Właściwy problem nie zaczął się jeszcze od nieobecności Tonyi na przymiarkach kostiumów do nowego cyklu koncertów. Mógłby to przełknąć, niby drobiazg, spóźniona artystka i kilka godzin przesuniętych w grafiku. Jednak w praktyce wystarczyło, by całe przedsięwzięcie straciło sens, zanim zdążyło się na dobre rozpocząć. Umówiona kostiumografka przybyła przygotowana, z własnymi szkicami, pomysłami i próbkami tkanin. Była bardzo profesjonalna, bardziej niż mógłby zakładać zważywszy na to ile wynegocjował ich menager. Tymczasem główna zainteresowana nie raczyła się pojawić, manager nie potrafił udzielić żadnych konkretnych wyjaśnień, a Laetian musiał wysłuchiwać coraz bardziej oburzonych uwag kobiety, która słusznie nie zamierzała projektować scenicznego wizerunku na podstawie domysłów. Mieli przecież wspólnie ustalić motyw przewodni, paletę barw, całą resztę szczegółów, od których należało rozpocząć przygotowania do nadchodzących występów. Bez Tonyi nie było jednak o czym rozmawiać, racja? To na niej, w przytłaczającej mierze, miały spocząć spragnione spojrzenia publiczności. Jej strój wyznaczał kierunek, w którym należało poprowadzić resztę kostiumów, a dopiero później można było myśleć o scenicznej oprawie. Próba odwrócenia tej kolejności słusznie oburzyła opłaconą projektantkę. Laetian nie rozumiał, co właściwie się wydarzyło. Nie wiedział, dlaczego Tonya nie przyszła, dlaczego manager nie potrafił zapanować nad sytuacją ani dlaczego cała odpowiedzialność za zmarnowane popołudnie zdawała się spadać właśnie na niego. Owszem, istniała pewna możliwość, choć nie miał ochoty przyznawać jej zbyt wiele prawdopodobieństwa. Tonya mogła zwyczajnie obrazić się na niego i resztę ekipy po ich ostatniej sprzeczce o wybór kostiumografa. Pamiętał, że bardzo zależało jej wówczas na kogoś związanego z rodem Rosierów, chyba nawet miała na to jakiś cwany pomysł, Laetian zaś odmówił, twierdząc, że to nieodpowiedni wybór dla niej. Być może popełnił błąd, ujmując sprawę właśnie w ten sposób. Nie chodziło przecież o jej gust ani o kompetencje polecanej osoby. Chodziło o ryzyko. Współpracował z ludźmi z otoczenia Rosierów wystarczająco wiele razy, by nie mieć złudzeń, że ktoś z nich mógłby rozpoznać go w zespole, a na to nie zamierzał sobie pozwolić. Nie teraz, kiedy tyle wysiłku kosztowało go utrzymanie pewnych spraw w tajemnicy. Nie chciał jednak powiedzieć Tonyi prawdy, więc próbował zasłonić ją argumentem, który musiał zabrzmieć jak protekcjonalna ocena jej własnych decyzji. Coraz częście, trudno było mu znaleźć wspólny język, ilekroć rozmowa schodziła na drażliwe kwestie. Oboje mieli swoje racje, oboje potrafili być uparci, a każde niedopowiedzenie szybko obrastało w kolejne pretensje.
Dopiero kiedy Ofelia przyznała, że sama nie ma pojęcia, co stało się z ich przyjaciółką, Laetian przestał traktować sytuacje jak zwykły organizacyjny bałagan. Do tej pory mógł jeszcze łudzić się, że Tonya po prostu postanowiła kazać im się szukać, za karę. Była przecież upartą indywidualistką, a ustalenie, gdzie aktualnie przebywa, graniczyło z cudem. Tym razem jednak nieobecność zaczynała ciążyć mu znacznie bardziej. Skoro nawet Ofelia nie potrafiła niczego wyjaśnić, sytuacja robiła się naprawdę nieciekawa. Ostatnimi czasy na ludzi spadało wystarczająco wiele nieszczęść, by zwykłe karanie milczeniem miało być po prostu nauczką. Laetianowi przemknęły przez głowę scenariusze, których wolałby nie rozważać, ale kiedy raz dopuścił je do siebie, nie potrafił już tak łatwo się ich pozbyć. Przestraszył się. Zdecydował więc, że manager powinien sprawdzić szpitale. Sam nie zamierzał się tym zajmować, ze swoją znaną mordą rozpytywać się o mugolacką dziewczynę. To zbyt ryzykowne. Wolał pozostawić tę część zadania komuś, komu płacił między innymi za rozwiązywanie problemów, których nie miał ochoty rozwiązywać osobiście. Na szczęście poszukiwania przyniosły odpowiedź, choć miejsce, w którym ostatecznie odnaleziono Tonyę, znajdowało się daleko poza zasięgiem jego przypuszczeń. Areszt. Oczywiście. Przez chwilę Laetian miał ochotę uznać to za wyjątkowo niesmaczny żart losu, ale ulga, że dziewczyna żyje i nie leży bezradnie na szpitalnym łóżku, okazała się silniejsza od irytacji.
