skoro nawet Ofelia nie potrafiła niczego wyjaśnić, sytuacja robiła się naprawdę nieciekawa. Ostatnimi czasy na ludzi spadało wystarczająco wiele nieszczęść, by zwykłe karanie milczeniem miało być po prostu nauczką. Laetianowi przemknęły przez głowę scenariusze, których wolałby nie rozważać, ale kiedy raz dopuścił je do siebie, nie potrafił już tak łatwo się ich pozbyć. Przestraszył się. Zdecydował więc, że manager powinien sprawdzić szpitale. Sam nie zamierzał się tym zajmować, ze swoją znaną mordą rozpytywać się o mugolacką dziewczynę. To zbyt ryzykowne. Wolał pozostawić tę część zadania komuś, komu płacił między innymi za rozwiązywanie problemów, których nie miał ochoty rozwiązywać osobiście. Na szczęście poszukiwania przyniosły odpowiedź, choć miejsce, w którym ostatecznie odnaleziono Tonyę, znajdowało się daleko poza zasięgiem jego przypuszczeń. Areszt. Oczywiście. Przez chwilę Laetian miał ochotę uznać to za wyjątkowo niesmaczny żart losu, ale ulga, że dziewczyna żyje i nie leży bezradnie na szpitalnym łóżku, okazała się silniejsza od irytacji.

Kaucję opłacił bez najmniejszego wahania. Nie było mowy, żeby Tonya spędziła za kratami choćby minutę dłużej. Galeony przekazał managerowi, podobnie jak wszystkie instrukcje dotyczące uregulowania należności, bo skoro można było oszczędzić kolejnych plotek, to wybór był oczywisty. Wystarczyło, że przez ostatnie godziny zdążył się o nią niepokoić. Resztę mógł załatwić ktoś inny. Ostatecznie jedyne, na co potrafił się zdobyć, to osobiste odebranie Tonyi spod aresztu. Chciał zobaczyć ją na własne oczy, upewnić się, że nic jej nie dolega, a przede wszystkim dowiedzieć się od niej samej, co właściwie się wydarzyło. Żadne domysły, ani policyjne wyjaśnienia nie interesowały go bardziej od tego co mógł usłyszeć od swojej wokalistki. Na szczęście okoliczności sprzyjały bo, zwolnienie Tonyi przewidziano dopiero w środku nocy. Może to z uprzedzeń do jej pochodzenia, albo z natłoku pracy oficerów. Dla niego jednak znacznie wygodniejsze i bezpieczniejsze. Wynajął więc zaczarowany samochód i kazał kierowcy zatrzymać się po drugiej stronie ulicy, skąd miał dobry widok na wejście do aresztu. Sam wysiadł, odprawiając go na razie krótkim poleceniem, po czym zajął miejsce przy krawężniku. Noc była chłodna,  Laetian trzymał w rękach płaszcz przygotowany dla Tonyi, bezwiednie gniotąc materiał palcami. Gest zdradzał pewną nerwowość, której zapewne nie przyznałby nawet pod przymusem. Nie wiedział, w jakim stanie wyjdzie dziewczyna, czy będzie zmarznięta, roztrzęsiona, wściekła, czy może zupełnie coś nieprzewidywalnego.
Drzwi aresztu ustąpiły wreszcie z nieprzyjemnym skrzypnięciem, wypuszczając na ulicę najpierw urzędnika, a zaraz po nim Tonyę Bell. Laetian wyprostował się odruchowo, jakby przyłapano go na czymś znacznie bardziej kompromitującym niż nocne wyczekiwanie na towarzyszkę. Przez krótką chwilę po prostu się jej przyglądał, próbując ocenić, czy poza okolicznościami jej wyjścia wszystko z nią w porządku. Dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo ostatnie godziny dały mu się we znaki. Nie zamierzał się do tego przyznawać, rzecz jasna, ale nerwowe zaciśnięcie palców na trzymanym płaszczu i nieco zbyt szybki krok, którym ruszył w jej stronę, zdradzały go skuteczniej, niż byłby skłonny zaakceptować. - Na Merlina, Tonya. Przestraszyłaś nas wszystkich. W jego głosie pobrzmiewała ulga, choć podszyta napięciem, którego nie zdołał całkowicie ukryć. Zatrzymał się tuż przed nią, omiatając ją spojrzeniem, jakby dopiero teraz mógł upewnić się, że naprawdę stoi przed nim cała i zdrowa. Zaraz potem rozłożył płaszcz, który przez ostatnie kilkanaście minut zdążył niemal doszczętnie pognieść w dłoniach, i bez pytania okrył nim ramiona kobiety. - Powiedz, że to tylko pomyłka. Zbyt wiele pytań cisnęło mu się na usta, zbyt długo wyobrażał sobie rozmaite scenariusze, by teraz udawać, że cała sprawa była jedynie zabawnym nieporozumieniem. Westchnął cicho i przeczesał palcami włosy, odwracając na moment wzrok na auto czekające po drugiej stronie ulicy.


hannah montana
Ona jest małą ściemniarą,
francą, wróblicą, cwaniarą.
Plącze nam nogi i mówi idź!
wiek
27
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
cyrkowiec, wokalistka, oszustka
Dość wysoka jak na kobietę (172 cm), szczupła i wysportowana. Spędza dużo czasu na słońcu i świeżym powietrzu, więc może się pochwalić ładnie opaloną cerą i zdrowo zarumienioną twarzą. Zielone oczy przetykane piwnymi niteczkami są pełne życia i energii. Ma jasnobrązowe, proste włosy; nosi je zwykle rozpuszczone. Sama podcina sobie grzywkę. Tonya emanuje niewymuszoną charyzmą; już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie sympatycznej osoby, do której nie strach odezwać się na ulicy. Jest konwencjonalnie atrakcyjną kobietą. Częściej widuje się ją ubraną po mugolsku niż czarodziejsku, mimo że posiada komplet klasycznych szat. Ma dobre wyczucie stylu, nie boi się eksperymentować z ubraniami i dodatkami. Czasem można ją spotkać w makijażu, także tym wyrazistym i kolorowym, oraz z pomalowanymi paznokciami. Wybiera perfumy, w których dominuje wanilia.

Tonya Bell
#2
01.11.2026, 01:02  ✶  
Większość cyrkowców kradła. Tonya dorastała, chichocząc, gdy podpatrywała, jak zręczne paluszki braci i sióstr znikają pod połami i w kieszeniach wierzchnich szat widzów Fantasmagorii. Znikały paluszki, znikały sakiewki. Skradzione dobra stanowiły regularną część ich dochodu. Taki był napiwek za porywające show Bellów. O co wielka afera?
To też nie byłaby wielka afera, gdyby nie splot kilku wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Tonya wiedziała, jak i ile kraść, żeby w razie problemów skończyło się na mandacie. Amatorką nie była, zęby zjadła na wynoszeniu łaszków ze sklepów.