Kaucję opłacił bez najmniejszego wahania. Nie było mowy, żeby Tonya spędziła za kratami choćby minutę dłużej. Galeony przekazał managerowi, podobnie jak wszystkie instrukcje dotyczące uregulowania należności, bo skoro można było oszczędzić kolejnych plotek, to wybór był oczywisty. Wystarczyło, że przez ostatnie godziny zdążył się o nią niepokoić. Resztę mógł załatwić ktoś inny. Ostatecznie jedyne, na co potrafił się zdobyć, to osobiste odebranie Tonyi spod aresztu. Chciał zobaczyć ją na własne oczy, upewnić się, że nic jej nie dolega, a przede wszystkim dowiedzieć się od niej samej, co właściwie się wydarzyło. Żadne domysły, ani policyjne wyjaśnienia nie interesowały go bardziej od tego co mógł usłyszeć od swojej wokalistki. Na szczęście okoliczności sprzyjały bo, zwolnienie Tonyi przewidziano dopiero w środku nocy. Może to z uprzedzeń do jej pochodzenia, albo z natłoku pracy oficerów. Dla niego jednak znacznie wygodniejsze i bezpieczniejsze. Wynajął więc zaczarowany samochód i kazał kierowcy zatrzymać się po drugiej stronie ulicy, skąd miał dobry widok na wejście do aresztu. Sam wysiadł, odprawiając go na razie krótkim poleceniem, po czym zajął miejsce przy krawężniku. Noc była chłodna, Laetian trzymał w rękach płaszcz przygotowany dla Tonyi, bezwiednie gniotąc materiał palcami. Gest zdradzał pewną nerwowość, której zapewne nie przyznałby nawet pod przymusem. Nie wiedział, w jakim stanie wyjdzie dziewczyna, czy będzie zmarznięta, roztrzęsiona, wściekła, czy może zupełnie coś nieprzewidywalnego.
Drzwi aresztu ustąpiły wreszcie z nieprzyjemnym skrzypnięciem, wypuszczając na ulicę najpierw urzędnika, a zaraz po nim Tonyę Bell. Laetian wyprostował się odruchowo, jakby przyłapano go na czymś znacznie bardziej kompromitującym niż nocne wyczekiwanie na towarzyszkę. Przez krótką chwilę po prostu się jej przyglądał, próbując ocenić, czy poza okolicznościami jej wyjścia wszystko z nią w porządku. Dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo ostatnie godziny dały mu się we znaki. Nie zamierzał się do tego przyznawać, rzecz jasna, ale nerwowe zaciśnięcie palców na trzymanym płaszczu i nieco zbyt szybki krok, którym ruszył w jej stronę, zdradzały go skuteczniej, niż byłby skłonny zaakceptować. - Na Merlina, Tonya. Przestraszyłaś nas wszystkich. W jego głosie pobrzmiewała ulga, choć podszyta napięciem, którego nie zdołał całkowicie ukryć. Zatrzymał się tuż przed nią, omiatając ją spojrzeniem, jakby dopiero teraz mógł upewnić się, że naprawdę stoi przed nim cała i zdrowa. Zaraz potem rozłożył płaszcz, który przez ostatnie kilkanaście minut zdążył niemal doszczętnie pognieść w dłoniach, i bez pytania okrył nim ramiona kobiety. - Powiedz, że to tylko pomyłka. Zbyt wiele pytań cisnęło mu się na usta, zbyt długo wyobrażał sobie rozmaite scenariusze, by teraz udawać, że cała sprawa była jedynie zabawnym nieporozumieniem. Westchnął cicho i przeczesał palcami włosy, odwracając na moment wzrok na auto czekające po drugiej stronie ulicy.