Zwiedzała akurat jeden ze swoich ulubionych butików na Pokątnej, taka średnia półka cenowa, nic szczególnie wyszukanego, bo też paradowanie przez Bellównę w zbyt drogich szatkach szczególnie mądre nie było (choć jakie kuszące). Połasiła się tym razem na jesienny komplecik z pelerynką obszytą przy kołnierzu magicznymi kamieniami. Ekspedientka miała farta; przyłapała złodziejkę w samych drzwiach. Padło nieubłagane, że wzywamy Brygadę, mimo że Tonya przekonywała do samego końca, że to pomyłka.
No trudno, to nie był jeszcze koniec świata. Pogodzona ze swoim losem czarownica nie próbowała ze sklepu uciekać. Obrażona z wielką łaską czekała w towarzystwie obsługi na pachołów z Brygady, żeby jej już przybili ten mandat i dali spokój. O co wielka afera? Czekanie się przedłużało. Wzrok wędrował. Niefortunnie, bo w lokalu po drugiej stronie ulicy ogień trzaskał w kominku, a mimo że Tonya szybko odwróciła od niego oczy, obraz pozostał w głowie, płomienie polizały jej umysł, obudziły gnieżdżącą się w niej traumę.
Gdy patrol przybył do butiku, była już zestresowana i podenerwowana, niebezpiecznie roztargniona, a nie mogła trafić na gorszy duet dzielnicowych. Starczyło, że usłyszeli Bell, a już swoje wiedzieli. Od maglującej Tonyę brygadzistki waliło rasizmem z kilometra, mimo że sama wcale wielką czystokrwistą panią nie była. A pewnie bardzo by chciała, przeszło Tones kąśliwie przez myśl. W każdych innych warunkach pewnie by ją ta sytuacja nawet w jakiś sposób bawiła i to ona by frajerkę zirytowała do żywego. Tamtego dnia jednak każde słowo protekcjonalnej wyższości trafiało w czarownicę, na granicy jej wzroku tlił się żar, dziwnie zapadała się w sobie, świat stawał się odległy, rozumiała coraz mniej z wygłaszanego do niej pouczenia, robiło jej się coraz goręcej, ogień wspinał się po kręgosłupie.
Wdech. Próbowała opanować raczkującą panikę.
Wydech zaszumiał w niej huraganem. W butiku zerwał się wicher. Wraz z wydychanym powietrzem uwolniła się klątwa czarownicy. Fala rwącego, magicznego wiatru zmiotła z nóg ekspedientkę, kilka manekinów i — co przesądziło o losie Tonyi — obu brygadzistów.
To tylko choroba. To atak na funkcjonariuszy w trakcie czynności.
Ich zdanie liczyło się jakoś bardziej niż jej.
Nigdy jeszcze nie trafiła do aresztu. Mandat nie byłby niczym nowym… ale trafić za kraty?

Czas w celi się rozciągał. Była w szoku. Nie wiedziała, co dalej. Całą energię zaangażowała w to, aby utrzymać klątwę w ryzach i nie pozwolić kolejnemu atakowi pogrążyć ją jeszcze bardziej. Ledwo pamiętała słowa siedzącej z nią ghoulej prostytutki. Czasem ghoulka próbowała ją zaczepiać, Tonya tylko kiwała głową. Nie do końca wiedziała, na co kiwa. Pamiętała, że jej towarzyszka śmierdziała rozkładem.
Miała wrażenie, że powinna się czegoś domagać, powoływać na jakieś prawa, lecz sparaliżowała ją klątwa wespół z zupełnym skołowaniem sytuacją.

Gdy do Tonyi dotarła wieść, że wychodzi, była bardziej wykończona, niż by po takim czasie powinna. Nie miała się siły ucieszyć ani odetchnąć z ulgą, lecz to było lepiej, bo i klątwa nie miała siły nią targnąć.
Dopiero gdy po nienaturalnie pustym, kamiennym atrium odbiły się echem kroki jej własne oraz odprowadzającego ją strażnika z ministerialnego Biura Bezpieczeństwa, Tonya zaczęła myśleć o tym, co ją czeka po wyjściu z Ministerstwa. Im bliżej byli windy, tym bardziej otępienie ustępowało, a w jego miejsce coraz wyraźniej rysowało się widmo upokorzenia czekającego na zewnątrz. Wpłacono jakąś kaucję. Niemożliwe, że zapłacili tak szybko cyrkowcy. Tonya znała przecież odpowiedź na pytanie, kto miał luzem tyle pieniędzy, żeby zorganizować to od ręki.
Zatrzymała się. Strażnik obejrzał się na nią pytająco.
— Muszę do kibla.

Wsparta dłońmi o krawędzie umywalki w pustej damskiej łazience Tonya walczyła ze zmęczeniem. Niczego nie chciała już bardziej niż wyjść, ale lustro potwierdziło to, co i tak wiedziała: wyglądała niechlujnie. Jebać ten bullshit, że liczy się tylko wnętrze. Jeśli on ją teraz zobaczy, nie zapomni tej posklejanej grzywki i bluzki jak psu z mordy wyjętej.
Różdżkę czarownica miała odzyskać dopiero po wyjściu z Ministerstwa. Musiała być więc kreatywna.
Przepłukała w ministerialnej umywalce twarz i usta, po czym włożyła całą głowę pod kran. Pod strumieniem bieżącej wody zmoczyła przetłuszczoną grzywkę. Za szampon musiało jej wystarczyć łazienkowe mydło. Poszczęściło jej się o tyle, że było neutralne, bez dziwnych dodatków. Umywszy grzywkę, czarownica pochyliła się nisko nad zlewem i w skupieniu zmrużyła oczy. Powietrze przy jej twarzy zadrżało, skupiło się w krótkich, skoncentrowanych podmuchach — Tonya suszyła włosy. Na koniec poprawiła ułożenie grzywki palcami, przeczesała nimi resztę włosów i spięła je w kitkę, żeby ukryć roztrzepanie. Ściągnęła bluzkę; ramiona dziewczyny zadrżały wystawione na zimne powietrze w łazience. Pod tym samym kranem przeprała ubranie, żeby je odświeżyć, a potem wysuszyć bez zagnieceń. Co ją, do cholery, podkusiło na ten len? Cóż, chodziło o hafty jesiennych liści na rękawach. Żeby być modnym w czarodziejskim świecie, trzeba było zawsze nadążać za kołem roku.
Bez przyborów w publicznym kiblu nie szło zdziałać wizerunkowej magii, lecz gdy po tych improwizowanych zabiegach Tonya przejrzała się w lustrze, nie czuła się już przynajmniej odpychająco.

Wyjechali na powierzchnię i facet z Biura puścił czarownicę w zimną londyńską noc. Jeszcze zanim wyszła z budki telefonicznej, przez brudne szybki zobaczyła Laetiana. Na jego widok jednocześnie serce zabiło jej mocniej z nerwów i zalała ją ulga, że to już koniec. Spróbowała uśmiechnąć się do niego niemrawo, lecz uśmiech nie sięgnął zmęczonych oczu. Zaczęła iść w jego stronę, próbując zachować nonszalancję, lecz złamała się i kilka ostatnich dzielących ich kroków spiesznie podbiegła.
Omal go nie przytuliła. W ostatniej chwili przypomniała sobie, że mogła przejść zapachem ghoulki. Zrezygnowała ze zbytniego zbliżania się, nie dając po sobie poznać, że istniał jakiś zamiar.
— Nie powinieneś — wymruczała, nie kryjąc zmieszania okolicznościami. — Mam na myśli… nie musiałeś. Jest w porządku. — Było to jedno z tych grzecznościowych kłamstw, które nawet nie próbowały uchodzić za autentyczne. Potrzebowała od niego tej pomocy, ale wstyd było to przyznać. — Dzięki.
Gdy okrył ją płaszczem, skwapliwie wsunęła ręce w rękawy. Na moment Zabini miał jej najczystszą wdzięczność za troskę, lecz gdy przywołał między nich niezręczny temat powodów, poczucie bezpieczeństwa prysło. Nie chciała sprawdzać, dokąd zaprowadzi ich konfrontacja; liczyła, że to odwlecze. Wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza, wzruszając ramionami. Wzrokiem omiotła w asfalt.
— Nie mam siły teraz o tym gadać — zdecydowała się wywinąć od odpowiedzi, lecz zaraz, po spóźnionej refleksji, nie chcąc czarodzieja zostawiać wyłącznie z jego własnymi podejrzeniami, podniosła oczy i zaczęła opowieść od środka, jakby to był początek: — Strasznie się do mnie przywaliła jedna brygadzistka. Sadziła jakieś sukowate odzywki. Laetian, ja nawet nie zauważyłam, kiedy… wiesz, jak jest… — westchnęła — klątwa. Powiedzieli, że zaatakowałam, ale to przecież był wypadek. Jaki ja miałam wpływ? Ale to się przecież wyjaśni.
Przewróciła oczami, żeby mu pokazać, że się nie ma czym przejmować, bo to wszystko jakieś głupoty i nieporozumienie. Zamilkła na chwilę, po czym spróbowała zmienić temat:
— Nie odzyskasz zaliczki za tę projektantkę, co? — zapytała ze skruchą, chcąc Laetiana zająć inną swoją przewiną.

!Trauma Ognia


tak było, nie zmyślam
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#3
01.11.2026, 01:02  ✶  
Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...
traumwelt prince
she's the definition of a bad bitch
stole her heart,
so I'm the definition of a bandit
wiek
29
sława
VII
krew
czysta
genetyka
wybraniec Maponosa
zawód
rzępoła

Laetian Zabini
#4
01.11.2026, 14:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2026, 16:57 przez Laetian Zabini.)  

Zaklinał w duchu, by cała ta historia nie okazała się czymś większym, niż Tonya była gotowa mu opowiedzieć. Czymś poważniejszym, niż tylko nieprzyjemny dzień na ławce zatrzymanych. Znał jej temperament. Wiedział, że nie należała do osób, które z pokorą pochylają głowę, kiedy ktoś traktuje je z góry. Zwykle zresztą przyznałby jej w tym rację. Nie miała żadnego obowiązku znosić gburowatości, a tym bardziej przykrych uprzedzeń. Tym razem jednak chciał, żeby ta mała cwaniara okazała się jeszcze sprytniejsza, niż zwykle. Żeby rozpoznała moment, w którym warto ugryźć się w język, odwrócić na pięcie i nie dokładać sobie kolejnych kłopotów. Nie dlatego, że powinna komukolwiek ustępować, absolutnie. Może bardziej ze zwykłej kalkulacji, że nie warto było podnosić temperatury kiedy sama mogła się sparzyć. Mogli sobie śpiewać o równości, rymować o nowym, przyjaźniejszym porządku. Laetian nie zamierzał jednak udawać, że te wszystkie wzniosłe deklaracje miały jakąkolwiek moc w chwili, gdy czarownica stawała naprzeciw kogoś, kto dysponował za duzą władzą. W takiej konfrontacji Zabini wybrałby każdą drogę, która pozwoliłaby oszczędzić Tosi choćby części przykrych konsekwencji. Nawet tę, która wymagała od niej przemilczenia czegoś, co miała pełne prawo powiedzieć. Nie był to sprawiedliwy wybór, ale sprawiedliwość rzadko przychodziła na czas. Nie zamierzał jednak teraz robić jej wykładu. Kiedy wreszcie przyjrzał jej się z bliska, odetchnął z ulgą, której nie zamierzał przed nią zdradzać. Wyglądała lepiej, niż się tego obawiał. Nie dostrzegł na pierwszy rzut oka niczego, co kazałoby mu natychmiast wieść ją do uzdrowiciela. Matka sama wie jakich bydlaków musieli teraz trzymać tam pod kluczem. A ona przecież była dla tych bandytów bardziej, niż płachta na byka. Na szczęście nic jej nie było. Trzymała się w rezon i choć nie zamierzał odbierać jej prawa do milczenia, trudno mu było uznać, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że Tonya postanowiła tak powiedzieć. - Daj spokój. Mieliśmy pozwolić im cię tam zatrzymać? W życiu. - odrzucił niemal natychmiast, jakby sama myśl o pozostawieniu jej w tamtym miejscu była niedorzeczna. Nie zamierzał robić z tego żadnej przysługi, za którą powinna mu teraz dziękować. Po prostu nie widział innego wyjścia. Przytrzymał dla niej płaszcz, rozchylając go nieco, kiedy wsuwała ręce w rękawy. Zrobił to z naturalną swobodą, jak gdyby ten drobny gest miał przywrócić jej choć odrobinę tego, co brygadziści mogli jej odebrać. Poczucie, że nadal może decydować o sobie i zasługuje na zwyczajny szacunek. Nie chciał, by musiała prosić o coś tak oczywistego.

Słuchał jej z zaciśniętymi wargami, nie spuszczając z niej wzroku. Starał się wyłapać każdy szczegół, nawet te drobne zawahania, które mogły umknąć komuś mniej uważnemu. Nie przerywał, choć z każdą kolejną informacją coraz trudniej przychodziło mu zachować obojętny wyraz twarzy. Kiedy mówiła, delikatnie przesunął dłońmi po jej ramionach, jakby chciał tym prostym gestem przypomnieć jej, że nie musi już niczego odpierać ani przed nikim się tłumaczyć. Była po tej lepszej stronie krat. Na razie to powinno wystarczyć. - To na pewno byłwypadek - odezwał się w końcu, z cichą stanowczością, która nie pozostawiała wiele miejsca na sprzeciw. - A nawet jeśli nie, to tej suce przydałoby się trochę słusznej pokory. - uśmiechnął się z lekką ironią. Nie zamierzał roztrząsać teraz, jak dokładnie wyglądała cała konfrontacja ani czy wiatr rzeczywiście wymknął się spod kontroli. Nie miała w tej chwili znaczenia żadna przeintelektualizowana prawda obiektywna. Najważniejsze dla niego było, by Tonya przestała choć na moment dźwigać ten przykry ciężar. Nie chciał, żeby czuła się winna, zawstydzona czy zmuszona do usprawiedliwiania czegokolwiek przed nim. Na resztę przyjdzie czas. Teraz chciał po prostu, żeby poczuła, że jest bezpieczna. Machnął ręką na wzmiankę o zaliczce zbywająccym gestem, przecież to było takie nieistotne. W istocie trudno było o inną sprawę, która bardziej zasługiwałaby teraz na ich uwagę. - To nieważne. Najważniejsze, że nic ci się nie stało - zapewnił ją, po czym odruchowo zaczesywał niesforne pasemko jej włosów za ucho. Gest był delikatny, niemal odruchowy, niosący więcej otuchy, niż potrafiłby zamknąć w kolejnych słowach. - Chodźmy, zejdźmy z ulicy. Tam jest nasz samochód. Wskazał dłonią na drugą stronę, dając jej chwilę, by poprawiła płaszcz i ruszyła razem z nim. Nie zamierzał dłużej trzymać jej, chociaż bardziej siebie pod wzrokiem przypadkowych osób. Chciał jak najszybciej zabrać ją stamtąd, w przyjemniejsze i spokojniejsze miejsce, gdzie nie będzie musiała już udawać, że ta noc nie dała jej w kość. Ruszył z nią w stronę drugiej strony ulicy, układając dłoń na jej plecach w lekkim, opiekuńczym geście. Dopiero teraz, kiedy znaleźli się już poza zasięgiem ponurych murów, napięcie zaczęło powoli ustępować miejsca czemuś lżejszemu. Na jego usta wszedł swobodniejszy uśmiech. Zerknął na nią kątem oka, jakby próbował odgadnąć, czego mogłaby teraz potrzebować. - Masz na coś ochotę? Mogę jakoś poprawić ci humor? - zapytał, pozwalając sobie na odrobinę cieplejszy ton.


hannah montana
Ona jest małą ściemniarą,
francą, wróblicą, cwaniarą.
Plącze nam nogi i mówi idź!
wiek
27
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
cyrkowiec, wokalistka, oszustka
Dość wysoka jak na kobietę (172 cm), szczupła i wysportowana. Spędza dużo czasu na słońcu i świeżym powietrzu, więc może się pochwalić ładnie opaloną cerą i zdrowo zarumienioną twarzą. Zielone oczy przetykane piwnymi niteczkami są pełne życia i energii. Ma jasnobrązowe, proste włosy; nosi je zwykle rozpuszczone. Sama podcina sobie grzywkę. Tonya emanuje niewymuszoną charyzmą; już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie sympatycznej osoby, do której nie strach odezwać się na ulicy. Jest konwencjonalnie atrakcyjną kobietą. Częściej widuje się ją ubraną po mugolsku niż czarodziejsku, mimo że posiada komplet klasycznych szat. Ma dobre wyczucie stylu, nie boi się eksperymentować z ubraniami i dodatkami. Czasem można ją spotkać w makijażu, także tym wyrazistym i kolorowym, oraz z pomalowanymi paznokciami. Wybiera perfumy, w których dominuje wanilia.

Tonya Bell
#5
04.11.2026, 18:33  ✶  
Honor był cenny, lecz Tonya nieraz wolała wygodę niż honor. Wyrzuciłaby honor bez mrugnięcia okiem, gdyby miała w ten sposób ochronić któregoś ze swoich przyjaciół. Czy wyzbyłaby się swojego honoru w imię samej siebie? To zależało od tego, co zyskiwała, co traciła, kto miał się o tym dowiedzieć. Nieraz już przecież sięgała po niehonorowe chwyty, aby sobie w jakiś sposób zrobić przyjemność. Tam, gdzie dorastała, brudne zagrywki bywały oklaskiwane. Czasami Tonya kwestionowała, czy ona w ogóle rozumie moralność, godność, honor, czy jest… faktycznie zdemoralizowana. Najpewniejszym doradcą, jakiego miała, były sumienie i empatia. Niestety, te nieraz odzywały się spóźnione, gdy mleko zdążyło się rozlać.
Ten incydent jednak nie był jednym z tych, przy których Bell miałaby sobie coś do zarzucenia.
— Przydałoby się — przytaknęła — tylko miałam na myśli, żebyś się nie martwił. Serio, mówię poważnie. To się rozejdzie po kościach, jak się wyjaśni. Nie mają za co złapać. Był świadek, który widział, że to nieumyślne. Nie musisz o tym myśleć.
Trudno było Tonyi nie wierzyć, gdy mówiła z takim przekonaniem, niemal lekceważeniem dla sprawy, zupełnie jakby brygadziści nie zdecydowali, że atak żywiołu był na tyle poważny, a złodziejka na tyle podejrzana, że lepiej ją tymczasowo ściągnąć z ulicy. Bell słyszała o ludziach ukaranych nadgorliwie na pokaz, aby zrobić z nich przykład; trudno było się tego pola do nadużyć nie bać, skoro jeszcze przed chwilą siedziała za kratami i wciąż dreszcz ją przechodził na myśl, że ma szansę tam wrócić.
Nie potrzebowała w tym jednak Laetiana. Gdyby zaczął mieszać w jej sprawie pieniędzmi i kontaktami, straciłaby kontrolę nad swoim położeniem, nawet jeśli od początku do końca działałby w jej interesie. Otrzymała już od niego wystarczająco. Właściwie to dostała tyle, że zaczynała odczuwać pieprzone déjà vu. W którym momencie tak głęboko uwikłała się w Eloise, że głupio jej było się wycofać? Czy nie zmierza ponownie w stronę takiego samego układu?
Laetiana niczym nie zwodziła, ale poczucie zależności, długu i bycia przykrą tajemnicą smakowało identycznie. Dziś Zabini odbierał ją z aresztu, jak daleko posunie się następnym razem? Biegając za nią, ściągnie na siebie nieszczęście. Ona też nie powinna biegać za nim, tylko trzymać się ze swoją feralną trupą, gdzie wszystko było między ludźmi prostsze.
Tylko jak miała zrezygnować z tego?

Naprzeciwko wymiętej dniem za kratami złodziejki ze społecznego marginesu stawał hipnotyzujący urodą półbóg i pytał, co dla niej zrobić. Rzesze ludzi z radością płaciły, żeby tylko móc go oglądać z widowni. Ona swój dzień nazywała udanym, gdy zaśpiewała coś poza cyrkowym numerem na arenie Fantasmagorii i dostała za to kasę. O takich relacjach ludzie pisali książki, żeby karmić mokre sny nastolatek.
Tonyę też na początku nęcił status Zabiniego; wciąż niekiedy doświadczała tych momentów poczucia, że jest szczególna, bo zna się z kimś, o kogo zabiega wielu, a on pozostaje poza ich zasięgiem. Rozmarzone nastolatki by się jednak gorzko rozczarowały, bo jej przyjaźń z Laetianem była zupełnie zwyczajna. Tonya nie wchodziła za kulisy The Globe, nie woziła się z nim na trasy koncertowe, nie poznawał jej ze swoimi ważnymi i wpływowymi znajomymi. Tonya nie przyjaźniła się z gwiazdą. Życie Zabiniego-celebryty jej nie dotyczyło i było dla niej tak samo poza zasięgiem, jak dla każdej dziewczyny czytającej o nim w Czarownicy.
Może z tą różnicą, że ona mogła na własnej skórze poczuć, dlaczego fanki roiły o nim te wszystkie sny. Do tego pociągającego wdzięku nie dało się przywyknąć i łatwo było zapomnieć się, gdy Laetian stał tak blisko i wyciągał do niej ręce.
— Racja, wybacz. Jeszcze ktoś cię rozpozna. — Tonya wcale nie wydawała się tym przejęta. Wręcz przeciwnie: uśmiechnęła się łobuzersko. Kilka najbliższych latarni zamigotało w rytm trzepotu jej rzęs, po czym zgasło na dobre. — Tak lepiej, Zabini?
Rzec, że spowił ich kompletny mrok, byłoby nadużyciem. Miasto nie gasło, szczególnie że nieopodal stał samochód na włączonych światłach, a i podświetlonej elewacji na budynku Skarbu Państwa czarownica nie odważyła się ruszyć. Kocyk puszystej szarości wystarczył jednak Tonyi za gwarant dyskrecji, gdy odcisnęła wargi na policzku Laetiana w cichym geście podziękowania.

Czarodzieje byli już w drodze do samochodu, gdy światło powróciło na Whitehall. Elektryczność znów popłynęła przez latarnie przy wtórze niskiego bzyczenia elektromagnetycznej wibracji.
— Książęta mają zwykle białe konie — zauważyła zaczepnie Tonya, oceniając wzrokiem furę. — A tu… Latający czy mugolski?
Edge latał samochodem, więc co nieco o tej technologii wiedziała. Między innymi to, że była nielegalna.
Mimo całej zaprezentowanej swobody, Tonya poczuła się bezpieczniej, gdy oboje znaleźli się za drzwiami samochodu i mogli oddalić się od Ministerstwa w jednej chwili. Czarownica zamknęła oczy i z westchnieniem ulgi oparła głowę o zagłówek. Na ślepo przesunęła dłoń między siedzeniami, szukając ręki Laetiana.
Na co miała ochotę? W głowie wciąż czuła nieprzyjemne napięcie. Nerwy wciąż mógł niebezpiecznie pobudzić najdrobniejszy wstrząs. Czuła się odarta z towarzyszącego jej na co dzień kokonu dystansu do świata i samej siebie, a przez to i dystansu do klątwy. Magia żywiołu krążyła po ciele czarownicy jak drapieżnik wyczekujący w przyczajeniu pierwszej lepszej ofiary.
— Muszę się zresetować — mruknęła w odpowiedzi na pytanie Zabiniego. — I zjeść coś. Nic mi nie chciało przejść przez gardło. Stres. — Skrzywiła się na moment boleściwie. — Szczerze, masakra.


tak było, nie zmyślam
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laetian Zabini (1793), Pan Losu (40), Tonya Bell (2033)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa